czwartek, 12 stycznia 2017

świt nowego życia...

zdj:flickr/Barsha Paudel/Lic CC
(Mk 1,40-45)
Trędowaty przyszedł do Jezusa  i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

Mili Moi…
Wczoraj zakończyliśmy rekolekcje ewangelizacyjne w Worcester. Piękny czas i sporo ludzi, którzy chcieli słuchać o Jezusie. Nie ma większych radości dla kapłańskiego serca. Przy okazji tych rekolekcji dwa odkrycia – jedno miłe, drugie mniej…

Zacznijmy od tego mniej przyjemnego… Otóż poszedłem pewnego dnia na spacer i spotkałem człowieka. Oczywiście mój habit stal się tematem dla rozpoczęcia rozmowy. Okazało się, że pan ma polskie korzenie i polskie nazwisko, ale po polsku zna tylko jedną, nadzwyczaj przydatną frazę – idź do domu spać. Kiedy dowiedział się, że jestem katolickim zakonnikiem, opowiedział mi, że, jak wielu Amerykanów, skończył katolickie szkoły. A teraz nie należy do żadnej religii, ale jest „spiritual” (to takie słowo klucz na określenie duchowości). Ciągnie go do kultów indiańskich. Praktykuje Reiki na trzecim stopniu wtajemniczenia. Ale zawsze lubił anioły. Nie wiedział tylko, który jest jego szczególnym przyjacielem. Ale wróżka postawiła mu karty anielskie i już wie, że święty Michał. Jest on patronem… urządzeń technicznych (sic!). Ów pan zawsze go wzywa, kiedy popsuje mu się GPS – i jeszcze nigdy się nie zawiódł. Oczywiście święty Michał wciela się w różnych ludzi i mój rozmówca nie raz go widział. A poza tym anioły się z nim komunikują przez „potrójne numery”. Tego dnia, o poranku, zobaczył trzy piątki na ekranie telewizora, co zapowiedziało mu… nasze spotkanie na ulicy. Słuchałem i słuchałem z coraz większym zdumieniem i zastanawiałem się jak daleko można odejść od wiary w Boga i z jak solidnym zaangażowaniem można oddawać się gusłom i innym niedorzecznościom. Pan strzelił sobie ze mną selfie dla mamy katoliczki – na pewno się ucieszy – powiedział…

Drugie odkrycie miało znacznie radośniejszy charakter. Wczorajszego wieczoru, po prowadzonej przeze mnie modlitwie uwielbienia, podszedł do mnie jeden z miejscowych parafian, młody człek, Libańczyk i zapytał – czy ojciec wie, że modli się po arabsku? Chodziło oczywiście o śpiew w językach, którym często posługuje się w modlitwie. Szczęka opadła mi do ziemi i rzecz jasna zapytałem co mówię? Odpowiedział mi – wzywasz ludzi do wielbienia Boga i oddajesz cześć Maryi. Wstrząśnięty jestem do dziś i pewnie jeszcze długo będę. Coś, co traktowałem jako moje gaworzenie przed Ojcem, okazało się realnie istniejącymi słowami, możliwymi do zrozumienia przez człowieka znającego język arabski. Niech Bóg będzie we wszystkim uwielbiony…

Tymczasem myślę również nad dzisiejszym słowem. Ile smutku i beznadziei musiał nosić w sobie ów trędowaty, który zdecydował się dziś na tak dramatyczny gest wobec Jezusa. Podszedł blisko, zbyt blisko. Prawo regulowało tę odległość bardzo restrykcyjnie w obawie przed zarażeniem ludzi zdrowych. Być może uznał, że nie ma nic do stracenia. Być może zaryzykował życiem, którego nie chciał prowadzić dłużej w taki sposób. I to ryzyko stało się drzwiami do jego wolności. Jezus nie tylko przywrócił mu zdrowie, ale również entuzjazm życia, o czym świadczy niezdolność zachowania tej wielkiej radości z uzdrowienia dla siebie. Myślę sobie, że do dziś „najłatwiej” nawrócić ku Jezusowi ludzi, którzy, podobnie jak ów człowiek trędowaty doświadczają śmierci za życia. Im bardziej udręczeni, na tym większe ryzyko gotowi. A dla wielu zwrot ku Jezusowi to poważne ryzyko, bo być może wyhodowano w ich sercu Jego obraz, który daleko odbiega od prawdy. Kiedy jednak takiego zwrotu dokonają, dzieją się cuda. Wraca życie… Bo w istocie – tylko On jest jego źródłem… Dla odważnych trędowatych wstaje nowy dzień...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Święty Antoni - módl się za nami...

zdj:flickr/77krc/Lic CC
(Mk 1,14-20)
Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.

Mili Moi…
No jeśli ja zaglądam na mojego bloga raz w tygodniu, to już musi być naprawdę źle… I rzeczywiście mnóstwo rzeczy się dzieje, choć żywiłem nadzieję, że po Nowym Roku to już będzie z pewnością lżej i spokojniej. Tymczasem nic z tego.

Miniony tydzień to sporo zajęć związanych z takim prozaicznym zjawiskiem, jak mój legalny pobyt w USA. Moja wiza utraciła swoją ważność. Rzecz jasna już od lipca aplikowaliśmy o jej przedłużenie, więc ostatnie dni domagały się finalizowania tego zjawiska. Telefony, maile, rozmowy, ale wygląda na to, że „rajska Ameryka” jeszcze mnie trochę potrzyma w swoich objęciach.

Atak zimy pokrzyżował nam nieco plany sobotnie, ponieważ głęboki śnieg uniemożliwił wszystkim zainteresowanym dotarcie na nasze doroczne, parafialne Przyjęcie Bożonarodzeniowe. Ale z wielką radością przywitaliśmy tych ponad stu odważnych parafian, którzy jednak zdecydowali się przybyć. Może nieco bardziej kameralnie, ale wcale nie mniej radośnie spędziliśmy kilka godzin w gronie przyjaciół. Posłuchaliśmy znakomitego koncertu jazzowego, pośpiewaliśmy wspólnie kolędy, zjedliśmy dobry obiad. A na dworze mały śniegowy Armagedon.

Wczoraj zaś rozpocząłem rekolekcje ewangelizacyjne w Worcester, MA, w polskiej parafii Matki Boskiej Częstochowskiej. To około dwóch godzin jazdy stąd. Tam też śnieg dał się trochę we znaki, ale frekwencja niezła. Dziś jednak dane będą nieco bardziej wiarygodne, bo wczoraj przecież niedziela. Z radości – spotkałem moich sąsiadów ze Sztumu, którzy tam mieszkają, a ja nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Bardzo miłe chwile – jak to mówią – góra z górą się nie zejdzie… Wieczorem wróciłem do domu, bo kolędy trwają w najlepsze. Każdego wieczoru więc błogosławimy domy tym, którzy nas zapraszają. A jako, że zapraszający zwykle mają ochotę pogadać, to taka wizyta trwa dwie, trzy godziny. Wczorajsza była zupełnie wyjątkowa – rodzina, która mnie zaprosiła, gościła pod swoim dachem wędrujący obraz Matki Bożej Częstochowskiej. To było cudowne uczucie, klęczeć z rodzicami i ich trzema synami i odmawiać wspólnie Różaniec. Oby więcej takich chwil, miejsc, rodzin…

Dziś z małym poślizgiem wylosowaliśmy patronów i sentencje na rozpoczynający się rok i z radością przyjąłem do wiadomości, że szczególnym moim opiekunem będzie znakomity kaznodzieja, święty Antoni z Padwy. Sentencją przewodną zaś staną się dla mnie słowa przypisywane Tertulianowi – Tylko ten, kto boi się Boga, nie boi się diabła.

A początek nowego okresu liturgicznego to Słowo o powołaniu pierwszych uczniów. U nas wprawdzie dziś dopiero Święto Chrztu Pańskiego, więc mamy czytania wczorajsze, ale w Polsce liturgia już na zielono… To Słowo jakoś szczególnie mnie dotyka na dwie godziny przed kolejną podróżą ewangelizacyjną. Za chwilę bowiem wracam do Worcester, MA właśnie w tym celu – aby czynić uczniów. Moja misja to kontynuacja misji Jezusa – wzywanie i zapraszanie do świadomego życia z Nim, do oddania Jemu swojej codzienności. Ale zanim to nastąpi, dziś poopowiadam trochę o miłości Bożej. Mam szczerą nadzieję, że Słowo trafi na podatny grunt ludzkich serc i w środę Pan będzie czynił cuda. A największy z nich to przecież przemiana ludzkich serc…

niedziela, 1 stycznia 2017

niech Ona wskaże drogę...

zdj:flickr/faxepl/Lic CC
(Łk 2,16-21)
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Mili Moi…
No i wydawać by się mogło, że tydzień poświąteczny to tylko relaks i wypoczynek. Ale jednak ciągle jakieś zajęcia. Te przewidywalne i te mniej (na przykład trzy pogrzeby), ale wszystkie konieczne i dość pracochłonne. Ostatni tydzień roku minął więc prawie niezauważalnie. Jak cały rok zresztą…

To był dla mnie trudny czas… Pierwszy pełen rok mojego proboszczowania. Nauczyłem się bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim tego, że moje wyobrażenia mają się nijak do rzeczywistości. Wyobrażałem sobie, że przez rok da się choć odrobinę zbliżyć parafię do obrazu rodziny, w której wszyscy czują się dobrze i każdy podejmuje jakąś cząstkę odpowiedzialności. Wydawało mi się, że należy tylko stworzyć dobre warunki, dać maksymalnie dużo z siebie, pokazać ile można zrobić wspólnie i razem. A nade wszystko głosić Dobrego Boga, który nie może się doczekać na swoje dzieci, którym chce nieustannie towarzyszyć i błogosławić.

Nawet nie wiedziałem jak naiwne to myślenie… Przekonałem się na własnej skórze i przeżyłem potężny wstrząs duchowy. Opadły mi skrzydła i w sobotni poranek po raz pierwszy w życiu chyba modliłem się o nadzieję, bo tej zaczęło mi bardzo brakować. Do tego dochodzą w naszych warunkach różnorodne problemy wspólnot emigracyjnych, których nawet nie opisuję, bo one są absolutnie nie do zrozumienia jeśli się nie jest tu, na miejscu. Dla mnie samego to wielka szkoła pokory i zmierzenie się z jedną z największych porażek w moim życiu.

Tak, wiem, być może niektórzy pomyślą, że dramatyzuję, przesadzam. Oczywiście może jest i tak. Ale tak boleśnie odczuwam upływający czas. Każdy dzień, który przemija, sprawia, że powierzeni mojej trosce ludzie mają tu na ziemi jeden dzień mniej na cieszenie się głębokim poznaniem Boga i Jego bliskości, Jego dobroci. Każdy kolejny dzień, w którym nie umiem im tego przekazać, zachęcić, przekonać, to dzień mojego osobistego cierpienia i wstydu przed Panem, który, jak wierzę, nie posłał mnie tu po to, żebym „zgasił światło”, ale abym zrobił wszystko, co w mojej mocy, żeby Jego życie się tu objawiło.

To jest cudowna parafia. Ludzie mają niezwykły potencjał. Jest wiele młodych, bardzo aktywnych rodzin. Zapracowanych, zajętych, nieobecnych… A Bóg ciągle przychodzi do mnie ze słowami – przyprowadź mi ich. A ja już nie wiem jak… Więc Go pytam, bo nie chce zawieść ani Jego, ani tych, z którymi idę do zbawienia jako proboszcz. Pytam nieustannie i proszę Go o nadzieję…

Oczywiście nie brakowało jasnych momentów. Ale jest we mnie taki ogromny głód na więcej i więcej… I choć czasem sobie sam mówię – odpuść, niech jest, jak jest… To po prostu nie potrafię. Nie po to zostałem księdzem, żeby służyć gorzej, niż mógłbym to robić. Stąd w nowy rok wchodzę z duża ciekawością – czym zaowocuje to ogromne napięcie, które odczuwam, w co przekuję te duchowe pragnienia…

A poza tym? Zdecydowałem się na przykład zapisywać przeczytane w tym roku książki. Było ich 27. To niezły wynik. Niektóre z nich to zaledwie stu stronicowe „broszury”, ale nie brakowało i dziewięciuset stronicowych dzieł. To taka mała radość, bo każda z tych książek była o niebo ciekawsza, niż to, co wylewa się z ekranu telewizora, którego dzięki książkom nie oglądam prawie wcale.

A pierwszy dzień nowego roku konfrontuje mnie z prostymi ludźmi – Maryją, Józefem, pasterzami… Każdy z nich miał swoją misję. Jedni wielką, inni mniejszą. Każdy z nich miał jednak dostęp do Tajemnicy. I pewnie wszyscy stali wobec tego samego dylematu, co ja – w jaki sposób podzielić się tą Tajemnica ze światem? Jak uczynić to najlepiej? Co zrobić, żeby świat usłyszał, przejął się i zrozumiał? To bardzo pocieszające. Dlatego powierzam się dziś wstawiennictwu Maryi. Niech ta, która niesie swojego Syna światu od dwudziestu wieków zajmie się również mną i moim naiwnym, proboszczowskim sercem. Niech wskaże drogę…

wtorek, 27 grudnia 2016

Wielki Bezrobotny...

zdj:flickr/Ed Schipul/ Lic CC
(Mt 10,17-22)
Jezus powiedział do swoich Apostołów: Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

Mili Moi…
No to święta właściwie za nami… W USA drugi dzień świąt nie jest w żaden sposób eksponowany, choć nieliczni mają dziś wolne od pracy. Do kościoła zaglądają już tylko ci gorliwsi. Ale jednak staramy się świętować. W tym roku nasze liturgiczne uroczystości miały szczególnie okazały charakter, a to głownie za sprawą nowego organisty, który we wrześniu zastąpił amerykańskiego poprzednika. Polski organista podczas Pasterki to jednak skarb nieoceniony. Pomijając trudności komunikacyjne, poprzednik po prostu nie miał tego „polskiego uczucia”. A w tym roku chór zabrzmiał w zupełnie nowy sposób. Chciało się śpiewać, słuchać, zostać…

A wczoraj jak to w Boże Narodzenie… Gościny, serdeczne spotkania, dużo śpiewania kolęd, ale i trochę duchowej refleksji. Zawsze dużym wyzwaniem są dla mnie homilie w te święte dni. Co roku te same teksty, którymi należy oświetlić rzeczywistość. Ze zdumieniem czasem wsłuchuję się w medialne przekazy, które w skrócie informują kto, co i gdzie powiedział w tę świętą noc narodzenia… Ze zdumieniem, bo w życiu bym się nie spodziewał, że można mówić o wszystkim, byle nie o Słowie przewidzianym na tę noc… A jednak – okazuje się, że wyobraźnia duszpasterska nie ma granic… Ja znacznie skromniej, staram się nie odbiegać od Tajemnicy… Zamieszczam na dole próbkę nocnej i dziennej refleksji... Może komuś się w chwili wolnej posłucha…

A dziś głównym tematem moich rozmyślań jest bezrobocie… Tak, tak… Słowo skłania mnie do zmierzenia się z tym tematem. Nie w kontekście społecznym jednak, ale ściśle religijnym. Mówię bowiem o bezrobociu Ducha Świętego. Jego wsparcie jest nam dziś obiecywane w sytuacjach skrajnie trudnych. I w zasadzie można się tylko cieszyć, jeśli takowych nie przeżywamy. Wciąż nie jesteśmy tu i teraz prześladowani za naszą wiarę, zatem i Duch w tym kontekście nie ma zbyt wiele roboty. Ale czy to oznacza, że On nie działa tylko dlatego, że nas nie prześladują? Czy znaczy to, że nie chce działać? Ależ nie… Oczywiście, że chce działać. Wszak wciąż potrzeba głosicieli, świadków, ewangelizatorów… Ale przecież (i tu następuje dłuuuuga lista wymówek, które uniemożliwiają nam otwarcie naszych ust, a to warunek konieczny do tego, żeby On mógł w nas zadziałać).

Nawet jednak gdyby, któreś z tych argumentów okazały się przekonujące. Gdybyśmy uznali, że nie stać nas dziś na ewangelizację wobec niewierzących, tudzież wobec stojących w dużej odległości od Kościoła, to jest jeszcze jeden poziom, na którym Duch chętnie by się nam poudzielał. Rozmowy pomiędzy wierzącymi – duchowe, Boże, religijne rzecz jasna… Ale w życiu… Przecież to wstyd. Jakoś się krępujemy. Poza tym jak zacząć? No i co pomyślą inni? Jestem głęboko przekonany, że w większości katolickich domów podczas Wigilii, w którą zebrała się cała rodzina, żeby świętować Tajemnicę, temat Tajemnicy się nie pojawił ani przez chwilę. Być może mówiono o Kościele, ale tylko po to, żeby go znów skrytykować lub ponarzekać. Ale o Nowonarodzonym dyskretnie milczano…

A Duch? Bezrobotny w naszych katolickich domach idzie na rozstaje dróg i zaskakuje nas, a może nawet gorszy, mówiąc czasem piękne rzeczy przez ludzi, którzy dopiero szukają Boga w swoim życiu… Ale oprócz uszu otwierają również swoje usta… 





środa, 21 grudnia 2016

karmić chlebem i Słowem...

zdj:flickr/Michael Becker/Lic CC
(Łk 1,39-45)
W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana.

Mili Moi…
Ostatnie dni to dla nas prawdziwe szaleństwo. I nie mówię tu tylko o zwyczajnych, przedświątecznych przygotowaniach. W miniony piątek bowiem znacząco pogorszył się stan zdrowia o. Georga, Amerykanina, który mieszka z nami. Dwukrotna wizyta w szpitalu i wielka słabość, której doświadczał skłaniała nas do służby, co w gruncie rzeczy jest piękne i dobre, ale… No właśnie… Raz, że trochę brak nam praktyki w pielęgnacji osób starszych, a dwa – sezon przedświąteczny uniemożliwia nam nawet dotrzymanie mu towarzystwa. Zapadła więc decyzja o natychmiastowym przewiezieniu go do domu dla naszych starszych współbraci w Chicopee, MA. Ale na drodze tej „natychmiastowości” stanął… weekend. A potem… procedury. I natychmiastowość zrealizuje się jutro, kiedy odwiozę tam naszego współbrata. Przykro patrzeć, kiedy noce spędza w fotelu, bo nie jest w stanie wejść na trzecie piętro naszego domu, gdzie mieszka… Takie to nasze Boże Narodzenie w tym roku…

Oprócz tego służba w kościele. Nie tylko w naszej parafii, ale i u sąsiadów. Spowiedzi przed świętami jak zwykle więcej, co cieszy. Choć w minioną niedzielę kościół był pełen… obcych ludzi. Wielu Polaków nie przychodzi do polskiego kościoła… bo amerykańskie są bliżej. Ale spowiadać się po „amerykańsku” wciąż nie umieją, więc zaglądają do nas dwa razy w roku. Dziś budowa szopki, jutro strojenie kościoła. A ja w międzyczasie chce jeszcze złożyć przedświąteczną wizytę w więzieniu u M, bo myślę sobie, że w takich chwilach człowiek szczególnie potrzebuje drugiego człowieka.

A nad Słowem dziś myślę o Duchu, który wypełnia tę, która spotkała Maryję z Jezusem. Fascynuje mnie, że pierwszym, który rozpoznał Jezusa jest nienarodzony Jan. To jeszcze bardziej motywuje mnie do modlitwy za nienarodzonych – tych uprzywilejowanych świadków miłości Bożej. I myślę sobie jak tu jeszcze intensywniej zapraszać Maryję do mojego życia. Pragnę bowiem tego Ducha, który Jej towarzyszy, pragnę odnowy mojego życia, które staje się coraz bardziej „zniewolone” schematem. Tyle we mnie pragnień, które wciąż czekają na realizację, tyle gotowości do głoszenia i służby… Zbiera się to we mnie wszystko i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze Pan pośle mnie gdzieś… Jeszcze nie wiem gdzie, ale oby tam, gdzie są głodni chleba Ewangelii ludzie… Na wędrowanie ze Słowem… 

piątek, 16 grudnia 2016

słyszysz?

zdj:flickr/niko si/Lic CC
(Łk 7,24-30)
Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach. Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on. I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy. Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego.

Mili Moi…
Zabrałem się ostatnio za pisanie kartek świątecznych. Oczywiście musiały temu towarzyszyć kolędy, bo inaczej sobie tego nie wyobrażam. I choć zwyczaj to już mocno przestarzały (choć wcale nie w Ameryce, w której ludzie chętnie go podtrzymują) to muszę przyznać, że doświadczyłem niemal dziecięcej radości z tego niezdarnego kreślenia liter na śliskim papierze moich tegorocznych kartek. A z każdą następną pojawiało się coraz więcej wspomnień związanych z tymi, do których właśnie pisałem. Taki kawał życia za mną. I tylu ludzi z różnych jego okresów, z którymi udało się ocalić kontakt. Czasem nie mamy wiele więcej ponad te kartki świąteczne. Tym milej jest mi usiąść do ich pisania i pomyśleć o tych, którzy blisko, czy daleko, ale wciąż są.

We wtorek zaś udałem się do spowiedzi. Nie jest to wielkie wydarzenie. Jak na prawdziwego grzesznika przystało, bywam tam często. Ale w USA nie jest to wcale taka prosta sprawa. Oczywiście ja mam i tak łatwiej, bo jeśli zapukam do którejkolwiek plebani, to zwykle żaden duszpasterz spowiedzi mi nie odmówi. Ale najpierw trzeba kogoś zastać w domu, a to „cud Boskiej miłości”. Jest jedno miejsce w mieście, nasza katedra, gdzie niestrudzony father Ringley zasiada codziennie na pół godziny przed Mszą w południe. Lubię go, bo to taki trochę duszpasterski radykał – chodzi w sutannie, co w tych warunkach jest wydarzeniem „kosmicznym” i ma naprawdę dobrze poukładane w sercu i głowie. Zjawiłem się więc przed konfesjonałem w dzień powszedni i byłem pierwszy. Po spowiedzi jednak, gdy wyszedłem, stało tam już kilka osób. I do tego właśnie zmierzam – byli to sami mężczyźni, co mnie bardzo ucieszyło i tchnęło nieco nadziei w moje małe zakonne serduszko. Bo jeśli we wtorek w południe kilku chłopów stoi pod konfesjonałem, to można jeszcze mieć nadzieję, że będzie komu „walczyć o wiarę” w tym zwariowanym świecie.

Wczoraj ostatecznie zakończyliśmy nasze rekolekcje ewangelizacyjne. Z ogromną przyjemnością patrzę na „nowych ludzi”. A historię niektórych miałem zaszczyt poznać i z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Bóg ich wskrzesił. Patrzę na nich i cieszę się wraz z nimi. A dziś, już za chwilę, kolejne miesięczne spotkanie naszej wspólnoty małżeństw. Dziś namysł nad słowami „… i ślubuje ci…” Sam wiele odkrywam przygotowując się do tych spotkań i cieszy mnie, że są tacy, którym chce się na nie przyjść.

Myślę nad Słowem o moich „Janach Chrzcicielach”, o głosicielach, którzy Słowem Bożym budują moją wiarę, i z przykrością stwierdzam, że tych „kapłańskich” jest raczej niewielu. Pierwsza przeszkoda dość techniczna – najczęściej głoszę sam i nie mam okazji posłuchać kogo innego. A internetowe poszukiwania? Jakoś nie trafiają do mnie gwiazdy kaznodziejskie w stylu „baw mnie”, a ci poważniejsi chyba rzadziej są nagrywani. Na szczęście czasami udaje mi się trafić na coś, co i dla mnie jest Dobrą Nowiną wypowiedzianą w stylu, który do mnie trafia, bo inaczej byłoby ze mną krucho. Nasza emigracyjna rzeczywistość niestety utrudnia zwyczajne, zakonne poczynania duchowe. Choćby dni skupienia, których mi tu bardzo brakuje, a dotychczasowe próby ich organizacji nie powiodły się. Szukam więc cierpliwie i staram się słuchać szerzej… Wszak nie tylko przez duszpasterzy Pan przemawia. Ucho otwarte należy mieć zawsze, bo wierzę, że On nieustannie wysyła do mnie swoich posłańców – młodych i starych, biednych i bogatych, wykształconych i prostych… A oni czasem nawet o tym nie wiedząc mówią do mnie piękne rzeczy. Bardzo potrzebne, czasem trudne… Wszystkim Janom Chrzcicielom mojego życia dzisiaj dziękuję…

