czwartek, 12 czerwca 2014

sam - nie - sam...


zdj:flickr/wanderinghome/Lic CC
Mili Moi...
Dziś już trzeci dzień mojego nieuczenia się... Raczej się żalę, niż chwalę oczywiście. Ale naprawdę wziąć się za to, co konieczne graniczy z jakimś cudem. Dziś wyzwoleniem okazał się doktorat Michała, starszego kolegi z naszego kierunku, który pisał pracę na fascynujący temat - o proegzystencji Chrystusa w przepowiadaniu abp. Alfonsa Nossola. Obrona brawurowa. Zastrzeżenia recenzentów znikome. Miło sie słuchało. A przy okazji każdy z nas sie rozmarzył - żeby tak być na jego miejscu. A tu najmniejszych widoków na razie :)

Z dobrych wieści... Dziś dostałem wiadomość o przyznaniu mi wizy. Na razie na dwa lata. To mnie cieszy, bo jest jakimś konkretnym punktem oparcia. Można powoli planować termin wyjazdu i pomyśleć o bilecie. A poza tym utwierdza mnie to w przekonaniu, że to dzieje się naprawdę :) Bo dotąd wszystko opierało się na słowach, które jak wszyscy wiemy, są dość ulotne... A tu nagle wieść - będzie wiza, na nazwisko Nowak, z imieniem Michał... Czyli wszystko zaczyna nabierać kształtów...

Dziś Słowo mnie znów poniekąd z tym wyjazdem skonfrontowało. A właściwie z jednym jego aspektem. Samotnością. Oczywiście nie jestem w stanie przewidzieć jak będzie w Stanach, ale pamiętam Irlandię, gdzie pracowałem kilka lat temu, a gdzie doświadczyłem ogromnej samotności... Nie to, żebym nie miał wokół ludzi. Ale czasem nawet wśród ludzi człowiek czuje się samotny. Ja czułem się tam naprawdę sam... I tkwi to niesłychanie głęboko w mojej pamięci. A kiedy spotkałem dziś Jezusa tak potwornie samotnego w Getsemani, moje wspomnienia natychmiast wróciły...

Oczywiście moja samotność, jaka by nie była, jest nieporównywalna z Jego samotnością. Ale to Jego doświadczenie jest dla mnie lekcją. Są takie przestrzenie ludzkiego serca, do których, choćby się chciało, nikogo nie da się wpuścić... Jezus próbował swoim stanem zainteresować swoich najbliższych przyjaciół, ale oni byli tak bardzo poza tym doświadczeniem, że nie byli w stanie wejść we współodczuwanie. Pozostał sam. Bo choćby nie wiem jak gorliwie im tłumaczył co się z Nim dzieje - nie mogli zrozumieć. Jest jakaś linia, granica, bariera, której po prostu przekroczyć się nie da...

Widzę to w swoim doświadczeniu sprzed lat... Ile razy chciałem wypowiedzieć swoją samotność, ile razy szukałem kogoś, kto by ją był w stanie zrozumieć, ile razy... I zawsze pojawiała się granica nie do przekroczenia. Wtedy było mi z tym strasznie ciężko. Nie rozumiałem co się dzieje. Nie wiedziałem jak się z tym uporać. To było potężne cierpienie. Dziś pewnie jestem dojrzalszy. Wiem już, że jedynym, który może mnie ostatecznie zrozumieć jest Ojciec. Ludzie są w stanie dotrzeć ze mną do pewnej granicy. Podobnie jak i ja z nimi. Pozostaje zawsze jakaś przestrzeń niedomówienia, niejasności, samotności...

Czy tego trzeba się bać? Z tym się chyba trzeba zmierzyć. Mimo lęku. Pan klęczący przed Ojcem w towarzystwie śpiących uczniów jest najlepszym obrazem i największą pociechą dla wszystkich samotnych, a może lepiej - osamotnionych. Nierozumianych. Porzuconych. Opuszczonych. Walka duchowa, która wypełnia naszą codzienność, to walka w samotności. Bo kiedy nie ma już wokół mnie nikogo, nie ma bodźców, nie ma słów, wówczas widzę siebie w prawdzie i wówczas zdaję sobie sprawę, że moje zwycięstwo nie zależy od nikogo innego, tylko od Ojca. Jego mogę błagać o oddalenie tego kielicha. Ale przychodzi taki moment, że muszę Go wypić - także tylko w Jego towarzystwie. Bo tylko On wie, jak smakuje...

Otwórz dziś przed Ojcem te miejsca w sercu, gdzie nikt się nie zmieści, gdzie ty sam się nie mieścisz... On się tam zmieści. On będzie z tobą tam, gdzie boisz się zajrzeć. Wszędzie tam, gdzie jesteś sam... Gdzie musisz być sam...

1 komentarz:

  1. ...kolejny dzien sie zastanawiam skad podczas czytania tego wpisu byly lzy? na pewno nie z radosci czy wzruszenia... moze to ta prawda o strasznym i wyczerpujacym samotnym zmaganiu... nieusanny ciezar w codziennosci pelnej przeciez ludzi,radosci i marzen... Czemu mimo tylu zajec takie tresci wpisu wracaja bolem, ciezkimi ciemnymi emocjami i poczuciem bezsilnosci w rozpaczliwych probach zgody z Jego wola. Dlaczego nie daja mi te tresci spokoju? czemu budza tak ciezka walke w podjeciu decyzji o kontynuacji wczesniej wybranej drogi? Kolejno poddali sie i odeszli wszyscy bliscy mojemu sercu... Ostatnio towarzyszyla mi cala(!) rodzina i... tez sie wycofuja, chociaz tej drogi nawrocenia podobno rowniez potrzebuja... Dzis wiec zostalam zupelnie sama z decyzja co zrobic z jutrem...? Dzis stanelo przede mna pytanie o wolna wole czlowieka. Dla mnie to zbyt trudne... prosze o modlitwe za moich rodzicow i rodzenstwo

    OdpowiedzUsuń