czwartek, 22 sierpnia 2019

człowiek człowiekowi... smokiem


Photo by Nick Fewings on Unsplash
(Łk 1, 26-38) 
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”. Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”Wtedy odszedł od Niej anioł.


Mili Moi…
Wczoraj zakończyłem namysł nad rekolekcjami, które rozpoczynam… dzisiaj. Nie lubię tak pracować, bo „na ostatnią chwilę” doświadczam również w pakiecie niepokoju i nerwowości, których można spokojnie uniknąć. Ale rekolekcje dopięte, podrukowane. Wakacyjne rozleniwienie przełamane. A pod wieczór rozpoczynamy skupienie „W imię Ojca” ze wspólnota modlitewno-ewangelizacyjną z Międzyrzecza. Miejsce docelowe – Obra – dom rekolekcyjny i seminarium ojców oblatów.

Wczoraj natomiast doświadczyłem solidnego wstrząsu. Wsiadłem do autobusu i po jakiejś chwili młody człowiek przesuwający nosem po ekranie telefonu nagle podniósł głowę, wstał, podszedł do mnie i rzekł – niech pan sobie usiądzie… Rozejrzałem się wkoło, ale ewidentnie słowa były adresowane do mnie, bo żadnego innego pana wokół mnie nie było… Nie miałem na sobie habitu, bo wówczas mógłbym to jeszcze zrzucić na jakiś szacunek do zakonnego stroju. A tu nic… Ewidentnie moje zmarszczki, siwe włosy i niepewny chód musiały skłonić młodzieńca do ustąpienia mi miejsca… Wierzcie mi, że nie skorzystałem… A gdyby ktoś chciał mi kupić krem przeciwzmarszczkowy pod oczy, to… nie kłopoczcie się… Ewidentnie jest już za późno…

Dziś w Słowie moją uwagę zwróciła delikatność anioła. Jest wysłannikiem Boga Wszechmogącego. Mógłby zstąpić z przysłowiowym „przytupem”. Wszak przynosi najpiękniejszą i najbardziej wzniosła prawdę, z jaką ten świat będzie się odtąd mierzył. A anioł, Boży posłaniec, się ogranicza. Mówi łagodnie, stopniuje napięcie, nie wszystko objawia od razu, pozwala Maryi oswajać się z treściami.

Dlaczego tak? Po pierwsze nie chce Jej przerazić. Mogłoby to skończyć się jakimś wstrząsem, który zaowocowałby raczej zamknięciem się w sobie. A przecież tego posłaniec Boży nie chce osiągnąć. O co mu chodzi? O pozyskanie Maryi dla tej prawdy. Właśnie dlatego łagodnie ją perswaduje. To jest wyraziste ukazanie sposobu działania naszego Boga.

On nie „pałuje” prawdą człowieka. On nie zmusza do jej przyjęcia. On przekonuje i cierpliwie czeka. I tym różni się od nas. Napięcie i poziom agresji wokół nas sięgają zenitu. Człowiek człowiekowi wilkiem? A gdzie tam… Smokiem siedmiogłowym, ziejącym ogniem i plującym siarką… Krzykaczy mnóstwo, pod różnymi sztandarami. Ale głośno wykrzyczana nieprawda nigdy nie stanie się prawdą. Z pewnością również siłowe przekonywanie do prawdy nie sprawi, że kłamstwo schyli przed nią czoła…

Łagodniej nieco… łagodniej. Nawet gdyby ta delikatność miała zostać zakrzyczana i opluta przez zionące nienawiścią smoki. Prawda broni się siłą samej prawdy…

niedziela, 18 sierpnia 2019

światło prawdy...


Photo by Chad Greiter on Unsplash
(Łk 12, 49-53) 
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej".


Mili Moi…
„Chrześcijanie zrobili wszystko, aby wyjałowić Ewangelię. Można powiedzieć, że zanurzyli ją w neutralizującym płynie. Stępione zostało wszystko, co uderzające, wykraczające poza zwyczaj, wstrząsające. Religia stała się nieszkodliwa, spłaszczona, grzeczna i rozsądna – i przez to niestrawna. Wspierające tę religię założenie: »Bóg nie wymaga aż tyle« pozbawia smaku sól Ewangelii: straszną zazdrość Boga i Jego żądanie tego, co niemożliwe. Chrześcijańska wspólnota, kiedy jest prawdziwa, wbija się w ciało świata jak drzazga, narzuca się jako znak, przemawia do świata jako miejsce, w którym człowiek spotyka Boga. Kościół nie jest już, jak w pierwszych wiekach, triumfalnym pochodem Życia przez cmentarz świata.”

To diagnoza Paula Evdokimowa, prawosławnego teologa świeckiego, który zmarł w 1970 roku. Napisał więc te słowa jeszcze wcześniej. Zastanawiam się co napisałby dziś diagnozując współczesny Kościół…

Wiele różnych rzeczy można powiedzieć o Apostołach, uczniach Chrystusa, ale z pewnością nie to, że byli mało wyraziści, że obawiali się głosić Słowo, dawać świadectwo prawdzie.

Przypomnijmy sobie Piotra, który tuz po zesłaniu Ducha Świętego wychodzi na ulice Jerozolimy i woła gromkim głosem –

23 tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. 24 Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci - 36 Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem». 40 W wielu też innych słowach dawał świadectwo i napominał: «Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia!». Dz 2

Wyobrażacie sobie taką mowę Piotra dziś – w tej epoce poprawności politycznej? Popuśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie jak mogłoby to wyglądać…

Szlachetni ludzie, dobrzy, bo przecież wszyscy jesteśmy dobrzy, jeśli zechcecie, to opowiem wam kilka słów o pewnym człowieku, może nawet więcej niż człowieku, ale o tym niech każdy z was zadecyduje sam – źli ludzie go ukrzyżowali, choć pewnie nie byli źli, tylko się pomylili, a on sporo fajnych rzeczy powiedział – oczywiście nie musicie się ze wszystkim zgadzać, to nie chodzi o to…

Ja chcę was zaprosić do takiej nowej wspólnoty, którą zakładamy – w zasadzie będzie to polegać na tym, że każdy będzie sobie mógł myśleć co chce, głosić co chce i rozumieć wszystko jak chce. O wszystkich ważnych sprawach wiary będzie można pogadać u cioci na imieninach, a kto będzie mówił głośniej ten tego dnia będzie miał rację. Spotykamy się raz w tygodniu – możesz przychodzić, ale nie musisz, pośpiewamy, poczujemy, że robimy coś ważnego, albo i nie i pójdziemy do domu… a na co dzień nic nas nie łączy…

Myślę, że gdyby ktoś Piotrowi kazał wygłosić takie przemówienie, to on nigdy nie wyszedłby z Wieczernika – na znak protestu pozostałby tam do śmierci. A czy nie w taki właśnie sposób jest dziś postrzegany Kościół przez samych katolików…

Jezus dziś zapowiada bardzo jasno – kto w sposób świadomy mnie wybiera, staje się, musi się stać źródłem podziału. Bóg łączy tylko dwie kategorie ludzi – tych, którzy Go bardzo kochają i tych, którzy Go mają w nosie. Wszystkich innych zwykle dzieli – czasem w jednym domu…

Chrystus niczego nie ukrywa, nie tai, nie łagodzi – jest bardzo radykalny i konkretny. Mówi jasno – chrześcijaństwo to propozycja, która zmienia całe życie, która wprowadza w świat nieprawdopodobnych łask ale i wielkich trudności – one są nie do uniknięcia.

Popatrzcie na początki Kościoła… Już w 4 rozdziale Dz zaczynają się prześladowania i one nie słabną do dziś. Żaden z Apostołów w związku z nimi nie mówi – słuchajcie, musimy trochę spasować, z tymi ludźmi trzeba jakoś żyć, a może się obrażą, a w ogóle to na jakiej podstawie my mamy prawo im narzucać nasze zdanie i nasze wierzenia…? Przecież nie wszyscy myślą jak my, przecież może sobie nie życzą…

Nie, Apostołowie z całą pokorą, ale i konsekwencją idą ze słowem Boga w świat – właśnie dlatego, że to jest słowo Boga. Ono jest prawdziwe – nie ma nic prawdziwszego. Ono pozwala nam odważnie świadczyć, bo głosząc możemy i powinniśmy zawsze dodawać – to mówi Pan…

Co im pozwala zachować taką postawę? Wiara, która jest całkowitym poddaniem swojego umysłu prawdzie Bożej i decyzja, że albo Jezus, albo nic, że poza Nim nie ma życia i nie ma sensu żyć.

Apostołowie nie są wielkimi dyskutantami z Ewangelią – nie mówią do Jezusa – a według mnie… a moim zdaniem…  Kiedy idą w świat, nie odzierają przeslania z wątków trudnych, kontrowersyjnych, takich, które dotkną bardzo konkretnych przywar, grzechów – wiedząc, że przyjaciół im to nie przysporzy.

Jedna jest prawda, której trzeba dać świadectwo, czy to się komuś podoba, czy nie – nawet gdyby przyszło dla tej prawdy cierpieć, nawet gdyby przyszło dla niej oddać życie. To nikt z nas nie ma prawa jej zmieniać…

Mówię o tym wszystkim, bo od jakiegoś czasu mam takie dziwne wrażenie jakiegoś niezwykłego rozdwojenia w sercach wierzących, w sercu Kościoła.

Spotykam się z ludźmi, słucham ich i stwierdzam z wielkim smutkiem, że dużo częściej mówią do mnie raczej telewizorem niż Ewangelią. Słuchając nabieram przekonania, że do kościoła jeszcze przychodzą, ale nauka Kościoła w żadnym wypadku nie staje się wyznacznikiem życiowych postaw…

Co więcej – coraz częściej słyszę – Kościół się myli…  Przy dłuższej rozmowie okazuje się jednak, że ekspert od omyłek Kościoła nie zna nawet argumentacji, która stoi za kwestionowanym nauczaniem, bo nigdy nie zastanowił się nad nim głębiej…

W wielu prywatnych rozmowach okazuje się, że ci, którzy oficjalnie nauki Kościoła nie kwestionują zdają się ją przyjmować, podczas nieformalnych spotkań koktajlowych nie zostawiają na niej suchej nitki. W żadnym wypadku nie przeszkadza im to w najbliższą niedzielę ustawiać się w kolejce do komunii…

Okazuje się, że można przychodzić do świątyni, ale żyć według zasad swojej całkowicie własnej religii, której to zasady są znacznie bardziej współczesne, a przede wszystkim znacznie mniej wymagające.

Na to wszystko mam jeszcze nieodparte wrażenie, jakby wielu wierzących dopiero w ostatnich tygodniach dowiedziało się co ich Kościół naucza na przykład na temat homoseksualizmu. Zdumienie? Niedowierzanie? Szok?

Cóż z tego, że prawda Boża? Trzeba ją jakoś zmienić. Dziś już nie wypada tak głosić. Zresztą co to za argument – Bóg powiedział? A co niewierzących interesuje, co Bóg powiedział… Dziś powoływanie się na Jego Słowo jest passe… Wprawia w zakłopotanie… Wykształcony i kulturalny człowiek na Boga się nie powołuje…

Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.

Istnienie Kościoła jest uzasadnione tylko wówczas, jeśli będzie głosił Chrystusową prawdę – odwieczną i niezmienną. A tym, którzy wieszczą nam w związku z tym rychły kres, możemy odpowiedzieć, że jest dokładnie odwrotnie – rychły kres nastąpi, kiedy zaczniemy się dostosowywać do sposobów myślenia tego świata i przestaniemy przejmować się prawdą…

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Czy będą to już tylko wariacje na temat wiary katolickiej autorów uformowanych przez media raczej niż przez Biblię i nauczanie Kościoła?

sobota, 17 sierpnia 2019

święty Jacek...


Photo by Catherine Zaidova on Unsplash

14 Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: 15 «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» 16 Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. 17 Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». 18 I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. 19 Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. 20 Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim. 
Mk 1, 14-20


Mili Moi...
Kiedy otwieramy Ewangelie synoptyczne, choćby Mk, możemy dostrzec pewną prawidlowość. Jezus, który występuje publicznie, zaczyna głosić Królestwo Boże i powołuje swoich pierwszych Apostołów – o czym dziś słyszeliśmy.

Zaczynają chodzić z Nim, słuchają Go, przypatrują się temu, co czyni – uczą się… A On ich zdumiewa – fascynuje powiedzielibyśmy. Bo nie tylko mówi jak ktoś, kto ma władzę, ale dokonuje wielkich dzieł – uzdrawia, wskrzesza, rozmnaża chleb…

Fascynacja w uczniach narasta, a On u jej szczytu wysyła ich na misję – daje im władzę, wyjaśnia jak mają iść, w jaki sposób głosić. Wracają wstrząśnięci i pełni szczęścia – bo nawet złe duchy na imię Jezusa były im poddane…

Nadchodzi więc moment przełomu, który nazwałbym – ROZPOZNANIEM. Uczniowie mniej więcej w połowie drogi do Jerozolimy są pytani przez Jezusa kim On według nich jest. Piotr bierze odpowiedź na siebie i wyznaje – JESTEŚ MESJASZEM.

To deklaracja niesłychanie brzemienna w skutki, wpływająca na każdy szczegół ich codzienności – wybrzmiało głośno to, w co wszyscy wierzyli, ale być może obawiali się przyznać. On nie może być po prostu prorokiem, człowiekiem, któremu dano niezwyczajną moc… Tu musi być coś więcej. Nie do końca zdają sobie sprawę co, nie do końca pojmują treść słowa Mesjasz, ale On daje im jeszcze czas…

Formacja trwa nadal – pojawiają się nowe, pogłębione tematy – choćby władza i służba, choćby znaczenie ubóstwa w ich życiu. To wszystko w nich pracuje, ale boleśnie przekonują się, że nie rozumieją. Nie są w stanie pogodzić prawdy o Mesjaszu z zapowiedziami Jego męki, a kiedy ona nadchodzi, boleśnie przekonują się o swoich własnych ograniczeniach.

Ale ostatecznie cud zmartwychwstania usuwa w nich wszelkie blokady – stają się całkowicie wolni dla misji, do której On ich przygotowywał. Mk kończy się więc słowami - 15 I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! 16 Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. 17 Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; 18 węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie». Mk 16, 15-18

Dziś, kiedy gromadzimy się tu jako ludzie wierzący może należy zapytać wprost – siebie i was – ilu chorych już dziś uzdrowiliśmy, a może jakiegoś złego ducha chociaż wyrzuciliśmy? Nie? A dlaczego?

Czy Słowo Jezusa jest prawdziwe? Czy działało okresowo? A może jego prawdziwość skończyła się dawno i Pan uznał, że potwierdzanie słowa znakami nie będzie już nigdy w Kościele potrzebne, więc to i inne wezwania są zaledwie albumem rodzinnym, który przeglądając możemy powiedzieć – a tak wszystko się zaczęło…

Ale gdyby to Słowo było przebrzmiałe i nieaktualne, to trzeba by chyba ustalić, kiedy się zdezaktualizowało, kiedy straciło swoją moc. Na pewno nie w trzynastym wieku… Wówczas było całkiem prawdziwe, czego dowód daje nam dzisiejszy patron…

Schemat Ewangelii w jego życiu dość łatwo odnaleźć… Powołany przez Jezusa jako członek zamożnej i szanowanej rodziny, znakomicie wykształcony na zagranicznych uniwersytetach, kapłan, krewny biskupa – czyż można sobie wyobrazić lepszy początek znakomitej kariery, która przecież i w Kościele można zrobić… Predyspozycje miał Jacek najlepsze z możliwych.

Wszystko się zmienia, kiedy następuje moment rozpoznania. Dokonuje się to w Rzymie, niedaleko kościoła św. Sysktusa, gdzie Jacek spotyka św. Dominika, który ni mniej, ni więcej, ale daje wyraz prawdziwości Ewangelii, dokonując wskrzeszenia umarłego.

Oczywiście do dziś poddaje się to wydarzenie w wątpliwość, ale podania historyczne mówią, że tego dnia miały tam rozpocząć życie siostry klauzurowe – było szerokie grono gości z kardynałami na czele – była Środa Popielcowa. Wydarzyło się jednak coś szczególnego, z powodu czego zaplanowane uroczystości musiano przenieść na I Niedzielę Wielkiego Postu, kilka dni później. Jacek był tego świadkiem.

Wówczas Jacek decyduje się na zupełnie odwrotny kierunek kariery niż ten przewidywany – wówczas wybiera Chrystusa ubogiego i pokornego, poddając się formacji u św. Dominika. Nie trwa ona długo – nie ma na to czasu… Potrzeby ewangelizacyjne są zbyt wielkie i naglące…

U mendykantów w średniowieczu wszędzie było podobnie – dawano habit, a resztę zostawiano łasce Bożej. Po pół roku Jacek z grupą braci zostaje wysłany do Polski, a później odbywa prawdziwe podróże misyjne, których nie powstydziłby się św. Paweł.

Ubóstwo i pokora (nigdzie nie chce być przełożonym, stroni od urzędów) sprawiają, że chwała nieba staje się przez niego widoczna dla innych. Jego słowa są potwierdzane mocą z wysoka…

Liczba cudów zapisanych i niejednokrotnie dobrze udokumentowanych czynionych już za życia Jacka zdumiewa. I dodajmy, że należą do nich również te po ludzku najtrudniejsze – o ile wolno nam tak wartościować – nie brakuje wskrzeszeń w związku z jego modlitwą.

Mówimy – legendy o św. Jacku – dziś patrzymy na to jak na baśnie – tymczasem legenda, od słowa lego, legere, była po prostu przeznaczona do czytania. To słowo w żadnym wypadku nie wartościuje prawdziwości czytanych opowieści.

Czy one nie były prawdziwe? Czy Bóg nie mógł tego sprawić za przyczyną oddanego Mu człowieka? Czy wówczas rzeczywiście nie kwestionowalibyśmy prawdziwości Ewangelii?

A ona wciąż i zawsze pozostanie prawdziwa, bo gwarantem jej prawdziwości nie jest człowiek, ale sam Bóg, który uczynił z niej Słowo Życia. Każdy, kto potraktuje ją poważnie, doświadczy całej potęgi jej działania. Dziś, podobnie jak dawniej, niebo przeziera przez tych, którzy postawili wszystko na jedna kartę – na Jezusa.

I, co ważne, to nie są tylko księża, zakonnicy, czy siostry zakonne… Kto wie, czy dziś dużo częściej Bóg nie potwierdza prawdziwości swoich słów przez świeckich, niż przez tych, którzy z założenia są bliżej Niego, obcując z Jego świętością…

Niezależnie od tego kim się jest, jakie powołanie się realizuje, gdzie się żyje – Ewangelia mówi jasno – jeśli uwierzysz, nie dziw się znakom – one są naturalną konsekwencją wiary. One sprawiają, że Ewangelia wciąż się szerzy, a moc Boga może się objawiać, udzielać innym przez tych, którzy…

Ano właśnie – wezwani do wiary, rozpoznali w Jezusie Mesjasza i zdecydowali się całkowicie przylgnąć do Niego. Pozwolili mu siebie użyć jako narzędzie, pozwolili się posłać – dali Bogu swobodę posługiwania się nimi…

Poważna decyzja wprowadza w poważną formację – częstokroć bolesną, związaną z odkrywaniem prawdy o sobie, o własnej niezgodzie na „takiego” Mesjasza, o próbach czynienia Go na swój obraz i podobieństwo. Zwątpienia, słabości, niepokoje – nic z tego nie omija ludzi Ewangelii…

Nade wszystko jednak jest Boże Słowo – zawsze prawdziwe – tak samo prawdziwe w roku 99, 1257, czy 2019. Słowo, które objawia i wprowadza w tej świat prawdziwego Boga. W to Słowo wierzmy i jego się trzymajmy, a świat wokół nas niewątpliwie zacznie obcować z niebem.

piątek, 16 sierpnia 2019

na początku...


(Mt 19, 3-12) 
Faryzeusze przystąpili do Jezusa, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: "Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?" On odpowiedział: "Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem”. A tak już nie są dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela". Odparli Mu: "Czemu więc Mojżesz przykazał dać jej list rozwodowy i odprawić ją?" Odpowiedział im: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba że w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo ". Rzekli Mu uczniowie: "Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić". On zaś im odpowiedział: "Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane. Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!"


Mili Moi…
W jakiś tajemniczy sposób zmieniły mi się chyba za oknem pory roku… O piątej jeszcze ciemno. Otwarcie okna to już nie „świeżość”, ale wyraźny chłód. A ja przecież jeszcze nie miałem wakacji… Już niedługo. I czekam z coraz większą niecierpliwością. I to nawet nie chodzi o fakt, że w tej chwili nadzwyczaj intensywnie pracuję, ale idzie raczej o „odetchnięcie innym powietrzem”, o zmianę miejsca i ludzi wokół.

Za kilka dni ruszam na krótkie rekolekcje weekendowe ze wspólnotą z Międzyrzecza. Tym razem do Obry, gdzie oblaci mają seminarium i dom rekolekcyjny. Rekolekcje są gotowe w połowie, a druga połowa jest jeszcze w mojej głowie… Na pewno gdzieś jest. Trzeba tylko dobrze poszukać. I tymi poszukiwaniami zajmował się będę przez najbliższe dni…

A dziś nad Słowem znów myśl o „początku”, o planie Boga, o zasadach wszczepionych w ten świat. Z jednej strony mam wokół siebie wiele osób, małżeństw, rodzin, które bardzo cenią ten jego plan, które walczą, czasem wręcz heroicznie, o jego realizację, którzy usiłują pomagać sobie nawzajem. Zachwyceni Bogiem, gotowi zgłębiać Jego zamysł… Z drugiej strony, nie wiem czy w historii kiedykolwiek istniał tak szeroko rozprzestrzeniony i głęboko zakorzeniony bunt wobec tego planu – na człowieka, na ludzką miłość, na małżeństwo.

Rozwód dziś dla wielu nie jest absolutną ostatecznością, ale „pierwszym rozwiązaniem”. Z głębokim smutkiem stwierdzam, że ta szeroka akceptacja owego rozwiązania dotyka rzesze katolików, którzy bezmyślnie powtarzają: „jak się mają ze sobą męczyć, to lepiej niech się rozwiodą”. Nawet ci, którzy bywali przeciwni, szybciutko zmieniają zdanie… Wystarczy, że temat zaczyna dotyczyć ich własnych dzieci… Wtedy zasady się kończą. Tracą swoje zastosowanie. Wówczas wszystko wygląda zupełnie inaczej…

O homopropagandzie nawet nie chce mi się wspominać… Transmisje z marszów równości, szeroki dostęp do mediów, pomieszanie terminologiczne, absurdalność porównań. Ale kto by tam dbał o rozum. Ważne są emocje. Czują się prześladowani, a zatem są prześladowani. Równe prawa… Chcą tworzyć rodziny – należy im pozwolić. Chcą eksponować swoje zachowania seksualne – a kto im może zabronić? Zasady? Wartości? Obyczaje? Dobro i zło?

Nie istnieje… Istnieje tylko człowiek, który chce, żąda, domaga się… Wie lepiej, niż Bóg…

Nie łudźcie się: 8 Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne Ga 6, 7-8.

piątek, 9 sierpnia 2019

póki czas...


Photo by yousef alfuhigi on Unsplash
(Mt 25, 1-13) 
Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: "Królestwo niebieskie podobne jest do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie”. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”. Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam”. Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny".


Mili Moi…
Próbuję ostatnimi dniami nieco pracować, ale musze wyznać, że jakoś słabo mi idzie… Pojutrze jadę do Pniew, gdzie sprawuje dla sióstr klarysek uroczystą Eucharystię z okazji wspomnienia św. Klary. Wieczorem natomiast rozpoczyna się Triduum przed uroczystością św. Maksymiliana w naszej świątyni, podczas którego to ja mam poprowadzić nauczanie. Za kilka dni Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny i dwa kazania w naszym parafialnym kościele św. Marcina (na terenie tej poznańskiej parafii mieści się nasz klasztor), a za tydzień w sobotę kazanie na uroczystej Eucharystii u dominikanów z okazji święta św. Jacka. Jest więc nad czym pracować, a ja tymczasem…

Dziś doświadczyłem dużego kryzysu… Trudno to opisać. Jakaś mieszanina poczucia bezsensu, nieadekwatności miejsca i czasu, osamotnienie… i pewnie wiele innych uczuć. Zafundowałem sobie wycieczkę… Na poznańskie lotnisko, na którym spędziłem cztery godziny licząc, że popatrzę na startujące i lądujące samoloty, co bardzo lubię i co mnie uspokaja. Ale zapomniałem, że to Poznań… No w każdym razie, coś tam wystartowało, coś wylądowało, a ja spędziłem dobrą godzinę przed Panem w lotniskowej kaplicy, w której, inaczej niż w krajach zachodnich, jest tabernakulum i Najświętszy Sakrament. Jest trochę lepiej, ale nadal towarzyszy mi jakiś smutek. Święty Franciszek mawiał – bracie, jeśli jesteś smutny, idź do spowiedzi… I może to jest lekarstwo.

Dziś natomiast Ewangelia o mądrych i głupich pannach (tak pisze o nich wprost Ewangelista Mateusz). W sumie, możny by je uznać nawet za ofiary… Nieżyczliwe koleżanki nie chcą im pożyczyć oliwy, a złośliwy pan młody nie chce im otworzyć drzwi. A przecież one nic złego nie zrobiły… Znając jednak żydowskie zwyczaje weselne, wiemy, że druhny i druhowie mieli ściśle określone zadania, których niewypełnienie groziło wielkim skandalem. Panny nieroztropne po prostu zawiodły, lekceważąc sobie zasady, które były im doskonale znane. Co z tego wynika?

Po pierwsze – świadomość istnienia zasad i odpowiedzialności za ich przestrzeganie. A co za różnica? – słyszymy coraz częściej, również w dziedzinie wiary… Ano jest różnica. Są zasady, które powodują, że jedne zachowania są właściwe, inne nie; jedne są dobre, inne nie; jedne są akceptowalne, inne nie… A co za tym idzie – drzwi albo się otworzą, albo usłyszymy chyba najboleśniejsze ewangeliczne słowa – nie znam was… Naiwnością jest sądzić, że Pan na końcu czasów machnie ręka i powie – a, chodźcie wszyscy do nieba, przecież nie będziemy się skupiać na dawnych, ziemskich drobiazgach. W takiej wizji nasze ziemskie życie nie ma żadnej wartości… Tymczasem Bóg, także dziś, mówi – od tego jak żyjesz zależy twoja przyszłość… Bądź więc mądry… Póki czas…

wtorek, 6 sierpnia 2019

cisza...


Photo by Efren Barahona on Unsplash
(Łk 9, 28b-36) 
Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: "Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza". Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: "To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie". W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli.


Mili Moi…
Usiłuję pracować, bo przecież do mojego własnego urlopu jeszcze daleko. Ale skutkiem ubocznym późnego urlopu jest to, że nie do końca zauważam przemijające lato. Tylko kiedy wstaję o świcie, to ten świt jakiś inny niż miesiąc temu. A kiedy dzień się chyli, to i wówczas godzina na zegarze inna niż kilka tygodni temu… Lato powoli odchodzi. Szybko jakoś w tym roku…

A ja właśnie za chwilę ruszam do Niepokalanowa. Niby sierpień miał być spędzany w Poznaniu, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Czytam w radio książeczkę, która jest puszczana na antenie jako radiowa lektura. Według mnie nieszczególnie fascynująca, ale czytam… Każde spotkanie, podczas którego nagrywaliśmy nasze audycje było również okazją do nagrania kilku godzin książki. Ale jeszcze sporo zostało, a emisja już się rozpoczęła. Nasz powrót na antenę dopiero we wrześniu, więc żeby radiowcom nie zabrakło odcinków, ruszam na dwa dni „doczytać” dzieło do końca.

Dziś święto Przemienienia Pańskiego – chwila wielkiej pociechy dla Apostołów. Pan zabiera trzech, żeby po zapowiedzi męki mogli również zobaczyć blask Jego chwały. Dziś ten blask właśnie przykuł moją uwagę. Chciałbym tak patrzeć na Jezusa, zwłaszcza ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Widzieć tę jasność, chłonąć ją i być samemu przez nią pochłoniętym. Pomyślałem dziś z jakim trudem mi to przychodzi… A główna przeszkoda to wizja… produktywności.

Dziś działanie ma sens jeśli przynosi jakiś wymierny skutek, na który można wskazać, którym można się ucieszyć, o którym można innym opowiadać. Adoracja polegająca na siedzeniu bezproduktywnym przed Panem wydaje się być niewybaczalną strata czasu. Jeśli już musisz się modlić, to przynajmniej niech to ma jakiś „sens”. Opowiadaj Jezusowi wszystkie intencje, najlepiej głośnym szeptem, żeby wszyscy pozostali słyszeli, wyjmij różaniec z plastykowego pojemnika z tak dużym zaangażowaniem, żeby najlepiej upadł ci na ziemię i narobił hałasu, przynieś ze sobą co najmniej cztery książki, żebyś miał co robić przez godzinę – żebyś nie tracił czasu – może chociaż intelektualnie zyskasz… Myślicie, że przesadzam? Zapraszam do kaplicy adoracji w naszym kościele. Sami się przekonajcie… Sam się na tej "produktywności" łapię...

A tymczasem, kiedy my zaczynamy mówić – nasz Pan z szacunku milknie. Po godzinie gadania do Niego wychodzimy przekonani, że ta cała adoracja to jakaś przesada… Ludzie mówią, że przychodzą im jakieś natchnienia, dobre myśli, a tu nic… Szkoda czasu…  Na czytanki i półgłośne szepty z pewnością. Siądź i milcz… Patrz w jasność Pańską… Słuchaj. Nie zmieniaj świata, pozwól samemu się przemienić…

środa, 31 lipca 2019

mija rok...


Photo by Gary Lopater on Unsplash
(Mt 13, 44-46) 
Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść: "Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją".


Mili Moi…
Za kilka godzin minie dokładnie rok, odkąd wsiadłem na pokład samolotu i opuściłem Stany Zjednoczone rozpoczynając znowu posługę w Polsce. Minął już cały rok… To był i nadal jest trochę dziwny czas… Przede wszystkim, pisze to ze smutkiem, nie czuje się najlepiej w mojej własnej ojczyźnie. Złośliwość, agresja, czasem wręcz wrogość – tych rzeczy nigdy nie doświadczyłem w Ameryce. I to mnie zasmuca… Wszak niby Polska jest katolickim krajem… Poza tym jest jakaś sfera mojego wnętrza, która jeszcze nie odżałowała tego powrotu (choć roczna żałoba właściwie już dobiega końca). Mogę chyba już wyznać szczerze, że wiele miesięcy obmyślałem… jak tu wrócić do USA. To już się skończyło, ale są jeszcze takie noce, kiedy w snach chadzam po Nowym Jorku. To zupełnie nowe dla mnie doświadczenie. Nigdy dotąd nie miałem problemu z przeniesieniem się z miejsca na miejsce. Nawet głębokie relacje z ludźmi, którym służyłem nie stanowiły dla mnie problemu. Tym razem było inaczej… Może ja się po prostu starzeję… A może… pokochałem ten kraj…

Tak, czy owak – nie zamierzam tam w najbliższym czasie wracać. No, może poza krótką wizytą urlopową. Pan, jestem o tym przekonany, wskazuje mi poważne zadania tu i choć zwykło się uważać, że wyjazd z kraju jest w wielu aspektach ofiarą, którą człek ponosi dla Ewangelii, to przekonuję się, że zostanie w kraju, również z ofiarą wiązać się może. Ale wierzę, że z czasem tęsknoty się uspokoją i kierunek się ustabilizuje. Z radością stwierdzam, że w tym pełnym zamętu duchowego doświadczeniu, Pan zechciał mnie przyciągnąć bliżej do siebie i dokonuje się to w konkrecie mojej codzienności.

Ten rok to też trzydzieści sześć serii wygłoszonych rekolekcji. Szaleństwo. Ale to jedna z moich największych pociech. Fakt, że mogę być użyteczny, że ktoś chce mnie słuchać, że wciąż mi się chce i wciąż mam coś do powiedzenia o moim ukochanym Ojcu Niebieskim jakoś niesie mnie do przodu i umacnia w chwilach trudniejszych.

Wartość… Znać Jego wartość… Wskazywać ją innym… To wydaje mi się być szczególnie ważnym zadaniem. Dzisiejsza Ewangelia mocno mi o tym przypomniała. Żeby móc rozpoznać skarb, trzeba umieć go odróżnić od wszystkiego, co skarbem nie jest. Tego trzeba się nauczyć. Aby słowo „skarb” brzmiało interesująco, trzeba w ludziach to pragnienie wzbudzić. Aby być uważnym i go nie przeoczyć, trzeba ludzi do poszukiwań zmotywować. Aby chcieli go mieć ponad wszystko, trzeba im dowieść, że „wszystko” ma zdecydowanie mniejszą wartość i warto dokonać zamiany. Tu nie ma ryzyka! Ponieważ to Bóg jest gwarantem!

Ja mam dzięki temu ogromną wolność jako głosiciel. Bo to nie ja jestem skarbem – i nie daje nic swojego. Ja sam w tym skarbie uczestniczę, sam go odnajduję, sam wciąż szukam. Skarbem jest On – Ten, który stał się Królestwem. Ten, który nieustannie zaprasza. Nie traćcie więc ani chwili… A ja idę spowiadać… Bo to kolejna moja pociecha… Telefon dzwoni nieprzerwanie, niemal każdego dnia, z jedną prośbą – mogę przyjść się pojednać z Bogiem? Przyjdź… I to jak najszybciej…