niedziela, 18 lutego 2018

Duch Święty w gotowości...

zdj:flickr/Cycling Man/Lic CC
(Mk 1, 12-15)
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez Szatana, i był ze zwierzętami, aniołowie zaś Mu służyli. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: "Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!"

Mili Moi…
Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu… Pustynia dla ducha, na którą zaprasza mnie Jezus… Ale najpierw serwuje przeogromną radość…

Dziś moje kapłańskie serce poszybowało ku niebu… Po Mszy przyszła do mnie para, która od kilku lat żyje na ślubie cywilnym bez przeszkód do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego. Zawsze to odkładali na lepszy czas, na przyjazd do Polski, na rodzinne spotkanie. Tymczasem, nadeszły pewne okoliczności, które pomogły im zrozumieć coś, co sami dziś wyrazili – my już nie potrzebujemy wielkiej imprezy… No i poprosili o sakrament… A ja zrobię wszystko, żeby mogli go sobie udzielić jak najszybciej… To wielki prezent od Jezusa dla nich, ale i dla mnie. Kiedy łaska dociera do serca człowieka, to po prostu trzeba świętować…

Przed chwilą zaś wróciłem z nabożeństwa „Rite of election”, podczas którego modliliśmy się za 235 dorosłych kandydatów do chrztu i pozostałych sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego z terenu całej diecezji. Piękne spotkanie, w którym wziąłem udział wraz z Alanem, naszym dorosłym kandydatem do I Komunii i Bierzmowania. Szczególną moją radość wzbudziła duża liczba kandydatów do chrztu. To dorośli ludzie. Oni nie muszą tego robić. A jeśli proszą o chrzest, to znak, że tego rzeczywiście chcą. A to daje nadzieje na ich żywą obecność we wspólnocie Kościoła. Oczywiście wśród kandydatów dominowali Rodrigezi, Martinezi i Ramirezi… Ale to ma znaczenie dla statystyk. Bynajmniej jednak nie dla Kościoła, dla którego wszyscy jesteśmy dokładnie takimi samymi dziećmi…

Umocniony tymi duszpasterskimi radościami mogę spokojnie wchodzić w Post, który w tym roku jest połączony z głębokim oczekiwaniem na kilka ważnych momentów w moim życiu. Czekam więc cierpliwie, modle się i ufam, że Bóg poprowadzi mnie po właściwych ścieżkach…

czwartek, 15 lutego 2018

wolność...

zdj:flickr/Christos Tsoumplekas/Lic CC
(Łk 9, 22-25)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie". Potem mówił do wszystkich: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?"

Mili Moi…
No czas już chyba najwyższy, żeby skreślić kilka słów. Wybaczcie, że długo mnie tu nie było, ale przeżywam „ostatni rzut na taśmę”. Nanosiłem w minionych dniach ostatnie poprawki do korpusu mojej pracy i wczoraj posłałem ją do ostatecznego wglądu mojemu promotorowi. Brakuje wprawdzie jeszcze wstępu i zakończenia, ale to już tak zwane „michałki”. W każdym razie praca była na tyle wytężona, że miałem wstręt do ekranu i jakiegokolwiek „klepania” w klawiaturę. Odciąłem się więc od internetowego świata… No, może nie tak do końca, ale z pewnością nie byłem aktywnym uczestnikiem tej wirtualnej rzeczywistości…

Luty jest już nieco spokojniejszym miesiącem, ale, uwierzycie, czy nie, mam jeszcze przed sobą kilka kolęd, czyli wizyt duszpasterskich. Nie wszyscy zdążyli przed Wielkim Postem. Ale nie szkodzi, choć przyznam szczerze, że mam już w serduszku tęsknotę za wieczorami spędzanymi w domu, zamiast w drodze… Ale wkrótce „odzyskam” te chwile i będzie można znów oddać się lekturze. Bo na razie czytelnictwo tylko w zakrystii przed Mszą albo w konfesjonale. Przed snem dwie strony też, ale zwykle nie ma sił na więcej…

A poza tym? Mój ulubiony okres liturgiczny się rozpoczął… Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale, Słowo wzywające do przemiany i nawrócenia… A w tym wszystkim ta niesłychana wolność, której dawcą jest Pan. On nieustannie powtarza – jeśli chcesz… Jest jednak również prawdomówny. Pokazuje konsekwencje moich wyborów, a nade wszystko pokazuje o co toczy się gra. Chodzi o życie. I to nie tylko w wymiarze ziemskim. Wielki Post jest lekkim powiewem wieczności. W tym okresie jakoś szczególnie można jej dotknąć, uzmysłowić sobie na nowo, że ku niej to wszystko zmierza. Życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo – i mój wybór.

Fascynuje mnie, że Bóg zdaje się wszystko stawiać do góry nogami. Weź krzyż, naśladuj mnie, nie staraj się zyskać, strać dla mnie i ze mną… To prawdziwe ryzyko, to domaga się odwagi. Ale fakty wokół pokazują, że warto. Żyję w bogatym społeczeństwie Zachodu. Bogatym materialnie, bogatym w doznania, bogatym w możliwości. A jednocześnie jest to społeczność bogata w roszczenia, ciągle za czymś tęskniąca, w nieustanym pędzie, doświadczająca jakiegoś dojmującego braku i powtarzająca jak mantrę – gdybym tylko… to wówczas byłbym szczęśliwy…

Nie ma czasu zachwycić się wschodem słońca, nie ma czasu usłyszeć śpiewu ptaków, nie ma szans ucieszyć się życiem i tym, co dziś… Bo myślą wszyscy są już w „jutro”. Bo ambicje, bo oczekiwania, bo „wyścig szczurów”… Czasem sobie myślę, że „John” siedzący z plastikowym kubkiem pod ścianą banku, który nawiedzam, potrafi być bardziej szczęśliwy od tych wszystkich „posiadaczy”. I bynajmniej nie chodzi o krytykę… Chodzi raczej o współczucie… Wielki Post jest czasem odblokowywania życia w nas… I to zarówno tego ziemskiego, jak i wiecznego…

"Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, zachowywać Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi”.

sobota, 27 stycznia 2018

"godzina W"...


(Mk 4, 35-41)
Owego dnia, gdy zapadł wieczór, Jezus rzekł do swoich uczniów: „Przeprawmy się na drugą stronę”. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się!” Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!” Oni zlękli się bardzo i mówili między sobą: „Kim On jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?”

Mili Moi…
Wczoraj wróciłem z rekolekcji w Chicago… Dobry czas wsłuchiwania się w prawdy, którymi wszyscy konsekrowani żyją. Tak, tak… Wsłuchiwania się. Bo fakt, że głoszę rekolekcje, wcale nie oznacza, że ja nie jestem ich słuchaczem. Zawsze to podkreślam – jestem pierwszym słuchaczem tego słowa i ono najpierw mnie powinno dotykać… Siostry słuchały z uwagą, wierzę więc, że z łaską Bożą skorzystają z tego, co próbowałem im przekazać.

Oczywiście nie było czasu nawet nosa wytknąć na zewnątrz, nie mówiąc już o jakimkolwiek spacerowaniu po Chicago. W tak zwanym międzyczasie udało mi się jedynie skompletować niemal w całości bibliografię mojej pracy. To znaczy zebrałem ją w jednym miejscu. Teraz dzielenie i układanie wszystkiego we właściwym porządku. Ale mechaniczna robota, nudna i czasochłonna została wykonana.

A co do doktoratu… Dostałem ostatnio maila, na którego oczekiwałem sześć lat. Nadawcą był mój promotor, a list zaczynał się od słów – mam już dla ojca terminarz ojca wydarzeń doktorskich. A zatem uwaga!!! Wielka „godzina W” wybije dla mnie 6 czerwca 2018 roku. W tym dniu okaże się co też tam w tej mojej głowie powstało. To dzień publicznej obrony mojego doktoratu.

Ale najpierw kolejne szaleństwa w naszej parafii… dziś jak co sobotę wizyta w polskiej szkole. Poza tym trwają już jednodniowe rekolekcje dla bierzmowanych. Po południu zaś comiesięczny dzień skupienia dla parafii. Wieczorem nie będę pewnie wiedział jak się nazywam. Taka burza, których w tygodniu czasem kilka… A Jezus uspokaja je wszystkie i prosi – uwierz tylko, że to wszystko jest możliwe… I wiem, że kiedy dziś usiądę przed Najświętszym Sakramentem podczas wieczornej adoracji będzie tylko cisza i wewnętrzny spokój… On jest dawcą tych darów i na Niego zawsze można liczyć…

czwartek, 18 stycznia 2018

"zabójcy radości"

zdj:flickr/Tatiana T/ Lic CC
(1 Sm 18, 6-9; 19, 1-7)
Gdy Dawid wracał po zabiciu Filistyna, kobiety ze wszystkich miast wyszły ze śpiewem i tańcami naprzeciw króla Saula, przy wtórze bębnów, okrzyków i cymbałów. I zaśpiewały kobiety wśród grania i tańców: „Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy”. A Saul bardzo się rozgniewał, bo nie podobały mu się te słowa. Mówił: „Dawidowi przyznały dziesiątki tysięcy, a mnie tylko tysiące. Brak mu jedynie królowania”. I od tego dnia Saul patrzył na Dawida zazdrosnym okiem. Saul namawiał syna swego, Jonatana, i wszystkie sługi swoje, by zabili Dawida. Jonatan jednak bardzo upodobał sobie Dawida. Uprzedził więc Jonatan Dawida, mówiąc: „Ojciec mój, Saul, pragnie cię zabić. Od rana miej się na baczności; udaj się do jakiejś kryjówki i pozostań w ukryciu. Tymczasem ja pójdę, by stanąć przy mym ojcu na polu, gdzie ty się będziesz znajdował. Ja sam porozmawiam o tobie z ojcem. Zobaczę, co będzie, i o tym cię zawiadomię”. Jonatan mówił życzliwie o Dawidzie ze swym ojcem, Saulem; powiedział mu: „Niechaj nie zgrzeszy król przeciw swojemu słudze, Dawidowi! Nie zawinił on przeciw tobie, a czyny jego są dla ciebie bardzo pożyteczne. On przecież swoje życie narażał, on zabił Filistyna, dzięki niemu Pan dał całemu Izraelowi wielkie zwycięstwo. Patrzyłeś na to i cieszyłeś się. Dlaczego więc masz zamiar zgrzeszyć przeciw niewinnej krwi, bez przyczyny zabijając Dawida?” Posłuchał Saul Jonatana i złożył przysięgę: „Na życie Pana, nie będzie zabity!” Zawołał Jonatan Dawida i powtórzył mu całą rozmowę. Potem zaprowadził Dawida do Saula i Dawid został u niego jak poprzednio.

Mili Moi…
Dziś 4281 dzień mojego kapłaństwa i 1227 dzień w Ameryce… Odnotowuję to skwapliwie, bo każdego dnia niemal uczę się czegoś nowego. Dziś właściwie też… A że szkoła trudna, jak to ze „szkołą życia bywa”…

Zazdrosny król Saul nie może znieść, że Dawid jest otaczany szacunkiem za pokonanie Goliata, z którym nikt inny nie chciał walczyć. Królowi nie pasuje miejsce w drugim rzędzie. Nie ma zamiaru cieszyć się cudzym sukcesem, drażni go radość ludzi. Do tego stopnia został owładnięty zawiścią, że namawia swoje sługi do zamordowania Dawida. Nawet swojemu synowi to proponuje. Na szczęście Jonatan był człowiekiem prawym, wrażliwym i kochał Dawida jak brata. Ostrzegł go więc, a potem namawia ojca do przemyślenia jego postawy wobec Dawida…

Odnajduję się w tym Słowie znakomicie. Mija pięć dni od naszego przyjęcia bożonarodzeniowego, które było dla wielu nas bardzo radosnym wydarzeniem, a frekwencja przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Tymczasem, co słyszę?
- kotlet był niesmaczny
- jedzenie było zimne
- było za ciasno
- Mikołaj nie przyszedł
- nie było wspólnego śpiewania kolęd
- a ile ta kucharka zarobiła na tym evencie?

„Zabójcy radości” są pośród nas. Saul pewnie byłby z nich dumny. Ja nie jestem.

Wszystkim, którzy nie mogą spać, obawiając się, że zbyt wiele wydaliśmy na kucharkę pragnę uspokoić – pracowała ona ZA DARMO. Jak wiele innych osób podczas tego wieczoru, którym pragnę z całego serca jeszcze raz podziękować. Takich wspaniałych ludzi też mamy w naszej parafii!!!

A co dziś będę robić? Może siano pograbię, albo lucerny narwę kaczkom… Jak to na wsi…

wtorek, 16 stycznia 2018

oczami Boga...

zdj:flickr/captain.orange/Lic CC
(1 Sm 16, 1-13)
Pan rzekł do Samuela: „Dokąd będziesz się smucił z powodu Saula? Uznałem go przecież za niegodnego, by panował nad Izraelem. Napełnij oliwą twój róg i idź: Posyłam cię do Jessego Betlejemity, gdyż między jego synami upatrzyłem sobie króla”. Samuel odrzekł: „Jakże pójdę? Usłyszy o tym Saul i zabije mnie”. Pan odpowiedział: „Weźmiesz z sobą jałowicę i będziesz mówił: Przybywam złożyć ofiarę Panu. Zaprosisz więc Jessego na ucztę ofiarną, a Ja wtedy powiem ci, co masz robić: wtedy namaścisz tego, którego ci wskażę”. Samuel uczynił tak, jak polecił mu Pan, i udał się do Betlejem. Naprzeciw niego wyszła przelękniona starszyzna miasta. Jeden z nich zapytał: „Czy twe przybycie oznacza pokój?” Odpowiedział: „Pokój. Przybyłem złożyć ofiarę Panu. Oczyśćcie się i chodźcie złożyć ze mną ofiarę!” Oczyścił też Jessego i jego synów i zaprosił ich na ofiarę. Kiedy przybyli, spostrzegł Eliaba i powiedział: „Z pewnością przed Panem jest jego pomazaniec”. Pan jednak rzekł do Samuela: „Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce”. Następnie Jesse przywołał Abinadaba i przedstawił go Samuelowi, ale ten rzekł: „Ten też nie został wybrany przez Pana”. Potem Jesse przedstawił Szammę. Samuel jednak oświadczył: „Ten też nie został wybrany przez Pana”. I Jesse przedstawił Samuelowi siedmiu swoich synów, lecz Samuel oświadczył Jessemu: „Nie ich wybrał Pan”. Samuel więc zapytał Jessego: „Czy to już wszyscy młodzieńcy?” Odrzekł: „Pozostał jeszcze najmniejszy, lecz on pasie owce”. Samuel powiedział do Jessego: „Poślij po niego i sprowadź tutaj, gdyż nie rozpoczniemy uczty, dopóki on nie przyjdzie”. Posłał więc i przyprowadzono go: był on rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd. Pan rzekł: „Wstań i namaść go, to ten”. Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Od tego dnia duch Pański opanował Dawida. Samuel zaś ruszył w drogę i poszedł do Rama.

Mili Moi…
Znów tydzień uleciał nie wiadomo jak i kiedy… Trwają kolędy, więc co wieczór nawiedzam moich parafian i są to naprawdę miłe spotkania. Wiele z tych osób zostało dotkniętych miłością Bożą, sporo rozmów dotyczy właśnie tego – Bożej dobroci i Jego bliskości. Ileż czasem fascynacji w głosie, w oczach… ile niedowierzania – że to właśnie na mnie Bóg spojrzał i zaprosił do bliskości… Niejednokrotnie doświadczam wręcz zawstydzenia, bo przecież ja już od tylu lat po tej drodze stąpam i tak wiele zdołałem już „stracić” – z tego pierwotnego zachwytu i radości… I w takich chwilach się uczę – odświeżam pamięć mojego serca, budzą się we mnie głębokie tęsknoty…

A w minioną sobotę odbyło się nasze doroczne parafialne spotkanie bożonarodzeniowe. Pogoda dopisała i przybyły prawdziwe tłumy. Około trzystu osób zgromadziło się w naszej sali pod kościołem… A organizatorzy zatrwożeni… Bo jedzenia nagotowano na dwieście pięćdziesiąt osób z przekonaniem, że to i tak za dużo. Nerwowe ruchy, dostawianie stolików i komentarze – a może by się ojciec pomodlił i rozmnożył… A ja nawet byłem skłonny pomóc, bo ćwiczę nieustannie, ale na razie wychodzi mi tylko z ziemniakami… Mogę rozmnożyć, ale po co nam tyle ziemniaków? W każdym razie szczęśliwie wystarczyło jedzenia dla wszystkich, program artystyczny się udał, a nasz parafialny „didżej” wywabił całkiem sporą grupę na parkiet. Piękny wieczór…

A ten tydzień upływa pod znakiem posłuszeństwa. To jest właśnie piękne, kiedy tworzy się rekolekcje. One zmuszają do przemyślenia tematu i stają się źródłem wielu osobistych odkryć. Właśnie o posłuszeństwie mam opowiadać siostrom w Chicago, bo o ten temat poprosiły. Wróciłem więc do niektórych dokumentów Kościoła, które kiedyś czytałem, ale które przykurzyły się nieco w mojej pamięci. Sięgnąłem rzecz jasna do Słowa… Myślę, a słowa jakoś układają się same… Duch Święty jest niesamowicie twórczy…

Dzisiaj zaś skupił mnie fragment o powołaniu Dawida. Bardzo go lubię. Zwłaszcza tę myśl o Bogu, który widzi zupełnie inaczej, niż my, który patrzy inaczej, który dostrzega więcej… To rodzić powinno swoista powściągliwość w ocenach. Wczoraj słuchałem w radio opowieści o księdzu, który nie potrafił śpiewać. No nie miał do tego absolutnie żadnego talentu. Pomagał w jakiejś parafii i kiedyś przyszło mu sprawować pogrzeb. W myśl podjętego postanowienia, aby nie ranić uszu parafian, nie zaśpiewał podczas Mszy niczego. Po ceremonii w kościele wpadł do zakrystii jakiś wściekły członek rodziny, który ze złością zapytał – to ile trzeba księdzu zapłacić, żeby ksiądz śpiewał? Na co ów duszpasterz odpowiedział ze spokojem – wie pan, mnie się raczej płaci, żebym nie śpiewał…

Ale te sytuacje, w których wydaje nam się, że wszystko wiemy i że inni zachowali się niewłaściwie mogą być znacznie mniej humorystyczne. Można prawdziwe skrzywdzić człowieka już w pytaniu sugerując mu popełniony błąd. Czyż nie tak właśnie dziś pytają faryzeusze Jezusa? W ich pytaniu o łuskanie kłosów jest przecież ukryte oskarżenie. Czy mogą więc usłyszeć odpowiedź, skoro wiedzą już wszystko… Wiedząc wszystko nie warto pytać. Pytając zaś, warto być gotowym na odpowiedź, która może nas zaskoczyć. Wówczas niejedną opinię skwapliwie schowamy do kieszeni dziękując Bogu, że zbyt pochopnie nie wypowiedziały jej nasze usta…

środa, 10 stycznia 2018

dobra godzina...

zdj:flickr/Vern/Lic CC
(Mk 1,29-39)
Zaraz po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Mili Moi…
No to ostatni rozdział doktoratu posłany do promotora. Teraz jeszcze pozostała próba oceny analizowanej przeze mnie działalności o. Kolbego, co też nie będzie pewnie łatwe, bo raz, że inna epoka, a dwa, że trudno „krytycznie oceniać” działalność świętego. Ale ufam, że i temu dziełu jakoś wkrótce podołam. Wówczas już tylko wstęp, zakończenie, bibliografia… Niby nie trudne, ale bardzo czasochłonne. Najważniejsze jednak, że już widać światełko w tunelu…

Tymczasem jestem na etapie tworzenia konferencji, które mam wygłosić siostrom w Chicago za dwa tygodnie, a potem w Toronto, w marcu. Temat trudny, bo mam mówić o posłuszeństwie. Zdaję sobie sprawę, że im człowiek starszy, tym trudniej mu o tym słuchać. Nie chodzi jednak o wymądrzanie się w tym temacie, ile raczej o przypomnienie sobie i słuchaczkom o naszej pierwotnej gorliwości i o tym, dlaczego my właściwie to posłuszeństwo ślubujemy. Dziś powstała konferencja trzecia – o niebezpieczeństwie samorealizacji…

Oczywiście praca nie może iść zbyt łatwo, zwłaszcza, że nie sposób wyłączyć się z codziennej aktywności. A drzwi się nie zamykają. Wczoraj na przykład całe popołudnie gościł u nas amerykański prowincjał, o. James. Dziś całe przedpołudnie zajęła mi szlachetna pani z diecezji, która pomagała mi zaplanować budżet na ten rok (takie rzeczy też proboszczowie w Ameryce wyczyniać muszą). I cenne godziny ulatują… Żyję nadzieją, że Pan mi tego czasu przymnoży i zdążę ze wszystkim…

A na to wszystko dziś szczególnie uderza mnie w Słowie wzór Jezusa modlącego się. Jego dyscyplina duchowa, która nakazywała Mu wstać, kiedy wszyscy inni jeszcze śpią i trwać przed Ojcem. Zdawał sobie sprawę, że w ciągu dnia modlitwa będzie raczej niemożliwa. Nieustanne przebywanie wśród ludzi, absorbujące wymagania posługi miłosierdzia, nie pozwalały zanurzyć się w Obecności. Tylko okradając się ze snu, tylko w chwilach wykradanych nocy, mógł budować swoją relację z Ojcem… Pomyślałem dziś, że to metoda, którą sam stosuje od kilku lat. Nauczyłem się od Niego… Wymagająca, ale możliwa. I chyba jakoś bardziej owocna dzięki… ciszy. Nikt nie dzwoni, nikt o nic nie pyta, nikt za oknem nie odśnieża i nie słucha głośno muzyki. W ciszy patrzę na krzyż. W ciszy wybrzmiewa Jego Słowo. W ciszy notuję Jego natchnienia. 4.30 o poranku to dobra pora… A potem… Aż chce się żyć…

niedziela, 7 stycznia 2018

żaden z nich...

zdj:flickr/Prio/Lic CC
(Mt 2, 1-12)
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.


Mili Moi…
Sporo radości w minionych dniach… Przede wszystkim związanych z tak zwanym „przysiadem”. Udało mi się niemalże sfinalizować zaplanowany do napisania rozdział. Myślę, że jutro będzie skończony. Wprawdzie pierwotny plan zakładał, że napisze go do końca października, ale kto by tam się sprzeczał o szczegóły…

Wczoraj w naszej parafii piękne wydarzenie. Dwadzieścia sześć par małżeńskich zebrało się, aby wziąć udział w warsztatach małżeńskich, prowadzonych przez księdza Pawła z Chicago. Najbardziej cieszą człowieka te chwile, kiedy cos się dzieje i jest komu z tego skorzystać.

A dziś kolejny ważny dzień, bo w USA dopiero Objawienie Pańskie. A jak co roku, właśnie w ten świąteczny dzień, w naszym zakonie losujemy patronów i sentencje na nadchodzący rok. Z radością więc przyjąłem dziś słowa Jana Pawła II – Bóg ukazując nam miłosierdzie oczekuje, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie. Patronką zaś na nadchodzący rok będzie dla mnie święta Siostra Faustyna, co również cieszy mnie bardzo.

A dziś rozmyślam nad kolejnym skandalem związanym z narodzinami Pana. Najpierw pasterze zaproszeni przez anioła, a teraz jacyś poganie z dalekich stron. A gdzie miejsce dla najpobożniejszych? Mało było wokół ludzi, którzy sobie zasłużyli przez dobre życie i swoją religijność na powitanie Mesjasza? Trzeba było ściągać jakichś magów z daleka?

Jedna rzecz, którą dziś zauważyłem jakby wyraźniej… Herod wezwał najpobożniejszych na konsultacje. Arcykapłani i uczeni w Piśmie mieli mu odpowiedzieć – co z tym Mesjaszem? I oni odpowiadają… Doskonale wiedzą… Ale żaden z nich… Podkreślmy – żaden z nich nie wyrusza z Mędrcami, aby zweryfikować tę wiedzę. Być może uważają, że są „ponad to”… A może po prostu – nie mają czasu…

Jeśli pobożni są zbyt zajęci pielęgnowaniem swoich wyobrażeń o Bogu, to On zapuka do pasterzy, pogan, prostytutek i złodziei… Do tych, którzy chcą wciąż o Nim słuchać i gotowi są Go rozpoznawać… Kiedy przychodzi…