niedziela, 11 grudnia 2016

w górę...

zdj:flickr/Daniela Carvajal/Lic CC
(Mt 11,2-11)
Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on.


Mili Moi…
Zdążyłem wrócić z Chicago po przeprowadzonych tam rekolekcjach adwentowych. Mam szczerą nadzieję, że Pan Bóg dotykał ludzkich serc tak, jak tylko On to potrafi. Do głoszenia dołożyłem małą ofiarkę – nie znoszę latać samolotami. A Pan Bóg posyłając mnie do tego rozległego kraju zaprasza mnie do tego, żebym od czasu do czasu pokonał te swoją niechęć. I dobrze. Niech i to posłuży rozszerzaniu się jego miłosierdzia.

Zdążyliśmy również zakończyć nasze rekolekcje adwentowe w Bridgeport. W tym roku prowadził nas ksiądz Michał Olszewski. Wiele ważnych słow o Bożym Miłosierdziu padło z naszej ambony. Wiele dobrych książek rozeszło się pośród naszych ludzi. Wierzę głęboko, że to nauczanie wyda swoje owoce przede wszystkim w coraz większej fascynacji Jezusem i Jego miłością.

Wczoraj zaś Wieczór Wigilijny dla uczniów i rodziców naszej polskiej szkoły. Zawsze mnie to nieodmiennie wzrusza, kiedy dzieci usiłują po polsku przekazać dorosłym piękno duchowe tego świętego czasu. Dla wszystkich nas jest to czas zbierania owoców. Widzimy, że ten wysiłek, który dla wielu jest męczący, na który zdarza nam się czasem narzekać, ma głęboki sens i przynosi zamierzone owoce. Cele, które sobie stawiamy, aby dzieci nie zapomniały „skąd ich ród” w takich chwilach rysują się jeszcze wyraźniej, a takie uroczystości są znakomitymi motywatorami do jeszcze większego wysiłku.

Kiedy dziś słucham Słowa, a tam Jezus chwali Jana Chrzciciela, to myślę sobie, że Pan znów jest jakoś „w poprzek” ludzkich oczekiwań. Wszak Jan nie głosi słów łatwych, lekkich i przyjemnych. Te można usłyszeć od ludzi odzianych w miękkie szaty i mieszkających w pałacach. Słowa, które usypiają… A Jan wręcz przeciwnie. To ten człowiek, który mówi – siekiera do korzeni drzew jest przyłożona; kto wam pokazał jak uciec przed gniewem Boga? Słowa, które bolą, ranią i niszczą ugładzony świat świętego spokoju. Słowa, które mają tylko jeden cel – popatrzcie w górę. Nie ograniczajcie się do tego, co ziemskie…

Od razu przychodzi mi na myśl to, do czego wzywał również święty Paweł - 13 Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, 14 pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie. Flp 3, 13-14.

1 Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga*. 2 Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Kol 3, 1-2.

W górę… W górę… I myślę sobie, że gdybym zaczął mówić – jest dobrze, nie martwcie się, doszliście już w wierze i tak daleko, odpocznijcie sobie – zdradziłbym powierzoną mi misję, sprzeniewierzyłbym się swojemu powołaniu. Przygotowywanie drogi Panu od zawsze i na zawsze polega na tym, żeby budzić, a wraz z budzeniem wskazywać natychmiast na Tego, który przychodzi, a który jest miłosierdziem samym…