piątek, 18 maja 2018

dokąd nie chcesz...


zdj:flickr/Phil McIver/Lic CC
(J 21, 15-19)
Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?" Odpowiedział Mu: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego: "Paś baranki moje". I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?" Odparł Mu: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego: "Paś owce moje". Powiedział mu po raz trzeci: "Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?" Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: "Czy kochasz Mnie?" I rzekł do Niego: "Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego Jezus: "Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz". To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to, rzekł do niego: "Pójdź za Mną!"


Mili Moi…
To już ponad tydzień, jak jestem w Polsce. Moja nieobecność internetowa wiąże się z bardzo prozaiczną kwestią – internetu właściwie brak. Poza nielicznymi okazjami do skorzystania z sieci podczas odwiedzin, w moim własnym domu niestety nic nie działa. Jestem więc na odwyku. Z jednej strony nieco mi tego bieżącego kontaktu brakuje, ale z drugiej… Dzięki temu przeczytałem już niemal 1000 stron książek, a zanosi się na więcej…

Poza książkami jednak zmuszam się nieco do czytania artykułów stanowiących odpowiedź na tezy egzaminacyjne, które mam przed sobą, i z którymi muszę się zmierzyć w najbliższy czwartek. Jestem już w drodze do Lublina (przez Gdynię, Częstochowę i Kraków) i choć zakładka w głowie z napisem „doktorat” już mi się prawie zamknęła, to jednak usiłuje wykrzesać z siebie jeszcze nieco zapału, żeby nie wypaść tak zupełnie najgorzej. Przedwczoraj otrzymałem dwie recenzje mojej pracy pochodzące, według zasad, od recenzentów zewnętrznych i obaj profesorowie uznali jej wartość. Recenzje są więc pozytywne. Teraz tylko czekać na obronę. Choć jeszcze ostatni etap przygotowań przede mną…

Tymczasem zachwycam się przyrodą. Ewidentnie robię się coraz starszy, bo dostrzegam coraz więcej drobiazgów i fascynuje mnie ich piękno. Zasadniczo przyroda w Polsce była mniej więcej dwa tygodnie „do przodu” wobec przyrody z Bridgeport i okolic. Bujna zieleń i wszędobylskie w moich stronach kobierce z żółtego rzepaku czasem sprawiają, że wręcz muszę zatrzymać samochód, wysiąść i po prostu podziwiać…

Nad Słowem dziś trochę smutno… Jestem smutny smutkiem Piotra, którego Pan pyta trzykrotnie o miłość. Kiedyś wydawało mi się to prostsze (pewnie tak jak i Piotrowi). Myślałem sobie, że nawet gdybym nic w życiu nie zrobił ponad wychwalanie miłości Bożej, to moje życie i tak byłoby spełnione. Do dziś bardzo wierzę słowom bł. Jerzego Matulewicza, który prosił, żeby mógł być ścierką w Kościele, którą ktoś użyje i wrzuci w ciemny kąt. Wydawało mi się to zawsze możliwe i widziałem w tym jakiś rzeczywisty ideał. A potem przyszła wydajność, owocność, skuteczność i stały się źródłem ustawicznych rozproszeń. Pojawiła się pokusa, żeby robić więcej i więcej. A w ślad za nią – żeby robić to, co umiem najlepiej, żeby samemu wybierać… Jak wiele kosztuje nieuleganie tejże… Jak wiele wysiłku trzeba włożyć, żeby nie dać się opanować polityce kadrowej właściwej raczej dla korporacji, niż dla wspólnoty Kościoła. Może rozwiązanie podsunie sam Pan – przepaszą cię i poprowadzą tam dokąd nie chcesz… Czy jestem gotów?

niedziela, 29 kwietnia 2018

one way ticket...


zdj:flickr/Jayt74/Lic CC
(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami".


Mili Moi…
Znów jakaś dłuższa przerwa w zaglądaniu tutaj przeze mnie… Wiele się dzieje, ale przyznam Wam szczerze, że nie jestem w najlepszej kondycji, stąd też ani sił, ani weny, żeby się dzielić swoim życiem. Zresztą zawsze starałem się unikać tu jego ponurych obrazów. A na chwile obecną trochę mi brakuje pozytywnej nuty… Ale jednak dziś piszę, ponieważ…

To właśnie dziś ogłosiłem moim parafianom, że wkrótce się z nimi pożegnam. Mam więc takie przekonanie, że również moja „internetowa parafia” powinna dziś się o tym dowiedzieć. Moja misja w Bridgeport dobiega końca. Najprawdopodobniej 1 sierpnia zjadę na stałe do Polski, aby podjąć pracę w nowym miejscu. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, bo mam uczucie jakbym wysiadł z pociągu pędzącego… donikąd. Ale z drugiej jest mi trudno, bo ogromnie dużo serca włożyłem w to miejsce i oddałem moim parafianom całego siebie. Są więc dobre relacje, są miłe wspomnienia. Dziś usłyszałem, że „pewnie z babą odchodzi”. No cóż – ani z babą, ani z chłopem. Moje odejście ma dużo mniej sensacyjny wymiar, niż niektórzy chcieliby mu nadać. Po prostu wracam do kraju bo odkrywam wewnętrznie, że to już czas. Doszedłem do swoich granic, których na tę chwilę nijak przekroczyć nie chcę i nie mogę. Chcę służyć Bogu i pracować z Jego ludem… Naprawdę pracować…

No ale mówiłem, że smuceniem się to skończy. A tego nie chcemy. Za kilka dni przybywam do Polski ostatecznie rozprawić się z tą naukową zagadką mojego życia, którą jest doktorat. Cieszę się z tego. No i w Polsce głęboka wiosna, bo u nas jej symptomy pojawiają się bardzo nieśmiało.

No i słucham Słowa… I nabieram takiego wielkiego pragnienia, żeby jak najszerzej pootwierać te przepływy pomiędzy krzewem winnym, a latoroślą, którą jestem. Proszę dziś Jezusa, żeby zalał mnie życiem, żeby mnie odnowił. Proszę Go o taki rok wewnętrznej odnowy (niezależnej od pełnionych obowiązków) – żebym mógł na nowo zachwycić się moim powołaniem, odetchnąć pełną piersią kapłańskich posług i przede wszystkim, żeby dokonał głębokiego oczyszczenia tych gałązek mojego życia, które mają trudności z owocowaniem. Czekam z niecierpliwością na rekolekcje, które w Polsce są coroczną zakonną oczywistością. Czekam na wiosnę nie tylko tę związaną z przyrodą, ale nade wszystko z moim własnym duchem. Dziękuję Mu, że chce mi się nadal tęsknić, pragnąć, marzyć, że nie straciłem tak zupełnie zapału do życia… I uświadamiam sobie ponownie, że to, co trzyma mnie w najtrudniejszych momentach, to Słowo… Ono jest życiodajne… Każdemu polecam…

sobota, 14 kwietnia 2018

natychmiast przy brzegu...


zdj:flickr/Mark Power/Lic CC
(J 6, 16-21)
Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: "To Ja jestem, nie bójcie się". Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali.


Mili Moi…
Znów długo mnie tu nie było, ale sprawa ma swoje uzasadnienie. Byłem w Polsce. Wprawdzie tylko kilka dni, ale z internetem było krucho. A poza tym moc różnych zajęć związanych z finalizowaniem przewodu doktorskiego. Mój serdeczny przyjaciel, Maciej, pilotował wszystkie moje dotychczasowe sprawy, ale nie miałem już śmiałości składać na niego drukowania mojej pracy, roznoszenia w różne miejsca, wysyłania recenzentom. Zresztą to takie czynności, które „smakują”, a w związku z tym, że zasadniczo przeżywa się je tylko raz w życiu, to postanowiłem zrobić to samemu.

Oczywiście nie obyło się bez drobnych komplikacji. A w perspektywie bardzo napiętego kalendarza powodowało to niemały stres. Wystarczy powiedzieć, że ostatecznie miałem dostarczyć pracę do dziekanatu w piątek do 14.00, a znalazłem się tam w tym dniu mocno po 13.00. Najważniejsze jednak, że misja zrealizowana. Praca dostarczona również recenzentom. Pozostaje oczekiwać na tezy do tak zwanego egzaminu wewnętrznego, który poprzedza obronę publiczną, dostarczone przez nich i przez promotora. Potem już tylko się nauczyć, obronić i… No i właśnie nie wiem co… Czy się cieszę? Na razie nie. Na razie odczuwam tylko ulgę…

Wróciłem w poniedziałek późno w nocy. Znów przypomniałem sobie dlaczego nie latać LOTem… Wszystko koszmarnie poopóźniane. A tu mnóstwo zajęć… W ostatnich dniach wysyp pogrzebów. Zawsze zdumiewa mnie amerykańska tradycja przemówień na zakończenie Mszy. Nie walczę z nią, bo mocno zakorzeniona. Służy wyrażeniu uczuć przez wygłaszającego, ale i przybliżeniu postaci zmarłego słuchaczom… W tym tygodniu dowiedziałem się więc, że żegnany właśnie człek kochał jeździć do kasyna, grał codziennie w totolotka, jego ulubiony numer to 79, był namiętnym tancerzem, a szczególnie kochał polki, pizze zawsze zamawiał w… i była to peperoni na cienkim cieście, zawsze wybierał fioletowe kapcie, z alkoholi to najbardziej lubił… No i weź tu człowieku słuchaj tego wszystkiego ze spokojem. Ale publika bawi się świetnie… Publika piszę, bo zasadniczo niestety jedyną osoba realnie uczestnicząca w liturgii, poza księdzem, jest organista. Reszta to przeważnie aktorzy w pewnego rodzaju interaktywnej sztuce… Smutno i straszno…

A dziś wyjątkowa uroczystość. Dziesiątą rocznicę istnienia przeżywa nasza parafialna Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym „Ain Karim”. Za chwile więc zaczynamy świętowanie. Sporo gości przybędzie z różnych stron. Wspólna Eucharystia, obiad, wspomnienia… To będzie piękny wieczór…

A w Słowie uderza mnie dziś fakt tej nadzwyczajnej „teleportacji” Jezusa i uczniów w łodzi, która dokonuje się na jeziorze. Po co takie rzeczy? Nie mogli chłopaki dowiosłować do brzegu? Czy to nie swoista „pokazówka”? Takie bezcelowy cud… Czy rzeczywiście? Przywykliśmy chyba do cudów, które mają jakiś wymierny charakter. Przywrócić zdrowie, rozmnożyć chleby, powstrzymać burze – to Panu Jezusowi wolno, bo na tym korzystają konkretni ludzie. Ale tak po prostu objawiać władzę? No po co to komu?

Wydaje się jednak, że sens tego znaku jest dużo głębszy. Rozpoznany i przyjęty Jezus po pierwsze przywraca poczucie bezpieczeństwa. Woda nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Nawet jeśli jest spokojna, nie daje stabilnego oparcia, którego potrzebujemy. Jezus natychmiast swoich uczniów przenosi na „stały grunt”, pozwala im pewnie stanąć na nogach. Co więcej – z Nim, w Jego obecności pewne procesy, które domagają się dużego wysiłku, przyspieszają i dokonują się w zupełnie niewyobrażalnym tempie. Ileż to razy dane mi było obserwować „rozkwitanie” dusz, które zupełnie niedawno poznały Jezusa… To dzieje się niespodziewanie szybko… Czasem aż budzi swoistą „zazdrość”. A to po prostu hojność Jego miłości, która zamiast zazdrości winna raczej wzbudzać wdzięczność. Bóg jest dobry… Cieszę się, że takim Go poznałem…

sobota, 31 marca 2018

nadzieja...


zdj:flickr/Tasha Chawner/Lic CC
Cóż się to stało, Izraelu, że jesteś w kraju nieprzyjaciół, wynędzniały w ziemi obcej, uważany za nieczystego na równi z umarłymi, zaliczony do tych, co schodzą do Otchłani? Opuściłeś źródło mądrości. Gdybyś chodził po drodze Bożej, mieszkałbyś w pokoju na wieki. Naucz się, gdzie jest mądrość, gdzie jest siła i rozum, a poznasz równocześnie, gdzie jest długie i szczęśliwe życie, gdzie jest światłość dla oczu i pokój. Lecz któż znalazł jej miejsce lub kto wszedł do jej skarbców? (Ba)

Mili Moi…
Powoli odbiega końca Triduum Paschalne… Szykujemy się do Wigilii, słońce coraz niżej… Ja siedzę z gotową homilią na dziś wieczór i z garścią myśli na jutrzejszą pierwszą Mszę o poranku… Zaraz jeszcze pewnie szybki prysznic i do dzieła…

Zamieściłem powyżej fragment jednego z dzisiejszych czytań… On mnie chyba najbardziej dotyka w tegorocznej nocnej gamie czytań biblijnych… Opuściłeś źródło mądrości… Zastanawiam się jak daleko od tego źródła jesteśmy żyjąc w sytych społecznościach Zachodu… Tematem przewodnim tych dni uczyniłem wspólnotę i to na jej kanwie przyglądam się z moimi parafianami Słowu…

Źródło mądrości… Za chwilę mamy zostać rozesłani… Mamy iść głosić prawdę o Zmartwychwstałym… Tylko tak myślę – z kim i jak? Z tymi, którzy dzwonili w czwartek i pytali czy droga krzyżowa ulicami miasta została odwołana? Pytam ich ja – dlaczego miałaby być odwołana? No bo przecież zapowiadają deszcz… Czy z tymi, którzy dziś dzwonili (a było takich telefonów niemal 40) pytając… właściwie nie do końca wiedzieli jak postawić to pytanie… wychodziło więc czasem wesoło – kiedy u was poświęcenie żywności… albo kiedy poświęcenie posiłków?

I wcale nie chodzi o drwinę… Chodzi o to, że stoję pod krzyżem i pytam – Panie, gdzie jest ten słaby punkt? Jak to możliwe, że pierwsi chrześcijanie śpiewali hymny, gdy dzikie zwierzęta skakały im do gardeł, a współcześni chrześcijanie zapomnieli do czego służy parasol…? Z kim i jak napełnić ten świat Ewangelią…? Trzeba nią najpierw napełnić nasze kościoły…

Jedne z dziwniejszych świąt w moim życiu… mam jakoś wyjątkowo dużo czasu na adorację i modlitwę, za co jestem Bogu wdzięczny. I siedzę przed Nim i pytam Go – co dalej? Czuję wyraźnie bliskość przejścia (Paschy)… Czuję, że już nie tu, ale jeszcze absolutnie nie wiem gdzie… Nic nie widzę, nie słyszę… Czekam… I nawet już nie złoszczą mnie smsy, w których od Wielkiego Czwartku ludzie piszą pomiędzy pieczeniem pasztetu i kręceniem mazurka - ON ŻYJE!!! Nie, jeszcze nie… Jest Wielka Sobota… Wciąż czekam…

poniedziałek, 26 marca 2018

wśród przyjaciół...


zdj:flickr/jlslaney/Lic CC
(J 12, 1-11)
Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z Jego uczniów, ten, który Go miał wydać: "Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?" Powiedział zaś to nie dlatego, że dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem i mając trzos, wykradał to, co składano. Na to rzekł Jezus: "Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie". Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili zabić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.


Mili Moi…
Właśnie wróciłem z godzinnego dyżuru w konfesjonale w naszej katedrze. Dziś taki amerykański dzień pokutny. W większości diecezji księża czekają na penitentów. A że nie często się to w tym kraju zdarza, to radość z faktu wielka… No i podczas godziny (kościół katedralny, piąta po południu) wyspowiadałem cztery osoby… Jakiś w tym wszystkim niedosyt, ale to niestety efekt wysiłków duszpasterskich… Do komunii wszyscy obecni w kościele biegną… Do spowiedzi bardzo nieliczni…

Dziś nadeszły z Polski ostateczne poprawki od mojego promotora. Kosmetyka właściwie… Ale to oznacza, że praca jest już w troskliwych rękach redaktora (a właściwie redaktorki), które to ręce przygotują ją do druku. Od dziś ani jedna jota, ani jedna kreska się już tam nie zmieni. A w przyszłym tygodniu druk, rozsyłanie do recenzentów, składanie w dziekanacie… I niech się dzieje…

A patrząc na Jezusa dziś, widzę Boga-człowieka, który w obliczu czekających Go trudnych wydarzeń, pragnie pobyć w gronie przyjaciół. Tak zwyczajnie potrzebuje ludzi – dobrych, serdecznych, przyjmujących Go takim, jakim jest. Chwil śmiechu i rozmów – poczucia bezpieczeństwa. Musze przyznać, że dawno w swoim życiu nie czułem tak głęboko tej Ewangelii i tej Jezusowej tęsknoty. Spotkać się z życzliwymi ludźmi, którzy mają dla ciebie czas, posiedzieć, ucieszyć się sobą, wiedzieć, że to przyjaciele – to rzadki luksus w moim obecnym życiu. I bynajmniej nie chodzi o to, że otaczają mnie ludzie źli… Uchowaj Boże… Powiedziałbym raczej, że żyję wśród ludzi zajętych swoim własnym życiem… Przyjaciół zostawiłem w Polsce. Mam nadzieję, że jeszcze tam są…  I nie piszę tego, żeby komukolwiek zrobić przykrość… To po prostu głos człowieka… Bardzo samotnego człowieka…

środa, 21 marca 2018

chwyć za Różaniec...


zdj:flickr/rebecca32497/Lic CC
(J 8, 31-42)
Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: "Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli". Odpowiedzieli Mu: "Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakże Ty możesz mówić: „Wolni będziecie?” Odpowiedział im Jezus: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie pozostaje w domu na zawsze, lecz Syn pozostaje na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie ma w was miejsca dla mojej nauki. Co Ja widziałem u mego Ojca, to głoszę; wy czynicie to, co usłyszeliście od waszego ojca". W odpowiedzi rzekli do niego: "Ojcem naszym jest Abraham". Rzekł do nich Jezus: "Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to dokonywalibyście czynów Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy dokonujecie czynów ojca waszego". Rzekli do Niego: "My nie urodziliśmy się z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga". Rzekł do nich Jezus: "Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem sam od siebie, lecz On Mnie posłał".


Mili Moi…
Wróciłem już jakiś czas temu do domu po krótkich rekolekcjach w Toronto. Głosiłem dla sióstr. Lubię to robić, bo siostry to wdzięczny słuchacz. Znają wartość słowa… W Polsce ostatnio karierę robi opinia jednej z sióstr, że księża traktują słuchaczki w habitach jak głupie gęsi. Przykro mi, że sędziwa już zakonnica w taki sposób stawia sprawę. Przykro mi podwójnie – z powodu jej bolesnych doświadczeń, których nie kwestionuję. I przykro mi z tego powodu, że mówi się o „przeciętnym głosicielu” w znaczeniu – „większość głosicieli”, bo to chyba jednak nie do końca opinia sprawiedliwa. Znam całe mnóstwo księży, którzy bardzo poważnie traktują misję głoszenia. Tym poważniej, jeśli kierują słowo do sióstr, o których wyrobieniu duchowym doskonale wiedzą i zdają sobie sprawę z ich pragnień i oczekiwań. No ale polemiki to nie moja rola… Dzielę się po prostu innym doświadczeniem…

Tymczasem trwają w naszej parafii również rekolekcje wielkopostne. Prowadzi je o. Marek z Wilna. Wierzyć mi się nie chce, że za kilka dni będziemy celebrować Paschę Pana. To wszystko dzieje się tak szybko… Ale pośród wielu różnych zajęć, Pan Bóg przypomina mi o mojej roli, o istocie kapłańskiej posługi, do której należy również ogłaszanie wolności w jego imię… Oczywiście głównym miejscem tego zmagania się ze złem jest konfesjonał i odpuszczanie grzechów w autorytecie Jezusa…

Ale oprócz tego są takie chwile jak modlitwa o uwolnienie duchowe, którą podejmowaliśmy już z o. Markiem, egzorcystą z Wilna, podczas tych rekolekcji. Człowiek, nad którym się modliliśmy, podczas manifestacji demonicznej wykrzyczał nam w twarz – Maryja tu jest, jak ja jej nienawidzę… Nie pierwszy raz uczestniczyłem w takiej formie modlitwy, ale kolejny raz uzmysłowiłem sobie jak potężną mocą Pan namaścił kapłanów… Demon nie jest w stanie nas znieść, rzuca się z wściekłością na stułę, wypowiada obelgi pod naszym adresem…

Z przykrością stwierdzam, że wielu z nas się go boi… Jako kapłani nie mamy odwagi podjąć tej walki. Odsyłamy cierpiących ludzi do innych, każemy szukać egzorcystów (tak właśnie było również w tym przypadku – człowiek „pielgrzymował” szukając pomocy u wielu kapłanów)… Zapominamy o władzy danej nam przez Pana (z całym rzecz jasna zastrzeżeniem pewnych jej form dla księży egzorcystów). I ten znak obecności Maryi… Znienawidzonej przez demona, która z taką miłością przychodzi do swoich cierpiących dzieci…

Nie rozstawajcie się z Różańcem. Noście go w każdej kieszeni. A modląc się na nim, proście również o wolność dla tak wielu cierpiących duchowo, którzy w Kościele szukają pomocy… Jezus powiada, że wolni będą prawdziwie i ostatecznie tylko dzięki Niemu, Synowi Boga i ziemskiej Matki – Maryi…

sobota, 10 marca 2018

przed Panem...

zdj:flickr/Mount Saint Mary's Abbey/Lic CC
(Łk 18, 9-14)
Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: "Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".


Mili Moi…
Dziś przeżywamy w naszej parafii wielkopostny dzień skupienia dla mężczyzn, który prowadzi Witek Wilk. Przybyło ponad stu facetów w różnym wieku i z różnych stron (niektórzy jechali po 5-6 godzin). Z naszej parafii też przyszło… piętnastu. Jak to mawiają – pod latarnią zawsze najciemniej. Wszyscy uzdrowienia, zewangelizowani, wszystkowiedzący – wyraźnie widać, że tu już nie ma co robić. Może trzeba szukać innego miejsca, gdzie jeszcze czegokolwiek ktoś potrzebuje…

Ale to nie „gorzkie żale”. Raczej dużo radości mam, zwłaszcza kiedy wczesnym popołudniem widziałem ponad połowę tych mężczyzn klęczących w kościele i oczekujących na spowiedź. Dobrze, że było nas trzech spowiedników, choć i tak niemal dwie godziny rozgrzeszaliśmy. Dziś namacalnie przekonałem się, że człowiek nigdy nie jest tak wielki, gdy klęczy. Piękny obraz, tak namacalnie pozwalający dotknąć dzisiejszej Ewangelii… I mam nadzieję na głębokie owoce. 

Mój promotor nadesłał mi ostatnie poprawki. Prawie spadłem z krzesła… Praca na tygodnie… Podjąłem więc próby wybronienia się z niektórych z nich. Szczęśliwie uznał moją argumentację, choć jak sam powiedział „z bólem serca”. On ma ból serca, ale ja miałem przedzawał… Musze więc jeszcze troszeczkę przysiąść. Niby niewiele, ale mój mózg działa na coraz wolniejszych obrotach w zakładce pod tytułem „doktorat”.

A za dwa dni wycieczka do Toronto. Wprawdzie króciutka i nieturystyczna, ale za to będę mógł robić to, „co tygryski lubią najbardziej” – głoszę ostatnią, trzecią już turę dni skupienia dla sióstr misjonarek, tym razem dla grupy pracującej w Kanadzie.