poniedziałek, 5 grudnia 2016

On żyje!!!

zdj:flickr/christopdesoto/Lic CC
(Łk 5,17-26)
Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj.


Mili Moi…
Od piątku jestem w Chicago. Najpierw gościnny, przyjacielski dom W, który gościł mnie przez dwa dni. A od wczoraj jestem już w parafii świętych Cyryla i Metodego w Lemont, gdzie głoszę rekolekcje adwentowe. Pan Bóg swoją dobroć okazuje jednak już od soboty… Wieczorem przybyliśmy tu na nabożeństwo pierwszosobotnie. Różaniec, Koronka, Godzinki, konferencja, Eucharystia i spowiedź poprzedziły modlitwę wstawienniczą o uzdrowienie, o którą zostałem poproszony. Ludzie rozproszeni po kościele, więc trochę nie do końca prawidłowo oceniłem ich liczbę. Postanowiłem więc modlić się krótka chwilkę nad każdym z nich. Wydawało mi się, że potrwa to pół godziny, potrwało dwie. Było pewnie około 70 osób. Ten wieczór był najlepszym dowodem, że Pan Bóg działa w słabości. Byłem bardzo zmęczony. Tak bardzo, że pod koniec nie wiedziałem już co mówię. Ale modliłem się nad chorobami w autorytecie Jezusa, dużo też modliłem się w językach… Nabożeństwo skończyło się grubo po północy… A dziś…

Przyszedł do mnie pewien człowiek z żoną. Zapamiętałem go, bo w sobotę ledwo do mnie doszedł. Potężne bóle w kolanach i biodrach mu to niemal uniemożliwiały. Dziś ten człowiek nie do poznania. Uśmiechnięty, bo nie boli. Od sobotniego wieczoru chodzi swobodnie. Przyszli zapytać czy jutro mogą przywieźć swoją ciężko chorą wnuczkę. Zaraz po nich weszła kobieta, która miała guza w uchu. Ją też pamiętam, bo położyłem jej ręce na uszy. Od soboty nie ma szumu, trzasków i pisków w uchu, nie odczuwa bólu, a wklęsłość po operacji przy dotyku wróciła całkowicie do normy. Wierzy, że jest uzdrowiona, 21 grudnia ma badania, które, jak wierzymy, tylko to potwierdzą. Bóg jest dobry i tak bardzo się cieszę, że posługuje się moją biedą…

A wczoraj spadł śnieg… Jest biało i zimno… Niby nic wielkiego, wszak grudzień i zima, ale jednak wcześniej było znacznie przyjemniej. I na spacer ciężko się wybrać, bo przecież jeśli jest tu jakiś kawałek chodnika, to nie koniecznie odśnieżony. Ale nie ma tego złego… Właśnie robi się kawa… Kocyk już czeka… Książka wraz z nim.

A nad Słowem myślę dziś o moich paraliżach. Myślę o tych wszystkich miejscach mojego życia, w których straciłem już nadzieję, że coś może się zmienić. Patrzę na wszystkie zastarzałe wady mojego życia, na wszystkie złe nawyki, na to wszystko, co przylgnęło do mnie na lata i od czego już sam nie umiem się uwolnić. Tyle prób, tyle starań i chyba na jakimś etapie przyszło zwątpienie – tu się już chyba nic nie da zmienić. Dziś trochę się jakby z tego otrząsnąłem. Te spotkania z ludźmi, którzy doznali łaski w sobotę były dla mnie dalszą częścią porannego rozmyślania. Bo jeśli Bóg może w jednej chwili zabrać ból z kolan, który niemal uniemożliwia chodzenie, to czyż nie może wyrwać mnie z mojej słabości? Może… Z pewnością może… On zna czasy i chwile. A ja wierzę… Chcę wierzyć… Postaram się wierzyć…

Z całego serca dziękuję również tym, którzy mnie „niosą do Jezusa”, wszystkim którzy się za mnie modlą, moim Margaretkom. W piątkowy wieczór odprawiłem za Was Eucharystię. Wierzę, że Wasza wiara jest dla mnie niezwykłym darem. Takim, jak dla paralityka w dzisiejszej Ewangelii wiara jego czterech przyjaciół.

czwartek, 1 grudnia 2016

ruiny...

zdj:flickr/Tim Green/Lic CC
(Mt 7,21.24-27)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.

Mili Moi…
Dzisiejszego wieczoru mamy doświadczyć nowej Pięćdziesiątnicy. Będziemy przeżywać nabożeństwo Odrodzenia w Duchu Świętym, które finalizuje powoli nasze ewangelizacyjne rekolekcje. Patrzymy na 50 odnowionych w swojej wierze osób, o których jak zawsze myślę z małym niepokojem. Niczym ojciec, którego dzieci wychodzą z domu – zastanawia się czy będą żyły wpojonymi im zasadami, tak i ja, myślę jak wielu z nich rozwinie łaskę, którą Bóg im okazał, a jak wielu wróci do tego, co dawne. Mam szczerą nadzieję, że to szaleństwo wiary, którego posmakowali, już zawsze będzie ich wabić i nie zrezygnują z walki o świętość.

Wczoraj stuknęło 20 lat od śmierci mojej mamy. Od kilku już lat uświadamiam sobie, że żyję na tym świecie już dłużej bez niej, niż żyłem z nią. Zacierają się w pamięci wydarzenia, zaciera się dźwięk głosu. Choć jej uśmiechniętą twarz z jednego z ostatnich zdjęć mam ciągle przed oczami. Mam też szczerą nadzieję, że dwadzieścia ziemskich lat wystarczyło już do odpokutowania jej ziemskich win i może cieszyć się oglądaniem Ojca Niebieskiego. Obyśmy się kiedyś spotkali… Sam Pan wie kiedy…

A ja już właściwie nad walizką. Jutro ruszam do Chicago, a właściwie do Lemont. Głoszę tam adwentowe rekolekcje w parafii świętych Cyryla i Metodego. Jeśli ktoś jest w pobliżu, to zapraszam. Strasznie mnie to cieszy, bo brakuje mi tego wędrowania ze Słowem w codzienności. A przy okazji odetchnę innymi sprawami, na chwilę zapomnę o troskach i być może poczytam… Chociaż czytania mi ostatnio nie brakuje i dziękuję Bogu, że wlał mi w serce raczej zamiłowanie do szeleszczących kartek książki, niż do mrugających pikseli ekranu.

Nie trzeba być inżynierem, żeby zdawać sobie sprawę z zasad budowlanych. Pierwsza i podstawowa to plan, od którego na krok nie można odstąpić. Budując nie można sobie pozwolić na spontaniczność, bo można to przypłacić życiem. I o tym wiedzą wszyscy i nikt nie ryzykuje. Bywa jednak, że i plan jest słaby i wykonawcy się nie przykładają i powstają takie katastrofy budowlane jak choćby w kultowym serialu „Alternatywy 4”.

Ale my mamy plan najlepszy. Ewangelię. Na jej podstawie mamy budować z głównym wykonawcą nasze wieczne zbawienie. Znajomość tego planu nie jest jednak naszą mocną stroną, a co gorsza, niemal każdy uważa się za eksperta i wielu dowodzi, że ten plan jest zbędny i można „budować na oko”, bo jakoś to będzie. Nasze wyobrażenia, gusta, przekonania, mają stać się zbiorem lepszych zasad, bardziej współczesnych, adekwatnych do naszej sytuacji i czasów. I budujemy… I gdzie człowiek się nie obejrzy, tam katastrofa budowlana, albo brakoróbstwo. A plan? Zbędny, zakurzony, na najwyższej półce w regale, z dedykacją od pobożnej ciotki – „Kaziowi, na Pierwszą Komunię”, 1986 rok…

Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.

wtorek, 29 listopada 2016

wyciągnij rękę i weź...

zdj:flickr/Matthias Ripp/Lic CC
(Łk 10,21-24)
W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić. Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli.

Mili Moi…
Wraz z całym Kościołem, rozpoczęliśmy w Bridgeport Adwent. Cieszą mnie w tym czasie zwłaszcza Roraty, które w naszej parafii celebrujemy o 6.30 rano. Ściągają one nieco więcej osób niż codzienna poranna Msza Święta. A są piękne, bo nasz duży kościół daje nam możliwość rozpoczęcia Mszy od procesji ze świecami. Doświadczamy więc wędrówki ze światłem w mrokach tego świata. Bardzo to symboliczne i znaczące.

Ja zaś przygotowuję się powoli do adwentowych rekolekcji, które mam wygłosić w Chicago. Już w piątek ruszam do miejsca przeznaczenia i, poza radością z głoszenia Słowa, mam również szczerą nadzieję na chwilę odpoczynku, odetchnięcie innym powietrzem, odcięciem choć na chwilę od codziennych trosk. A tych w zarządzaniu parafia naprawdę nie brakuje.

Czytam… Ostatnimi dniami sporo. Wciąż poszerzam wiedzę potrzebną do konstruowania mojego doktoratu. Jest to jedno z moich postanowień adwentowych. Nie może być dnia, w którym czegoś dla tej pracy nie zrobię. A że muszę jeszcze kilka dzieł wchłonąć, to czytam z zapałem. Jak bardzo chciałbym, żeby zabłysło jakieś światełko w tunelu zwiastujące kres tej studenckiej drogi. Ale nawet jeśli jakieś myśli o końcu się pojawiają, to są mgliste i trwają chwilę.

Myślę dziś nad Słowem o tym niezwykłym powołaniu, które dal mi Pan. Ale nie o kapłańskim, czy zakonnym (choć i one są zupełnie niezwykłe), ale o chrześcijańskim. Przecież wszystko mogło być inaczej. Mogłem nie urodzić się w katolickiej rodzinie, mogłem nie odkryć Kościoła jako mojej nowej rodziny. Moja droga wiary mogła być znacznie bardziej skomplikowana i zawiła. I wcale nie ma gwarancji, że znalazłbym na niej Boga. Tymczasem On dał mi tę wielką łaskę wiary właściwie od samego początku mojego życia. Co więcej, otrzymałem dar wiary niezachwianej, pozbawionej wątpliwości, zupełnie oczywistej i pewnej. To dar. Żadna w tym moja zasługa.

I dlatego myślę sobie jak bardzo bogaty jestem. Co więcej – jestem większym szczęściarzem (wszyscy jesteśmy), niż Apostołowie, którzy mieli tylko trzy lata z Jezusem. My mamy ich dwa tysiące za nami. Tysiące ksiąg opisujących działanie Boga w świecie, miliony świadectw głębokich relacji z Nim. Życia nie wystarczy, żeby choć odrobinę to zgłębić. A mimo tego wydaje nam się, że gdybyśmy żyli w czasach Jezusa, to może… ale dziś – tak trudno w Niego wierzyć. Mam takie wielkie przekonanie w oparciu o dzisiejsze Słowo, ze On chce nas wprowadzać w tę relację Syn – Ojciec, że On chce nas czynić jej częścią. Innymi słowy – wszystko, co Boże, jest dla nas dostępne. Wystarczy otworzyć oko, wystarczy nadstawić ucho. I brać… Bo Bóg jest hojnym dawcą. A Jego dary nigdy się nie wyczerpują…

czwartek, 24 listopada 2016

o klamce...

zdj:flickr/MikaelSimm/Lic CC
(Łk 21,20-28)
Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą! Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni! Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.

Mili Moi…
Muszę przyznać, że bardzo lubię amerykańskie Święto Dziękczynienia, które przypada właśnie dziś. Lubię je przede wszystkim dlatego, że… jest cicho. Na ulicach ruch zamiera, nie pracują żadne urzędy i instytucje. Ludzie zajmują się drobiem i przygotowują się do wieczornych spotkań. Wszyscy siadają przy stole i świętują. Tak, można zarzucać sielankowość, czy powierzchowność. I z pewnością są i tacy, dla których głębsze znaczenie tego święta pozostaje zakryte. Ale jestem przekonany, że wielu ludzi przeżywa ten dzień świadomie. Ja raczej ubolewam nad tym, że mimo dnia wolnego, na największym dziękczynieniu jakie katolik może sobie wyobrazić, na Mszy Świętej, frekwencja mizerna. Wiele pewnie jeszcze lat formacji upłynie, zanim grono eucharystyczne nam się w parafii powiększy. Ale nie traćmy nadziei…

Wczoraj, dzięki pomocy przyjaciół z Polski, dostałem trzystustronicowe tomiszcze poświęcone działalności św. Maksymiliana w Japonii. Dzieło brata Ferdynanda Kasza, maszynopis, który skutecznie uzupełni moje wiadomości o tym okresie życia świętego. Tylko kiedy czytać? Przesyłka mnie ucieszyła, ale jednocześnie wniosła w moje życie kolejną falę niepokoju. Wszak doktorat nietknięty od września. Owszem, poczytuję nieco, ale zupełnie nie wyobrażam sobie kiedy zasiądę i napisze kolejną partię mojej pracy. Na to też staram się spoglądać z nadzieją, ale ten proces wydaje mi się tak długotrwały i tak daleki od ukończenia, że czasami drżę na myśl o umykających dniach.

A poza tym dużo twórczości wszelakiej. We wtorek odbyło się kolejne spotkanie grupy małżeństw i kolejny fragment przysięgi małżeńskiej stał się przedmiotem naszego namysłu. Tym razem „biorę sobie Ciebie za męża/żonę”. We środę, wyjątkowo, spotkanie w ramach rekolekcji ewangelizacyjnych, które też powoli zmierzają do końca. W sobotę czeka nas kolejny parafialny dzień skupienia, a przyszły tydzień to już przygotowania do wyjazdu na rekolekcje adwentowe do Chicago.

A dzisiejsze Słowo??? Muszę przyznać, że nie bardzo lubię te końcówkę roku liturgicznego, bo Słowo jest „bezlitosne”. Z cała przejrzystością Jezus opowiada o losach tego świata, które muszą się kiedyś dopełnić. Niewątpliwie wpływ na tę „godzinę” ma ludzki grzech. I przyznam szczerze, że bardzo mnie dziwi, że Bóg wciąż wstrzymuje swój gniew. Być może to zasługą modlących się w zaciszu klauzury sióstr, a może ewangelizujących w świetle fleszy świeckich braci i sióstr. Nie wiem. W każdym razie On wciąż daje nam czas na nawrócenie. Świat wykonał przedziwną woltę w pespektywie ostatnich kilkudziesięciu lat. Oficjalnie i bluźnierczo odwrócił się od swojego Stwórcy, rzucając Mu „w twarz” swoiste wyzwanie, dowodząc, że może istnieć dalej gwałcąc i pogardzając wszystkim, co Bóg uznaje za święte. Taki stan nie będzie trwał wiecznie. A moim skromnym zdaniem, generalnie nie potrwa już długo. Tak, jak z miłości Bóg ten świat powołał, tak z dokładnie taką samą miłością zakończy jego istnienie. Pytanie tylko – przez które drzwi wejdziemy do nowego życia? Bo takich drzwi jest tylko dwoje. Może więc warto przyjrzeć się dziś, którą klamkę trzymasz w dłoni…

poniedziałek, 21 listopada 2016

a ja nie chcę...

zdj:flickr/gautam prakash/Lic CC
(Łk 23,35-43)

Gdy ukrzyżowano Jezusa, lud stał i patrzył. Lecz członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym. Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie. Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest Król żydowski. Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.


Mili Moi…
Jest dramatycznie… Żebym ja na moim blogu wpisywał coś raz w tygodniu… Tak źle to jeszcze chyba nigdy nie było. A im bardziej stanowczo planuję to zmienić, tym mniej mi wychodzi. Najczęściej jest to związane z faktem, że dopiero wieczorem mam wolną chwilę, którą mógłbym poświęcić na pisanie. Ale zwykle jestem już tak zmęczony, że nie jestem w stanie zebrać myśli. Wiem, że ksiądz, który tak mówi, jest dla wielu mało wiarygodny, bo co tez ci księża mogą robić. Ale może po prostu jestem taki słaby zawodnik i szybko się męczę. Sam już nie wiem.

Na szczęście udało mi się zdyscyplinować samego siebie w kilku innych dziedzinach życia. Wreszcie wszedłem w adorację w trochę bardziej zaplanowany sposób. Udało mi się wrócić do siłowni i jeść mądrzej, wróciłem też do soków warzywnych. To oczywiście małe rzeczy, ale to z małych rzeczy składa się codzienne życie. Domaga się to ode mnie funkcjonowania z zegarkiem w ręku, żeby podołać wszystkim obowiązkom, ale pojawia się tez satysfakcja z dobrze zaplanowanego dnia i ze zrealizowanych planów.

Muszę Wam zdradzić, że dojrzewa we mnie plan pożegnania się z portalami społecznościowymi, głownie z Facebookiem. Od dawna myślę, żeby się z niego wycofać. Poziom przemocy i braku kultury jest tam już tak wysoki, że trudno mi się to przegląda. Tym smutniej, że przecież dotyczy moich znajomych, bo to zamieszczane przez nich wiadomości przecież oglądam. Wielu z nich jest w permanentnym proteście. Sprzeciwiają się, mam wrażenie, wszystkim i wszystkiemu. Czasem czuje się jak na jakimś wiecu, na którym są wznoszone wrogie okrzyki. Smuci mnie to i złości. Rodzi ogrom niezrozumienia. Nie potrafię zrozumieć motywacji kogoś, kto zamieszcza film z księdzem (suspendowanym zresztą), który jednym tchem wypowiada słowa „zniszczmy ich, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Nie umiem pojąć demaskatorskich zapędów moich znajomych, którzy najwięcej życiowej energii trawią na poszukiwanie żydomasonerii. Nie mam sił na fale szyderstwa i pogardy. Kiedyś mogłem jeść poranną owsiankę i przeglądać FB. Dziś już nie mogę… Może czas się pożegnać. Żeby tak całkiem nie stracić wiary w ludzi, wiary w dobro…

Patrzę na krzyż Chrystusa, z którego króluje On nad tym światem i pytam Go – kiedy to się stało? Kiedy ludzie nabrali przekonania, że wiedzą już wszystko i nie potrzebują już słuchać nikogo? Kiedy dzielenie się swoimi przemyśleniami zamieniły się w brutalne prowokacje i obrzucanie się inwektywami? Kiedy wzniesiono barykady, z których od rana do wieczora strzela się do potencjalnych wrogów? Kiedy agresja zastąpiła życzliwość, a kultura została wyparta przez wulgarną przemoc słowną? Kiedy, katolicy przecież, nabrali przekonania, że dzień bez ociekającego jadem żartu ze swojego Kościoła jest dniem straconym? Kiedy młodzi i starsi zdecydowali, że goły tyłek ponętnej dziewczyny będzie najlepszym komentarzem zarówno do urodzinowych życzeń, jak i do informacji o czyichś zaręczynach?

Kiedy to się stało? Pewnie już wtedy… Tam pod krzyżem… Nie było inaczej. A lud stał i patrzył… A ja nie chcę… Coraz wyraźniej czuje, że nie chcę…

poniedziałek, 14 listopada 2016

wydmuszki...

zdj:flickr/psyberarist/Lic CC
(Łk 21,5-19)
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.


Mili Moi…
Tyle ważnych i pięknych rzeczy się dzieje, że nie nadążam zasiąść do komputera, żeby je opisać… W minionym tygodniu mieliśmy gościa. Witek Wilk dotarł do naszej parafii. W Polsce znany z mocnego Słowa, które przemienia ludzkie serca. Namaszczony mocą Ducha głosił również u nas. Urzeka mnie, że ludzie przemienieni przez Jezusa są niesłychanie prości, przejrzyści, otwarci. Słuchanie ich historii rodzi zapał i chęć do podejmowania na nowo nawet najtrudniejszych wyzwań. A tych nie brakuje. Choćby fakt, że zdecydowana większość słuchaczy w naszym kościele była spoza naszej parafii smuci mnie i jednocześnie głęboko zawstydza. Na razie jednak nie rezygnuję. Wciąż wierzę, że może coś kiedyś się jednak zmieni, że może uda wzbudzić się pragnienie również tu, w Bridgeport. A może taki jest Boży plan, żeby to miejsce służyło znacznie szerszemu gronu. Może to właśnie ci nie parafianie mają tu znajdować Boga. Nie wiem… Słucham, patrzę, rozeznaję… Daję sobie jeszcze czas…

W piątek zaś wyjechałem do West Hardford, aby poprowadzić rekolekcje dla małżeństw. Nie było ich wiele, bo tylko osiem, ale za to udało nam się stworzyć piękną wspólnotę na te weekendowe dni. To taka radość patrzeć na ludzi, którzy otwierają się na Boga i na siebie nawzajem. Kilka ważnych tematów udało nam się jak zwykle poruszyć i wierzę głęboko, że jakaś, nawet najdrobniejsza przemiana się w nich dokonała. Bo przecież nie trzeba wiele, trzeba tylko ruszyć z miejsca…

Dzisiejsze Słowo zaś znowu prowokuje we mnie pytanie – o obraz Boga, który w sobie noszę, a może szerzej – nosimy. Czy On rzeczywiście jest pełen czułości, miłości i dobroci? Bo przecież dzisiejsze zapowiedzi zdają się temu przeczyć. Ale czy w istocie przeczą one Jego dobroci, czy może tylko naszemu, ludzkiemu rozumieniu tego, co dla nas dobre? Bo nauczyliśmy się myśleć, że pokój i bezpieczeństwo, to optymalne warunki dla ludzkiego życia. Wydaje nam się, że bez nich nie da się osiągnąć szczęścia i stabilnego rozwoju. Trudności życiowe nie stanowią przedmiotu pożądania dla nikogo.

Gdyby jednak tak było, to właśnie tu i teraz winniśmy być najbardziej szczęśliwi. Wszak żyjemy w okolicznościach, które pozwalają zachować dużą dozę optymizmu, i pomijając właściwą dla naszego świata tendencję do narzekania na wszystko i wszystkich, przyznać trzeba, że nie brakuje nam żadnej z podstawowych dla człowieka wartości. Większości z nas nie grozi głód, bezdomność, czy skrajna samotność. A jednak u wielu brakuje smaku życia. Nasze życie, niczym wydmuszka, toczy się to w tę, to w inną stronę, kruche tak, że najdrobniejszy kłopot powoduje trudne do oszacowania zniszczenia. A Bóg mówi dziś, że dopiero w dramatycznych okolicznościach będziemy mieli okazję do składania świadectwa. Innymi słowy – dopiero doświadczając takich czy innych boleści zweryfikujemy wartości, którymi żyjemy. Wydmuszka się nie ostoi, ale chrześcijanin owszem…

Czy zatem chodzi o zapowiedź zniszczenia, czy raczej o pobudzenie nas do życia prawdziwego? Czy zamysłem Boga jest nas nieco postraszyć, czy skłonić nas raczej do zweryfikowania naszych wartości i docenienia naszego tu i teraz? Każda chwila ma wartość, ponieważ każda pokazuje nam na czym oparliśmy nasze życie. Każda chwila ma wartość, ponieważ każda jest zaproszeniem do odkrycia Tego, który może stać się dla nas oparciem w najtrudniejszych doświadczeniach. Tylko On pozwoli je przetrwać, kiedy nadejdą… 

poniedziałek, 7 listopada 2016

jakie tam będzie siano...

zdj:flickr/iJorgen/Lic CC
(Łk 20,27-38)
Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa "O krzaku", gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją.


