sobota, 11 sierpnia 2018

zjednoczenie...


Photo by Jesse Belleque on Unsplash

4 Trwajcie we Mnie, a Ja w was [będę trwać]. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeśli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. 5Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. 6 Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. 7 Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. 8 Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. 9 Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! 10Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.  J 15,4-10

Mili Moi…
Wczoraj o poranku zakończyłem duchowe ćwiczenia dla sióstr serafitek. W drodze do następnego punktu sierpniowych wakacji nie mogłem odmówić sobie przyjemności nawiedzenia Domu Matki, czyli Jasnej Góry. Lubię ja w tym czasie, „obleganą” przez pielgrzymów. Patrzyłem na nich z ogromnym podziwem, ale i trochę z zazdrością. Pytałem Maryi – czy ten etap mam już całkowicie za sobą, czy jeszcze kiedyś wyruszę?

Odpowiedzi nie znam… Ale żeby dopełnić tę wizytę, podjechałem również do naszej, Elbląskiej Pieszej Pielgrzymki, w ramach której pielgrzymuje nasza franciszkańska grupa. W tym roku, paradoksalnie była to jedna z największych grup wśród dziewięciu pielgrzymujących. Piękni ludzie, prowadzeni znakomicie przez o. Roberta. Zjadłem z nimi obiad i wyruszyłem do Lublina…

Dziś udało mi się wraz z moim przyjacielem, o. Maciejem, załatwić szereg kolejnych spraw, które są konieczne po moim powrocie do Polski. Począwszy od spraw związanych z telefonem, po kwestie bankowe. Szczęśliwie jakoś Pan Bóg daje, że wszystko udaje się bez większych komplikacji. A przy okazji mogę powiedzieć, że w towarzystwie Macieja wypoczywam znakomicie, więc urlop pełną gębą…

A jutro wycieczka pod Łomżę… Taka nasza „agroturystyka”. Boję się, że jak zaginiemy w okolicach Włodków, do których zmierzamy, to nikt nas nie znajdzie. W każdym razie zamierzamy odwiedzić moje dzieci duchowe z USA, które powróciły do Polski miesiąc przede mną i tez są na etapie „nowej organizacji życia”.

A dziś święta Klara nam patronuje… Odkryłem ją jakiś czas temu, chyba najbardziej, kiedy przez rok głosiłem comiesięczne nauki siostrom klaryskom. Wówczas sporo o Klarze poczytałem. I chyba najbardziej urzeka mnie jej proste, klauzurowe przecież życie, całkowicie nastawione na uwielbienie Pana. Surowość warunków, radykalizm i umiłowanie wspólnoty przez nią i jej współsiostry są dla nas dziś wręcz szokujące i chyba trochę niewyobrażalne. Ale czyż nie jest to obraz prawdziwego zjednoczenia z Jezusem, o którym mówi nam Słowo odczytywane dziś w naszych, franciszkańskich kościołach? Czyż nie mogłaby ona za świętym Pawłem zawołać – teraz już nie ja żyję, ale Chrystus we mnie? Czy nie upodobniła się do Niego doskonale?

Dziś zastanawiałem się co ja mógłbym zrobić żyjąc w tak odmiennej epoce, czy warunkach, ale przecież w tak zbliżonej duchowości? I pomyślałem sobie, że może warto zacząć od takiej wewnętrznej zgody na bycie zaskakiwanym przez Pana. Może zamiast licznych planów pozwolić Mu przychodzić z propozycjami, których w Jego pomysłowości nigdy nie brakuje. Smakować dzień… Każdy dzień. Czerpiąc obficie z życiodajnych soków Jezusa. Bez obawy, że czegoś nie zdążę, czemuś nie podołam, ale też czegoś nie zaznam, nie przeżyję, nie doświadczę…  W Twoim ręku są moje losy Panie (Ps 31)…

A na koniec proszę Was, moich internetowych parafian, o krótkie westchnienie w modlitwie za o. Stefanem, kolejnym współbratem, którego Pan dziś w nocy zaprosił do domu. Pracował w Darłowie. Miał 87 lat. Niech Pan da mu niebo…

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

zdobywcy szczytów...


Photo by Kyle Johnson on Unsplash
(Mk 9, 2-10)
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych.


Mili Moi…
Pan Bóg jest jednak zupełnie niezwykły… Wiedział jak bardzo tęskniłem za takim czasem jak ten, który dzięki Jego dobroci mogę właśnie przeżywać. Złośliwi mówią, że każdy facet lubi kiedy 40 kobiet wpatrzonych w niego słucha z uwagą jego słów. Ale to coś zdecydowanie więcej. To także rekolekcje dla mnie. Przypomina mi się… Przypomina mi się co to znaczy proste jedzenie… Przypomina mi się czym jest proste, zakonne życie regulowane przez dzwonek… Przypomina mi się, że czas zakonnika regulowany jest modlitwą, a obowiązki mogą być bardziej uporządkowane i dotyczyć życia duchowego… Wiele rzeczy mi się przypomina. A poza tym? Popołudniami mam dziewięć sióstr na rozmowach indywidualnych. Na każdą przypada 20 minut, więc mam 3 godziny słuchania. I to też jest cenne, bo przynosi mi wiele nowych tematów do przemyśleń. Odpoczywam psychicznie i duchowo, choć nie brak także wytężonej uwagi i skupienia…

A dziś zastanawiam się czy uczniowie mieli ochotę na górską wspinaczkę. Wszak Jezus kilka dni wcześniej powiedział im, że umrze. Są rozbici, zamknięci w sobie. Nie rozmawiają z Nim o tym. Jak ich przekonał? Obiecał piękne widoki? A może zapowiedział, że coś więcej zrozumieją? Tak, czy owak idą… Pewnie długo. Łukasz napisze, że snem byli zmorzeni. Odnajdują w sobie jakąś motywację…

Nad nią dziś rozmyślam. Bo kiedy myślę o współczesnych górołazach, którzy na pytanie dlaczego chadzają w góry, odpowiadają zwykle, że dlatego, że te góry są, to widzę niesłychanie silną motywację. Ci ludzie idą wytrwale, odmrażają sobie tyłki, łamią nosy w spotkaniu z latającymi skałami, przytrzymują łopoczące namioty wyjąc nocami razem z wiatrem… Czy nieustannie widzą szczyt? Nie… Ale nieustannie widzą cel… I marzą o tym, żeby go zdobyć…

I teraz rzut oka na nasze życie duchowe, które można przecież zupełnie spokojnie porównać do wspinaczki. Energia? Motywacja? Tęsknota? Fascynacja? A może raczej zniechęcenie, ustawiczne narzekanie, rutyna, niedowiarstwo, niepamięć o celu?

A gdyby tak każdego ranka obudziwszy się uśmiechnąć się do nowego dnia? Po umyciu zębów sięgnąć po Biblię z drżeniem serca myśląc o tym, co też Pan zechce mi dziś powiedzieć? Gdyby wyszeptać „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…” z takim skupieniem jak nigdy dotąd, bo przecież niedługo ktoś tę modlitwę szeptał będzie w mojej intencji i też chciałbym, żeby się skupił? Gdyby…

Gdyby himalaiści rozpoczynali swój dzień od smętnego westchnięcia – Jezu, znów trzeba się dziś wspinać, to pewnie żaden szczyt dotąd nie zostałby zdobyty… Motywacje są w nas… Warto ich poszukać.

piątek, 3 sierpnia 2018

nowe początki i serce rozdarte...


Photo by Rob Potter on Unsplash
(Mt 13, 54-58)
Jezus, przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: "Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas? Skądże więc u Niego to wszystko?" I powątpiewali o Nim. A Jezus rzekł do nich: "Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony". I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa.


Mili Moi…
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie z polskiej ziemi… Poniedziałkowa podróż do Ojczyzny przebiegła w zasadzie bezproblemowo. Może jedynie temperatura na lotnisku w Kopenhadze, gdzie klimatyzacja chłodziła bardzo słabo, dala mi się we znaki. Ale moje samopoczucie mogę określić jako bardzo dobre. Czuję wielką ulgę związana z tym moim powrotem. I choć pożegnanie w Bridgeport było naprawdę cudowne, to cieszę się, że ten etap mojego życia dobiegł końca. Z pewnością jeszcze nie raz zatęsknię, a moje serce już na zawsze pozostanie w jakimś sensie podzielone. Już dziś śnia mi się drogi i budynki Ameryki – pewnie dlatego, że uświadamiam sobie powoli, że za miesiąc już tam nie wrócę…

Dziś dotarłem do Bielska Białej, gdzie rozpocząłem właśnie rekolekcje dla sióstr Serafitek. Mam takie głębokie przekonanie, że miałem tu z nimi być w tym czasie, bo ksiądz, który miał prowadzić te rekolekcje poprosił mnie o zastępstwo z jakichś ważnych powodów, które potem ustąpiły i moja pomoc okazała się zbędna. Kilka dni przed moim przylotem jednak nastąpiły nowe okoliczności, które ostatecznie całkowicie mu uniemożliwiły prowadzenie tych ćwiczeń duchowych i wówczas siostry znów zwróciły się do mnie z nadzieją, że jednak nie opuszczę ich w prawdziwej potrzebie. Widać Pan jakoś ten czas zaplanował im i mnie… Piękne miejsce, cisza i spokój i około 40 słuchaczek, które są naprawdę spragnione Słowa…

A dziś po raz kolejny moją uwagę w Słowie przykuwa niedowiarstwo mieszkańców Nazaretu. Ono ma swoje źródło w lekceważącym stosunku do Jezusa – jest taki „swój”. Ale pomyślałem sobie, że niedowiarstwo ma przecież wiele źródeł i pewnie w każdym z nas jakieś ziarno niewiary jest. Czasem ubieramy je w ładne, szlachetne szaty. Bo na przykład jeśli źródłem niewiary jest lęk przed podejmowaniem nowych zadań, przed zmianami w życiu, to czyż nie mówimy wówczas często – znam siebie, ja się do tego nie nadaję…? Czyż nie mówimy w ten sposób Jezusowi – nie masz mocy, żeby mnie do tego uzdolnić? Ani sam, ani z Tobą nie podołam? A bywa przecież, że takim źródłem może być gniew – nie wierzę w moją przemianę – tyle razy już próbowałem i jestem wściekły – na siebie, na Ciebie, Panie Boże, na cały świat… O tak, niedowiarstwo może mieć wiele źródeł. Może więc warto się zdiagnozować – jaki rodzaj niedowiarstwa odnajduję w sobie. Jest to tym ważniejsze, że Jezus odchodzi z Nazaretu i już do niego nie powraca… Dziś jest ten dzień, kiedy On stoi przy mnie… Dziś mogę Mu to moje niedowiarstwo zawierzyć… Właśnie dziś…

czwartek, 26 lipca 2018

jak cudownie jest widzieć...


Photo by Christopher Burns on Unsplash
(Mt 13, 10-17)
Uczniowie przystąpili do Jezusa i zapytali: «Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach?»
On im odpowiedział: «Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i w nadmiarze mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą nawet to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że patrząc, nie widzą, i słuchając, nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza:
„Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli, i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił”.
Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli».

Mili Moi…
1416 dzień w Ameryce… jeden z ostatnich… Czytam, śpię, modlę się, prasuję, kompletuję tych kilka drobiazgów, które ze sobą zabiorę i staram się nie ruszać „do miasta”, bo serce ściska mi się na myśl, że nieprędko tu wrócę. Jest jak zwykle – to znaczy uczucia nie nadążają za głową. Bo choć wiem, że to właściwy kierunek zmian, to jednak smutno coraz bardziej…

Dziś po raz kolejny przejrzałem szuflady, z których powyrzucałem już dawno wszystko, co należało wyrzucić… No i kolejny worek śmieci stoi u drzwi. Jak to możliwe? Nie należę do „zbieraczy” i dość szybko pozbywam się tego, co nie jest mi potrzebne. A jednak ciągle odnajduję rzeczy, które żegnam bez żalu. Mam nadzieję, że to już ostatnia „inspekcja”.

A nad Słowem dziś po raz kolejny doznałem takiej ogromnej wdzięczności wobec Boga za to, że mogę na Niego patrzeć. Kiedyś, w czasach liceum, strasznie tęskniłem za kaplicą domową. Każde rekolekcje powołaniowe w klasztorze były dla mnie przedsionkiem raju właśnie dlatego, że w każdej chwili mogłem wejść do kaplicy, gdzie mieszkał Jezus. Dziś nie tylko mieszkam w klasztorze z kaplicą, ale co więcej, jako kapłan, mogę w każdej chwili otworzyć tabernakulum i patrzeć na Jezusa, od którego nawet w tej chwili, gdy to piszę, oddzielają mnie tylko dwie ściany. Absolutnie cudowne doświadczenie…

Odkryłem dziś również na nowo głód słuchania, który mam nadzieję wkrótce zaspokoić. Tu niestety byłem prawie zawsze głosicielem, a moja wiara, dokładnie tak, jak w życiu innych, rodzi się ze słuchania. W Polsce znacznie więcej okazji ku temu. Internetowe głoszenie mi „nie smakuje”, choć czasem po nie sięgam. W niektórych sprawach jestem i pewnie pozostanę „tradycjonalistą”. Czekam więc z niecierpliwością na Słowo, które nie tylko będę czytał, ale które ktoś mi wygłosi… Oby jak najprędzej…

poniedziałek, 23 lipca 2018

jeden tydzień...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.


Mili Moi…
Zaczyna do mnie docierać, że dokładnie za tydzień kończy się moja przygoda z Ameryką. Szczególnie to widzę we wszystkich „ostatnich razach” począwszy od ostatniej Mszy Świętej niedzielnej sprawowanej po angielsku wczoraj, aż do ostatniej butelki mleka do kawy, która wystarcza mi na tydzień i została zakupiona dzisiaj. Naprawdę za chwilę ma się dokonać kolejna wielka zmiana w moim życiu. I jak zawsze jest to w jakimś sensie ekscytujące. Smutek? Odrobina owszem… Jak zawsze… Ale balansowany przez świadomość, że to właściwe posunięcie…

No i nieco zabawnych sytuacji… Bywam zaczepiany przez Polaków, których w życiu na oczy nie widziałem (a już na pewno nie w kościele), którzy zapewniają – gdybyś chciał kiedyś wrócić, to śmiało, przyjmiemy cię z otwartymi ramionami, jesteś w porządku gość… Jak tu się nie uśmiechnąć… To zresztą najlepsze, co można robić w te ostatnie dni. Uśmiechać się i to dużo…

A nad Słowem dziś pomyślałem, że Pan daje nam znakomite wskazówki dla oceny poziomu naszego zjednoczenia z Nim. Do niego przecież zachęca i wzywa – ścisłe zjednoczenie niczym gałązki z krzewem winnym jest Jego pragnieniem wobec nas. Ale jak określić poziom tego zjednoczenia? Po czym poznać, że ono rzeczywiście istnieje?

Pan mówi – kto trwa we mnie, a ja w nim, ten przynosi owoc obfity… No i to pierwsze pytanie – o owoce naszego życia? Czy rzeczywiście obfite i piękne, czy jakieś „śliwki robaczywki”? Samemu trudno to ocenić, ale właśnie po to daje nam Kościół spowiedników, kierowników, czy przewodników duchowych, żeby takie rzeczy weryfikować. Konfrontując moje życiowe owoce z kimś, komu ufam i kto żyje z Ducha, mam szanse poznać poziom mojego zjednoczenia z Jezusem…

Po wtóre – jeśli we mnie trwać będziecie, proście o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni? Po znajomości? Bez kolejki? Po cichu i pod stołem? Nic z tych rzeczy… Ścisłe zjednoczenie z Panem pozwala głęboko wejść w Jego pragnienia i znakomicie odczytywać Jego wolę. Wówczas wszystko, o co prosimy się realizuje, bo prosimy tylko o to, czego chce Jezus, a to czasami zupełnie inne rzeczy, niż te, których moglibyśmy po ludzku chcieć. A zatem poziom wysłuchiwania naszych modlitw może nam sporo powiedzieć o poziomie zjednoczenia z Jezusem… Może warto to sprawdzić.

wtorek, 17 lipca 2018

cuda codzienności...


Photo by Kinga Cichewicz on Unsplash
(Mt 11,20-24)
Jezus począł czynić wyrzuty miastom, w których najwięcej Jego cudów się dokonało, że się nie nawróciły. „Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądu niż wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego. Toteż powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie”.


Mili Moi…
Dostałem dziś w prezencie od Pana przepiękne popołudnie. Dawno już takiego nie miałem. Za oknem szalejąca burza (prawdziwe wybawienie po wielu dniach ekstremalnych upałów), ja w fotelu w chłodnym pokoiku, na moich kolanach ośmiuset stronicowa książka, w ręku kubek z gorącą kawką, w tle piosnki o połoninach i zapachu świeżo pieczonego chleba… Czegóż chcieć więcej? Cudownie…

No właśnie ta cudowność w codzienności dziś przykuła moja uwagę. Ileż takich „codziennych cudów” wokół nas, poprzez które Bóg chce się objawiać, wzbudzać refleksję, wdzięczność, pokazywać co w życiu naprawdę ważne. Gdybyśmy tylko potrafili je czytać… Tymczasem mam wrażenie, że jedynym czytelnym językiem Boga dla wielu z nas jest cierpienie. Kiedy ono się pojawia, wówczas tak, wówczas jesteśmy skłonni się zatrzymać, pomyśleć o Nim, pożalić się na to, co nas spotkało. Bo przecież dwie ręce, sprawne oczy, czy samodzielność w korzystaniu z łyżki i widelca niespecjalnie przykuwają naszą uwagę i są traktowane jako coś zupełnie oczywistego.

Może rzeczywiście świat dzieli się na tych, dla których wszystko jest cudem i na tych, dla których nic nim nie jest…

A z anegdot dnia… Dziś mieliśmy w parafii pogrzeb. Po Mszy eskapada na cmentarz, a tam… niespodzianka… nie wykopano grobu. Bo ktoś, komuś, coś… chłopaki od kopania nie dosłyszeli, nie pojęli, czy Bóg wie co jeszcze… W każdym razie pierwszy raz sprawowałem stację na cmentarzu z perspektywą „zajmiemy się tym po skończonej ceremonii”. Takie rzeczy tylko w Ameryce…

niedziela, 15 lipca 2018

dwóch, trzech, czterech...


Photo by rawpixel.com from Pexels
(Mk 6,7-13)
Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im. żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.


Mili Moi…
Nadaktywności ciąg dalszy… Jakoś wyjątkowo dużo zadań jak na lipiec… Niestety znane przysłowie – „po Bożym Ciele nie ma księdza w kościele” nijak się tu u nas nie sprawdza… Ale dzięki temu dni płyną szybko i właściwie zostały mi jeszcze dwa tygodnie obecności w Bridgeport. To już naprawdę trochę jak wizyta, bo rzeczy pozostało mi tylko tyle, ile zmieści się w walizkę. Puste półki przypominają mi każdego dnia, że już za chwilę czas ruszyć w drogę…

W poniedziałek wysłałem kilka kartonów. A w piątek dwa z nich były już pod moimi drzwiami… Ale niestety nie w Polsce, tylko tu, w Bridgeport. Wróciły w stanie znacznego zużycia… A to tylko trzy dni. Kartki z adresami zerwane, a dzięki zapisanemu naprędce własnoręcznie adresowi zwrotnemu, przynajmniej odzyskałem kilka książek. Podobno nic takiego nigdy dotąd się nie zdarzyło. Jak ja lubię być pionierem… Cóż, jutro podejmiemy kolejna próbę.

Dziś mamy diecezjalną Niedzielę Misyjną. Taki pomysł mógł zrodzić się tylko w amerykańskich głowach. Im mniej ludzi w kościele, tym ważniejsze zbiórki finansowe. Ale ja się cieszę bardzo, bo już dawno nie miałem tak spokojnej niedzieli. To wszystko dzięki gościowi, który przyjechał na tę zbiórkę i przejął część moich obowiązków. Pracujemy dziś razem…

I to mi uzmysławia, że Jezusowe polecenie, aby uczniowie szli po dwóch ma głęboki sens. Wzajemna, życzliwa pomoc jest tylko jednym z aspektów tego współdziałania. Czasem, rzecz jasna, nie jest to łatwe. Bywa, że znacznie wygodniej pracuje się w pojedynkę. Ale generalnie – wspólnota to skarb. A im większa, tym lepiej. Po czterech latach w dwuosobowej wspólnocie uzmysławiam sobie tęsknotę za wspólnotą bardziej liczną. Właśnie po to przecież wstąpiłem do zakonu. I choć tych czterech lat z moim współbratem Stefanem nie zamieniłbym na nic innego, bo to święty człowiek, to jednak cieszę się, że od września będę mógł zamieszkać w domu z kilkoma braćmi. To duże wyzwanie, ale też i duża radość. Zakon to cudowna przestrzeń realizowania Ewangelii. Każdemu polecam…