niedziela, 23 marca 2014

u studni...


zdj:flickr/echiner1/Lic CC
Mili Moi...
Uroczy dzień za nami. I pierwszy, wiosenny, ciepły, pachnący deszcz. Jak pięknie było stać w jego strugach (bo właśnie akurat kończyłem spacer w Nałęczowie). Dziś wizyta... Jedna warszawska dusza przybyła świętować moje urodziny - nie wiem, czy te, które były, czy te które nadejdą... W każdym razie każda okazja dobra, żeby się spotkać, pogawędzić, pospacerować... Doby dzień... Tym lepszy, że o poranku poczułem przypływ energii niepohamowany i posiedziałem nawet nieco nad warsztatami powołaniowymi, które niedługo mam poprowadzić dla sióstr elżbietanek. Dziś badałem okresy dziewczęcego życia - zwłaszcza adolescencji i młodości - afektywność, potrzeby i takie tam :)

A Pan Jezus się dziś z Samarytanką spotyka... Kolejny fragment Ewangelii, który bardzo lubię. Jest taki... nowoewangelizacyjny... Jak On z nią rozmawia... Cierpliwie, powoli, delikatnie podprowadza do prawdy. I to działa... Mnie jakoś szczególnie urzeka ta sytuacja ewangelizacyjna. Ta studnia, przy której dochodzi do spotkania. Ten szarocodzienny charakter spotkania... To Słowo wzbudziło we mnie pragnienie. Pragnienie, aby być narzędziem zawsze - nie tylko wtedy, kiedy ja uważam za słuszne, kiedy mnie się to wydaje potrzebne, kiedy moim zdaniem jest najlepszy moment. Ale zawsze, kiedy Pan chce sie mną posłużyć... A to wcale nie jest takie proste...

Co stoi na przeszkodzie? Ja sam... Ja jestem największa przeszkodą w ewangelizacji. Bo po pierwsze z jakąś bezmyślną łatwością ulegam takim nowotolerancyjnym zasadom świata... Żeby nikogo nie zmuszać, żeby nie urazić, żeby nie narzucać... Więc trzy razy się zastanawiam, zamiast raz zadziałać... Czasem wydaje się, że to nie jest najlepszy moment, czasem sytuacja jawi się jako zbyt "zwyczajna". Od jakiegoś czasu mam takie wielkie pragnienie, żeby Jezus był dla mnie czymś absolutnie "zwyczajnym", w znaczeniu - żeby Jego imię nie pojawiało się na moich ustach w jakichś szczególnych tylko okolicznościach, przy spełnieniu jakichś wyjątkowych warunków, w sytuacjach sprzyjających, ale żeby mówienie o Nim stawało się dla mnie najnaturalniejsze na świecie. Zawsze i wobec każdego...

Ale jest jeszcze druga przeszkoda, którą musze pokonywać nieustannie. Moje "ego", które nie lubi odrzucenia. Pewnie, że najcudowniej się głosi, kiedy wszystko jest przygotowane i kiedy wszyscy siedzą z otwartymi buziami chłonąc Boże Słowo. To łatwe... I przyjemne. Ale w ewangelizacji trzeba się narazić, wystawić na odrzucenie, na wzgardę, na wyśmianie, wyszydzenie... To boli. I tego moje "ego" nie znosi. Dużo łatwiej unikać takich sytuacji pod szlachetnymi pozorami troski o świętą naukę Bożą... Bo przecież Pan powiedział - kto wami gardzi, Mną gardzi... Więc nie można Pana narażać na wzgardę... Jakież to szlachetnie obłudne! Mistrzowsko obłudne! A niestety spotykane, choć wyrażane czasem w innych, podobnych słowach... To tak doskonale usypia sumienie, bo to trochę jakby powiedzieć Panu - sam widzisz, że nie mogę nic zrobić - wiąże mnie cześć i szacunek do Ciebie, nie chcę Cię narażać na odrzucenie...

Obłudne, bo po pierwsze jedynym, którego narażam na odrzucenie (czego się przecież okropnie boję), jestem ja sam, więc trzeba przyznać, że wcale nie chodzi o Pana, ale o mnie. A po drugie obłudne, bo to właśnie On sam naraził się na wyszydzenie, wzgardę i odrzucenie i wcale się tego nie bał i nie boi... Ani wówczas, ani dziś. Kiedy więc kolejny raz będę mijał jakąś studnię, komorę celną, sykomorę, czy winnicę, miejsca, w których ludzie spodziewają się wszystkiego, tylko nie imienia Jezus, będę się modlił o odwagę... Odwagę zapomnienia o sobie... Bo bez tego nie ma ewangelizacji...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz