wtorek, 24 czerwca 2014

szczęściodajnia...


zdj:flickr/Rickydavid/Lic CC
Mili Moi...
Tyle dobrych spotkań w dniach minionych... W Niepokalanowie czekała na mnie dobra siostra Ann Mary, która zawiaduje tamtejszym archiwum. Ta kochana kobieta nieustannie o mnie pamięta i wyławia mi co ciekawsze kąski dotyczące św. Maksymiliana. A dzięki jej pomocy znalazłem podczas mojej wczorajszej wizyty około 50 kolejnych książek, które mogą mi sie przydać w pracy. W Warszawie Beata, moja maltańska towarzyszka nauk językowych... Zaprzyjaźniliśmy sie w minionym roku. Dobrze sie spotkać, pogawędzić. Ona pokazuje mi takie restauracje w Warszawie, do których sam pewnie nie miał bym śmiałości wejść :) Ale ona ma jej za nas oboje. No i wciąż mnie przekonuje, że umiem mówić po angielsku... Jacek i Malwina, radiowcy z Radia Niepokalanów... Piękni ludzie, którzy są gotowi odłożyć nawet najpilniejsze zajęcia, żeby ze mną napić się kawy. I mają zawsze jakieś dobre słowo, dobrą radę... Siostra Anna, wspomożycielka dusz czyśćcowych z Sulejówka, która dziś w drodze do domu ofiarowała mi rzecz szalenie cenną w życiu studenta i podróżnika - wspaniały, domowy, własnoręcznie zrobiony obiad. A ja w zamian celebrowałem Eucharystię w ich domu, modląc się wraz z siostrami... To wszystko jest takie proste, drobne, ale urzekające. Tak sobie wyobrażam miłość, która nie szuka wielkich okazji, ale wyraża się w maleńkich sprawach codzienności. I za ten zastrzyk miłości wszystkim wymienionym jestem bardzo, ale to bardzo wdzięczny...

Jestem już w domu, właśnie wróciłem z nordic walkingu (obliczyłem ostatnio rozrysowując to sobie, że niemal codziennie pokonuję siedem kilometrów w bardzo żwawym tempie - i świetnie się z tym czuję) i myślę sobie jak to dobrze, że mieszkam i studiuję w Lublinie, a nie na przykład w Warszawie. Moje 50 książek o Maksymilianie muszę skopiować i zabrać ze sobą za Ocean. Udałem się więc w tym celu na wycieczkę po warszawskich kserach... I skonstatowałem, że "warszawka jest stuknięta" - 75 gorszy za stronę. Prawie zemdlałem z wrażenia. Wróciłem dziś do domku i zleciłem to samo po 19 groszy za stronę... Jest jednak pewna różnica...

A w Słowie dziś podziwiam zdecydowanie i stanowczość z jaką rodzice Jana bronią woli Bożej dotyczącej jego imienia. Jan będzie mu na imię - mówią zgodnie oboje. Droga do poznania woli Najwyższego była dla nich dość długa i trudna, ale ostateczny owoc jest piękny. Bo kiedy oboje już zdają sobie sprawę, że to Pan zaplanował dla nich tego chłopca i przewidział wszystko w każdym calu, kiedy uświadamiają sobie, że nawet jego imię jest ważne przed Panem, wchodzą w tę tajemnicę całym sercem i... zyskują niezwykła radość. Przynajmniej u Zachariasza jest ona widoczna. Kiedy bowiem daje świadectwo prawdzie, tej woli Bożej, którą wreszcie rozpoznał i przyjął, natychmiast rozwiązuje się jego język i usta rozbrzmiewają hymnem uwielbienia. A wszystkich wokół ogarnęła bojaźń Boża i zastanawiali się czego stali się świadkami...

Izajaszowe słowo o powołaniu, które poprzedza narodzenie znów mi przypomina, że Pan Bóg nie stworzył mnie, a potem dopiero zastanowił się, co mógłby ze mną zrobić, ale stwarzając mnie, miał już całkowicie ukonkretniony plan wobec mojej osoby. Moje powołanie, które zostało przeze mnie rozpoznane, a przez Kościół potwierdzone, było i jest dla mnie źródłem szalonej radości. I choć moja droga nie była tak skomplikowana i napięta, jak droga Zachariasza, to jednak każda chwila, w której uświadamiam sobie kim jestem przed Panem i dzięki Panu, że jestem jego kapłanem, napełnia mnie radością wręcz euforyczną... I to moje powołanie, przeżywane w radości, ma moc, ma tę zdolność, aby innych prowadzić ku Bogu, budzić w nich tę świętą bojaźń, która objawia Jego dobroć, ale również Jego świętość, wszechmoc, potęgę... Moje powołanie, wola Boża, przeżywana w radości. Szczęściodajna... Jak u Zachariasza i Elżbiety...

Doświadczam...

Mogę ja... Możesz i ty... Tam, gdzie jesteś... W tym, co robisz... Tak, jak żyjesz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz