niedziela, 29 czerwca 2014

Jego Kościół - nasz Kościół...



Mili Moi...
No i wprowadziliśmy dziś pięć młodziutkich kobiet w czas nowicjatu... One są takie piękne w swojej gorliwości, świeżości, dziecięcej wręcz otwartości. Dziękuję dziś Bogu, że i ja mogłem w ich formacji uczestniczyć i, mam nadzieję, w jakiś najmniejszy sposób choćby przyczynić się do tego, że jeden etap, ten pierwszy, został zakończony. A rozpoczyna się nowe. Nowicjat to piękny czas. Bywa trudny, bywa okresem próby. Ale tyle łask, ile Pan w tym czasie zsyła na nasze, ludzkie dusze, to chyba nigdy i nigdzie... Wiem, że i one tego doświadczą. Choć dziś im powiedziałem (co spodobało się bardzo starszym siostrom), że postulat do nowicjatu ma sie tak, jak nożyk do obierania owoców do piły motorowej :) Mocny czas... Pożegnanie moje z  Kazimierzem i siostrami...

A wczoraj, jak wspominałem, dostałem z USA papiery wizowe, więc dziś pół dnia wypełniałem następne. Te, które trzeba wysłać do ambasady. To niesłychanie wyczerpujące. No, ale zdaję się, że jakoś się to wszystko udało... A jutro wielka podróż na północ. Do Sztumu. Na miesięczny urlop. Więc przed chwilą ukończyłem pakowanie i takie tam... Padam na ryłko...

A Słowo? Dawno temu, kiedy miałem 15 lat, w mojej rodzinnej parafii odbywały się rekolekcje ewangelizacyjne organizowane przez neokatechumenat. Poszedłem na pierwsze spotkanie. Wyszedł starszy facet i po kolei, każdego z nas, zaczął pytać - kim jest dla ciebie Jezus Chrystus? Każdy jakoś próbował odpowiadać...

W podsumowaniu on powiedział - nie, Jezus Chrystus jest rzeczywistością, w której ty żyjesz...

Zeźlił mnie okrutnie i więcej nie poszedłem, bo stwierdziłem - skoro ty wiesz lepiej, to po się mnie pytasz. Dziś wiem, że facet popełnił karygodny błąd ewangelizacyjny, ale nie o tym chcę mówić. Ta sytuacja tak bardzo wyryła mi się w pamięci, ponieważ ta odpowiedź dziś jest moją odpowiedzią. Mogę uczciwie powiedzieć - Jezus jest rzeczywistością, w której żyję... Ale do tego przekonania prowadziła mnie moja własna, długa droga...

Każdy z nas ma swoją. Każdego z nas Pan prowadzi indywidualnie w jego własnym tempie, ale cel mamy wspólny - poznać Go i z Nim całkowicie związać swoje życie. A właściwie poddać Mu to życie, wierząc, że On najlepiej wie, co z nim zrobić.

Im bardziej wczytuję się w historię dzisiejszych patronów, tym głębsze mam przekonanie, że Bóg doskonale wie po co nas stworzył i jaki cel każdemu z nas wyznaczył. To nie jest tak, że Pan powołuje nas do istnienia, a potem dopiero się zastanawia, co by tu z nami zrobić...

Już Jeremiasz usłyszał od Pana -
4 Pan skierował do mnie następujące słowo:
5 "Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię,
 nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię,
 prorokiem dla narodów ustanowiłem cię".

Tak jest z każdym z nas. I niezależnie od wyznaczonych nam zadań, Bóg, który nas stwarza, chce nas uszczęśliwić. A to szczęście wcale nie musi się realizować według światowych i ludzkich kryteriów.

Kiedy patrzymy na Piotra i Pawła, to po ludzku rzecz biorąc nie byli wielkimi szczęściarzami. Piotr miał chwile wzlotów i upadków, owszem doświadczył obecności Jezusa, wiele sie od Niego nauczył, ale po Jego odejściu do nieba został na ziemi z zadaniem, które z pewnością po ludzku absolutnie go przerastało.

Kiedy już wyszedł w mocy Ducha do świata, kiedy zaczął głosić, kiedy powstawały pierwsze wspólnoty, musiał się mierzyć z problemami, których nigdy wcześniej nie napotkał w swoim życiu, musiał szukać rozwiązań, których jako rybak nie znał.

Paweł, po ludzku w jeszcze gorszej sytuacji, bo nie znał Jezusa za Jego ziemskiego życia. Poznaje Go w tajemniczym i dość bolesnym widzeniu, ale Jezus nie ukrywa od samego początku, że czekają go bardzo trudne zadania okupione nie tylko dużym wysiłkiem, ale i krwią...

Obaj w codzienności doświadczają ile kosztuje pójście za Jezusem, bo pomijając zwykły trud i pracę, napotykają na prześladowania, które dla zwykłego, szarego zjadacza chleba wydają się nie do uniesienia...

Ale w ten sposób stają się bardzo podobni do swojego Mistrza. Bardzo podobni...

Zobaczcie tę dzisiejszą scenę wyzwolenia Piotra z więzienia. Ona jako żywo przypomina scenę z życia Jezusa. To scena zmartwychwstania. Piotr otoczony żołnierzami, zakuty w kajdany - to podkreśla bezradność i niemożność zastosowania żadnych ludzkich rozwiązań. Piotr ma zostać wydany, ma zginąć. Ale o tym kiedy i gdzie zdecyduje sam Pan.

On interweniuje. Anioł przychodzi i uwalnia go w sposób cudowny. Tak cudowny, że sam Piotr ma wątpliwości, czy dzieje się to naprawdę. A o strażnikach i ich porannych minach nawet nie chcę myśleć. Co to wszystko znaczy?

Pan daje Piotrowi do zrozumienia - jestem, to ja panuję nad rzeczywistością, nie musisz się niczego obawiać, to ja decyduję o wszystkim. Ty zajmij się tylko tym, co ci polecam. Nie rozpraszaj się. I przede wszystkim - nie bój się!

Paweł również dziś o swojej śmierci, która ma nastąpić mówi z zupełnym spokojem, bez lęku. Ponieważ cały jest w sprawach Pana. Wszystko oddał Jemu i to Pan będzie źródłem jego nagrody w świecie nieprzemijającym. To wszystko, co ziemskie i tak trzeba zostawić, porzucić, odejść. Liczy się to, co Boże...

Kościół... Taki jest... Pełen świętych, odważnych, niezwykłych. Pełen cudów, znaków, doświadczeń. Pełen grzeszników, słabych, dźwigających się co dzień. Pełen Obecności... Jego Kościół, do którego należę ja i Ty. Kościół Jezusa, Piotra, Pawła, Michała, Agnieszki, Beaty, Krzysztofa, Dariusza... Nasz Kościół...



2 komentarze:

  1. Czytam Ojca słowa i mam wrażenie,jakby były kierowane do mnie... oczywiście tak nie jest,tzn. są kierowane do wszystkich tu zaglądających. Ja jednak odnajduję w nich wiele dla siebie - "Pan daje Piotrowi do zrozumienia - jestem, to ja panuję nad rzeczywistością, nie musisz się niczego obawiać, to ja decyduję o wszystkim. Ty zajmij się tylko tym, co ci polecam. Nie rozpraszaj się. I przede wszystkim - nie bój się!" - właśnie! "to ja panuję nad rzeczywistością",a ja osobiście,każdego dnia "mocuję się" ze wszystkim,z całym swoim życiem,bo wiecznie chcę po swojemu,indywidualizm zakorzeniony - bo wydaje się,że przecież ja doskonale wiem,co dla mnie jest dobre,lepsze! Pycha przemawia przez każdy krok... bo tak trudno "poddać się" i POSŁUCHAĆ,a przede wszystkim ZAUFAĆ!
    Trudne to :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój problem polega na tym ze ja często nie wiem co Bóg mi poleca, mam poważne problemy z rozeznaniem. Paweł

    OdpowiedzUsuń