poniedziałek, 18 września 2017

o zmarnowanej szansie...

zdj:flickr/Patrick Dobeson/Lic CC
(Łk 2,41-52)
Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.


Mili Moi…
Nadszedł wreszcie dzień wizyty u „pani od snu”. Dziś byłem u doktor Stasi, która pointerpretowała dla mnie wyniki moich sennych badań. Niespodzianki nie było. Na jedną godzinę snu przestaję oddychać około 21 razy, a mój mózg jest dotleniony w 90 procentach. To podobno nie jest najgorzej, ale dzięki temu wstaję rano z bólem głowy, a trzy godziny po przebudzeniu jestem gotów znowu się położyć i mam tak przez większość dnia. W czwartek idę po mój osobisty „namordnik”. Mam się „nauczyć spać w masce”. Podobno mnie to nie wyleczy, ale znacząco poprawi komfort egzystowania. Myślałem, że to będzie jakiś wielki odkurzacz, ale przypomina to raczej niewielką skrzynkę na narzędzia. Będzie wraz ze mną oddychać i nawilżać moje tchnienie. A wszystko to… z powodu starości. Kiedy spytałem dlaczego właśnie teraz się to ujawniło, pani doktor stwierdziła – no cóż, z wiekiem… W każdym razie ucieszyłem się z jednego – medycyna potwierdziła, że nie jestem symulantem i moje zmęczenie nie jest wymówką usprawiedliwiającą lenistwo, co niektórzy dobrzy ludzie już dawno u mnie zdiagnozowali… :)

A poza tym… Za oknem wieje coraz bardziej… Nadchodzą do nas resztki huraganów. Niczego poza deszczowymi dniami to nie zwiastuje. Mamy tylko nadzieje, że do niedzieli wszystko przeminie, bo u nas odpust. A bez słonka będzie raczej ciężko. Poza tym cały tydzień pod znakiem spotkań diecezjalnych. Trzy dni pod rząd będziemy nękani różnymi, ważnymi posiedzeniami. W tym aspekcie nie przestanę podziwiać Amerykanów. Oni to uwielbiają. Siedzieć, gadać, pisać plany, a potem omawiać powody, dla których nie udało się ich zrealizować, i znów tworzyć nowe… Taki kraj…

A dziś nad Słowem myślę sobie o żydowskich nauczycielach wśród których zasiada Jezus. Musiała im się zaświecić „czerwona lampka”, kiedy Go słuchali. Ich „wewnętrzne radary” były przecież całkowicie nastawione na oczekiwanie Mesjasza. Musiało się w ich sercach pojawić pytanie – czy to nie On? Młody chłopiec, który zadaje pytania tak roztropne, że aż nieadekwatne do jego wieku. Dziecko, które udziela odpowiedzi, których nie powstydziłby się sędziwy uczony w Piśmie. Musieli pewnie dopytywać Jego rodziców skąd On to ma? Ale nie ma żadnego śladu ich dalszego zainteresowania. Było, minęło. Taka chwila olśnienia, której nie wykorzystali. Nie ostatnia. Wszak po wielu latach takich chwil będzie więcej. Będą świadkami wypowiedzi Jezusa, wobec których zamilkną najwięksi sceptycy. Kiedy miał dwanaście lat towarzyszyło im zdumienie nad mądrością dziecka. Kiedy On będzie miał trzydzieści lat, w nich pozostanie już tylko gniew, złość i agresja. On wróci do nich ze słowem, ale oni po raz kolejny zmarnują szansę…

Ile takich zmarnowanych szans w moim życiu? Czy On nie przychodzi do mnie codziennie?

niedziela, 17 września 2017

może już czas...

zdj:flickr/Dineshraj Goomany/Lic CC
(Mt 18,21-35)
Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.

Mili Moi…
Okrutnie się zaniedbałem w pisaniu za co serdecznie przepraszam. Moja kondycja już odrobinę lepsza. Dziękuję wszystkim za ofiarowane za mnie modlitwy. Wasza serdeczność stawia mnie na nogi. Ilość trudności jakby nieco zelżała, może więc powoli uda się je jakoś ogarnąć…

Z małych radości – mój promotor odesłał mi trzeci rozdział mojej pracy. Żadnych poważnych poprawek. To znak, że albo ja pisze coraz lepiej, albo on już skapitulował i machnął na mnie ręką… W każdym razie doczytuję literaturę do ostatniego przewidzianego planem rozdziału. Mnóstwo fascynujących pozycji z intrygującym dodatkiem w tytule – „w latach 1920-1939”. Walczę ze sobą, żeby nie zasnąć na pierwszej stronie…

A wczoraj nawiedziła mnie grupa ludzi. Dokładnie siedem osób. Pamiętacie pewnie jak dwa miesiące temu udzieliłem schronienia misjonarzom z neokatechumenatu. Wczoraj była druga część tej wizyty. „Drużyna neokatechumenalna” przybyła zawojować naszą parafię. Chcą u nas zorganizować katechezy. Konsekwencją jest zwykle powstanie wspólnoty. Cudownie się z nimi gadało, bo ja doskonale wyczuwam ich żar. To jest mój świat – nowa ewangelizacja. Dlatego nie powiedziałem „nie”. Ale na razie chyba nie da rady. Nasze możliwości duszpasterskie są ograniczone naszą liczbą. Więc czekamy na Boże znaki i interwencje.

A dziś czeka mnie wycieczka do Clifton… Pamiętacie może jak rok temu namaszczałem tam Jacka, który cierpiał z powodu choroby nowotworowej. Pan Bóg zaprosił go do domu i dziś sprawujemy Mszę Świętą w jego intencji. Polecam również waszym modlitwom jego duszę…

Swoja drogą, w namyśle nad dzisiejszą Ewangelią, śmierć ma swoje ważne miejsce. Jest kilka minut po siódmej rano, a ja właśnie wróciłem ze szpitala wezwany do J. Wczoraj świętowała ze swoimi synami urodziny jednego z nich i była w pełni sił. Po południu trafiła do szpitala, a dziś, jak powiadają lekarze, za godzinę, dwie spotka Ojca twarzą w twarz. Czasem wszystko dzieje się tak szybko… I może nie być czasu na przebaczenie, czy na prośbę o nie. Może więc warto poreflektować komu i co jestem dłużny. Może nie warto zwlekać i odkładać wszystkiego na później. Bo „później” może być bliżej, niż nam się wydaje… J i jej umieranie również waszym modlitwom zawierzam…

środa, 6 września 2017

ręce ubogiego...

zdj:flickr/Adam Cohn/Lic CC
(Łk 4,31-37)
Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy; Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego! Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy.


Mili Moi…
Dziś 1092 dzień mojej pracy na amerykańskiej ziemi… Dokładnie trzy lata temu, 5 września, stanąłem na parkingu pod kościołem w Bridgeport, w mojej nowej ziemi obiecanej. Ile się przez ten czas wydarzyło? Czego się nauczyłem? A co jeszcze przede mną? I jak długo mój Jezus zechce mnie jeszcze w tym miejscu? Wszystkie te pytania kłębią mi się dzisiaj w głowie. Odpowiedzi szukam…

A wczoraj u nas piękne spotkanie wieczorne z Witkiem Wilkiem… Celebrowaliśmy Eucharystie, a potem długa modlitwa o uzdrowienie… Ludzi oczywiście garstka, ale to mnie już nie dziwi i nawet nie złości… Tak już widać jest, żartujemy, że u nas wszyscy zdrowi i nikt niczego nie potrzebuje… Ale wierzę, że ci, którzy przybyli, skorzystali. Co więcej, wczoraj, jak nigdy dotąd odczułem, że trzeba to robić, bo właśnie to jest moim zadaniem – stwarzać możliwości. I o to zapyta mnie Jezus w przyszłości… O co będzie pytał tych, którzy nie korzystają? Nie wiem i nie „gdybam”… Przyzywam Jego miłosierdzia…

A dziś miałem okazję uczcić świętą Matkę Teresę z Kalkuty w gronie jej córek. Zostałem zaproszony przez siostry do wspólnej celebracji – najpierw Eucharystia, a potem skromna biesiada. Wszystko było bardzo biedne, po ludzku ułomne – rozstrojone gitary, na których grano bardzo nieumiejętnie, garstka ludzi, przewodniczący liturgii, który miał „bolesny” akcent… A jednak trudno mi sobie przypomnieć piękniejszą liturgię, w której uczestniczyłem w tym kraju. Wszystko dlatego, że ubóstwo jest piękne… I ubogie siostry, które nie przestają się uśmiechać i są wdzięczne za wszystko, stanowią dla mnie tego najlepszy dowód. Zawiozłem im zresztą dziś okrągłą sumkę dla ubogich zebraną w miniony weekend przez uczestników rekolekcji w West Hartford. W ten sposób nasze nawracanie nakarmi również realnie potrzebujących.

A Słowo mi dziś bardzo mocno przypomina o konieczności budowania zażyłej więzi z Jezusem. I to nie jest banał. To rzecz najwyższej wagi. Patrząc na tę scenę stwierdziłem ze smutkiem, że demon dużo lepiej wie kim jest Jezus, niż ja. A to przecież ja Go wybrałem na mojego osobistego PANA I ZBAWICIELA. Moje poznawanie, moje budowanie relacji z Nim, moje pogłębianie miłości musi stać na pierwszym miejscu. Tylko to bowiem gwarantuje udział w „Słowie z mocą”. A takie Słowo jest nieustannie moim najgłębszym pragnieniem. Modle się, żeby demony drżały na dźwięk mojego głosu. Niemożliwe? Ależ oczywiście, że możliwe… W Jezusie wszystko jest możliwe… Z Nim… Tylko z Nim… Dlatego ku Niemu wyciągam moje ręce… W moim ubóstwie ducha…

poniedziałek, 4 września 2017

na krzyżu poślubił mnie Pan...

zdj:flickr/Claudio Ungari/Lic CC
(Mt 16,21-27)
Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania.


Mili Moi…
Właśnie wróciłem z kursu Nowe Życie… Przeżyliśmy go wspólnie w gronie 70 osób pod wodzą rodziny Wilków i sprzymierzonych z nimi animatorów… Pierwszą radością dla mnie był fakt, że byłem uczestnikiem. Nie musiałem niczego przygotowywać, planować, doglądać. Mogłem na chwilę zamienić się w biorcę, który po prostu przyjmował, korzystał, słuchał…

Nie zabrakło rzecz jasna chwil kapłańskiej posługi… Eucharystia, spowiedź, kilka poważnych rozmów. Ale to wszystko pomiędzy chwilami mocnego Słowa i doświadczania na nowo obecności Najwyższego. Bóg skierował do mnie w tych dniach bardzo ważne słowo – jedno zdanie, które mną wstrząsnęło podczas tego spotkania. Tym zdaniem było – BIORĘ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA TWOJE ŻYCIE… Od wielu lat nikt mi tego nie mówił… Mój ojciec nie chciał jej wziąć, ani dawniej, ani dziś. Moja mama została z niej zwolniona przez samego Pana dwadzieścia jeden lat temu wracając do domu Ojca. W Zakonie z tym różnorako. W Ameryce pierwszy papier, który dostałem do podpisania to zestaw zakazów, których złamanie powoduje, że diecezja nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wyrzeka się wszelkiej odpowiedzialności za mnie. Moi parafianie wyobrażają sobie, że ich proboszcz jest nadczłowiekiem i zawsze musi być uśmiechnięty, serdeczny i zadowolony z życia. A ja po prostu jestem zmęczony… Bardzo zmęczony…

Bóg mówi – jestem. Twoje życie należy do mnie i jestem za Ciebie odpowiedzialny. Wchodzę w twoją samotność i zawsze jestem z tobą. Także wówczas, kiedy nie masz sił się uśmiechać i masz wszystkiego dość. Także wtedy, kiedy masz ochotę uciec bardzo daleko. Zawsze wtedy, kiedy odnosisz sukcesy, ale jeszcze bardziej wśród twoich porażek. Teraz też… Teraz. Zawsze. Nieustannie… I Jemu chwała!!!

A dzisiejsze Słowo było dla mnie nie lada odkryciem… Wziąć swój krzyż. To takie łatwe, kiedy samemu się ten krzyż „wymyśli”. Wszelkie ascetyczne wysiłki, które sam na siebie nakładam, mają „potencjometr bólu”, który znajduje się w moich rękach. Kiedy boli za bardzo, mogę ów krzyż odrobine „poluźnić”. Ale przecież jako Jego uczeń mam Go naśladować. Mam się stawać „drugim Chrystusem” naśladując Go w dźwiganiu krzyża, który On sam mi przygotuje. Droga krzyżowa musi rzecz jasna zakończyć się ukrzyżowaniem, czyli takim bólem, którego ja sam bym sobie nie zadał. Nigdy.

I w tym kontekście potrzebni są ludzie. Ja sam się nie ukrzyżuję. Nie mam nawet tyle odporności, żeby sobie wbić igłę pod paznokieć, a co dopiero gwóźdź w moją dłoń. Poza tym technicznie byłoby to niezwykle trudne. Dlatego są inni ludzie, którzy mnie krzyżują. Czasem bez świadomości, a czasem z dzika premedytacją. I nie musze się temu ciągle tak serdecznie dziwić. Co więcej, to nie będą „jacyś ludzie”, ale ci, którzy mają do mnie dostęp, mają nade mną jakąś „władzę”. Wobec Jezusa dokonali tego arcykapłani, uczeni w Piśmie i faryzeusze rękami pogan. Wobec mnie…

Jedno jest pewne… Wybierając Jezusa, wybieram Go we wszystkich Jego misteriach. Także w męce, śmierci, krzyżu… Oby więc nie przeszkadzać „oprawcom”… Oby móc powiedzieć razem z Nim „wykonało się”…

środa, 23 sierpnia 2017

u Tima w Timonium...


(Mt 19,23-30)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe. Wtedy Piotr rzekł do Niego: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi.


Mili Moi…
Szczęśliwie kolejny, trzeci już rozdział doktoratu trafił na biurko mojego promotora. Teraz tylko oczekiwać na poprawki. Zacząłem też wytężona lekturę do ostatniego rozdziału, który, mam szczerą nadzieje, powstanie do końca października. Zrobię wszystko, żeby tak właśnie się stało…

Presja różnych przeżyć, myśli i odczuć sprawiła, że postanowiłem zrobić sobie dzień wolny. W towarzystwie dwóch sympatycznych niewiast (siostry zakonnej i jej bratanicy z Polski) udaliśmy się na wycieczkę do Waszyngtonu. Ale najpierw nawiedziliśmy moja parafiankę M i jej rodzinkę. Wyprowadzili się w minionym roku i zamieszkali w pobliżu Baltimore. A skoro byłem już tam…

Być może niektórzy z Was czytali książkę „Odbudowana”. Bardzo popularna pozycja w Polsce w ostatnich miesiącach. Jest to swoiste świadectwo proboszcza jednej z amerykańskich parafii, którą, poprzez zastosowanie wielu różnych zabiegów ewangelizacyjnych udało się wyprowadzić z zapaści. Duch Święty tchnął tak mocno, że obecni przychodzi tam kilka tysięcy ludzi na niedzielną Eucharystię, a w Boże Narodzenie wynajmują wielką halę, bo nie są w stanie pomieścić ludzi w kościele. Proboszcz Michael (nomen omen!) zaczął się po prostu zastanawiać czego potrzebuje statystyczny Tim z Timonium (dzielnica, w której mieści się kościół) w dziedzinie ducha… Wszystkim tę pozycję polecam. Oczywiście sam przeczytałem ja już jakiś czas temu i marzyło mi się, żeby tę parafię odwiedzić… Bo to realnie istniejące miejsce – parafia Narodzenia Pańskiego w Baltimore.

I stanąłem w niedzielny wieczór pod drzwiami tego kościoła. Oczywiście wszystko zamknięte. Ale podszedł do nas starszy parafianin… Pogadaliśmy… Był absolutnie zaskoczony, że przyjechaliśmy zobaczyć to miejsce. Wyjaśniłem mu, że dla mnie to swoiste sanktuarium nowej ewangelizacji… Zrobił nam zdjęcia, poprosił o adres mailowy, obiecał, że opowie o wszystkim proboszczowi… Nie wiem kto był bardziej przejęty – on, czy ja… W każdym razie klęknąłem u drzwi tego kościoła i modliłem się o Ducha… Dla naszej parafii w Bridgeport i dla każdej innej. Bo amerykańska parafia Narodzenia Pańskiego w Timonium, dzielnicy Baltimore, jest żywym dowodem, że Bóg czyni cuda również w perspektywie życia parafialnego… Takie małe marzenie Pan pozwolił mi zrealizować…

A dziś trochę uśmiecham się do zapobiegliwości Piotra… Nie tylko dziś, jak się okazuje, warto mieć omówione wszystkie sprawy, żeby człek na końcu nie został zaskoczony jakąś niespodzianką. Czy można mieć do nich pretensje, że trochę skupili się na sobie, że obawiali się, czy nie zostaną na końcu z niczym? To takie ludzkie… I Jezus też zdaje się na nich nie obrażać, nie karci ich, ale zapewnia, że ich nagroda będzie sowita i adekwatna do poniesionych kosztów.

Co ciekawe, to Apostołom wystarczyło. Temat gratyfikacji materialnej właściwie już nie wraca. Za to pojawiają się inne – kto jest największy, kto będzie siedział po prawej i po lewej. Człowiek spokojny o byt materialny, dociera do innego rodzaju pragnień – czasem jest to władza, a czasem po prostu wystarczająco silna pozycja – żeby się ze mną liczono i żebym to ja dyktował warunki… W każdej sprawie naszego życia jesteśmy ludźmi – z całym pięknem człowieczeństwa i ze wszystkimi jego ograniczeniami… A Pan się nie zraża… I przychodzi do takich, jacy jesteśmy… I takich powołuje… I takimi się posługuje…

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

o. Kolbe, pamiętaj o mnie...


12 To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. 13 Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. 14 Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. 15 Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. 16 Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. J 15, 12-16

Mili Moi…
Dziś taki szczególny dzień – wspominamy bohatera naszej wiary, naszego współbrata, świętego Maksymiliana Kolbe. Postać ta jest mi szczególnie droga, bo jego dziełu zawdzięczam poniekąd to, że dziś jestem franciszkaninem. Na pierwsze rekolekcje powołaniowe pojechałem odpowiadając na zaproszenie w Rycerzu Niepokalanej. Od tej chwili już na zawsze pozostaję dłużnikiem św. Maksymiliana. Ten dług staram się spłacić również moja pracą doktorską, która w bólach się rodzi, ale wierzę głęboko, że w tym tygodniu kolejna partia tekstu trafi na biurko mojego promotora.

Ojciec Kolbe kojarzy się z ofiarą za współwięźnia. I prawidłowo… Ale im więcej o nim czytam, tym bardziej jestem przekonany, że on umierał przez całe życie. To był niesłychanie słaby fizycznie człowiek. Dysponował jednym sprawnym płucem, które sprawiało, że cały jego organizm nie funkcjonował właściwie. I ten właśnie słaby człowiek dokonywał niezwykłych ewangelizacyjnych cudów. Założył wydawnictwo w chwili, kiedy wiele innych wydawnictw bankrutowało, zbudował klasztor, w którym mieszkało w szczytowym momencie około 700 zakonników, pojechał na misje do Japonii bez pieniędzy, bez znajomości języka, bez wybranego miejsca, bez zabezpieczeń, a po miesiącu wydał pierwszy numer Seibo no Kishi (japońskiego Rycerza Niepokalanej). Dla Boga i Niepokalanej gotów na wszystko. Marzył, żeby być dla Maryi startym na proch (co zresztą wypełniło się dosłownie u kresu jego życia).

Myślę o nim dziś szczególnie, bo w życiu księdza (jak w życiu każdego innego człowieka) nie zawsze jest tylko „fajnie”. Przychodzą różnorakie kryzysy, którym jakoś trzeba sprostać, a mnie się chyba zbierało już dość długo… I dochodzę do wniosku, że po trzech latach mojej obecności w USA nadeszła chwila zmierzenia się z poważnym „kłopocikiem” (jak mawiał o. Kolbe). Mam w ostatnim czasie ogromne poczucie bezsensu mojej obecności tu. Nie widzę żadnego celu, ku któremu Bóg mnie tu prowadzi, a przeze mnie tę moja parafię. Nie widzę żadnych owoców mojego działania. I to wszystko jest niesłychanie frustrujące. Mam wrażenie, że drepczę w miejscu i tracę czas – zarówno mój, jak i moich parafian…

Bynajmniej nie zamierzam się nad sobą użalać i nie oczekuje pocieszeń… Nie, nie… Dziele się tu moim życiem, więc piszę o tym, co we mnie… Modle się, czytam, rozmyślam, proszę Boga o światło… Ufam, że On działa także w takich chwilach, a może nawet mocniej i intensywniej. Nie tracę nadziei, choć dominują we mnie uczucia trudne – rozczarowanie, zniechęcenie, złość… Pytam Go co dnia – po co mnie tu przysłałeś, skoro moje wszystkie wysiłki rozpływają się w jakimś niebycie, skoro tak niewiele mogę zrobić? W takich chwilach mocno wraca w pamięci Polska i tak wielu ludzi spragnionych, którzy chcieli działać, którzy walczyli o czas dla Boga, którzy chcieli wziąć moja posługę, wycisnąć ją do ostatniej kropli…

Więcej we mnie pytań, nić odpowiedzi… Trwam, żadnych decyzji nie zmieniam… Wciąż wierzę, że to ma jakiś sens, że w tym wszystkim jest wola Boża. Myślę o młodym chłopcu, Amakim, Japończyku, który wyznał po swoim chrzcie o. Kolbemu – gdybyście tu nie przyjechali, ja wciąż byłbym poganinem… Z pewnością warto i dla jednego człowieka… Z całą pewnością warto… Choć pragnienia w sercu są znacznie większe…

Modlitwom Przyjaciół jak zawsze z całego serca się powierzam…

wtorek, 8 sierpnia 2017

to niemożliwe...

zdj:flickr/texaus1/Lic CC
(Mt 14,22-36)
Skoro tłum został nakarmiony, Jezus zaraz przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Wtedy Jezus odezwał się do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Na to odpowiedział Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. A On rzekł: „Przyjdź”. Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”. Jezus natychmiast wyciągnął rekę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Gdy się przeprawili, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali posłańców po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.

Mili Moi…
Moich kilka refleksji zdrowotnych sprawiło, że stałem się adresatem licznych porad i diagnoz. Jest coś z prawdy w tym przekonaniu, że Polacy to medycy z urodzenia i dwa, trzy objawy, pozwalają nam z całą pewnością orzekać o schorzeniach sąsiada. Po wysłuchaniu wszystkich rad rzeczywiście poczułem się chory… Oczywiście nieco żartuję. Doskonale wiem, że wszystkie dobre słowa płyną z życzliwości i wierzę głęboko, że mój doktor tu na miejscu będzie równie dociekliwy i niczego z góry nie będzie wykluczał. Na razie zaczęliśmy od badania snu. Wkrótce czeka mnie nocna diagnostyka. I zobaczymy czy w tym właśnie jest „pies pogrzebany”. Ale wszystkim życzliwym z serca dziękuję i jak zawsze polecam się modlitewnym westchnieniom…

Rzeczywistość przywitała mnie życzliwie, ale stanowczo… Trzeba się brać za robotę. Nie wspominając o mojej pracy doktorskiej, przede mną projekt budżetu parafialnego na przyszły rok. To kolejna różnica między Polską, a USA. Tu działania finansowe się planuje, rozpisuje, przewiduje. Nie wyrokując o słuszności takich działań, z całą pewnością wiążą się one z większym nakładem pracy każdego proboszcza. A poza tym wyraźnie czuć nadchodzący koniec wakacji. Spotkania związane z planowaniem całorocznej pracy naszych przyparafialnych instytucji bez wątpienia o tym mnie przekonują.

Mam nadzieję, że sił na to wszystko wystarczy, a kiedy ich brakuje, źródło dla ich uzupełnienia może być tylko jedno. Patrzę sobie dziś na Piotra kroczącego po falach i po raz kolejny myślę – Jezus jest Panem rzeczy niemożliwych. Problem jest zawsze tylko jeden – droga do przejścia wydaje się zbyt długa, a okoliczności zbyt przerażające. I nawet jeśli człek wyjdzie z tej łajby i stanie z niedowierzaniem w tych wzburzonych falach, i nawet jeśli uda mu się zrobić jakieś dwa kroki, to rad byłby, gdyby burza nagle ucichła, a on spokojnie, nawet wpław mógłby dotrzeć do celu. A tu żadnych zmian.

Wiele razy już to przerobiłem. Entuzjazm u początku, wszystko wydaje się iść właściwie, kontakt wzrokowy z Jezusem jest, burza szaleje, ale co nam tam burza! Ale po jakimś czasie ta burza staje się taka uciążliwa, nic się nie zmienia, taki kawał drogi do przejścia – to się przecież nie może udać! A niech się człek jeszcze potknie, niech się jakiegoś szalonego powiewu wiatru wystraszy… I nagle oczy Jezusa znikają z horyzontu, a to, co dotąd było możliwe, znów niemożliwym się staje. Nic tylko utonąć, bo usiąść i się rozpłakać nie ma gdzie…

No i dziś znów sobie przypomniałem, że bez ustawicznego patrzenia w Jego oczy ani łatwe, ani trudne sprawy mojego życia udać się nie mogą. O niemożliwych już nie wspominając. Źródło mocy jest jedno i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. A meteorolodzy powiadają, że z pogodą może być bardzo różnie…