czwartek, 18 stycznia 2018

"zabójcy radości"

zdj:flickr/Tatiana T/ Lic CC
(1 Sm 18, 6-9; 19, 1-7)
Gdy Dawid wracał po zabiciu Filistyna, kobiety ze wszystkich miast wyszły ze śpiewem i tańcami naprzeciw króla Saula, przy wtórze bębnów, okrzyków i cymbałów. I zaśpiewały kobiety wśród grania i tańców: „Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy”. A Saul bardzo się rozgniewał, bo nie podobały mu się te słowa. Mówił: „Dawidowi przyznały dziesiątki tysięcy, a mnie tylko tysiące. Brak mu jedynie królowania”. I od tego dnia Saul patrzył na Dawida zazdrosnym okiem. Saul namawiał syna swego, Jonatana, i wszystkie sługi swoje, by zabili Dawida. Jonatan jednak bardzo upodobał sobie Dawida. Uprzedził więc Jonatan Dawida, mówiąc: „Ojciec mój, Saul, pragnie cię zabić. Od rana miej się na baczności; udaj się do jakiejś kryjówki i pozostań w ukryciu. Tymczasem ja pójdę, by stanąć przy mym ojcu na polu, gdzie ty się będziesz znajdował. Ja sam porozmawiam o tobie z ojcem. Zobaczę, co będzie, i o tym cię zawiadomię”. Jonatan mówił życzliwie o Dawidzie ze swym ojcem, Saulem; powiedział mu: „Niechaj nie zgrzeszy król przeciw swojemu słudze, Dawidowi! Nie zawinił on przeciw tobie, a czyny jego są dla ciebie bardzo pożyteczne. On przecież swoje życie narażał, on zabił Filistyna, dzięki niemu Pan dał całemu Izraelowi wielkie zwycięstwo. Patrzyłeś na to i cieszyłeś się. Dlaczego więc masz zamiar zgrzeszyć przeciw niewinnej krwi, bez przyczyny zabijając Dawida?” Posłuchał Saul Jonatana i złożył przysięgę: „Na życie Pana, nie będzie zabity!” Zawołał Jonatan Dawida i powtórzył mu całą rozmowę. Potem zaprowadził Dawida do Saula i Dawid został u niego jak poprzednio.

Mili Moi…
Dziś 4281 dzień mojego kapłaństwa i 1227 dzień w Ameryce… Odnotowuję to skwapliwie, bo każdego dnia niemal uczę się czegoś nowego. Dziś właściwie też… A że szkoła trudna, jak to ze „szkołą życia bywa”…

Zazdrosny król Saul nie może znieść, że Dawid jest otaczany szacunkiem za pokonanie Goliata, z którym nikt inny nie chciał walczyć. Królowi nie pasuje miejsce w drugim rzędzie. Nie ma zamiaru cieszyć się cudzym sukcesem, drażni go radość ludzi. Do tego stopnia został owładnięty zawiścią, że namawia swoje sługi do zamordowania Dawida. Nawet swojemu synowi to proponuje. Na szczęście Jonatan był człowiekiem prawym, wrażliwym i kochał Dawida jak brata. Ostrzegł go więc, a potem namawia ojca do przemyślenia jego postawy wobec Dawida…

Odnajduję się w tym Słowie znakomicie. Mija pięć dni od naszego przyjęcia bożonarodzeniowego, które było dla wielu nas bardzo radosnym wydarzeniem, a frekwencja przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Tymczasem, co słyszę?
- kotlet był niesmaczny
- jedzenie było zimne
- było za ciasno
- Mikołaj nie przyszedł
- nie było wspólnego śpiewania kolęd
- a ile ta kucharka zarobiła na tym evencie?

„Zabójcy radości” są pośród nas. Saul pewnie byłby z nich dumny. Ja nie jestem.

Wszystkim, którzy nie mogą spać, obawiając się, że zbyt wiele wydaliśmy na kucharkę pragnę uspokoić – pracowała ona ZA DARMO. Jak wiele innych osób podczas tego wieczoru, którym pragnę z całego serca jeszcze raz podziękować. Takich wspaniałych ludzi też mamy w naszej parafii!!!

