środa, 12 grudnia 2018

odpocznijcie...


Photo by Joshua Davis on Unsplash
(Mt 11,28-30) 
Jezus przemówił tymi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.


Mili Moi…
Przeżyłem rekolekcje dla studentów we Wrocławiu. Trudno to może nawet nazywać rekolekcjami, bo to chyba raczej dzień skupienia. Jedno popołudnie, ale niesłychanie intensywne. Uczestników garstka, co jest dla mnie osobiście całkiem dobre – taki element formacji osobistej – hale sportowe i mikrokapliczki. Słowo, które ma być głoszone z takim samym zaangażowaniem do tłumów, jak i do kilku chętnych słuchaczy. Oczywiście Pan jak zawsze dał mi mały prezent i pozwolił towarzyszyć jednemu człowiekowi w jego pięknym powrocie do Boga w spowiedzi. Tego dnia, wierzę w to, było wielkie święto w niebie.

Od poniedziałku zaś, wieczorami, głoszę w naszym, poznańskim kościele dla postakademickiej grupy spotykającej się u nas. Ale rzecz jasna rekolekcyjne spotkania mają charakter otwarty i każdy może w nich wziąć udział. Uczestników maleńko – tegoroczny Adwent zatem czasem małych form.

Czuje się raczej kiepsko. Chadzam po lekarzach. We wtorek rezonans głowy – trochę się obawiam, bo może się okazać, że mózg jest tak mały, że obija się wewnątrz czaszki niczym piłeczka, i stąd te bóle głowy. Co jednak będzie jeśli badanie w ogóle nie stwierdzi jego obecności? A zupełnie poważnie – biorę również pod uwagę taką opcje, że po prostu to ogromne napięcie związane z powrotem do Polski i kolejną dużą zmianą środowiskową ustępuje, a fizyczność daje znać, że je zarejestrowała. W każdym razie, zobaczymy…

Jutro jeszcze wycieczka do Niepokalanowa i dwa dni nagrań naszych audycji, które wraz z Maciejem, przyjacielem werbistą, mamy zamiar w naszym Radio Niepokalanów zarejestrować. Oczywiście o szczegółach emisji będę informował na bieżąco. A potem już chyba będzie czas na świętowanie… Na odpoczynek…

Trudno mi powiedzieć, żebym był przepracowany. Raczej emocjonalnie zmęczony uczeniem się „nowego życia”. Ale zmęczonych przed świętami pewnie nigdzie nie brakuje. Dziś, właściwie w połowie Adwentu, Jezus mówi – przyjdźcie, odpocznijcie, ja was pokrzepię, znajdziecie ukojenie… Boże! Czy można usłyszeć piękniejszą zachętę? Ale czy ona spowoduje, że dziś wieczór kościoły będą pękać w szwach? Czy udręczeni codziennością rzeczywiście usłyszą, uwierzą, przejmą się słowami Miłości? Chciałbym wierzyć, że tak. Chciałbym widzieć tych głęboko oddychających, rozluźnionych, uśmiechniętych ludzi, którzy doświadczają cudu odpoczynku w ich najgłębszej warstwie człowieczeństwa – na poziomie ducha… Cudu? Tak, bo to chyba dziś kategoria, do której można to zjawisko przypisać… A szkoda. Wszak ten „cud” codziennie jest na wyciągnięcie ręki…

czwartek, 6 grudnia 2018

tymi rękami...


Photo by Bayu Anggoro on Unsplash
(Mt 7,21.24-27) 
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.


Mili Moi…
Wczoraj zakończyłem rekolekcje adwentowe w Kamionkach. Niewielka mieścinka w okolicach Poznania, ale bardzo ciekawa. W kościele niewiele osób starszych – dominują młode rodziny z dziećmi. To taka sypialnia Poznania. Wygłosiłem, pośpiewałem, ale to, co najważniejsze – dał mi Pan Bóg odbyć sporo dobrych rozmów z bardzo różnymi ludźmi. Ich otwartość i gotowość słuchania były dla mnie zdumiewające. Był tez czas na modlitwę wstawienniczą. Dobry czas.

W najbliższą sobotę nauczanie dla studentów we Wrocławiu, a od poniedziałku dla post-studentów i wszystkich zainteresowanych – w naszym, franciszkańskim kościele w Poznaniu. Potem jeszcze wizyta w Radio Niepokalanów i nagrania audycji na kilka tygodni do przodu i… będzie można zasiąść w konfesjonale. Mamy tu przedświąteczną tradycję kilometrowych kolejek, więc tydzień przed Bożym narodzeniem to dla nas najbardziej pracowity czas. A potem już tylko świętowanie…

Przy okazji proszę Was o westchnienie do Pana za mnie, bo szukamy przyczyny mojego tajemniczego bólu oczu… Okuliści i optometryści rozkładają ręce – wszystko w normie. Trzeba szukać dalej… Niektórzy twierdzą, że aureola mnie uciska… Ale to chyba nie to…

A nad Słowem dziś spróbowałem popatrzeć na oba budynki – mogą być znakomite, piękne i funkcjonalne. Na pierwszy rzut oka wyglądają dokładnie tak samo. Zewnętrzny ogląd nie pozwala wiele powiedzieć o ich trwałości. Ale kiedy przychodzą kataklizmy, które przecież się zdarzają i których uniknąć nie sposób, bo związane są z nieokiełznanymi siłami natury, wówczas nadchodzi godzina próby. Wówczas częstokroć płyną łzy, a pięści unoszą się w geście wygrażania temu, który do tego dopuścił…

Ale czyż nie jest tak, że budujemy „na słowo honoru”? Czy nie mamy gdzieś najgłębiej wyrytego przekonania, że „prowizorka trzyma się najdłużej”? Czy z czystego lenistwa i niefrasobliwości nie zaniedbujemy tych działań, które mogą stać się oparciem i gwarantem przetrwania w chwilach kryzysowych? Kiedyś… Później… Jutro…

Nie można czekać! Dziś jest dzień wycieczki do fundamentów. Jeśli o nie nie zadbamy, to grozi nam ruina. A przecież nie chodzi o „domek na prerii”, ale o dom naszego wiecznego przebywania z Bogiem, którego budowę On złożył w naszych rękach. Adwent to taki dokształt dla budowlańców. Nie wagaruj… Ucz się!

piątek, 30 listopada 2018

gdzie są drzwi?


Photo by Basil Samuel Lade on Unsplash
(Mt 4,18-22) 
Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.


Mili Moi…
Bardzo intensywny tydzień za mną i nie mniej intensywny przede mną. Zaczęło się od rekolekcji dla wspólnoty Emmanuel w Gdańsku. Posłużył się mną Pan niegdyś, żeby zaistniała, a teraz, wierzę również że i po to, aby ją wzmocnić i utwierdzić w drodze ku Niemu. Dużo radości ze spotkania, nie tylko ze znanymi mi duszami. Fakt, że spotkałem również wiele osób, których nie znałem jest tylko dowodem na żywotność grupy – przychodzą nowe osoby, co znaczy, że życie jest przekazywane dalej…

Z Gdańska udałem się do Elbląga, gdzie na hali widowiskowo sportowej miałem wygłosić rekolekcje maryjne. Pisałem już, że nie jest łatwo głosić o Maryi. Ale musze przyznać, że tym razem robiłem to z wielką przyjemnością. Ludzi sporo. Podprowadziliśmy ich w te dni pod osobiste zawierzenie Niepokalanej, przyjęliśmy bardzo wielu do Rycerstwa Niepokalanej. Myślę, że święty o. Maksymilian byłby z nas zadowolony. Doświadczyliśmy namacalnej troski Matki Bożej, kiedy w jedną dobę udało nam się odnaleźć i sprowadzić do Elbląga paczkę z dyplomikami niezbędnymi dla Rycerzy Niepokalanej, którą osobiście wysłałem ponad tydzień temu z Poznania, i która przez dziesięć dni krążyła po Polsce, ale do Elbląga nie dotarła. Otaczali mnie jednak ludzie wiary, którzy udowodnili po raz kolejny, że niemożliwe nie istnieje, kiedy się wierzy…

Dziś wróciłem do domu. Oczywiście Pan dał mi również nieco udziału w walce o dusze w tym sensie, że zaziębiłem się okrutnie i moja kondycja fizyczna jest raczej kiepska. A tu tempo nie słabnie. Właśnie wróciłem ze spotkania sióstr katechetek i wychowawczyń, którym miałem okazje wygłosić Słowo, a dołożę jeszcze nieco jutro rano. Jutro po południu zaś ruszam do Kamionek z rekolekcjami adwentowymi. A co do rekolekcji, to z ciekawostek mogę się podzielić, że przyjąłem już pierwsze na Wielki Post… 2020 roku. Nie wiem na razie gdzie i jak to zapisywać…

Dziś św. Andrzeja. Od dwudziestu dwóch lat ten dzień przeżywam jako dzień przejścia do domu Ojca mojej osobistej mamy. To już dwadzieścia dwa lata. Dokładnie o tej porze dnia wyruszyła na najważniejsze spotkanie, na które nikt z nas nie mógł wybrać się z nią. Mam nadzieję, że Pan pozwala jej już cieszyć się niebem. Ale Eucharystię za nią dziś sprawowałem. Z wdzięcznością.

Nad Słowem dziś myślę nad zmianami, które Jezus wprowadza w życie swoich uczniów. Byli rybakami… I już nigdy potem do tego nie wrócili (no, może poza małym epizodem tuż po zmartwychwstaniu). Idąc za Panem trzeba czasem zamknąć jedne drzwi, żeby móc otworzyć kolejne. Czasem trzeba chwile postać w korytarzu. Zawsze jednak z pewnością o tym, że On wie, dokąd nas prowadzi… Ja mam za sobą ponad trzy miesiące stania w korytarzu. Jedne drzwi się zamknęły, ale kolejnych nie potrafiłem dostrzec. Dziś, po czterech miesiącach w Polsce mogę powiedzieć, że powoli w tym korytarzu wyłaniają się drzwi, a ja zaczynam krok po kroku ku nim się zbliżać. Innymi słowy – za mną bardzo trudne miesiące. Dzięki Bogu jest z każdym dniem lepiej…

wtorek, 20 listopada 2018

moje drzewo...


(Łk 19,1-10) 
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.


Mili Moi…
Właśnie wróciłem z kolejnego spotkania Wieczorów dla Zakochanych, na którym znów miałem okazje przemawiać. Pożegnałem się dziś z dzieciakami, bo dla mnie to było już ostatnie spotkanie – kolejne wtorki to akcje w terenie. Ale na koniec mówię do nich – słuchajcie, położyłem tu na stoliku moje wizytówki, jeśli do czegoś mógłbym Wam się jeszcze przydać, to śmiało… W trzy sekundy zniknęły wszystkie, a było ich trzydzieści. Ucieszyłem się, że są jeszcze młodziaki, którym ksiądz do czegoś jest potrzebny.

Kolejne rekolekcje wpadają… Ostatnio zadzwoniły pewne siostry z prośbą o dzień skupienia na rozpoczęcie ich kapituły prowincjalnej. Zażartowałem sobie, że ilość zamówień, które przyjmuję sugeruje, że w Polsce nie ma rekolekcjonistów, na co siostra całkiem poważnie odpowiedziała – żeby ojciec wiedział, naprawdę nie ma… No może to jakiś Boży plan na mnie, może takie aktualne wyzwanie… Podejmuję.

Od piątku pierwszy mikormaraton. Rekolekcje w Gdańsku i Elblągu. Przyznam szczerze, że czasu robi się okrutnie mało. Na wszystko. Wstaje ostatnio znów starym zwyczajem o 4 rano, bo to jedyna pora, kiedy mogę pracować, kiedy mam na to chwilkę… Ale paradoksalnie towarzyszy mi entuzjazm, więc nawet nie zasypiam w fotelu w południe. Czyli jest nieźle…

A dziś znów słyszymy o Zacheuszu… Przez pewien długi okres mojego życia, to był mój ulubiony fragment Ewangelii. Mały człowiek, który wiele może, dzięki obecności Jezusa w Jego życiu. To taka trochę moja historia. Taki „pan nikt” z końca świata, któremu Jezus pozwolił głosić Ewangelię, nauczył… Zacheusz stał się „kimś” dopiero wówczas, gdy wyrzekł się swojej ludzkiej zapobiegliwości, kontaktów, wpływów, pieniążka. Wówczas mógł zostać podniesiony i przeniesiony do innych światów, wcześniej mu nieznanych. Wówczas dopiero sykomora wydała swój owoc (nazwa tego drzewa znaczy podobno – podnosić z dołu do góry). Ja też chcę być „kimś”. Tak jak Zacheusz. Codziennie. Na zawsze.

niedziela, 18 listopada 2018

wszystko przeminie...


Photo by NASA on Unsplash
(Mk 13,24-32) 
Jezus powiedział do swoich uczniów: „W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”.


Mili Moi…
Nasz święty współbrat, o. Maksymilian Kolbe, znany był z tego, że wykorzystywał każdą okazję do prowadzenia rozmów o Bogu, zwłaszcza z innowiercami. Kiedyś w pociągu, jadąc z pewnym Żydem w przedziale, prowadził z nim rozmowę i doszedł do pytania – a p co pan żyje?

Żyd odpowiedzi unikał, ale w końcu wyznał, że go to w zasadzie nie interesuje, jest handlowcem i ma inne sprawy na głowie. Na to o. Kolbe powiedział, że to postawa nieco pozbawiona sensu, która przypomina podróż pociągiem, bez zainteresowania dokąd on jedzie…

Dziś taka niedziela, w którą, w kontekście Słowa wypada zapytać – dokąd zmierza twój pociąg życia? Jaki jest cel tego naszego bytowania tu, na ziemi?

Zbliżamy się do końca roku liturgicznego, co zawsze wiąże się z podejmowaniem w Kościele tematów apokaliptycznych. Chyba nie pomylę się bardzo, jeśli powiem, że nie bardzo lubimy słuchać tych czytań.

Wolimy wsłuchiwać się w słowa o „pluszowym Panu Jezusie” – takim serdecznym, wybaczającym, zawsze przez palce patrzącym na wszystkie świństwa tego świata. Do takiego Jezusa przywykliśmy i taki jest nam obecnie potrzebny – taki Jezus na miarę naszych potrzeb.
Surowy, wymagający, krytyczny – takiego jakoś nie specjalnie potrafimy przyjąć. No, może jeszcze wobec tamtych, wobec faryzeuszów – to owszem. Ale dziś on nie do faryzeuszów mówi – zdaje się mówić do wszystkich.

Po co w taki sposób? Może to są jakieś ewangeliczne dodatki, może rzeczywiście jakieś wielkie fałszerstwo Kościoła, któremu zarzuca się czasem, że sfingował te fragmenty tylko po to, żeby ciemny tłum utrzymywać w lęku i łatwiej nim sterować.

Gdyby jednak tak było, to z całą pewnością Kościół winien jak najszybciej znaleźć jakąś nową metodę, bo ta od wielu lat jest zupełnie nieskuteczna. Kto bowiem się dziś boi końca świata? Kogo dziś można nim straszyć?

Zauważcie, że Kościół nigdy nie wyznaczał konkretnej daty, choć wokół nie brakowało tych, którzy to czynili. Dla osiągnięcia doraźnych celów tak byłoby najłatwiej. Koniec świata nie jest działem, z którego można strzelać w nieskończoność – może lepiej było strzelić raz, no może dwa, a potem z tych przestróg zrezygnować…

Gdyby Kościół, czy mówiąc ściślej, Jego ograniczeni słudzy potraktowali Pismo święte jako narzędzie dla sterowania masami, to pewnie już by się tak stało. Ale jako, że Kościół nieustannie wsłuchuje się w głos Pana, to doskonale wie, że Jezus nie wygłosił tych przestróg dla postrachu. Po co więc?
Wydaje się, że po pierwsze po to, aby uzmysłowić nam przemijalność tego świata. On naprawdę z każdym dniem zbliża się do swego kresu. Nie wiemy, ile czasu nam jeszcze zostało.

Pierwsi chrześcijanie byli tak bardzo przekonani o bliskim końcu, że porzucali swoje zajęcia decydując się po prostu czekać. Upominał ich święty Paweł - 11 Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. 12 Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli. 2Tm 3, 11-12.

Jeśli ten świat będzie miał swój kres, byłoby czymś nierozsądnym wiązać z nim sens naszego istnienia, co niestety wielu ludzi zdaje się nagminnie czynić.

Ta przemijalność, kruchość, zawodność stworzenia jest nam stawiana przed oczy nieustannie. Nawet zmienność pór roku, zmienność pogody, o której tak lubimy gadać, czy procesy starzenia, o których z kolei tak bardzo nie lubimy gadać, nam o tym przypominają.

Dodatkowymi wskazówkami są tak zwane znaki czasu, czyli wydarzenia szczególne, które mają nam o przemijalności tego świata przypomnieć. I tak sobie myślę, że z jakichś względów Pan Bóg tych znaków w ostatnim czasie światu nie szczędzi. Czy jednak umiemy i chcemy je odczytywać?

Z tym z kolei wiąże się kategoria czuwania. I to zdaje się być kolejny motyw, dla którego Pan nam dziś te wszystkie straszne historie zapowiada – po to, żeby wyostrzyć nasz wzrok i słuch, po to, żeby wytrącić nas nieco z tych kolein życia, w które z taką łatwością popadamy.

Jest ich tak wiele, że nie sposób stworzyć kompletnej listy, ale częstokroć stanowią one solidne pułapki, które znakomicie blokują nasze myślenie nadprzyrodzone. Bywa, że maja moc usidlania naszych dusz, które już w żadnym wypadku nie są w stanie wzbić się ponad pełną miskę, nowe ciuchy i trochę relaksu.

Właśnie po to nam to mocne uderzenie, żeby wróciło do nas pytanie – dokąd jedzie ten pociąg, pociąg mojego życia?

Wydaje się jednak, że celem Boga nie jest wprawienie nas w permanentny niepokój. On nie chce mieć wyznawców neurotyków, twórców spiskowych teorii dziejów, siewców paniki, apokaliptyków codzienności.

Wręcz przeciwnie, zdaje się, że oczekiwaniem Pana wobec nas jest głęboki pokój, który wypływa właśnie z właściwego stosunku do tego świata, do materii.

Kiedy człowiek już wie dokąd zmierza pociąg jego życia, nie ma pokusy, żeby w nim próbować zamieszkać na stałe. Kiedy zna się cel podróży, wówczas koniec świata staje się zjawiskiem znacznie bliższym, bo wiąże się ze świadomością własnej śmierci, która przyjdzie zupełnie niezależnie od kosmicznego zakończenia historii ludzkości.

Powtórne przyjście Pana w mikroskali dokona się dla każdego z nas w momencie tego zaproszenia, któremu nikt z nas nie jest w stanie się oprzeć – w śmierci. To będzie taki nasz prywatny koniec świata, do którego prawdopodobnie wszyscy dojrzejemy i doczekamy.

Myślisz o swojej śmierci? A w jaki sposób? Odczuwasz pokój? Czy jako miłośnik tego świata miotasz się na sama myśl, że miałbyś go puścić?

Posłuchajcie z jakim spokojem mówi o tym Czesław Miłosz w „Piosence o końcu świata”:
W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Koniec świata – dziś, za rok, za dwadzieścia lat? Prywatny? Globalny i ostateczny? Wszystkie te pytania ciążą mniej, jeśli wiesz dokąd zmierza pociąg twojego życia i kto tam na Ciebie będzie oczekiwał…

piątek, 16 listopada 2018

a kiedy otworzą się drzwi...


Photo by Daniel Burka on Unsplash
(Łk 17,26-37) 
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi. W owym dniu kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zabrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie. Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je. Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie będą mleć razem: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona”. Pytali Go: „Gdzie, Panie?” On im odpowiedział: „Gdzie jest padlina, tam się zgromadzą i sępy”.


Mili Moi…
Właśnie wróciłem z Niepokalanowa po kilkudniowych rekolekcjach zakonnych, które odprawialiśmy w całkiem sporej grupie. Treści określiłbym jako głoszone „do głowy”, a brakowało im trochę aspektu „do serca”. Rzecz jasna czas w żadnym wypadku nie był zmarnowany. Owoce? Na przykład po niemal dwudziestu latach w zakonie dowiedziałem się czym jest kompunkcja. A… nie powiem Wam… Sami sobie poszukajcie…

Kaplica adoracji, o której w ostatnim czasie było tak głośno, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Wszystkim, którzy przysłali mi intencje modlitewne chciałem powiedzieć, że siedziałem przed monstrancją z komóreczką w dłoni i odczytywałem Maryi każdą z próśb oddzielnie. Nie wiem co myśleli sobie o mnie siedzący wokół – pewnie ubolewali nad moim telefonicznym zniewoleniem. Ale modliłem się za Was szczerze. Spędziłem tam wiele czasu. Najwięcej bladym świtem, czyli w mojej ulubionej porze, bo wiedziałem, że wówczas nie będzie tam tłoczno. Myślę, że to wielki dar o. Kolbego dla tego miejsca i cieszę się, że bracia podjęli ten pomysł. Adoracja Żyjącego, to życie…

Ja przy okazji odprawiania rekolekcji przyjąłem dwie kolejne tury rekolekcji wielkopostnych – w Niepokalanowie właśnie i w tajemniczo brzmiącym dla mnie wielkopolskim Miedzichowie. Dzięki temu prawie przyszłoroczny Wielki Post mamy zapełniony. Przy okazji również wszedłem we współpracę z Radiem Niepokalanów, w którym zamierzamy wraz z Maciejem, moim serdecznym przyjacielem ze studiów, realizować cotygodniową audycję kaznodziejską. Zaczynamy w Wigilię Bożego Narodzenia. Napiszę Wam oczywiście jak nas słuchać…

Dziś nad Słowem pomyślałem o tych wszystkich, którzy nie zauważą nadchodzącego przejścia do wieczności, bo są tak zajęci sprawami ziemskimi. I wzbudziłem w sobie marzenie – żeby nie zauważyć śmierci będąc pochłoniętym sprawami niebieskimi. Chciałbym, żeby Pan powołał mnie „z biegu”… Gdyby tak kiedyś, w znanej Mu chwili, odejść chwile po zejściu z ambony. Może nie w trakcie głoszenia, żeby nie wzbudzać niepokoju, a nade wszystko, żeby dokończyć przepowiadanie. Ale zostać powołanym podczas pełnienia mojej umiłowanej misji poczytywałbym sobie za wielki zaszczyt. Być pochłoniętym sprawami Bożymi tak bardzo, żeby nie myśleć ani chwili o powrocie i żeby niczego nie żałować. Nie żałować tego, co za mną i nie żałować tego wszystkiego, co jeszcze jest do zrobienia. Odchodzić dziękując Bogu za piękne życie. To powtarzam Mu każdego dnia – dałeś mi piękne życie… Bądź uwielbiony!

niedziela, 11 listopada 2018

biel i czerwień...


Photo by Massimo Virgilio on Unsplash
(Mk 12,38-44) 
Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: „Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok”. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”.


Mili Moi…
Dziś zakończyłem kolejny weekend powołaniowy u sióstr w Poznaniu. Tym razem ponad dwadzieścia młodych dziewczyn w nim uczestniczyło. Przyjrzałem się im dziś w kaplicy i zdałem sobie sprawę, że teoretycznie mógłbym być ojcem niemal każdej z nich. To robi wrażenie, kiedy człek uświadomi sobie z całą wyrazistością upływ czasu. To moje głoszenie to siew na przyszłość. Czuję to wyraźnie, że jeśli jakieś owoce kiedyś z tego ziarna się zrodzą, to kto inny będzie się nimi cieszył. To trochę  jak z budowniczymi katedr w średniowieczu – zaczynali budowę i wiedzieli, że z pewnością za ich życia się ona nie skończy…

Przedwczoraj zaś poczułem się trochę jak… katocelebryta… Zapisałem bowiem pierwsze rekolekcje na Adwent przyszłego roku. Uśmiecham się do tego, bo któż jest w stanie przewidzieć gdzie będzie za rok. Ale to miłe, że duszpasterze ze Szczecinka pomyśleli o mnie robiąc dalekosiężne plany. Zapisane, zaklepane, a jeśli Pan zechce, to będzie i wygłoszone.

Dziś cudowny dzień setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Powiedziano już tak wiele słów, że nie mam w zasadzie potrzeby komentowania tego wydarzenia. Jedynie o swoich odczuciach. Jestem poruszony – liczbami uczestników w marszu warszawskim, liczbą ludzi dziś mijanych na ulicach naszego miasta. Tysiące i tysiące tych, którzy otarli się o mnie dziś ramieniem. I tylko jeden, młody człowiek pozdrowił Pana Jezusa. Prezydent naszego miasta powiedział, że tu się świętuje nowocześnie…. Zaiste. Chwała Bogu za Polskę. Za taką jaka jest dziś. Za jej kształt geograficzny i duchowy. Za jej historię. Ojczyzna…

Dziś nad Słowem myślę sobie o wszystkich zabezpieczeniach, które nie pozwalają mi całkowicie zaufać Jezusowi. Bo przecież sprawa rozbija się o zaufanie. Niezależnie od tego, czy wdowa dałaby dwa, czy dwieście dwa grosze, to przecież dała wszystko, bo ufała Bogu. Ja daję trochę. Czasami więcej, czasami mniej. Ale czy wszystko? Chyba nie… Trochę zostawiam sobie. Tłumacząc to zdrowym rozsądkiem, jakąś zapobiegliwością, zaradnością i Bóg wie czym jeszcze. Zapominam, że ten, który jest Bogiem dziś, będzie nim również jutro. Jeśli dziś troszczy się o mnie z miłością, to przecież jutro nie przestanie. A ja zawierzając Jemu nic nie tracę… O Panie, jak to trudno zastosować w codzienności. Niby człek wszystko rozumie, niby to takie oczywiste, wielokrotnie potwierdzone, a tak trudno rozluźnić pięść i wypuścić kurczowo zaciśnięte w niej życie…

Jutro ruszam do Niepokalanowa odprawić doroczne rekolekcje. Sporo spraw do przemodlenia i ułożenia w sobie. Proszę o westchnięcie modlitewne. Jeśli zdołam, to się odezwę…