wtorek, 26 listopada 2013

czekam...


zdj:flickr/amysept/Lic CC
Mili Moi...
No i pierwszy ciężki dzień tego tygodnia prawie za mną. Na koniec dnia przeżywaliśmy seminarium naukowe, na które miałem przygotować kontekst apostolski i duszpasterski, w którym działał św. Maksymilian, czyli miałem powiedzieć cos o Kościele polskim w dwudziestoleciu międzywojennym. Oczywiście nie zdążyłem tego zrobić wcześniej i musiałem dziś rano... Zarwałem trochę wykładów niestety, ale przygotowałem, co należało. Tak zwana "ostatnia chwila" wpływa na mnie raczej motywująco, ale to niestety mój słaby punkt. Oszczędziłbym sobie pewnie wiele nerwów, gdybym działał bardziej systematycznie. Niemniej samo seminarium to też zjawisko dość ciekawe. Musze powiedzieć, że moi koledzy - naukowcy badają takie tematy, że kiedy czytają fragmenty swoich prac, to... niby po polsku, a ja nic nie rozumiem. Przekonuje mnie to po prostu, że nie jestem jednak typem naukowca. Ale nie boleję nad tym faktem nadmiernie :) W każdym razie męczący dzień...

 Ale Słowo jak zawsze ożywcze. Zdałem sobie rano sprawę, że zwykle nie lubiłem tej końcówki roku liturgicznego, właśnie dlatego, że Słowo w te dni przywoływane jest bardzo trudne. Zapowiada bolesne wydarzenia, które staną się źródłem cierpienia dla wielu z nas... Ale dziś, po raz pierwszy od dawna, zdałem sobie sprawę, że rozważając te dramatyczne zapowiedzi, nie odczuwałem tej mieszaniny lęku i niepokoju, która zwykle mi w takich chwilach towarzyszyła. Wiele razy myślałem sobie - obym nie dożył tych czasów, w których będą się dokonywać te wszystkie znaki. Dziś jednak, strzegąc się swoistej naiwności, pomyślałem o tym wszystkim bez lęku. Oczywiście nie twierdzę, że przyszło mi to łatwo, bo wystarczy uruchomić nieco wyobraźni, żeby te wstrząsające obrazy zobaczyć przed oczami. Ale jakoś dotarło do mnie, że to są rzeczywistości, na które nie mam najmniejszego wpływu. I zamartwianie się nimi, ich nadejściem, ich przebiegiem i moją w nich rolą, jest całkowicie niepotrzebne. Z pewnością Panu nie chodzi również o to, żebym usiadł i powiedział sobie - skoro tak się rzeczy mają, to nic nie ma sensu... Ma... Wszystko ma głęboki sens, bo życie toczy się tu i teraz. Bo mam wiele rzeczy do zrobienia. Tych, które ten sam Pan mi zlecił i powierzył. Mam takie poczucie, że powinienem robić swoje z nadzieją, że wszystko, co się wydarzy, jest pod Boża kontrolą. A jeśli przyjdzie mi się zmierzyć z tymi sytuacjami, to przecież nie samemu, tylko z Nim. A jeśli z Nim, to czemu mam się lękać?

Perspektywa wieczności ku której zmierzam, Boży świat, który przeziera czasami do naszej ziemskiej rzeczywistości. On mnie upewnia, że lęk nie jest postawą właściwą dla chrześcijanina. Nie musze się bać mojego Boga, który ostatecznie panuje nad wszystkim i nie dopuści na mnie niczego, co nie byłoby z większą korzyścią dla mnie. Przecież kocha... A miłość chce zawsze dobra. Nawet wówczas, kiedy zadaje cierpienie - ono jest zawsze uzdrawiające, lecznicze, konieczne. Nie trwóżcie się - mówi nasz Pan. Nie bądźcie naiwni, nie dajcie się zwieść, ale nie trwóżcie się... Każdy włos na waszej głowie jest policzony. I największe trzęsienie ziemi nie sprawi, że spadnie choć jeden, jeśli ja tego nie zechcę. I ja wiem, gdzie jest chleb dla was przygotowany. Nie martwcie się więc głodem, który nastanie. I ja doskonale znam najmniejsze bakterie tego świata, bo ja je wszystkie stworzyłem i żadna z nich nie będzie dla was groźna, choćby największa zaraza spadła na ten świat. Jesteście w moim sercu... Ukryci głęboko. Ja już znam sposób w jaki wrócicie do domu... A ja będę tam czekał... Będę czekał... Czekam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz