niedziela, 18 czerwca 2017

być zawsze gotowym...

zdj:flickr/Wendell/Lic CC
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi”. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie – ani na niebo, bo jest tronem Boga; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nawet jednego włosa nie możesz uczynić białym albo czarnym.
Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi». (Mt 5, 33-37)

Mili Moi…
No i wylądowałem… A nawet dotarłem już do domu dzięki mojemu dobremu parafianinowi Robertowi, który mnie przywiózł. Lot bez komplikacji, choć umęczyłem się dziś okrutnie. W myśl zasady „człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego” – kilka ostatnich lotów to wolne miejsca wokół mnie, a dziś samolot wyjątkowo wypełniony. Brakowało mi więc nieco przestrzeni. Ale za to nigdzie nie było kolejek, więc szybko wszelkie odprawy… No i jak co roku cała rodzina S. żegna mnie na lotnisku w Gdańsku. Pięć osób, które przyjaźnie machają na pożegnanie to ostatni obraz, który zabieram ze sobą z Polski. Baaaardzo ich lubię, bo są niezawodni…

Mój pobyt w Polsce zakończył się równie kosmicznie jak się zaczął. Być może pamiętacie, że podczas pierwszego spaceru spowiadałem człeka, który właśnie wówczas poczuł przynaglenie, aby mnie o spowiedź poprosić. Wczoraj było podobnie, tylko chyba jeszcze bardziej „niezwyczajnie”. Noc przed wylotem zawsze spędzam u przyjaciół w Gdyni. Poszliśmy do kina, bez telefonu, a tu po powrocie cztery połączenia z nieznanego numeru i pytanie smsowe – czy jeszcze jestem w Polsce? Po krótkim badaniu okazało się, że to pewna warszawska, męska dusza poczuła przynaglenie do spowiedzi generalnej. Samochód, cztery godziny podróży, nieudane poszukiwania w Sztumie i po kilku wskazówkach stanął człek w progach gościnnego domu Kasi i Rafała. Była północ… Spowiedź skończyliśmy o 3 nad ranem. I człek wrócił do Warszawki. A ja jeszcze długo nie mogłem zasnąć uwielbiając Pana za to, że pozwolił mi być księdzem… I jestem nim dwadzieścia cztery godziny na dobę…

I tak sobie myślę, że to nasze spotkanie mieściło się w dzisiejszym zaleceniu Jezusa – niech wasza mowa będzie „tak, tak, nie, nie”. Bo wiara jest prosta. I posługa kapłańska też… Kiedy więc słyszę w słuchawce głos – ojcze, potrzebuję spowiedzi, nie mam żadnych wątpliwości, że odpowiedź może być tylko jedna – przyjeżdżaj. Bóg na Ciebie czeka. Ja też czekam…

środa, 14 czerwca 2017

jak niemowlę...

zdj:flickr/David G. Hawkins/Lic CC
(Mt 5,17-19)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.


Mili Moi…
Do historii przeszły moje rekolekcje w Łodzi. Wiele mądrych i ciekawych rzeczy przeczytałem w książce, która towarzyszyła mi w te dni. Ale spośród nich wybrałem jedno zdanie, które ma się stać moim przewodnikiem na najbliższy rok, i z tym wyborem nie miałem najmniejszych trudności. MASZ OJCA W NIEBIE, KTÓREMU MOŻESZ ZAUFAĆ… Oczywiście zdanie jak zdanie. Dla wielu może brzmieć nawet banalnie. A dla mnie jest ważne i naprawdę chciałbym o nim pamiętać. Zwłaszcza w tych chwilach, kiedy wydaje mi się, że muszę o wiele rzeczy zadbać sam…

A po powrocie do Sztumu wiodę życie niemowlęcia… Oznacza to, że zasadniczo jem i śpię… No może jeszcze chadzam na spacery. Konsekwentnie nie ma właściwie żadnych odwiedzin. Niech mi wybaczą ci, którzy się ich spodziewali. Po prostu potrzebowałem spędzić ten czas inaczej i dość konsekwentnie tę decyzję zrealizowałem. Mam nadzieję, że w ten sposób nabrałem sił do powrotu i do zmagania się z codziennością. A tęsknię już bardzo… Za tym moim miejscem na ziemi, do którego mam szczerą nadzieję dotrzeć w sobotę…

Jutro za po raz pierwszy od wielu lat mam wygłosić kazania w mojej rodzinnej parafii. Dlaczego nie głosiłem dotąd? Nie wiem. Widocznie nie było to nikomu tu potrzebne. Jutro znów będę miał okazję. I czuję się trochę jakbym miał to zrobić po raz pierwszy w życiu. Nie jest to stres, bo tego wobec ambony chyba nigdy nie odczuwałem. Ale jest to forma jakiegoś radosnego podniecenia połączonego z ciekawością, czy to Słowo zostanie przyjęte, czy ktoś go naprawdę wysłucha. Dotyczy to jakiejś najgłębszej warstwy rzecz jasna, bo słuchać będą wszyscy obecni… Ale czy rzeczywiście usłyszą??? Dowiem się może kiedyś w niebie… Bo tam się przecież wybieram…

A Pan Jezus dziś mi przypomina, że do nieba idzie się drogą Prawa i Proroków. Te dwa filary gwarantują bezpieczeństwo na drodze. Ale co by było, gdyby każdy próbował sobie te zasady interpretować po swojemu, nadawałby im wygodne dla siebie znaczenie, odczytywałby je w dogodnych dla siebie kontekstach? Prawdopodobnie doszłoby do jakiejś katastrofy. Można to sobie wyobrazić na obrazie ruchu drogowego. Gdyby znaki nie miały ściśle określonego znaczenia, do którego stosują się wszyscy, co więcej, wszyscy muszą umieć to znaczenie odczytać, wypadków byłoby znacznie więcej. Dlatego potrzeba interpretatora. Kogoś, kto będzie tłumaczył, objaśniał i decydował jak odczytywać Prawo i Proroków. I dlatego tak bardzo potrzebujemy Kościoła – Jego wskazań, wytycznych, orzeczeń i interpretacji. Słuchać Kościoła i ufać Kościołowi. To zadanie, które tak często zdaje się przerastać współczesnych. A szkoda… Bo wypadek goni wypadek. I na drodze do nieba bywa przez to niebezpiecznie…

poniedziałek, 5 czerwca 2017

w lesie...

zdj:flickr/twak/Lic CC
(J 2,1-11)
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Mili Moi…
Sobota była pięknym dniem… Jedenaście lat temu, właśnie tego dnia, również w Wigilię Zesłania Ducha Świętego, biskup Kazimierz Nycz nałożył na mnie ręce udzielając mi święceń prezbiteratu… Niewiele pamiętam. Tak bardzo emocjonujące były to chwile. Ale od tego dnia chodzę z tajemnicą wewnątrz mojego serca, z czymś, czego nie rozumiem i nigdy nie pojmę. Noszę w sobie władzę (nad chorobami i złymi duchami), noszę ducha służby, noszę namaszczone słowo, noszę gorliwość pragnień… Tyle różnych rzeczy zaszczepił we mnie Pan tego dnia… Dziś, po jedenastu latach, świętowałem w ciszy – bez nadmiaru życzeń (tym dwóm osobom, które mi je złożyły z serca jednak dziękuję), bez gwaru, bez celebracji… Przy Jego sercu i w posłudze… Wieczorne czuwanie w Gdańsku przyniosło mi wiele radości. Pełen kościół zasłuchanych ludzi, ludzi, przez których czułem się przyjęty i oczekiwany. To był najlepszy prezent od Umiłowanego na ten dzień. Pokazał mi, że wciąż gdzieś jestem potrzebny…

A dziś już dotarłem do Łodzi, do naszego, franciszkańskiego seminarium duchownego. Zatrzymałem się tu i zamierzam zrealizować pewien eksperyment – chcę tu przeżyć kilkudniowe skupienie, moje doroczne rekolekcje. Eksperyment, bo po raz pierwszy będę je przeżywał w samotności, nie w zorganizowanej grupie, a co za tym idzie – sam je musze sobie zorganizować. Wchodzę w nie z książką „Lęki kapłańskie”. Może pomoże mi ona nieco lepiej zrozumieć mi samego siebie. Chcę dać Jezusowi czas, chcę z Nim poprzebywać, chcę Go słuchać. Czuję duży głód, co pomnaża moją nadzieję na dobry czas. Wcale bowiem niełatwo się zdyscyplinować i bez konkretnego planu dnia, bez prowadzenia przez kogoś, konsekwentnie wchodzić w ciszę z Nim… Ale ptaki za oknem śpiewają obłędnie, las pachnie przecudnie – nasze seminarium mieści się w największym w Europie parku na terenie miasta. To po prostu las, z którego kiedyś chciałem jak najszybciej uciec (do posługi rzecz jasna), a do którego dziś wracam z ogromnym sentymentem i tęsknotą… Aż chce się tu być…

Zaczynam te rekolekcje z Maryją Matką Kościoła. Wierzę więc, że, podobnie jak w Kanie Galilejskiej, zwróci Ona moją uwagę nie tylko na mnie samego, ale na potrzeby wspólnoty. Chciałbym zaczerpnąć w Jej obecności czegoś szczególnego z Serca Jezusa, czegoś, czym mógłbym się podzielić z moimi parafianami. Bo moje rekolekcje to jest również czas ważny dla nich. Od tego, jak je przeżyje, zależy bowiem mój kolejny rok w Bridgeport – moja kondycja duchowa, moje głoszenie… Tak to już jest, że kapłańskie serce niesie w sobie wielu i ma za zadanie wielu nakarmić. Nie sobą dzięki Bogu, ale… Ten, który syci, chce najpierw nasycić mnie, bo dzielić się można tylko tym, co się samemu posiada. Polecam się więc modlitwie, zwłaszcza tych, którym służę… Moje rekolekcje, to również w jakimś sensie Wasze rekolekcje. Pokornie proszę Was o modlitewną pomoc w ich przeżyciu…

Nie odcinam się zupełnie od świata, ale zamierzam stanowczo ograniczyć udział w przestrzeni internetowej. Jeśli wydarzy się coś, o czym warto napisać, to napiszę… Na razie się odmeldowuję…

sobota, 3 czerwca 2017

kwiatki...

zdj:flickr/JahannesKonrad.de/Lic CC
(J 21,20-25)
Gdy Jezus zmartwychwstały ukazał się uczniom nad jeziorem Genezaret, Piotr obróciwszy się zobaczył idącego za sobą ucznia, którego miłował Jezus, a który to w czasie uczty spoczywał na Jego piersi i powiedział: Panie, kto jest ten, który Cię zdradzi? Gdy więc go Piotr ujrzał, rzekł do Jezusa: Panie, a co z tym będzie? Odpowiedział mu Jezus: Jeżeli chcę, aby pozostał, aż przyjdę, co tobie do tego? Ty pójdź za Mną. Rozeszła się wśród braci wieść, że uczeń ów nie umrze. Ale Jezus nie powiedział mu, że nie umrze, lecz: Jeśli Ja chcę, aby pozostał aż przyjdę, co tobie do tego? Ten właśnie uczeń daje świadectwo o tych sprawach i on je opisał. A wiemy, że świadectwo jego jest prawdziwe. Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać.


Mili Moi…
Muszę podzielić się z Wami wczorajszym doświadczeniem radości… Otóż przed wyjazdem z Warszawy miałem zaplanowane jeszcze jedno spotkanie z pewną Bożą duszą, która nie tak dawno uczestniczyła w jednych z prowadzonych przeze mnie w USA rekolekcji ewangelizacyjnych. Przewidywałem, że będzie to zwykłe spotkanie, radosne w swojej towarzyskiej formie, krótkie, połączone ze zjedzeniem dobrej rybki… i w drogę…

Tymczasem zaczęło się od opowieści… Wie ojciec, te rekolekcje, ta ostatnia Msza… Miałam tak wiele oczekiwań… Moje życie było mocno poplątane. Tak bardzo chciałam, żeby Pan Bóg mnie dotknął… I nic. Wyszłam rozczarowana. Żadnego poruszenia. Po kilku tygodniach wróciłam do Polski. I nagle… Przyszedł Pan – z miłością. Nie tylko swoją, ale również miłością do i od drugiego człowieka. I to właśnie On stał się jej fundamentem. I to właśnie na Nim ta nasza miłość się oparła…

Po kilku minutach miałem okazje również poznać tę „miłość”, która czekała na swoją kolej w samochodzie zaparkowanym kilka ulic dalej. Jestem zachwycony… Bo pomijając czułość osób zakochanych, widziałem w oczach tych dwojga żar, ten niezwykły entuzjazm ludzi przebudzonych w wierze, tych, którzy właśnie odkryli, że Bóg jest prawdziwy i że On żyje… Z jaką fascynacja potrafili mówić o tym, czego On dokonał w nich! Z jak ogromną tęsknotą wyrażać pragnienia, żeby było Go więcej i więcej…

Kiedy siedzieli przede mną, niczym dzieci spragnione tego, co święty Paweł nazywa „niesfałszowanym mlekiem”, kiedy stawiali pytania – dziecinne, to znaczy mądre, proste, pełne zaufania, kiedy słuchali z taką uwagą, którą z rzadka tylko udaje się wzbudzić w ludziach, to moje serce szybowało gdzieś w okolicach serca Najwyższego głosząc hymn uwielbienia… Bóg jest dobry! On dokonuje takich przemian, o których człowiekowi by się nawet nie śniło. A ja mogę w tym uczestniczyć…

Być może i oni mieli nieco radości z tego spotkania. Ale ja zaczerpnąłem potężny, świeży oddech Bożej miłości. Dziś dużo łatwiej usłyszeć mi słowa z dzisiejszej Ewangelii – co tobie do tego, ty pójdź za mną… Mam takie wrażenie, jakby Pan Jezus mówiąc te słowa do mnie, mrugał znacząco okiem, zapewniając mnie, że przecież On dobrze wie, kiedy należy mi pokazać owoce mojej pracy i zobaczę je w najbardziej odpowiednim momencie. Widać wczoraj taka chwila była… Mogłem zobaczyć owoc działania Boga z taką wyrazistością, że większej nie potrzeba…

A jeśli jesteście blisko, to zapraszam do kościoła Chrystusa Króla w Gdańsku. O 20.00 zaczynamy czuwanie, podczas którego wygłoszę katechezę – „Duch Święty, ja i wojna”.

piątek, 2 czerwca 2017

ach, Warszawa...

zdj:flickr/Dennis Jarvis/Lic CC
(J 21,15-19)
Gdy Jezus ukazał sie swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną!


Mili Moi…
No i osiągnąłem tę fazę urlopu, która zawsze pojawia się po około dziesięciu dniach. Faza ta wyraża się w zawsze tych samych słowach – gdyby ktoś mi przebukował bilet, to nawet dziś wracałbym do domu… No tak już jakoś jest, że wypoczywać za długo nie umiem i najzwyczajniej w świecie tęskno mi do domu, do tych spraw, które na co dzień są takie męczące. Dom to jednak dom… Takie miejsce na ziemi, do którego chce się wracać. A tu jeszcze szesnaście dni… No ale nic… Wytrwam i pozmuszam się jeszcze do odpoczywania…

Dla lepszego samopoczucia i zbliżenia się do klimatu, który lubię najbardziej, zanurzyłem się wczoraj w tłum przewalający się po ulicach Warszawy. Cały wieczór spacerów, dobrych rozmów, obserwacji ludzi. Niezwykłe bogactwo twarzy, słów, zachowań… Dziś jeszcze nieco się tym nasycę i wracam do Sztumu, bo jutro… No właśnie… Tak urlopowo… Zostałem zaproszony do wygłoszenia katechezy w ramach czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego w jednym z kościołów stacyjnych w Gdańsku. Różne wspólnoty czuwają w różnych kościołach, aby zejść się na Mszę o północy w Kościele Mariackim. W myśl słów jednego z moich dawnych spowiedników – jeśli jeszcze chcą cię gdzieś słuchać, to jedź, bo przyjdzie taki czas, że już nie będą cię zapraszali – zdecydowałem się pojechać. Myślę sobie, że to będzie dobry sposób na uczczenie jedenastej rocznicy moich święceń, która jutro właśnie przypada… Miałem wprawdzie być na Lednicy… Ale jeśli ktoś daje mi możliwość głoszenia… To zawsze zwycięży…

A od poniedziałku zaczynam rekolekcje… W tym roku w Łodzi, w naszym seminarium. Trochę inaczej, niż zwykle, bo sam je będę sobie prowadził. Uzbrojony w dobrą duchową książkę i kilka sensownych katechez internetowych, zamierzam się skupić, pomyśleć, wyciszyć. Może Najwyższy zechce skierować do mnie na nowo te słowa, które dziś słyszymy w Ewangelii – pójdź za mną… U Jana Piotr słyszy je na końcu Ewangelii, jakby dopiero teraz był gotów na nie odpowiedzieć, jakby dopiero teraz miały one sens… Po kilku latach, może już zmęczony sam sobą, swoim niezrozumieniem i swoimi porażkami, słyszy – pójdź za mną… I rusza od nowa… I idzie. Ale już inaczej. Dojrzalej…

Temu chyba służą rekolekcje. Na nowo wyruszyć w drogę. Dojrzalej. Czy usłyszę w te dni – pójdź za mną…? Czy usłyszę – paś owce moje? Tam, w Bridgeport, gdzie cię posłałem? Może będę się mógł z Wami tym podzielić za tydzień…

niedziela, 28 maja 2017

Ten, który przychodzi...

zdj:flickr/Roman Catholic Archdiocese of Boston/Lic CC
(Mt 28,16-20)
Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.


Mili Moi…
I tak to właściwie tydzień mojej obecności w Polsce dobiega końca. Na urlopie czas biegnie jakby szybciej. A może wcale nie… Może biegnie dokładnie tak samo szybko jak w nieurlopowej codzienności…

Co robię? Przede wszystkim odpoczywam. Śpię, spaceruję, podziwiam piękno przyrody i… zadziwiam wielu znajomych informując ich, że w tym roku ich nie odwiedzę. Taka nowa koncepcja urlopu. Może po raz pierwszy od lat wyjadę z urlopu wypoczęty. To możliwe… Ale z całą pewnością wyjadę lżejszy o kilka relacji, które pełne urazy utknęły w przestrzeniach milczenia… No bo jak to nie przyjedziesz??? Oczyszczenie na każdym kroku. Może tak też być musi…

A miniony weekend to czas święceń… W piątek uczestniczyłem w święceniach diakonatu Łukasza, a w sobotę w święceniach prezbiteratu Kamila. Obaj zaczynali swoją formację w naszym zakonie, do którego wstępowali, kiedy pełniłem funkcję asystenta powołaniowego. Obaj z czasem przenieśli się do seminariów diecezjalnych i dotrwali do końca formacji wchodząc powoli w posługę. Pięknie jest patrzeć na tych młodych i gorliwych. Rodzą się tęsknoty za odnowieniem ducha…

Dziś miałem okazję głosić prymicyjne kazanie podczas pierwszej Mszy sprawowanej przez Kamila w jego rodzinnej parafii w Ostródzie. I kolejna obserwacja – jak bardzo ludziom potrzeba głoszonego z mocą Słowa. Po moim kazaniu natychmiastowy oddźwięk – i naprawdę nie chodzi o pochwały, ile raczej o to co i kto w nim usłyszał. Widziałem, że to Słowo w ludziach zostało – potrafili zacytować fragmenty, które szczególnie ich uderzyły. A wprost mówili o swoim głodzie, który jest im szalenie trudno zaspokoić, o czytankach zamiast homilii, o słabym przygotowaniu seminaryjnym… I znów cała lawina myśli – a może trzeba tu wrócić… Może trzeba oddać się tylko głoszeniu… Niech Pan robi ze mną, co uzna za słuszne…

Czasem mam takie poczucie, że niczym bezradni Apostołowie stoję i wpatruję się w niebo przepełniony jednym wielkim pytaniem – i co dalej? Zmartwychwstanie Jezusa było w jakimś sensie również ich wskrzeszeniem. Nabrali otuchy, wstąpiła w nich nowa nadzieja. Przychodzi do nich, widują Go – z rzadka wprawdzie, ale jednak. Mogą sycić swoje oczy i uszy, mogą snuć nowe plany – już bardziej ostrożne, ale jednak… On powrócił… A dziś widzą Go wstępującego do Ojca – tracą Go z oczu i w ten sposób mają Go więcej nie widywać. Kolejny wstrząs, kolejna zagadka, kolejne zaproszenie. Do czego? Do wejścia na wyższy poziom wiary, do przyjęcia Ducha, tego Wielkiego Kontynuatora, który wszystkiego ich nauczy. I pośle ich – On jeden wie gdzie… Może to więc i zadanie na tę godzinę życia dla mnie. Jeśli masz dla mnie jakieś nowe posłanie – jestem gotów. Jeśli mam trwać tu gdzie jestem – niech Duch mnie o tym przekonuje. Uczyń co zechcesz – jestem Twój…

wtorek, 23 maja 2017

no to zaczynamy...

zdj:flickr/Michael McKechnie/Lic CC
(J 16,5-11)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Teraz idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: Dokąd idziesz? Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu - bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś - bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie - bo władca tego świata został osądzony.

Mili Moi…
Wczoraj w południe wylądowałem w Gdańsku. Niewiele pamiętam z podróży, bo prawie cała przespałem i to wcale nie znieczulając się jakimiś sztucznymi środkami. Ale dzięki temu podróż minęła mi szybko. Rozpocząłem ją w Newarku od miłego spotkania. Na lotnisku grupa katolików związanych zresztą z franciszkanami, udawała się na pielgrzymkę do Medjugorie. Lecieliśmy tym samym samolotem, więc sympatycznych rozmów nie brakowało. A poza tym – niemiecka precyzja… Samoloty startowały i lądowały dokładnie w zaplanowanym czasie, co czyniło tę podróż naprawdę przyjemną…

A dziś spaceruję…Chłonę ciszę i zieleń. Mamy tu cudowne miejsca… Dwa jeziora, dookoła lasy. Dziś potrafię to docenić dużo bardziej, niż dawniej. Chodziłem więc w tych zachwytach, a Pan dał mi jeszcze jeden prezent… Z naprzeciwka zbliżył się młody człowiek. Po wstępnej wymianie uprzejmości spytał, czy spowiadam? Bo on tyle lat nie był… I tak bardzo się wstydzi… Ale kiedy mnie zobaczył… Pobliska ławeczka stała się więc miejscem pięknego spotkania z Miłosiernym… Ileż to razy mi się już zdarzało!!! Chciałoby się powiedzieć „błogosławiony habit”! Ten znak to prawdziwe zaproszenie. Cieszę się, że mogę go nosić, bo jak się okazuje odwaga przychodzi na ludzi z nagła i w miejscach przedziwnych. A Jezus jest zawsze gotów…

Tak to wyraźnie widzę niestanne działanie Ducha, który przekonuje świat o grzechu. Ale podobnie jak Jezus, nie przyszedł na ten świat, aby go potępić, podobnie i Duch nie przychodzi dręczyć i ciemiężyć, ale wyzwalać i pokrzepiać. Na każdym kroku przekonuję się, że wystarczy odrobina otwartości na Jego łaskę i dzieją się prawdziwe cuda. A wakacje się dopiero rozpoczęły. Co przede mną? Tylko On wie, więc pozwalam Mu planować czas…