A co dziś będę robić? Może siano pograbię, albo lucerny narwę kaczkom… Jak to na wsi…

wtorek, 16 stycznia 2018

oczami Boga...

zdj:flickr/captain.orange/Lic CC
(1 Sm 16, 1-13)
Pan rzekł do Samuela: „Dokąd będziesz się smucił z powodu Saula? Uznałem go przecież za niegodnego, by panował nad Izraelem. Napełnij oliwą twój róg i idź: Posyłam cię do Jessego Betlejemity, gdyż między jego synami upatrzyłem sobie króla”. Samuel odrzekł: „Jakże pójdę? Usłyszy o tym Saul i zabije mnie”. Pan odpowiedział: „Weźmiesz z sobą jałowicę i będziesz mówił: Przybywam złożyć ofiarę Panu. Zaprosisz więc Jessego na ucztę ofiarną, a Ja wtedy powiem ci, co masz robić: wtedy namaścisz tego, którego ci wskażę”. Samuel uczynił tak, jak polecił mu Pan, i udał się do Betlejem. Naprzeciw niego wyszła przelękniona starszyzna miasta. Jeden z nich zapytał: „Czy twe przybycie oznacza pokój?” Odpowiedział: „Pokój. Przybyłem złożyć ofiarę Panu. Oczyśćcie się i chodźcie złożyć ze mną ofiarę!” Oczyścił też Jessego i jego synów i zaprosił ich na ofiarę. Kiedy przybyli, spostrzegł Eliaba i powiedział: „Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec”. Pan jednak rzekł do Samuela: „Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce”. Następnie Jesse przywołał Abinadaba i przedstawił go Samuelowi, ale ten rzekł: „Ten też nie został wybrany przez Pana”. Potem Jesse przedstawił Szammę. Samuel jednak oświadczył: „Ten też nie został wybrany przez Pana”. I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: „Nie ich wybrał Pan”. Samuel więc zapytał Jessego: „Czy to już wszyscy młodzieńcy?” Odrzekł: „Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce”. Samuel powiedział do Jessego: „Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie”. Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. Pan rzekł: „Wstań i namaść go, to ten”. Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Od tego dnia duch Pański opanował Dawida. Samuel zaś ruszył w drogę i poszedł do Rama.

Mili Moi…
Znów tydzień uleciał nie wiadomo jak i kiedy… Trwają kolędy, więc co wieczór nawiedzam moich parafian i są to naprawdę miłe spotkania. Wiele z tych osób zostało dotkniętych miłością Bożą, sporo rozmów dotyczy właśnie tego – Bożej dobroci i Jego bliskości. Ileż czasem fascynacji w głosie, w oczach… ile niedowierzania – że to właśnie na mnie Bóg spojrzał i zaprosił do bliskości… Niejednokrotnie doświadczam wręcz zawstydzenia, bo przecież ja już od tylu lat po tej drodze stąpam i tak wiele zdołałem już „stracić” – z tego pierwotnego zachwytu i radości… I w takich chwilach się uczę – odświeżam pamięć mojego serca, budzą się we mnie głębokie tęsknoty…

A w minioną sobotę odbyło się nasze doroczne parafialne spotkanie bożonarodzeniowe. Pogoda dopisała i przybyły prawdziwe tłumy. Około trzystu osób zgromadziło się w naszej sali pod kościołem… A organizatorzy zatrwożeni… Bo jedzenia nagotowano na dwieście pięćdziesiąt osób z przekonaniem, że to i tak za dużo. Nerwowe ruchy, dostawianie stolików i komentarze – a może by się ojciec pomodlił i rozmnożył… A ja nawet byłem skłonny pomóc, bo ćwiczę nieustannie, ale na razie wychodzi mi tylko z ziemniakami… Mogę rozmnożyć, ale po co nam tyle ziemniaków? W każdym razie szczęśliwie wystarczyło jedzenia dla wszystkich, program artystyczny się udał, a nasz parafialny „didżej” wywabił całkiem sporą grupę na parkiet. Piękny wieczór…

A ten tydzień upływa pod znakiem posłuszeństwa. To jest właśnie piękne, kiedy tworzy się rekolekcje. One zmuszają do przemyślenia tematu i stają się źródłem wielu osobistych odkryć. Właśnie o posłuszeństwie mam opowiadać siostrom w Chicago, bo o ten temat poprosiły. Wróciłem więc do niektórych dokumentów Kościoła, które kiedyś czytałem, ale które przykurzyły się nieco w mojej pamięci. Sięgnąłem rzecz jasna do Słowa… Myślę, a słowa jakoś układają się same… Duch Święty jest niesamowicie twórczy…

Dzisiaj zaś skupił mnie fragment o powołaniu Dawida. Bardzo go lubię. Zwłaszcza tę myśl o Bogu, który widzi zupełnie inaczej, niż my, który patrzy inaczej, który dostrzega więcej… To rodzić powinno swoista powściągliwość w ocenach. Wczoraj słuchałem w radio opowieści o księdzu, który nie potrafił śpiewać. No nie miał do tego absolutnie żadnego talentu. Pomagał w jakiejś parafii i kiedyś przyszło mu sprawować pogrzeb. W myśl podjętego postanowienia, aby nie ranić uszu parafian, nie zaśpiewał podczas Mszy niczego. Po ceremonii w kościele wpadł do zakrystii jakiś wściekły członek rodziny, który ze złością zapytał – to ile trzeba księdzu zapłacić, żeby ksiądz śpiewał? Na co ów duszpasterz odpowiedział ze spokojem – wie pan, mnie się raczej płaci, żebym nie śpiewał…

Ale te sytuacje, w których wydaje nam się, że wszystko wiemy i że inni zachowali się niewłaściwie mogą być znacznie mniej humorystyczne. Można prawdziwe skrzywdzić człowieka już w pytaniu sugerując mu popełniony błąd. Czyż nie tak właśnie dziś pytają faryzeusze Jezusa? W ich pytaniu o łuskanie kłosów jest przecież ukryte oskarżenie. Czy mogą więc usłyszeć odpowiedź, skoro wiedzą już wszystko… Wiedząc wszystko nie warto pytać. Pytając zaś, warto być gotowym na odpowiedź, która może nas zaskoczyć. Wówczas niejedną opinię skwapliwie schowamy do kieszeni dziękując Bogu, że zbyt pochopnie nie wypowiedziały jej nasze usta…

środa, 10 stycznia 2018

dobra godzina...

zdj:flickr/Vern/Lic CC
(Mk 1,29-39)
Zaraz po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Mili Moi…
No to ostatni rozdział doktoratu posłany do promotora. Teraz jeszcze pozostała próba oceny analizowanej przeze mnie działalności o. Kolbego, co też nie będzie pewnie łatwe, bo raz, że inna epoka, a dwa, że trudno „krytycznie oceniać” działalność świętego. Ale ufam, że i temu dziełu jakoś wkrótce podołam. Wówczas już tylko wstęp, zakończenie, bibliografia… Niby nie trudne, ale bardzo czasochłonne. Najważniejsze jednak, że już widać światełko w tunelu…

Tymczasem jestem na etapie tworzenia konferencji, które mam wygłosić siostrom w Chicago za dwa tygodnie, a potem w Toronto, w marcu. Temat trudny, bo mam mówić o posłuszeństwie. Zdaję sobie sprawę, że im człowiek starszy, tym trudniej mu o tym słuchać. Nie chodzi jednak o wymądrzanie się w tym temacie, ile raczej o przypomnienie sobie i słuchaczkom o naszej pierwotnej gorliwości i o tym, dlaczego my właściwie to posłuszeństwo ślubujemy. Dziś powstała konferencja trzecia – o niebezpieczeństwie samorealizacji…

Oczywiście praca nie może iść zbyt łatwo, zwłaszcza, że nie sposób wyłączyć się z codziennej aktywności. A drzwi się nie zamykają. Wczoraj na przykład całe popołudnie gościł u nas amerykański prowincjał, o. James. Dziś całe przedpołudnie zajęła mi szlachetna pani z diecezji, która pomagała mi zaplanować budżet na ten rok (takie rzeczy też proboszczowie w Ameryce wyczyniać muszą). I cenne godziny ulatują… Żyję nadzieją, że Pan mi tego czasu przymnoży i zdążę ze wszystkim…

A na to wszystko dziś szczególnie uderza mnie w Słowie wzór Jezusa modlącego się. Jego dyscyplina duchowa, która nakazywała Mu wstać, kiedy wszyscy inni jeszcze śpią i trwać przed Ojcem. Zdawał sobie sprawę, że w ciągu dnia modlitwa będzie raczej niemożliwa. Nieustanne przebywanie wśród ludzi, absorbujące wymagania posługi miłosierdzia, nie pozwalały zanurzyć się w Obecności. Tylko okradając się ze snu, tylko w chwilach wykradanych nocy, mógł budować swoją relację z Ojcem… Pomyślałem dziś, że to metoda, którą sam stosuje od kilku lat. Nauczyłem się od Niego… Wymagająca, ale możliwa. I chyba jakoś bardziej owocna dzięki… ciszy. Nikt nie dzwoni, nikt o nic nie pyta, nikt za oknem nie odśnieża i nie słucha głośno muzyki. W ciszy patrzę na krzyż. W ciszy wybrzmiewa Jego Słowo. W ciszy notuję Jego natchnienia. 4.30 o poranku to dobra pora… A potem… Aż chce się żyć…

niedziela, 7 stycznia 2018

żaden z nich...

zdj:flickr/Prio/Lic CC
(Mt 2, 1-12)
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.


Mili Moi…
Sporo radości w minionych dniach… Przede wszystkim związanych z tak zwanym „przysiadem”. Udało mi się niemalże sfinalizować zaplanowany do napisania rozdział. Myślę, że jutro będzie skończony. Wprawdzie pierwotny plan zakładał, że napisze go do końca października, ale kto by tam się sprzeczał o szczegóły…

Wczoraj w naszej parafii piękne wydarzenie. Dwadzieścia sześć par małżeńskich zebrało się, aby wziąć udział w warsztatach małżeńskich, prowadzonych przez księdza Pawła z Chicago. Najbardziej cieszą człowieka te chwile, kiedy cos się dzieje i jest komu z tego skorzystać.

A dziś kolejny ważny dzień, bo w USA dopiero Objawienie Pańskie. A jak co roku, właśnie w ten świąteczny dzień, w naszym zakonie losujemy patronów i sentencje na nadchodzący rok. Z radością więc przyjąłem dziś słowa Jana Pawła II – Bóg ukazując nam miłosierdzie oczekuje, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie. Patronką zaś na nadchodzący rok będzie dla mnie święta Siostra Faustyna, co również cieszy mnie bardzo.

A dziś rozmyślam nad kolejnym skandalem związanym z narodzinami Pana. Najpierw pasterze zaproszeni przez anioła, a teraz jacyś poganie z dalekich stron. A gdzie miejsce dla najpobożniejszych? Mało było wokół ludzi, którzy sobie zasłużyli przez dobre życie i swoją religijność na powitanie Mesjasza? Trzeba było ściągać jakichś magów z daleka?

Jedna rzecz, którą dziś zauważyłem jakby wyraźniej… Herod wezwał najpobożniejszych na konsultacje. Arcykapłani i uczeni w Piśmie mieli mu odpowiedzieć – co z tym Mesjaszem? I oni odpowiadają… Doskonale wiedzą… Ale żaden z nich… Podkreślmy – żaden z nich nie wyrusza z Mędrcami, aby zweryfikować tę wiedzę. Być może uważają, że są „ponad to”… A może po prostu – nie mają czasu…

Jeśli pobożni są zbyt zajęci pielęgnowaniem swoich wyobrażeń o Bogu, to On zapuka do pasterzy, pogan, prostytutek i złodziei… Do tych, którzy chcą wciąż o Nim słuchać i gotowi są Go rozpoznawać… Kiedy przychodzi…

czwartek, 4 stycznia 2018

Armagedon...


(J 1,35-42)
Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza - to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr.

Mili Moi…
U nas w myśl meteorologicznych zapowiedzi istny Armagedon za oknem. Śnieg śniegiem, sypie przez cały dzień, ale wyjący wiatr sprawia, że nawet nosa nie chce się wysunąć z domu. I właściwie nie miałem zamiaru tego robić, ale gwoli przyzwoitości poszedłem rano sprawdzić, czy czasem ktoś nie przyjechał na poranną Mszę. Byłem całkowicie pewien, że nikogo nie ma, a natknąłem się na dwóch „kamikadze” stojących pod drzwiami od kościoła. Prawdziwa ułańska fantazja…

Ale dziś chyba zacznę się modlić, żeby taka pogoda trwała przynajmniej przez tydzień. Ona „doskonale robi” mojemu doktoratowi. Gdyby się utrzymała, to pewnie w tydzień bym go skończył. Dziś pchnąłem go o kolejne pięć stron, co jest już dla mnie wynikiem rekordowym (chyba nigdy nie udało mi się napisać więcej w jeden dzień, choć kilka razy już ten limit osiągnąłem). Przyznam szczerze, że denerwuje mnie ten finisz okrutnie. Staram się jednak przekuć ten nerw w motywację i chyba się udaje. W przyszłym tygodniu powinienem wylądować z ostatnim rozdziałem…

A dziś myślę sobie o otwartości Jezusa – chodźcie, a zobaczycie… Bez obawy, że Mu pobrudzą dywany, albo wypiją ostatnią herbatę. Obcy ludzie, którzy właściwie nie wiedzieć czego szukają. Bo nawet oni sami chyba nie są w stanie odpowiedzieć na to pytanie… Tęskni mi się za taką otwartością. Staram się, ale jeszcze wciąż wiele mi brakuje. Pamiętam z okresu wczesnej młodości, że najbardziej lubiłem księży, którzy mieli czas i którzy nie bali się otworzyć „swojego domu” dla młodych. A bywało tak, że długim rozmowom wówczas nie było końca. Długim i poważnym. Podejrzewam, że w przypadku tych dwóch uczniów i Jezusa było podobnie – pozostali u Niego… I pewnie nagadać się nie mogli… Ja tymczasem żyję w tak przedziwnym miejscu, że takie sytuacje właściwie się nie zdarzają… Trochę szkoda… Ale może jeszcze kiedyś… Modlę się tylko, żeby te dywany i ostatnia saszetka herbaty nigdy nie stały się sidłem, które nie pozwoli mi człowieka wpuścić za próg… I modle się, żebym nigdy podczas takich spotkań nie musiał patrzeć na zegarek… 

wtorek, 2 stycznia 2018

umiłowane dziecko...

zdj:flickr/Ed/Lic CC
(J 1,19-28)
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

Mili Moi…
No i gdzie podziały się ostatnie dwa tygodnie? Nie mam pojęcia… Wszystko uleciało jak mgnienie… A wydarzyło się tak wiele… Bo to i czas rekolekcji, a z nimi niemal codzienne nawiedziny Nowego Jorku wraz z rekolekcjonistą. Wszak leciał człek ponad sześć tysięcy kilometrów, więc powinien cos zobaczyć… A zimno było okrutnie… Potem już spowiedź przedświąteczna i ostatnie przygotowania. Oczywiście wszystko „na wariata”, bo przecież Adwent jakiś taki krótki w tym roku.

Po świętach, jak to po świętach. Powoli zaczynają się wizyty duszpasterskie, więc wieczory „nie moje”. To dobry i radosny czas, ale niesłychanie męczący. A dziś rano wszedłem w ostatni rozdział mojego doktoratu i przywitał mnie komunikat – witaj ponownie, ostatnio byłeś tutaj 13 grudnia… Matko… W takim tempie, to jeszcze dwa lata będę pisał. Pchnąłem dziś o trzy strony do przodu. Ale poważnie mówiąc, mam właściwie dwa tygodnie na dokończenie, bo trzeci tydzień stycznia to już będą przygotowania do rekolekcji, które mam wygłosić siostrom w Chicago w czwartym tygodniu…

Stary rok zakończyliśmy całonocną adoracją i Eucharystią o północy. To bardzo świeża tradycja w naszej parafii, ale dwanaście osób na Mszę przybyło, co uznaję za sukces. Tym bardziej, że mróz był przeokrutny. Ja oczywiście przypłaciłem minione dni solidnym przeziębieniem, z którego właśnie próbuję wychodzić. Co do minionego roku mam tylko jedną, smutną obserwację. Przeczytałem zaledwie 22 książki. A 2016 kończyłem z przeczytanymi 26. Mam nadzieję, że ten rok będzie pod tym względem lepszy…

A dziś staję wobec pytania – kim ty jesteś? Takie ewangeliczne „perełki” są dla mnie zawsze dużym wstrząsem. Bo oczywiście dość łatwo mi się scharakteryzować poprzez „moment” mojego życia, do którego dotarłem. I pewnie kilku odpowiedzi mógłbym udzielić tak na szybko. Ale czy chodzi o spojrzenie na siebie w sposób funkcjonalny? Czy może raczej o dotarcie do głębi? I o ile dość łatwo mi się zidentyfikować w oczach Bożych, bo mam głębokie przekonanie, że jestem Jego umiłowanym dzieckiem, właściwie chyba coraz bardziej bezradnym, to dziś raczej stawiam sobie pytanie – kim jestem wobec Niego, w Jego planie i w Jego zamiarach? Jan był głosem, który zwiastował słowo. Było to dla niego całkowicie jasne? A ja? Jak mógłbym siebie nazwać? Po co On mnie posłał na ten świat?

Szukając odpowiedzi, zauważyłem, że dziś dzień urodzin świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Kiedyś byliśmy w wielkiej przyjaźni. Po pierwsze z racji na jej prostotę, a po drugie, ze względu na jej pragnienia. Chciała „wszystko”, nie zadowalała się „półśrodkami”, co ostatecznie zaowocowało jej wielkim odkryciem wyrażonym w słowach – w sercu Kościoła, mej Matki, będę miłością… Dziś pytam więc Jezusa – kim chcesz, abym był w sercu Kościoła, mej Matki?

sobota, 16 grudnia 2017

nie było miejsca dla Ciebie...

zdj:flickr/slynkycat/Lic CC
(Mt 17,10-13)
Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.

Mili Moi…
Wczoraj pierwszy raz udało mi się nawiedzić Nowy Jork w przedświątecznym, rozgorączkowanym czasie. Nigdy jakoś ani czasu, ani okazji. A tu pojawił się rekolekcjonista, z którym zwiedzanie Niu Jorku największą, lokalną atrakcją jest, i proszę… Ludzi „dzikie tłumy”, co drugi budynek „robi za prezent choinkowy” (przynajmniej zawieszone na nim dekoracje to właśnie sugerują), turyści noszą na głowach świecące ozdoby, Salvation Army zbiera pieniądze na każdym rogu (co dobrze wszyscy znamy z amerykańskich filmów świątecznych), w co ładniejszych miejscach prawdziwe kolejki, żeby sobie „strzelić selfie” i nawet spaliny unoszące się w powietrzu pachną piernikami. A śnieg, który nas wczoraj zaskoczył przypominał puder, którym babki posypują babki (przy okazji ów „puder” sprawił, że wracaliśmy do domu trzy godziny – czyli dwukrotnie dłużej, niż zwykle). Taki to niezapomniany zestaw wrażeń… A, zapomniałbym jeszcze, że w wielu miejscach Chanukowe lampiony stoją ramię w ramię z choinkami i absolutnie się nie gryzą… Generalnie nikt z nikim się nie gryzie, a wręcz przeciwnie wszyscy rzucają się wszystkim w ramiona krzycząc Merry Christmas (no tu już trochę popuściłem wodze fantazji, ale co tam…) W każdym razie kilka najbliższych dni w tym Wielkim Jabłku znowu spędzę…

A dziś zadumałem się nad miłosierdziem Boga, który nie chciał tak całkowicie zaskoczyć Narodu swoim przyjściem i w myśl wcześniejszych zapowiedzi posyła „Eliasza”, który przygotowuje drogę Jezusowi. Ten wszak przychodzi po to, aby świat został przez Niego zbawiony, a nie po to, aby złośliwie zaskoczyć i potępić. I choć tak, jak wówczas, tak i dziś, potrzeba indywidualnej decyzji o przyjęciu Jezusa, to jednak troskliwość Boga wcielona w ten świat trwa w „nowym Eliaszu”, który przygotowuje ziemię na Jego powtórne przyjście. Tym „Eliaszem” jest Kościół głoszący Boże zbawienie po całej ziemi…

Smutno mi tylko nieco, bo podobnie jak wówczas, tak i dziś, jest ciągle wielu, którzy ten glos całkowicie lekceważą. I oni, podobnie jak wielu ówczesnych, będą niezwykle zaskoczeni powtórnym przyjściem Pana. Wczoraj stojąc na Time Square, wśród licznych neonów wieszczących nowe produkcje filmowe, zwiastujących nową erę maszynek do golenia, czy zapowiadających absolutnie wyjątkową kolekcje bielizny „pod choinkę”, wśród tysięcy ludzi snujących się z zadartymi głowami i strzelających foty wszystkiemu i wszystkim pytałem w sercu – Jezu, gdzie tu jest miejsce dla Ciebie? Gdzie Ty się narodzisz w tym zwariowanym świecie, który odarł Święto Twojego Narodzenia ze wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogło by o Tobie przypominać? Tam właśnie, tuż obok wielkiej cyfry 18, przy której lud strzelał sobie zdjątka, a która zawiśnie wkrótce na wysokości przypominając, że to właśnie 2018 lat mija od Jego narodzenia, zanuciłem cichutko – „nie było miejsca dla Ciebie, w Betlejem, w żadnej gospodzie… i narodziłeś się Jezu, w stajni, w ubóstwie i chłodzie…”