środa, 5 lutego 2014

deficyt proroków...


zdj:flickr/s_evenseth/Lic CC
Mili Moi...
No dziś odczułem wielką tęsknotę za latem... Spotęgowała sie ona znacznie, kiedy na łeb spadł mi z dachu wielki kawał lodu i roztrzaskał się w drobny mak. Byłem tak zaskoczony tym zjawiskiem, że w pierwszej chwili nawet nie wiedziałem, czy zabolało... Ale jednak, po chwili czucie się włączyło... No taka "wiosenna przygoda", bo Lublin płynie... Słonko świeci, temperatura powyżej zera... Chcę lato... Ja jednak jestem stworzenie ciepłolubne, nie mam co do tego wątpliwości...

Nie jest prorok mile widziany w swojej ojczyźnie... Tak trochę, troszeczkę Pana Jezusa rozumiem... Jeśli chodzi o moją rodzinę, to zdecydowana jej większość, hmmm, powiedzmy delikatnie - nie podziela moich przekonań. Przez zdecydowaną większość życia miałem wśród nich status "niegroźnego przygłupa". Wychodzono z założenia, że mam swój świat, do którego generalnie nie ma po co zaglądać. I nikt nie zaglądał... Nawet wówczas, kiedy zostałem na tym świecie sam, gdy moja mama zmieniła miejsce zamieszkania (ostatnio usłyszałem, że tak czasem mówi się w hospicjach o tych, którzy odeszli - ładnie... ). Poza wierną ciotką, która do dziś stoi przy mnie murem, przysłowiowy "pies z kulawą nogą się mną nie interesował". Na szczęście Pan Bóg stworzył przyjaciół...

 Piszę dziś o tym, nie po to, żeby dokonywać jakiegoś publicznego rozliczenia, tylko widzę wyraźnie, że niewiara w połączeniu z lekceważeniem jest bardzo trudnym środowiskiem do dawania świadectwa. Tego dziś doświadczył Jezus. Komentarze mówią wprost o takiej postawie drwiny połączonej z politowaniem, którą przyjęli mieszkańcy Nazaretu wobec Jezusa. Co on nam tu będzie opowiadał? Przecież to taki sobie Jezus, niczym sie nie wyróżniający. Znamy go... Oj, nie znacie przyjaciele... I nie poznacie, bo On już do was nie wróci... Nie chcecie Go poznać i nie możecie doświadczyć tego, co ze sobą przynosi. Tych, którzy Go odrzucają Jezus również szanuje. Tych, którzy poruszają się w świecie schematów i ludzkiej tylko roztropności... Szanuje...

I o to się dziś modliłem mocno... Żeby przyszedł do mojej rodziny prorok. Z zewnątrz. Taki, którego będą w stanie usłyszeć. A ja? Żebym nie miał w sercu jakiegokolwiek pragnienia zemsty, ale szacunek. Szacunek, który nie objawia się wizytami i poklepywaniem sie po ramieniu. Nie, na to się nie zanosi... Ale szacunek wobec ludzkich wyborów, nawet tych, które w moim najgłębszym przekonaniu są błędne. Strata i ból, którego źródła nie znają... Tego im bardzo współczuję. I żałuję, że nie mogę tego zmienić...

Swoją drogą, nawet biorąc pod uwagę lekceważącą postawę mieszkańców Nazaretu, byli to jednak ludzie, którzy mieli jakieś duchowe oczekiwania. Niewiele tych cudów mógł zdziałać pomiędzy nimi Pan, ale jednak... Myślę sobie - a gdyby tak dziś przyszedł. Kto by Go zauważył? Świat skupiony na sobie? Pewnie dlatego zapowiedział, że Jego powtórne przyjście dokona sie w zgoła innych okolicznościach. Nikt nie będzie miał wątpliwości. Ale wówczas może się okazać, że nie jest miło... Nie wszystkim... Oby do tego czasu zdążyli Go rozpoznać ci, którzy mają "ważniejsze rzeczy na głowie", także ci z mojej rodziny...

Dlatego prorocy, proszę was, przybywajcie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz