poniedziałek, 20 lutego 2017

kochać obcego... kochać wroga...

zdj:flickr/Marcelino Rapayla Jr./Lic CC
(Mt 5,38-48)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nastaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Mili Moi…
Pisałem to już, ale napisze jeszcze raz… Źle się dzieje, jeśli ja zaglądam na mojego bloga raz w tygodniu. Sam zastanawiam się gdzie podziewa się mój czas? Kiedy łapię chwile, zwykle zmęczenie bierze górę. A dzieje się wiele, również dobrych rzeczy…

Zacząłem pisać kolejny rozdział. Niewiele napisałem w minionym tygodniu, ale każdy, kto kiedykolwiek cokolwiek pisał wie, że najtrudniej zacząć. Mam nadzieję, że uda mi się kontynuować. Różne rodzaje motywacji już przerabiałem. Tym razem to motywacja złości. Jestem po prostu zły, że trwa to tak długo i że właściwie niczego nie mogę robić dobrze i z przyjemnością, bo zawsze z tyłu głowy mam myśl, że przecież tracę czas, który winienem wykorzystać na pisanie doktoratu. Mam już tego trochę dość. Kończyć to jak najszybciej. Wystarczy tej naukowej przygody w życiu…

Wczoraj zwiedzałem Nowy Jork… Niby godzina od nas, a właściwie chyba we wrześniu byłem tam ostatni raz. Wczoraj nadarzyła się okazja. Ksiądz Mateusz z Rzymu, z którym podzieliłem się kilkoma miejscami, które lubię. On zachwycony, a ja jeszcze bardziej. Strasznie się cieszę, kiedy mogę kogoś oprowadzić po tym mieście. Brzmi to śmiesznie, bo przewodnik ze mnie żaden, ale w kilka miejsc trafiam bezbłędnie. Niemniej dobry czas i duży psychiczny oddech.

A poza tym trochę jeszcze kolędujemy. Oczywiście w naszych warunkach trwa to długo, bo i kolęda wygląda inaczej. Nie trwa 10 minut, ale zwykle 2-3 godziny. Dobry czas na poznawanie parafian. Czasem te spotkania są bardzo odkrywcze dla obu stron. Z kłopotów parafialnych – popsuła nam się winda w kościele i naprawa będzie kosztowała sporo. Nawet nie chcę pisać ile, bo przeliczając na polskie złotówki to kwoty absolutnie horrendalne… Nieprzewidywany wydatek, ale konieczny, bo sporo starszych osób, które mają dużą trudność z wejściem po wysokich, kościelnych schodach…

A w ramach komentarza do dzisiejszego Słowa zamieszczam dzisiejszą homilię… Życzę miłego odbioru tym, którzy poświęcą chwilę, żeby jej wysłuchać…


niedziela, 12 lutego 2017

w Nim mocni jesteśmy...

zdj: flickr/Jenny Laird/Lic CC
(Mt 5,17-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż*. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: «Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał*, «lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi*. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi».


Mili Moi…
Dziś 3913 dzień mojego kapłaństwa i 886 dzień w Ameryce. Mija też tydzień od mojego powrotu z Polski. Trudny tydzień. Przede wszystkim z powodu zmiany strefy czasowej. Powrót do normalności zabiera ładnych kilka dni, a nienormalność polega na pobudce bez budzika o godzinie 3.30 rano i zapadaniu w sen o godzinie 7 wieczorem. Mam nadzieję, że to już powoli dobiega końca… Ale trudności było więcej… Kolejne kopniaki, których nie szczędzi mi moje proboszczowanie sprawiają, że jestem coraz bardziej wyczerpany i nie chce mi się już absolutnie nic. Zniknąć na jakiejś pustelni… Bez telefonu, bez kontaktów ze światem… Kiedyś dziwiłem się tym, którzy nie przyjmowali stanowisk liderów (proboszczów, przełożonych wspólnot), podejrzewając ich o niechęć do podejmowania odpowiedzialności. Dziś ich doskonale rozumiem. Być przewodnikiem stada to obciążenie domagające się stalowej psychiki i żelaznych nerwów. Ja już wiem, że tych przymiotów nie posiadam. Moja wrażliwość z pewnością się do tego nie nadaje… Tymczasem jednak trwam, wierząc, że Bóg nie myli się w swoich zrządzeniach i z pewnością chce mnie czegoś nauczyć. Mam nadzieję, że nie popsuję Mu Jego zbawczych planów, ani ich nie opóźnię…

Dziś mamy uroczystości upamiętniające 77 rocznicę Zsyłki Polaków na Sybir… Będzie sporo ważnych gości i garstka ocalonych. Jest ich coraz mniej z każdym rokiem. Trzeba więc wracać do tych chwil, słuchać ich wspomnień, budzić wrażliwość młodych. Nie wolno nam zapomnieć…

Od jutra zaś muszę zasiąść nad kolejnym rozdziałem mojego doktoratu. Nie da się tego dłużej odwlekać, choć nie jestem w najlepszym nastroju do pisania. Ale może ta aktywność odwróci moje myśli od codziennych kłopotów. Może ten obowiązek okaże się niesmacznym lekarstwem na codzienność…

A nad Słowem dziś… Myślę o Jezusie wojowniku. Bo dziś tak On właśnie brzmi. Radykał, w którym trudno dostrzec miłego gościa poklepującego wszystkich po ramieniu i dowodzącego, że nie jest ważne jak żyjesz, bo przecież i tak będziesz zbawiony. Nic z tych rzeczy. Ważne jest to jak żyjesz, ważne są twoje wybory, ważna jest twoja walka o świętość. Piekło nie będzie puste. Nie wolno nam żyć złudzeniami.

Jeśli traktujemy Go poważnie i wierzymy w każde Jego słowo, to musimy wierzyć również w słowo „piekło”, które bynajmniej nie jest mitem, ani „straszakiem” na niegrzeczne dzieci. Jest bolesną, ale zupełnie realną opcją przyszłości dla tych wszystkich, którzy zdecydują się lekceważyć „Bożą instrukcję obsługi”. Nie ma w tym Słowie współczucia dla tych, „którym życie się nie ułożyło”, nie ma tłumaczenia tych „którzy są przecież tylko słabymi ludźmi”, nie ma rozczulania się nad „współczesnością, która nam nie pomaga”. Jest wielka zachęta do walki o siebie, o swoja przyszłość, o życie z Bogiem. I jest gwarancja, że skoro Bóg powołuje do radykalizmu, udzieli również łaski, żeby w ten sposób żyć.

Cała „sztuka” to uwierzyć, że On mam moc… A w Nim i my mocni jesteśmy…

sobota, 4 lutego 2017

Głosicielu, gdzie jesteś?

zdj:flickr/A K M Adam/ Lic CC
(Mk 6,30-34)
Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.


Mili Moi…
Czas spędzony w Polsce dobiegł końca… Bardzo szybko rzecz jasna. Ale za to owocnie i mogę z całą pewnością powiedzieć, że bardzo przyjemnie. Z Częstochowy mój szlak wiódł do Lublina, gdzie miałem zmierzyć się z zaplanowanymi egzaminami. Oczywiście jak zawsze przejmowałem się nimi za bardzo, ucząc się pilnie każdego ranka (bardzo wczesnego ranka). Efekty pozytywne. Pedagogika bez większych trudności, angielski – no cóż… Pan doktor egzaminator dopytywał od czasu do czasu – what do you mean? (co masz na myśli?). Zrozumiałem z tego tyle, że tylko ja rozumiem, kiedy mówię po angielsku. Ale najważniejsze, że wszystko się udało…

Podróż powrotna bez zarzutu. Doszedłem do wniosku, że jeśli latać, to tylko w styczniu. Samoloty zapełnione pasażerami zaledwie w połowie, żadnych kolejek do odprawy. Żyć, nie umierać. A kiedy usłyszałem serdeczne słowa „welcome back” od pana, który mnie odprawiał w Newarku, to zrobiło mi się ciepło na sercu. Jestem w domu i cieszę się z tego.

Oczywiście wciągnął mnie od razu wir różnych działań. Niektóre decyzje czekały niecierpliwie na podjęcie. Duszpasterstwo pierwszopiątkowe zdominowało mój pierwszy dzień po powrocie. No i oczywiście zmiana strefy czasowej… Pobudka o trzeciej nad ranem i brak przytomności o ósmej wieczorem… Ale z tym damy sobie jakoś radę… Skończyły się też wszystkie wymówki, które mogłem zastosować odwlekając moje zmierzenie się z kolejnym fragmentem mojej pracy doktorskiej. Nie ma rady… Trzeba zasiąść i kontynuować pisanie. Przed wakacjami musi powstać trzeci rozdział…

Dziś jednak przykuł moją uwagę fakt, że głoszenie Słowa przez Jezusa i Apostołów powodowało wielkie poruszenie wśród ludzi. Z całą pewnością, kiedy porzucali chwilowo swoje domy warsztaty, zajęcia i szli, aby słuchać, nie traktowali tego jako jakiejś atrakcyjnej odskoczni od codzienności, ponieważ wiązało się to dla nich z niemałym wysiłkiem. Czasem wręcz z głodem, czy pokonywaniem niemałych przeciwności. Ale szli i zadawali sobie wiele trudu, aby słuchać. Zawsze mnie zastanawia jaka moc była ukryta w tym Słowie, że poruszało ono tak mocno? Czy chodziło tylko o znaki i cuda, które je potwierdzały? A może wracała nadzieja? Może nagle pojawiał się zupełnie nowy sens życia? Jego smak?

Badam dziś samego siebie. Czy jest we mnie ten sam zapał w słuchaniu? Czy jestem gotów ruszać z miejsca i iść, gdziekolwiek pojawia się głos, który zwiastuje wielkie dzieła Boże? Ile jestem w stanie z siebie dać, poświęcić, jaką ofiarę ponieść, żeby usłyszeć? I co potem z tym Słowem? Bo przecież samo wysłuchanie to jeszcze za mało. Trzeba nim zacząć żyć, trzeba je wpleść w codzienność, trzeba je smakować, celebrować, pamiętać, trawić…

Czytam tę Ewangelię z perspektywy słuchacza, a nie głosiciela. Czytam ją z poczuciem tęsknoty za słuchaniem – tak mało mam ku temu okazji. Jakoś nie umiem oprzeć się na nowoczesnych środkach przekazu. Muszę chyba, podobnie jak prości ludzie z epoki Jezusa, mieć kogoś przed oczami, żywego mówcę, który dotknie mnie Słowem bezpośrednio, a nie przez ekran, czy słuchawki odtwarzacza… Żywego Słowa mi trzeba i trochę cierpię, bo nie mam go w nadmiarze. Może już czas, żeby dobrze zaplanować jakieś wakacyjne rekolekcje. Może już najwyższy czas…

sobota, 28 stycznia 2017

i nie daj się zabić...

zdj:flickr/Zach Stern/Lic CC
(Mk 4,35-41)
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?

Mili Moi…
Pozdrawiam Was z Jasnej Góry… Dotarłem tu dziś i chłonę atmosferę Domu Matki. Szczerze liczę na wsparcie duchowe z Jej strony, bo czuje się niesamowicie zmęczony… I psychicznie i duchowo… I chyba w każdym innym względzie…

Moje dotychczasowe działania w Polsce miały mi przynieść wizę, która pozwoli mi wrócić do USA. Ale okazały się połowiczne. Wizę mi przyznano, ale nie wiem kiedy ją otrzymam. Stało się tak, ponieważ amerykański urząd imigracyjny wysłał mi oryginał pisma potwierdzającego przyznanie wizy, ale nie zamieścił tego w systemie komputerowym. Pismo sprawiło, że wizę mi przyznano, ale jej wydanie jest uzależnione od ukazania się dokumentu w systemie. A tam ktoś się nie spieszy… Może to oznaczać nieco dłuższe zimowe wakacje w Polsce, czego zdecydowanie nie planowałem. Zawierzam wszystko Jezusowi przez Maryję, ale jeśli jakieś życzliwe dusze zechcą wesprzeć tę sprawę swoją modlitwą, to proszę o prawdziwy szturm do nieba. Bilet mam na czwartek, a żadnych ruchów w tym temacie nie ma. Mogę tylko czekać i ufać…

Odwiedziłem dziś moje dzieci duchowe… Młode siostry betanki, które w Częstochowie akurat prowadzą rekolekcje dla młodzieży… Jak to dobrze widzieć, że się rozwijają, że trwają, że rosną… I mieć świadomość, że się w tym wzroście odrobinę uczestniczyło. U początków, kiedy te roślinki były jeszcze takie niepozorne, delikatne, słabe… A teraz… Serce rośnie.

Patrzę dziś na Jezusa uciszającego burzę i myślę sobie, że nie przypadkowo tę Ewangelię usłyszałem tu, gdzie przyjechałem prosić o uciszenie mojej własnej, osobistej, małej życiowej burzy… Staram się Go słuchać, wierząc że przemówi i do mnie w te dni… Kto wie, czy nie stało się to dziś podczas spotkania z pewnym bezdomnym, z którym pogawędziliśmy nieco. Wyjątkowo inteligentny człowiek z rozległa wiedzą religijną. Powiedział do mnie – jesteś misjonarzem?, to ci coś powiem… Żyjemy w czasach apokalipsy, Jezus chce zbawić wszystkich, nie daj się zabić… I bądź naprawdę dobrym misjonarzem…

I może właśnie o to chodzi… Może zamiast przejmować się burzą, muszę zacząć przejmować się zupełnie czymś innym…

wtorek, 24 stycznia 2017

Matka matek...

zdj:flickr/Lawrence OP/ Lic CC
(Mk 3,31-35)
Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie. Odpowiedział im: Któż jest moją matką i /którzy/ są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.

Mili Moi…
No i jestem w Polsce… Nie pisałem o tym wcześniej, bo wyjazd jest krótki i w sprawach, które określiłbym jako służbowe. W grudniu upłynął termin ważności mojej wizy pracowniczej i nadszedł czas, żeby ją przedłużyć. Oczywiście strona amerykańska zaaprobowała moją prośbę, ale wiz nie wydaje się w Ameryce. Musiałem więc wrócić do kraju, aby ten magiczny papierek odebrać. Mam nadzieję, że jutro w ambasadzie wszystko pójdzie dobrze i wizę otrzymam. Choć na lotnisku miała miejsce zabawna sytuacja. Obsługująca mnie sympatyczna muzułmanka widząc mój „kwitek wyjazdowy” w paszporcie, zapytała swego szefa, który ją uczył – czy to deportacja? On ją zapewnił, że nie… Ale kto wie… Może jakaś prorokini…

Samolot w połowie zapełniony, więc bardzo wygodnie. No i na czas. Niemieckie linie mają u mnie „plusa”. Podróż przyjemna i bez żadnych przygód. A co najważniejsze czułem się zupełnie spokojny, co przy mojej niechęci do latania ma duże znaczenie. Może to efekt obejrzenia wielu odcinków dokumentalnego serialu „Katastrofy w przestworzach”, który wciągnął mnie w minionym tygodniu. Być może mój umysł wreszcie pojął, że nie ma sensu się denerwować, bo i tak… No w każdym razie było spokojnie.

Mój pobyt w Polsce to jednak nie tylko formalności wizowe. Przed obroną doktoratu (do której rzecz jasna jeszcze bardzo daleko) każdy student musi zdać dodatkowe egzaminy – z wybranego przedmiotu i z języka obcego. 30 stycznia czeka mnie więc przeprawa z pedagogiką i językiem angielskim. Uczę się więc zacnych rzeczy na temat pedagogiki personalistycznej, wiarygodności wychowawcy i wpływu teorii wychowania na praktykę edukacyjną. Przy okazji oddycham zimnym polskim powietrzem i cieszę się chwilową zmianą otoczenia. Ona zawsze robi dobrze. Jutro więc Warszawa, potem Częstochowa (wizyty u Mamy bym sobie nie darował), no i Lublin. A za kilka dni powrót do USA (oczywiście jeśli w paszporcie pojawi się na to zgoda).

Dziś natomiast miłe spotkanie z braćmi na pogrzebie mamy jednego z nich w pobliskim Ryjewie. Piękne, długie życie Stefanii lat 93 dobiegło kresu. Ośmioro dzieci, dwadzieścioro wnucząt, dwadzieścioro dziewięcioro prawnucząt i dziewięcioro praprawnucząt mówi samo za siebie. Ma się za nią kto modlić. A my, franciszkanie dołączyliśmy dziś do tego grona. Spotkałem też wiele osób ze wspólnot, którym niegdyś przewodziłem - dziękuję Wam za wasze wsparcie i za to, że wciąż pamiętacie, modlicie się i... tęsknicie.

Kaznodzieja dowodził dziś, że wraz z matką tracimy dom. Pewnie coś w tym jest. Ale kiedy uświadamiam sobie, że nasze matki czekają na nas w nowym domu, wiecznym i nieprzemijającym, a nade wszystko znacznie bardziej szczęśliwym, niż ten ziemski, choćby był najcudowniejszy, to doświadczam dużego spokoju. A kiedy uświadamiam sobie, że czeka tam jeszcze ta Matka matek, o której mówi dzisiejsza Ewangelia, to już w ogóle przeżywam duży przypływ nadziei. Dobrze, że są na tej ziemi również Domy Matki, w których Jej szczególna obecność jest wyczuwalna. Dlatego z taką tęsknotą czekam na Jasną Górę. Muszę Jej trochę poopowiadać o bolączkach mojego codziennego życia. A Ona będzie słuchać… Zawsze z tą samą czułością i cichą obecnością mnie przyjmuje. I słucha… A potem działa… Tak, jak tylko Matka potrafi…

sobota, 21 stycznia 2017

o ciemności...

zdj:flickr/Gonzalo Jesus Maripangui Gutierrez/Lic CC
(Mk 3,20-21)
Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów.

Mili Moi…
Przepraszam, że nic tu nie pisze, ale przeżyłem jeden z najtrudniejszych tygodni w moim życiu, a z całą pewnością najtrudniejszy, jeśli chodzi o mój pobyt w USA. Sekwencja wielu zdarzeń przyczyniła się do tego, że dziś „ryje nosem ziemię” i jestem psychicznie wyczerpany. Każdy dzień właściwie przynosił nowy cios i każdy z nich był coraz bardziej zaskakujący i niespodziewany. Staram się wierzyć, że to ma jakieś znaczenie i sens, ale nie jestem w stanie właściwie skupić się na niczym, bo cała moja energia idzie na to, żeby w miarę normalnie żyć. Wybaczcie, że oszczędzę Wam szczegółów w trosce o dobre imię osób trzecich. Niech Pan obficie rozlewa swoje przebaczenie…

Dzisiejsze Słowo jest jakąś formą pociechy… Wszak znajdujemy się dopiero u początku działalności Jezusa, a już wokół Niego wiele osób, które nie tylko nie przyjmują tego, co On chce im dać, ale jeszcze głoszą z przekonaniem, że jest niepoczytalny, a co za tym idzie, nie warto się z Nim w żaden sposób zadawać. Pogłoska musiała być tak silna, że rodzina wyrusza Go powstrzymać (wszystko dzieje się w czasach, kiedy honor rodziny miał niezwykłe znaczenie). To niezrozumienie i odrzucenie jest jednak tylko mglistą zapowiedzią tego, czym misja Jezusa na tym świecie się zakończy.


Z jednej strony doświadczam pocieszenia, bo On rozumie co dzieje się ze mną dziś… Z drugiej – myślę co jeszcze przede mną… I próbuję się modlić o gotowość… Na wiele więcej, niż dziś… I o modlitewne wsparcie ośmielam się dziś Szanownych Czytelników również poprosić…

czwartek, 12 stycznia 2017

świt nowego życia...

zdj:flickr/Barsha Paudel/Lic CC
(Mk 1,40-45)
Trędowaty przyszedł do Jezusa  i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

Mili Moi…
Wczoraj zakończyliśmy rekolekcje ewangelizacyjne w Worcester. Piękny czas i sporo ludzi, którzy chcieli słuchać o Jezusie. Nie ma większych radości dla kapłańskiego serca. Przy okazji tych rekolekcji dwa odkrycia – jedno miłe, drugie mniej…

Zacznijmy od tego mniej przyjemnego… Otóż poszedłem pewnego dnia na spacer i spotkałem człowieka. Oczywiście mój habit stal się tematem dla rozpoczęcia rozmowy. Okazało się, że pan ma polskie korzenie i polskie nazwisko, ale po polsku zna tylko jedną, nadzwyczaj przydatną frazę – idź do domu spać. Kiedy dowiedział się, że jestem katolickim zakonnikiem, opowiedział mi, że, jak wielu Amerykanów, skończył katolickie szkoły. A teraz nie należy do żadnej religii, ale jest „spiritual” (to takie słowo klucz na określenie duchowości). Ciągnie go do kultów indiańskich. Praktykuje Reiki na trzecim stopniu wtajemniczenia. Ale zawsze lubił anioły. Nie wiedział tylko, który jest jego szczególnym przyjacielem. Ale wróżka postawiła mu karty anielskie i już wie, że święty Michał. Jest on patronem… urządzeń technicznych (sic!). Ów pan zawsze go wzywa, kiedy popsuje mu się GPS – i jeszcze nigdy się nie zawiódł. Oczywiście święty Michał wciela się w różnych ludzi i mój rozmówca nie raz go widział. A poza tym anioły się z nim komunikują przez „potrójne numery”. Tego dnia, o poranku, zobaczył trzy piątki na ekranie telewizora, co zapowiedziało mu… nasze spotkanie na ulicy. Słuchałem i słuchałem z coraz większym zdumieniem i zastanawiałem się jak daleko można odejść od wiary w Boga i z jak solidnym zaangażowaniem można oddawać się gusłom i innym niedorzecznościom. Pan strzelił sobie ze mną selfie dla mamy katoliczki – na pewno się ucieszy – powiedział…

Drugie odkrycie miało znacznie radośniejszy charakter. Wczorajszego wieczoru, po prowadzonej przeze mnie modlitwie uwielbienia, podszedł do mnie jeden z miejscowych parafian, młody człek, Libańczyk i zapytał – czy ojciec wie, że modli się po arabsku? Chodziło oczywiście o śpiew w językach, którym często posługuje się w modlitwie. Szczęka opadła mi do ziemi i rzecz jasna zapytałem co mówię? Odpowiedział mi – wzywasz ludzi do wielbienia Boga i oddajesz cześć Maryi. Wstrząśnięty jestem do dziś i pewnie jeszcze długo będę. Coś, co traktowałem jako moje gaworzenie przed Ojcem, okazało się realnie istniejącymi słowami, możliwymi do zrozumienia przez człowieka znającego język arabski. Niech Bóg będzie we wszystkim uwielbiony…

Tymczasem myślę również nad dzisiejszym słowem. Ile smutku i beznadziei musiał nosić w sobie ów trędowaty, który zdecydował się dziś na tak dramatyczny gest wobec Jezusa. Podszedł blisko, zbyt blisko. Prawo regulowało tę odległość bardzo restrykcyjnie w obawie przed zarażeniem ludzi zdrowych. Być może uznał, że nie ma nic do stracenia. Być może zaryzykował życiem, którego nie chciał prowadzić dłużej w taki sposób. I to ryzyko stało się drzwiami do jego wolności. Jezus nie tylko przywrócił mu zdrowie, ale również entuzjazm życia, o czym świadczy niezdolność zachowania tej wielkiej radości z uzdrowienia dla siebie. Myślę sobie, że do dziś „najłatwiej” nawrócić ku Jezusowi ludzi, którzy, podobnie jak ów człowiek trędowaty doświadczają śmierci za życia. Im bardziej udręczeni, na tym większe ryzyko gotowi. A dla wielu zwrot ku Jezusowi to poważne ryzyko, bo być może wyhodowano w ich sercu Jego obraz, który daleko odbiega od prawdy. Kiedy jednak takiego zwrotu dokonają, dzieją się cuda. Wraca życie… Bo w istocie – tylko On jest jego źródłem… Dla odważnych trędowatych wstaje nowy dzień...