Mili Moi…
Cuda się dzieją… Nieustannie. Ale całkiem sporo wydarzyło się ich w ostatni czwartek. Dochodzą do mnie głosy, że nasze rekolekcyjne nabożeństwo uzdrowienia zaowocowało potężnymi uwolnieniami. Zniknął lęk, gniew, nienawiść… A świadectw pewnie będzie więcej… Duchowa walka trwa. Na reakcje demona nie trzeba było czekać długo. Już w piątek rano dostałem od niego sygnał, że ma mnie na oku. Ale to był tylko wyraz jego bezsilności. Coś, co miało mnie zaniepokoić, a tak naprawdę mnie ucieszyło, bo odsłoniło cały ogrom Bożego dobra, którego świadkami byliśmy w czwartkowy wieczór. Wierzę głęboko, że to nie koniec, że Bóg będzie się nam jeszcze nie raz objawiał w swojej dobroci i z całym ogromem darów przyjdzie jeszcze niejeden raz do naszych rekolektantów…

Przede mną zaś kolejny pracowity tydzień… Jutro spotkanie w sprawie grudniowych rekolekcji małżeńskich w naszej parafii, we wtorek kolejne kilkugodzinne spotkanie księży, a wieczorem zaczynamy krótkie rekolekcje z Witkiem Wilkiem, znanym ewangelizatorem z Polski. Czwartek to nasze rekolekcje REO, a piątek to początek weekendowych rekolekcji małżeńskich w Hartford, które współprowadzę. Nie ma nudy, oj nie ma… Nad wszystkim trzeba pomyśleć, wszystko przygotować. Poranki wypełni mi pewnie lektura przygotowująca do pisania trzeciego rozdziału mojej rozprawy doktorskiej, choć zupełnie sobie nie wyobrażam w jaki sposób i kiedy on powstanie. Ale wszystko w rękach Najwyższego…

Dziś myślę nad Słowem o nowej perspektywie, którą przedstawia Jezus. Na przykładzie żydowskiego prawa małżeńskiego objawia wprost, że przykładanie ludzkich sposobów myślenia do rzeczywistości życia wiecznego mija się z celem. Święty Maksymilian podawał w takich chwilach przykład konia, który, gdyby mógł sobie wyobrażać stół swojego gospodarza, widziałby na nim najlepszy rodzaj siana. Podobnie i my z naszymi wyobrażeniami o niebie jesteśmy całkiem daleko od tego, co tak naprawdę nas tam czeka. Nie mamy szans zajrzeć za życia za tę zasłonę, czy więc jest sens „gdybać”? Czemu nie? Jeśli każda porcja nowych wyobrażeń będzie zwieńczona zastrzeżeniem, że to tylko wyobrażenia…

Od jakiegoś czasu śledzę sobie Polskie Kroniki Filmowe. Wiele z tych filmów jest naprawdę zabawnych. Zwłaszcza te, które przewidują… Wyobraźnia twórców, którzy choćby w latach siedemdziesiątych próbowali dociekać, jak będziemy mieszkać w roku 2000 nie znalazła żadnego odzwierciedlenia w faktach. Dziś bawi i zdumiewa… Myślę sobie, że takie uczucia będą nam towarzyszyć również, kiedy przekroczymy bramę śmierci. Zdumienie będzie prawdopodobnie połączone z dużą dozą dobrej zabawy i śmiechu. A potem już tylko najgłębsza radość i szczęście, że Bóg, jak zwykle, okazał się większy od wszelkich ludzkich wyobrażeń…