czwartek, 13 lutego 2014

maleńkie listki tęsknoty...


zdj:flickr/Danielle Bauer/Lic CC
Mili Moi...
Od wczoraj jestem w Niepokalanowie... No i mogę uczciwie powiedzieć, że pracuję. Przerzuciłem tysiące stron, całe roczniki Rycerza Niepokalanej... I nie zrobiłem nawet jednej trzeciej tego, co zaplanowałem. A literki skaczą mi przed oczami. Co więcej, dzisiejszego wieczoru nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie - po co ja to robię? Czy to rzeczywiście ma sens i jakieś znaczenie? Jakoś trudno mi w to wierzyć....

 No właśnie. Temat wiary znów powrócił dziś. Ale w kontekście takiej szalonej tęsknoty. Ja tak bardzo chcę wierzyć w taki sposób, żeby moje życie było całkowicie i absolutnie wiarą przeniknięte. Żeby nie było chwili pustej, bez Boga. Żeby wszystko, cokolwiek robię było w Nim zanurzone. Jestem całkowicie pewien, że to jest możliwe, choć wciąż mi daleko do takiego stanu. Dlaczego? Dlaczego jest tak, że wśród wielu spraw dnia moja myśl tak rzadko biegnie do Niego? Dlaczego ciągle mi się wydaje, że tak wiele zależy ode mnie i to najpierw ja musze sie napinać wobec rzeczywistości? Dlaczego ciągle bardziej ufam sprawdzonym, czcigodnym ludzkim rozwiązaniom, zamiast Jemu oddać wszystko i Jego zaprosić do mojego życia? Chodzi o takie zaproszenie, które uczyni wiarę tak naturalną jak oddychanie, a mnie szczerym i prawdziwym w jej wyznawaniu i głoszeniu na zewnątrz...

 W czym problem??? Może ja mam wciąż za "dużo do stracenia". Tak przyszło mi to do głowy, gdy myślałem o tej ewangelicznej Syrofenicjance. Ona nie ma absolutnie nic. Nic nie ma i nic nie może stracić. Wszystko może zyskać. Jest wolna i "pusta" w tym znaczeniu, że może zostać napełniona... Może to decyduje o tym pełnym zaufania zanurzeniu w Jezusie. Może to samo decyduje o zaufaniu braci z Bronksu. Doświadczają potęgi wiary, bo nie mają nic. Nic własnego, nic od siebie, nic do stracenia. Są totalnymi biedakami i wiedzą, że jeśli mogą coś dać, to może to być tylko od Jezusa. A ja? Być może wciąż wydaje mi się, że mam, że posiadam, że mogę się podzielić... Oczywiście szlachetnie przyznaję, że jeśli mam, to przecież od Pana, ale czy rzeczywiście tak zawsze i wszędzie o tym pamiętam. A może tak odrobinkę tylko, tak troszeczkę, minimalnie... wydaje mi się, że cośkolwiek pochodzi ode mnie? Może to jest główna blokada, żeby tak całkowicie zawierzyć Jezusowi. Bo jeśli wydaje mi się, że coś mam, to muszę o to zadbać, musze się o to zatroszczyć, muszę uważać, żeby nie trwonić, nie tracić, muszę wybierać komu dać i ile, żeby "dysponować rozsądnie". Wszystko to przewidział Franciszek, kiedy zalecał swoim braciom skrajne ubóstwo. jeśli nie będziecie ubodzy, będziecie mieli mnóstwo problemów z waszymi bogactwami... Tymi duchowymi też...

A Pan na pustyni uczył Naród Wybrany, żeby nie zbierali manny na zapas. Musieli uwierzyć, że ona będzie na nich czekała dokładnie tak samo jutro, jak dziś. Kto nie wierzył, zmagał się ze smrodem i robactwem, bo manna się psuła i nie miał nic z tego, co odłożył. Coraz bardziej przekonuję się, że aby doświadczyć szalonej, głębokiej wiary, ścisłego zjednoczenia z Jezusem, trzeba i w innych dziedzinach życia zdecydować sie na odrobinę szaleństwa. Odrobinę? A może na całkiem duże szaleństwo... Nie mieć nic... Pal sześć rzeczy materialne - ich pozbyć się najłatwiej. Ale "nie mieć" dobrego imienia, sławy (choćby dobrego kaznodziei), przywilejów (choćby takich, że jak jestem w habicie to pani mi zawsze świeżego kebaba kroi), błyskotliwego, a może nawet ciętego języka, inteligentnych komentarzy... O mój Boże - można mnożyć i mnożyć... To wszystko, co warto mieć... Ale czy wówczas jest jeszcze miejsce na wiarę? Czy ona się tam zmieści? Czy się zmieści???

Nabieram coraz głębszego przekonania, że trzeba wiele zostawić, żeby taką wiarę zyskać. Dlatego to mało atrakcyjne. Ale tylko do czasu, kiedy pozna się wartość takiej wiary i właśnie za taką się zatęskni... Wówczas wszystko jest od niej mniej ważne... A ja już naprawdę tęsknię.... Bardzo.

1 komentarz:

  1. Pragnę poinformować Ojca, że dzisiaj Pan Bóg przemawiał przez Ojca do mnie. Poprzez Ojca słowa utwierdzał mnie i jeszcze bardziej umacniał w tym co zasiał we mnie kilka lat temu. A dzisiaj mimo tego ze myślałem, że już pewne sprawy w swojej głowie poukładałem według Jego woli, On pokazał mi że nie do końca. Pokazał mi, że pragnie abym był jeszcze bardziej wolny, abym był całkowicie wolny od i do.

    OdpowiedzUsuń