środa, 24 sierpnia 2016

mięta, koper, kminek, moje zdanie, biada...

zdj:flickr/Nate Steiner/Lic CC
(Mt 23,23-26)
Jezus przemówił tymi słowami: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda! Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta.


Mili Moi…
Piszę sobie i piszę… I zastanawiam się dlaczego tak powoli mi tych stron przybywa? Wszak zaangażowałem już niemal wszystkie przygotowane materiały, wykorzystałem niemal wszystkie „fiszki” przeznaczone na drugi rozdział, a tu ciągle 53 strona. I dziś ze zdziwieniem stwierdziłem, że popełniłem pewien drobny błąd edycyjny na swoją niekorzyść. I nagle… znalazłem się na stronie 64. I od razu zrobiło mi się lepiej… Zbliżam się więc do końca. Został mi jeszcze jeden, najmniejszy paragrafik drugiego rozdziału. Wierzę, że do końca tygodnia będę mógł zamknąć ten niemal dwumiesięczny epizod.

A koniecznie trzeba go zamknąć, bo następne wydarzenia napierają. Za ponad tydzień weekendowe rekolekcje z miejscową wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym. Czas pomyśleć nad treściami rekolekcyjnymi… Oczywiście pomysły za mną chodzą. Czas je po prostu ubrać w słowa. Do mojej skrzynki mailowej pukają już też organizatorzy Forum Charyzmatycznego w Chicago prosząc o tematy konferencji. Więc i im czas już coś wysłać. Nie będzie to spokojny wrzesień, oj nie będzie…

Ale za to sporo dobrych rzeczy się dzieje… W sobotę ekpia przyjdzie montować nową klimatyzację w kościele. To wprawdzie tylko uzupełnienie starej, ale dość duża inwestycja, która, mamy nadzieję, znacząco pomoże nam przetrwać kolejne upały. Poza tym, nasz nowy organista, którego od wielu miesięcy usiłujemy ściągnąć z Polski, dziś dostał do ręki paszport ze świeżutką wizą. Kosztowało to nas wszystkich ogromnie dużo wysiłku i cierpliwości, ale mam nadzieję, że Marcin za dwa tygodnie pojawi się na naszym podwórku i muzyka w naszym kościele zabrzmi nową jakością…

Wczoraj zadzwonił do mnie miły starszy pan, aby upewnić się, czy jesteśmy franciszkanami. Bo on jest z parafii, gdzie franciszkanie byli ponad 80 lat, ale już ich nie ma. Są inni księża, ale on chciałby się dobrze wyspowiadać, dlatego dzwoni do nas i prosi o podanie godzin Mszy i terminu, kiedy mógłby przyjść. Pisze o tym, bo to dowód, ze zaufanie do zakonników, które ludzie często przejawiają, nie jest kwestą szerokości geograficznej. Tak w Polsce, jak i tutaj nasza zakonność trochę przyciąga ludzi, co dla mnie samego jest wielkim wyzwaniem. Żeby ją eksponować, ale nade wszystko, żeby nią naprawdę żyć…

Dziś Pan mi przypomina przez swoje „biada” jedną ważną rzecz… Życie wiary nie jest życiem nerwowym. Nie polega na licytacji ważności przykazań. A już najmniej na tym, żeby swoje własne preferencje duchowe narzucać innym. Słuchanie Boga i ufanie Jemu ustawia rzeczywistość duchową we właściwy sposób ukazując hierarchię prawd, za którymi należy podążać. Ile pokoju w życiu tracimy przez podkreślanie rzeczy mniej ważnych kosztem tych prawdziwie istotnych? Jeden Pan Bóg wie… Ale, co może jeszcze gorsze, jeśli nie rozpoznajemy tego, co ważne, a rozwijamy wątki poboczne, zaburzeniu ulega nasza tożsamość. Już sami nie wiemy kim do końca jesteśmy. Budujemy miraże życia duchowego. Dbamy o zewnętrzne wizerunki samych siebie. Ale w środku jest tak pusto, że aż boli. Bo przecież Bóg nie ulega naszym kłamstwom i nie potwierdza ich swoją obecnością. Cierpimy udając, że On w nas jest… A to, co bierzemy za Jego obecność, jest tylko efektem ubóstwienia samych siebie, formą kultu najmilszej frazy naszego życia – „a moim zdaniem”… „Moje zdanie” króluje dziś na salonach. I ono ustala, co jest ważne, a co nie… Bóg nie ma już tu czego szukać… Mięta, koper, kminek, komar, moje zdanie, biada…

niedziela, 21 sierpnia 2016

ostatnie krzesło...

zdj:flickr/Michael Chen/Lic CC
Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: 
«Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony». Mt 23,1-12 


Mili Moi…
Dziś taki dzień, w którym było niemal wszystko… Najpierw był poranny spacer nadmorski z moim przełożonym. Brodzenie w wodzie i dużo dobrych rozmów… Jak ja lubię te chwile… Potem było pisanie pracy. Dziś lądujemy na 47 stronie. Muszę przyznać, że z każdą następną zdobytą, mój zapał wzrasta. Kiedy były tylko trzy, nie chciało mi się wierzyć, że będzie ich więcej. A teraz, kiedy zbliżam się powoli do końca zamierzonego fragmentu. Jestem po prostu szczęśliwy. Choć kosztuje mnie to niesamowicie dużo.

Potem był chrzest małego Augustusa, który przybył na tę uroczystość aż z Chicago. Ten miesiąc to aż dziewięć chrztów w naszej parafii, co sugeruje, że jesienne miesiące (październik i listopad) bardzo dobrze wpływają na dzietność u nas. Jak to dobrze, że znowu nadchodzą… A potem jeszcze wyprawa na zakupy. No i popołudniowa Msza dla 50 najgorliwszych, których nie odstraszył żar lejący się z nieba. A po Mszy jeszcze siłownia. I teraz właściwie nie wiem na co mi jeszcze pozostały siły. Chyba już tylko na lekturę i spokojny mam nadzieję sen.

A ostatnio po raz pierwszy w życiu zostałem wzięty za… muzułmanina. Trzech czarnoskórych piwoszy, którzy wyrazili wobec mnie swoje pytanie zmylił różaniec, który dzierżyłem w dłoni. Ale uspokoili się wewnętrznie, kiedy im wytłumaczyłem, że to katolickie narzędzie do modlitwy. Nie miałem wrażenia, że kiedykolwiek wcześniej je widzieli, ale pokiwali ze zrozumieniem głowami. Moja dzielnica… Kiedy wychodzę wieczorem na zewnątrz i oddycham powietrzem tego miasta, mam przekonanie, że jestem u siebie. Lubię to miejsce, nawet z tą świadomością, że po mleko trzeba chodzić w kamizelce kuloodpornej… (no dobra, trochę przesadzam, ale ostatnio strzelanki były całkiem niedaleko i to o 8 wieczorem).

A dziś Pan, który tak bardzo wyraźnie podkreśla różnice między Bogiem, a człowiekiem. Trzeba tak bardzo uważać, żeby nie zajmować Jego miejsca. Trzeba uważać, żeby nikt w naszym życiu Jego miejsca nie zajął. Żaden ojciec, nauczyciel, mistrz. Jeśli ktokolwiek skupia mnie bardziej na sobie, niż na Nim, to jest fałszerzem i nie warto za nim iść. Fałszuje Prawdziwego… Dla nas, kapłanów, to bardzo ważny tekst. Bo to czasem jest łatwe – zbudować swoje stadko… Takie trochę alternatywne dla głównego nurtu życia kościelnego. Moje owce, które słuchają mojego głosu. Tak czasem łatwo zapomnieć, że jestem pasterzem, a nie Pasterzem. Zwłaszcza, kiedy ma się wokół samych zwolenników. Może to i dobrze, że czasem Pan nam zsyła jakiegoś trudnego człeka, który nas policzkuje i pokazuje nam gdzie nasze miejsce. Bo na pewno nie na pierwszych miejscach na ucztach i na pierwszych krzesłach w synagogach… To bardzo franciszkański tekst… Pokazujący nam, ze na końcu jest najwygodniej…  Stamtąd dobrze widać kto jest Ojcem, Nauczycielem i Mistrzem…

czwartek, 18 sierpnia 2016

bo nas nikt nie najął...

zdj:flickr/Maks Karochkin/Lic CC
(Mt 20,1-16a)
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.


Mili Moi…
Praca piśmiennicza trwa… Wolniej, czy szybciej, ale do przodu. Dziś jesteśmy na 41 stronie. W poniedziałek udało mi się dopisać 5 i to jest absolutny max… Więcej już bym chyba z siebie nie wycisnął. Po tym dziele czułem się jak koń po westernie. A każde kliknięcie w „zapisz” rodzi zawsze to samo pytanie – jaką to ma wartość? Dowiem się pewnie niedługo, kiedy mój Promotor to przeczyta…

Wczoraj spędziłem dzień na Manhattanie. Byłem tak zwanym tour guidem. W życiu sobie nie wyobrażałem, że będę kogokolwiek oprowadzał po Nowym Jorku. A jednak się to zdarza. Oczywiście mówię o prywatnych i towarzyskich wycieczkach. Zawiezienie kogoś tam sprawia mi dużo przyjemności. Bo mam już tam takie wydreptane ścieżki, że zobaczenie wszystkich najważniejszych miejsc nie zajmuje więcej, niż cztery dni. My mieliśmy tylko jeden, więc było bardzo intensywnie. Znów chłonąłem to miasto… I znów utwierdziłem się w przekonaniu, że mógłbym tam żyć…

U nas żar nie odpuszcza. Temperatury powyżej 30 stopni połączone z ogromną wilgotnością sprawiają, że wejście do kościoła niczym nie różni się od wejścia do sauny… Tylko ludzie przyzwoiciej ubrani… A my w habitach… No ale jakoś trzeba sobie na niebo zasłużyć… Choć co do tego zasługiwania…. Te Boże miary są jednak nieco inne, niż ludzkie. A Jego matematyka trochę przekracza te nasze, dokładne przecież wyliczenia… Tak bardzo przywykliśmy do precyzyjnego „coś za coś”. Jeśli moja praca jest warta właśnie tyle, to przecież praca kogo innego, a zwłaszcza tych, którzy pracują mniej, nie powinna być tak samo wartościowana. A co najważniejsze – nie powinna być tak samo wynagradzana…

Stąd pewnie taki dyskomfort czujemy czytając dzisiejszą Ewangelię… My, zaradni życiowo, którzy przywykliśmy brać sprawy w swoje ręce. My, którzy kierujemy się mądrościami w brzmieniu – jak sam sobie nie zarobisz, to nikt ci nie da… Aż chciałoby się huknąć na tych ostatnich robotników – weźcie się ogarnijcie!!! Co to za tłumaczenie w ogóle? Nikt nas nie najął… Ale co ty sam zrobiłeś, żeby cię ktoś najął… Co z tobą człowieku???

No może coś było nie tak… Może coś jest nie tak… Wokół tylu niezaradnych. Bez złej woli. Słabych. Tych, co nie posiedli umiejętności walki o swoje, rozpychania się łokciami. Tych, których życiorysy zostały kiedyś złamane przez bolesne doświadczenia – może jakieś upokorzenie, może jakiś ogromny zawód, może jakąś wielką porażkę… Ci ludzie są wokół nas… Nie są leniwi, gnuśni i roszczeniowi… Po prostu są mniej zaradni… A Bóg jest hojny. I ta Jego matematyka…

My zaś? Obojętni? Depczący po ich głowach? A może tak samo hojni jak On? Życie to szkoła wyborów. Codziennych. I to nie dokonywanych w kościołach. Ale na placach. W winnicach. Wszędzie tam, gdzie zaradność spotyka się z niezaradnością…

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

kochać... po prostu...

zdj:flickr/laura/ Lic CC
J 15,12-16
Jezus powiedział do swoich uczniów: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje”.

Mili Moi…
Właśnie wróciłem z ważnej misji… Miałem spotkanie z J… W przestrzeni sakramentu pojednania. Jakie piękne są te spotkania, kiedy są chciane i kiedy dokonują się po długim czasie… J trochę się pochorował. Ale mam szczerą nadzieję, że sakrament namaszczenia chorych go wzmocni i Eucharystia, którą dziś sprawowaliśmy w jego domu, a która była prawdziwym świętem podźwignie go i uzdrowi. Pan jest dobry…

W takich chwilach zawsze odżywam. Bo nie robię w zasadzie nic szczególnego – do tego mnie Pan powołał i po to mnie stworzył. Nie dziękuje się miotle, że zamiata, bo do tego służy. Ja jestem światu potrzebny tylko i wyłącznie jako ksiądz, nie inaczej. A jednocześnie w takich chwilach mam poczucie, że robię coś absolutnie wyjątkowego. Staję wobec przeogromnej tajemnicy, której nie mogę ogarnąć swoim małym rozumkiem. Absolutny i wyjątkowy cud. Bóg pozwala mi ogłaszać wobec swoich dzieci, że anuluje im wszystkie życiowe mandaty. Nie ma ich!!! A oni są wolni… Dziś posłał mnie do swojego synka, do ukochanego przez Niego J. To jest ta jedna owca, dla której trzeba czasem pochodzić po górach. Ale warto…

A wszystko to dziś… W 75 rocznicę śmierci o. Maksymiliana, w uroczyste jego wspomnienie. Widzę go oczami mojej duszy, kiedy w Zakopanem, sam w gorączce, chory na gruźlice, idzie do sanatorium na każde wezwanie, czasem w deszczu, czy śniegu, o każdej porze nocy. Bo tam umiera człowiek. Bo trzeba go pojednać z Bogiem. Nigdy się nie skarży, nie narzeka. Po prostu idzie. Bo narzędzie Niepokalanej musi działać tak jak Ona chce, musi działać dobrze i skutecznie w Jej rękach. Dziś mogłem go naśladować. W dużo łatwiejszych warunkach. Ale jednak walka o duszę. Najpiękniejsza walka w jakiej można brać udział. Dziś choć troszkę poczułem się jego naśladowcą… Dziś też zrozumiałem dlaczego pisze doktorat właśnie o nim.

Dziś jakoś lepiej też rozumiem czym jest miłość. Jak prosto można ją komuś okazać. I jak wiele czasem ona kosztuje. Dziś widzę wyraźniej, że miłość uzdrawia. Łączy ludzi. Czyni z nich przyjaciół. Dziś widzę wyraźniej, co oznacza być przyjacielem Jezusa i pełnić Jego wolę. Takie wydarzenia otwierają oczy. I serce. Oby było ich jak najwięcej. Bo dzięki nim i ja się nawracam. Do służby. Do mojego powołania. Do pragnienia świętości, którego źródłem jest nasz Jezus. Taki dobry. Dla wszystkich, którzy tylko tej Jego dobroci zapragną.

piątek, 12 sierpnia 2016

Klara... roślinka świętego Franciszka...

zdj:flickr/Fred F/Lic CC
Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. J 15, 4-10

Mili Moi…
Od kliku dni modliłem się do św. Antoniego, ponieważ trzy paczki, które sam do siebie wysłałem będąc jeszcze w Polsce, idą do mnie zdecydowanie za długo. Wprawdzie jak dotąd przesyłka przesłana mi z Polski zginęła w drodze tylko raz, ale tym razem są one dla mnie szczególnie wartościowe, ponieważ wysłałem sporo książek związanych z moim doktoratem. I gdyby nie daj Boże zginęły, czekał by mnie kolejny tour po bibliotekach, a tego wolałbym uniknąć. Jakaż była moja radość, gdy dziś listonosz triumfalnie obwieścił mi, że ma dla mnie… dwie paczki. Gdzie trzecia? Nie wiem, ale ufam, że i ona nadejdzie wkrótce. Te dwie dały mi dużo radości, bo wśród wielu ważnych rzeczy zawierały również dwie książeczki poświęcone mojej ukochanej Antonietcie Meo, które już dawno chciałem przeczytać, a które zamawiałem specjalnie z jakichś wydawniczych magazynów, ponieważ w żadnej z nawiedzonych przeze mnie księgarń nie udało mi się ich nabyć. Są i już gorliwie czytam… Dziś napotkałem w necie obrazek, na którym pewna dama zapewnia, że gdyby chudło się od czytania, to ona byłaby szczupła jak szparag. Ze mną byłoby pewnie podobnie…

A oprócz tego czekam na mojego współbrata, który właśnie przed chwilą powinien wylądować w Nowym Jorku. Tam już na niego oczekują parafianie. A mnie cieszy fakt, że znów zrobi się w naszym domu bardziej gwarno, a poza tym – praca znów rozłoży się na nas dwóch, co przyniesie pewne ukojenie wśród szalenie dynamicznych wydarzeń tych dni…

Dziś też ważny dzień. Nasza franciszkańska pielgrzymka doszła do celu, na Jasną Górę w Polsce (a spora cząstka naszej parafii wyruszyła dziś do Amerykańskiej Częstochowy również pieszo). Ale to dojście jest takie znaczące, bo od wielu lat, w tym właśnie dniu, niezależnie od tego, czy idę, czy iść nie mogę, podejmuję w łączności z naszymi pielgrzymami duchową adopcję dziecka poczętego. Dziś uczyniłem podobnie. To dla mnie wazny dzień, bo po raz kolejny zostałem ojcem. Duchowo wprawdzie, ale wcale nie uważam, żeby to było mało ważne. Nie umiem się doliczyć gromadki moich dzieci. Umownie przyjmuję, że obecne będzie 14, ale pewności nie mam… Zaczyna się konkretna duchowa walka o życie… Walka z demonem i tylko z nim…

Tych walk jest zresztą więcej… Jutro powalczymy z nim w dwóch spowiedziach generalnych. Proszę Was o wsparcie modlitewne, żebym w imię Jezusa mógł uwolnić tych, którzy jutro przyjdą się spowiadać, od wszelkich wpływów złego ducha. Sam Pan uwalnia… Ja to tylko ogłaszam… Ale to często bardzo wiele kosztuje… A nieprzyjaciel jest niesłychanie mściwy… Trwa również walka o duszę J, młodego chorego człowieka, który dawno nie był u spowiedzi. Ktoś nad nim pracuje, jak dziś się dowiedziałem – z dobrym skutkiem. I prawdopodobnie przypadnie mi również w udziale ta łaska – pojednać go z Miłością… Tę intencję też Wam polecam, bo to walka jeszcze nie skończona…

A wszystko to w kontekście dzisiejszego Słowa, w którym Jezus mówi wprost – beze mnie nic nie możecie uczynić. I jakkolwiek byśmy tego nie próbowali interpretować, to małe słówko „nic” brzmi bardzo wyraziście. Nic, to po prostu nic… Nie ma bez Jezusa żadnego trwałego dzieła. Wszystko obraca się w proch i pył… Za sto lat nikt nie będzie pamiętał, że żyliśmy na tym świecie, nikt nie będzie palił nam świeczek na grobach… Chyba że… No właśnie… Dzisiejsza patronka dowiodła, że z Jezusem można przeżyć życie, które trwale zapisuje się w historię i rodzi nowe życie… Miliony klarysek, które przez wieki poszły za przykładem świętej Klary są dowodem na to, że bez Niego nic… A z Nim wszystko jest możliwe… Ona sama, Matka Klara, dowiodła swoim prostym, ukrytym życiem, że On potrafi uszczęśliwiać w miejscach, które po ludzku na szczęśliwe nie wyglądają. Za kratami. Tu wprawdzie tylko za klasztornymi, ale niemniej rzeczywistymi niż w więzieniu… Ukryć się dla Pana, a jednocześnie cieszyć się sławą przez wieki i pociągać takim ideałem życia… To mógł wymyśleć tylko ON… Największa miłość naszego, franciszkańskiego życia…

A dziś przyszła do mnie po Mszy jedna z moich ulubionych amerykańskich parafianek i powiedziała, że wreszcie dowiedziała się kim jest ta święta Klara… Bo wspominam ją w każdej Mszy i ona dotąd myślała, że to… moja mama. Wierzcie mi… Jest tu co robić…

środa, 10 sierpnia 2016

może chociaż hasła się naucz...

zdj:flickr/indigo_girl/Lic CC
(Mt 25,1-13)
Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: "Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!" Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: "Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną". Odpowiedziały roztropne: "Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!" Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: "Panie, panie, otwórz nam!" Lecz on odpowiedział: "Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was". Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.


Mili Moi…
Kolejny tydzień rozpoczęty… Ciężkawy chyba… Z różnych przyczyn… Przede wszystkim jestem już nieco intelektualnie zmęczony. Niemal każdy dzień nieudolnego składania słów męczy okrutnie. Niektórzy mówią – przecież ma ojciec taką łatwość wyrażania myśli… O tak… Na przykład na blogu. Ale nie w pracach naukowych, gdzie trzeba ważyć słowa, żeby już przy pierwszych poprawkach nie narazić się na zarzut nienaukowości. Tam nie można pisać z serca, ot tak, jak się czuję… Dlatego chwile spędzone tu są dla mnie cennym oddechem. Mogę sobie wyobrażać, że po drugiej stronie siedzi ktoś, kto chce również sercem przeczytać to, co ja staram się sercem pisać. A nie ktoś, kto będzie sprawdzał ilość spacji, przecinków, użycie „tamże”, czy jakość obcojęzycznych pozycji bibliograficznych… Wiedziałem, że będzie ciężko… Ale czy aż tak?

Od poniedziałku jestem nie tylko proboszczem i wikariuszem w jednym, ale jeszcze sekretarką. Naszą niezawodna sekretarka wyruszyła na urlop, więc spadła na mnie cała gama dodatkowych obowiązków – od odbierania wszystkich telefonów, po tworzenie biuletynu niedzielnego, który naszym wiernym rozdaje się po Mszach Świętych. To takie polskie ogłoszenia duszpasterskie, tylko w wersji drukowanej dla wszystkich. No zajęć mi w istocie nie brakuje.

Do tego pożegnania. Wczoraj R, lat 49. Nowotwór wątroby i trzustki zabrał ją w dwa miesiące. W piątek R, lat 50. Nowotwór płuc zwyciężył ją w nieco dłuższym czasie. I tak sobie myślę na tych cmentarzach – kto z nas widzi możliwość osiągnięcia celu w wieku 50 lat? Ilu z nas żyje tak, żeby w tym wieku być gotowym do przejścia? W każdym wieku być gotowym? Buntujemy się, zżymamy na Pana Boga, nie dowierzamy uczestnicząc w takich pożegnaniach, próbujemy oddalać od siebie samych myśl o śmierci, zwłaszcza jeśli odchodzi ktoś z „naszej półki”. Ile w tym mądrości??? Mało… Co tu dużo gadać. Więcej lęku i kurczowego trzymania się planów, marzeń, oczekiwań. Tego naszego „tu i teraz”… Nie zamierzam tego krytykować… Raczej opisuję coś, nad czym sam od dawna się zastanawiam… Iluż to tak właśnie myślących, obiektywnie młodych ludzi odprowadziłem już na cmentarz… Iluż zdziwionych, zbuntowanych, zagniewanych na Pana Boga spotkałem… Ale czy sam jestem gotów odchodzić??? Chciałbym być… Wciąż chyba „chciałbym” bardziej, niż „tak, jestem”.

A może problem w oliwie… Trzeba się poważnie zabrać za rozsądne robienie zapasów. Bo gdzie to człowiek kupi, kiedy godzina spotkania nadejdzie? Obudzony z nagła, nie wiedzący do końca co się z nim dzieje. Każą mu umierać, a on przecież nie gotów. A tam nikt nie będzie czekał. Przejście Oblubieńca jest jednorazowe. Załapiesz się, albo nie. W umieraniu drugiej szansy nie ma. Jest to jedno z nielicznych jednorazowych życiowych wydarzeń. Tak bardzo jednorazowych, że wciąż niewyobrażalnie dalekich. A tu nagle – błysk… Oblubieniec nadchodzi, a oliwy brak… Na bieganie i zakupy ani czasu ani sił nie znajdziesz… Może chociaż hasła się naucz… Proste jest – Jezu ufam Tobie… I cierpliwie czekaj na odzew – wejdź do radości Twego Pana… Nawet gdybyś miał długo czekać – wejdziesz…

Ale nie dlatego, że byłeś mądry… Tylko dlatego, że On jest miłosierny…

PS. A tu jeszcze słowo z niedzieli...


sobota, 6 sierpnia 2016

w Jego sercu...

zdj:flickr/Tony Alter/ Lic CC
(Mt 16,24-28)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w królestwie swoim.


Mili Moi…
W takie dni, jak dziś, można u nas poczuć co to znaczy być księdzem… Dwie Msze o poranku… Potem wizyty u chorych. Po południu wizyta ekspertów od kamer na domu i kościele. Msza wieczorna, a przed nią godzina spowiadania. Po niej zresztą kolejne pół godziny w konfesjonale. Cieszy zwłaszcza liczba małych zdobywców pierwszych piątków, którzy tworzą u nas prawdziwe kolejki. Wiele osób dziś zanurzyło się w Jego miłosiernym sercu, a mnie było dane im towarzyszyć. A na koniec jeszcze wizyta eksperta od klimatyzacji w kościele, który, mam nadzieję, doprowadzi nasze plany remontowe do szczęśliwego końca. Kto mnie namówił, żebym przyjął to probostwo? Nie pamiętam… Ale jak sobie przypomnę, to biedny ten człek…

Oczywiście w międzyczasie próby pisania… Kazań na niedzielę, no i pracy… Kończę ten tydzień na stronie 30. To właściwie niemal połowa tego, co na wakacje zaplanowane. Za wolno… Ale choćbym chciał przyspieszyć… Dziś już informacja o pogrzebie w poniedziałek. Kolejna, że ksiądz biskup zaprasza we wrześniu na dwa dni wyjazdowe wszystkich proboszczów mianowanych w minionym roku. A do tego wszystkiego nasza sekretarka od dziś na urlopie, więc już teraz to chyba przyjdzie mi zrezygnować z dziwnego i nikomu niepotrzebnego zwyczaju spania w nocy… Bo obawiam się, że dnia nie wystarczy…

A oprócz tego nie można zapomnieć o tym, co najważniejsze… O duszy. Wszak Pan nam dziś przypomniał, że nie ma nic cenniejszego. Za nic jej człek nie kupi. Niczym za nią nie zapłaci. Nie równa się z nią żadne bogactwo tego świata, jakkolwiek byśmy go nie rozumieli. Gdyby miała ucierpieć ona, to lepiej niech rozwali się wszystko wokół. To takie proste wskazanie na priorytety. Niektóre rzeczy w życiu musza być najważniejsze, bo dzięki nim życie jest życiem właśnie. I dzięki nim nabiera nieskończonej wartości. Co więcej – od dbałości o duszę zależy nasza przyszłość. Bo drugim kluczowym słowem dzisiaj jest sąd. Nie da się nijak zaprzeczyć, że nasze życie i dbałość o dusze będą podlegały ocenie. Zostaniemy kiedyś zważeni. I niczym będą wszystkie światowe sukcesy, głupstwem wydadzą się one nawet nam, kiedy staniemy w obliczu Prawdy, która już teraz nam się chce objawiać… Nie warto więc trwonić cennych sił na to, co zbawić nas nie może… Warto zweryfikować swój plan inwestycyjny… Bo do zarobienia jest dużo… Ba, wszystko… Wieczność cała. Gdzie szukać wskazówek? Spróbujcie w Jego sercu...