sobota, 15 marca 2014

zmaganie...


zdj:flickr/michael.heiss/Lic CC
Mili Moi...
No i jestem w domku. Spędzam dzień w mojej samotni i jestem arcyszczęśliwy, że mogę przez chwilę odpocząć. Cudowne wrażenia ze Słupska... Myślę o tym, co się tam wydarzyło cały czas. I właściwie dochodzę do wniosku, że to był naprawdę wyjątkowy czas. Mam za sobą wiele różnych rekolekcji, ale tam... jakby to ująć... dokładnie wiedziałem co chcę powiedzieć, a raczej, co musze powiedzieć. Słowa przychodziły jakby same. Nie musiałem się nadmiernie skupiać, żeby zachować jakiś przebieg myśli, nie obawiałem się, że zapomnę o czymś istotnym. Wszystko po prostu płynęło ze mnie w sposób, którego chyba jeszcze do tej pory nie doświadczyłem. Bardzo modliłem się do Ducha Świętego przed tymi rekolekcjami i wierzę, że to było Jego dzieło. Potwierdziły mi to poniekąd twarze uczniów, którzy ostatniego dnia słuchali mnie w kościele. To były naprawdę twarze ludzi słuchających. Wszystko było jakieś mocniejsze, intensywniejsze, niż zwykle. Prosiłem Pana, żeby mną zawładnął, żeby całkowicie wziął mnie w posiadanie na ten czas, żeby się mną posługiwał. Ufam, że tak właśnie było. Trudno to właściwie ubrać w słowa, ale odczuwam to bardzo wyraźnie. Myślę też o moich dzieciakach... Tak bardzo obudzonych, gotowych do dzielenia się tym, co zyskali. Czy znajdą kogoś, kto nimi pokieruje? Po raz kolejny myśl o mojej roli. Wyraźnie widzę, że Pan pozwala mi zapalać. Czynię to z wielką radością. Ale modlę się, żeby pojawili się ci, którzy ten ogień podtrzymają i pomogą mu sie rozprzestrzeniać... Oby nadeszli... Oby sie pojawili... Bo na razie ich nie widzieliśmy tam... Choć ufam, że już tam są...

Przez Gniezno, skąd zabrałem mojego przełożonego, dotarłem wczoraj późnym wieczorem do Lublina. A dziś czytam, myślę, zmieniam przeżycia w modlitwę dziękczynienia. On jest wielki, niezwykły, przepotężny... Dziś znów doświadczyłem Jego mocy. W mieście zaczepił mnie Ukrainiec, starszy już człowiek, który szukał stacji kolejowej. Prosił o pomoc. Szliśmy w tę samą stronę, więc go podprowadziłem kawałek. Kiedy zaczęliśmy iść razem, on zaczął wyrzucać z siebie stek wulgaryzmów. Nagle i zupełnie bez przyczyny. Ja natychmiast zacząłem się półgłosem modlić. Jego reakcja była natychmiastowa - zaczął przeklinać jeszcze głośniej i jeszcze soczyściej. Kiedy zacząłem śpiewać w językach do wulgaryzmów dołączyło się plucie... Pluł wokół i przeklinał, ja natomiast modliłem się o jego uwolnienie. Kiedy się rozstawaliśmy, pobłogosławiłem go i modliłem się jeszcze przez chwilę. On zaś poszedł w swoją stronę... Ja wracałem od spowiedzi. Kolejna lekcja - obecność Jezusa  w czystym sercu demaskuje złego ducha, nie pozwala mu się ukrywać. Jezus sam egzorcyzmuje świat przez chrześcijan Nim przepełnionych. Niezwykłe doświadczenie. I kolejny przyczynek do uświadomienia sobie potęgi sakramentu pojednania.

A Słowo dziś mówi o nieprzyjaciołach. O miłości wobec nich. Zdałem sobie sprawę, że ten temat jest mało obecny w mojej codzienności. Nie umiem nawet tych moich nieprzyjaciół ponazywać. Wiem, że są. Ale jakby ukryci. Nie ujawniają się wprost, nie prześladują mnie jawnie. Jest to raczej takie ciche kąsanie, rzucanie kłód pod nogi, niszczenie po kryjomu - plotką, pomówieniem, fałszywą oceną... Tacy owszem są... Ale zdałem sobie sprawę, że nie jest to dla mnie jakoś nadzwyczaj dotkliwe, choć nie uważam siebie za twardziela, którego nic nie rusza. Owszem, w swojej wrażliwości wiele rzeczy przeżywam pewnie bardziej, niż należy. Ale Pan pokazał mi jedną ważną rzecz. Bardzo ważną. Kilka sytuacji w moim życiu jest dla mnie dowodem szczególnej aktywności moich nieprzyjaciół. Ale dokładnie te same sytuacje są dla mnie dowodem niesłychanej troskliwości Boga. Bo to właśnie wówczas, kiedy moi nieprzyjaciele próbowali mnie dotknąć, pognębić, upokorzyć, właśnie wówczas, poprzez swoje działanie... wyświadczali mi największe życiowe przysługi. Okazywało się, że zmiany, które się dokonywały w moim życiu, choć czasem dla mnie w pierwszym odczuciu bolesne, zawsze okazywały się zmianami na lepsze. To dopiero dowód miłosnej dobroci Jezusa. On z nienawiści i zwykłej ludzkiej złośliwości potrafi wyprowadzać cuda. Błogosławi... Boleśnie, ale błogosławi...

Jak więc ich nie kochać? Tych, którzy kąsają, niszczą i rzucają kłody pod nogi. To właśnie oni okazywali się w moim życiu wielkimi dobrodziejami... Tajemnica... Pełna bólu i... radości :)

2 komentarze:

  1. Ciężko sobie wyobrazić śpiewanie w językach na ulicy... brzmi to nieprawdopodobnie

    OdpowiedzUsuń
  2. na zdjęciu zmiast sznura mógłby być rozdarty czlowiek
    okrutnie i brutalnie rozszarpywana dusza

    OdpowiedzUsuń