sobota, 22 marca 2014

cielę po ojcowsku...


zdj:flickr/fklv (Obsolete hipster)/Lic CC
Mili Moi...
No i sobota powoli dobiega końca. Piękny dzień, pomijając nawet to, co za oknem, choć przy ponad dwudziestu stopniach aż chce się żyć. Ale ja dostałem nowy zastrzyk energii od młodzieży zebranej u sióstr nazaretanek na wielkopostnym dniu skupienia. Osiem młodych kobiet, głównie studentek, które dziś starałem się podprowadzić pod krzyż. Mówiliśmy o tym, że "w Jego ranach jest nasze zdrowie". Przyznam, że mówiło mi się z wielką przyjemnością. Ale to zasługa zasłuchanych słuchaczek :) Dzień w dobrym towarzystwie... Na adoracji, Eucharystii, przy nazaretańskim stole...

No i Ewangelia o synu marnotrawnym... Tak dobrze znana... Narażona na powierzchowne podejście... Jak to powiedział dziś mój zacny kompan studencki, o. Maciej Baron - Zarzynamy Ewangelię banałem interpretacji, który jest jak osad z herbaty na brzegu słabo mytego kubka - najtrudniej go usunąć... Złota, niebanalna i prawdziwa myśl...

Moja uwagę przykuło dziś... utuczone cielę. Mówi się o nim aż trzykrotnie w tym fragmencie. Pierwszy jest ojciec, który nakazuje odziać wracającego syna w najlepsze szaty, dać mu pierścień na palec i obuć w sandały. Na końcu każe zabić utuczone ciele dla wspólnego ucztowania. Potem jest sługa, który wzburzonemu bratu komunikuje - twój ojciec kazał zabić utuczone ciele na powrót twojego brata... Nie ma mowy o pierścieniu, szatach i sandałach... Jest sensacyjna nowina o cielaku... No i wreszcie pełne żalu - mnie nawet koźlęcia nie dałeś, a jemu... utuczone cielę.

Gdyby ono przynajmniej nie było takie utuczone. Gdyby zamiast cielęcia była jakaś marna owca. Gdyby skromniej, może z zupą grzybową i grzankami... Może to byłoby jeszcze jakoś strawne dla otoczenia. Ale żeby tak szaleć. Wszak młodzian rozpuścił nasze pieniądze po świecie. Wszak trzeba oszczędzać. A już na pewno nie należy marnotrawić dobrego mięsiwa dla kogoś takiego... Zebrać ludzi, palnąć kazanko, zobowiązać do spłaty długu, nałożyć karę, ale na Boga - nie świętować. I to w tak rozrzutny, niewychowawczy sposób. Przecież to go tylko rozzuchwali. Przecież będzie sobie myślał, że wszystko mu wolno, że czego by nie zrobił - ujdzie mu na sucho. Przecież trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów...

Od szczegółu do ogółu... Cielak jest tematem wywoławczym. Chodzi przecież o postawę ojca, który nie czyni różnicy. A różnicowanie jest przecież takie ważne. Nie można tymi samymi cielakami karmić prawowiernych i zdrajców, pracowitych i utracjuszów, grzecznych synków i nicponiów. Nie wolno... Zmęczyłem się tą tyradą starszego syna... On sam musiał być mocno zmęczony. Całym swoim życiem, które właśnie runęło w gruzy. Bo okazało się, że próbując zasłużyć, zapracować, zapłacić za miłość ojca nie otrzymał nic więcej ponad to, co ów burzyciel szczęścia rodzinnego. Myślał, że teraz jest już tylko on, że nie ma konkurenta, że pełnia synowskich praw spłynęła właśnie na niego... Tymczasem okazało się, że synowska godność jest nieutracalna... A dla ojca cenniejsza niż całe stada tuczonych cielców...

Wczoraj pisałem, że nie można kochać Boga za bardzo, nie da sie przesadzić... Dziś On sam pokazuje, że nie ma granic dla Jego miłości. Ona jest szalona, ona jest bezgraniczna, ona jest wieczna... Ona jest! I choćby wszystko inne przestało "być", to zawsze jest gdzie wrócić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz