niedziela, 17 listopada 2013

światło pośród ciemności...


zdj:flickr/DrJohnBullas/Lic CC
Mili Moi...
Tak sobie myślę, że Słowo dzisiejsze chce być pomocą dla naszego przygotowania na czasy ostateczne. A jak mawiają niektórzy komentatorzy - one trwają nieustannie od przyjścia Pana. Jak więc umiejętnie przeżywać te chwile, które dane jest nam spędzić na ziemi?

Otóż pierwsza myśl, która się we mnie rodzi, to zdolność i gotowość do konfrontacji. Oczywiście nie ma ona nic wspólnego z wrogością, czy zwalczaniem kogokolwiek. Chodzi raczej o świadomość mojej tożsamości i starania, aby żyć według niej. Czy to widać, że jestem chrześcijaninem? Czy chcę, żeby to było widać? Czy świat potrzebuje mnie jako kogoś innego, niż chrześcijanin? Dramatycznie byłoby, gdyby obojętność, tudzież wrogość świata zneutralizowała moje chrześcijaństwo, gdybym dla świętego spokoju przestał zadawać sobie trud świadectwa. Po co wówczas miałbym żyć? Co mogłoby mieć sens dla chrześcijanina, który zapomniał o swojej tożsamości?

Wiele razy pisałem już, że bywam zawstydzany gotowością do świadczenia przez moich świeckich braci. Niejednokrotnie mając wiele pozareligijnych obowiązków, doświadczając codziennych walk o byt, są w stanie dawać świadectwo i to w tak skuteczny i dynamiczny sposób, że mnie, zakonnika i księdza zostawiają daleko w tyle. Dobrze. Tak może być. Św. Maksymilian pisał o tych szlachetnych zawodach. Oby celem była tylko chwała Boża, coraz większa i większa...

Po drugie (a wiąże się to mocno z powyższym) Słowo stawia przed moimi oczami temat nienawiści świata. Nawet jeśli rozumiemy, że to hiperbola semicka, że to słowo może mieć wydźwięk nieco słabszy - niechęć, czy brak sympatii, to pytanie pozostaje otwarte. Czy są wokół mnie ludzie, którzy są pełni niechęci do mnie ze względu na imię Jezusa? Ze względu na to imię (bo przyczyny mogą być przecież inne)! Czy moja tożsamość jest tak wyraźna, że budzi jakiekolwiek reakcje wśród ludzi? Poza aplauzem współwyznawców, który zawsze bardzo łatwo przychodzi przyjąć. To ważne pytanie, bo Ewangelia jest bardzo w "poprzek świata" i jeśli się nią żyje, to wrogowie pojawiają się niemal automatycznie, a czasem, jak wspomina Ewangelia, rekrutują się nawet spośród najbliższych.

Wreszcie, trzecie światło. Wolność wobec dzieła swoich rąk. Nie bez przyczyny ta refleksja Jezusa następuje tuż po scenie, w której uboga wdowa składa na ofiarę dwa pieniążki. Maleńkie dzieło wobec wielkości i przepychu świątyni. Ale dla Boga dzieło wielkie, bo połączone z wielkim zaufaniem do Niego i wielką wolnością wobec swojego życia (dała wszystko, co miała na swoje utrzymanie). Te zachwyty i aplauz wobec piękna świątyni są mało ważne, bo jak każde ludzkie dzieło może ona zniknąć z powierzchni ziemi nader szybko. I tak w istocie się stało - zburzono ją zaledwie kilka lat po ostatecznym ukończeniu budowy. Ludzka tendencja do gloryfikowania swoich dzieł, do czynienia z nich "pępka świata" jest szczególnie szkodliwa dla głoszenia Ewangelii, bo zatrzymuje w drodze. Zamiast iść i głosić, człek stoi i się zachwyca. Często wracają do mnie słowa św. Maksymiliana - aby Bóg co prędzej zburzył dzieło, które Maksymilian zbudował, jeśli tylko sprzeciwia się ono w jakikolwiek sposób Jego woli, czy odciąga braci od zbawienia...

Co zatem? Usiąść i czekać na nadejście Pana? Nie... Paweł mówi jasno - niech każdy pracuje jedząc ze spokojem swój własny chleb. Spokój i równowaga. Czujna refleksja. Korekta i konsekwentne zmierzanie do ostatecznego celu. A zacząć można już w tę dzisiejszą niedzielę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz