niedziela, 10 listopada 2013

o cierpliwości...


zdj:flicr/ScotMcLeod/Lic CC
Mili Moi...
Kiedy dziś medytowałem nad Słowem, to przyszło mi do głowy, jak wiele cierpliwości musiał mieć Pan Jezus do swoich adwersarzy. Stają bowiem przed Nim ludzie, którzy "nie odróżniają swojej lewej ręki od prawej" (jak to Pan Bóg niegdyś opisał mieszkańców Niniwy), a wymądrzają się, jakby wszystkie rozumy pozjadali. Budują niesłychane konstrukcje myślowe, żeby złapać Go na jakimś słowie. Są przekonani, że wiedzą, a nauka, która stoi za nimi, jest w stanie uzasadnić i wyjaśnić wszystko. Pewni siebie i zupełnie pozbawieni samokrytycyzmu... A On z szacunkiem z nimi rozmawia. I choć bezlitośnie odkrywa ich fałszywe założenia i konsekwentnie i stanowczo sprzeciwia się ich krętactwom, to jednak czyni to z szacunkiem, dając dowód jak bardzo zależy mu na każdym człowieku.

Mało mam wokół siebie ludzi, z którymi musiałbym toczyć takie debaty jak Jezus. To znaczy, może ich nie brakuje, tylko niekoniecznie takie rozmowy ze mną wszczynają. Niemniej jest inna przestrzeń takich właśnie rozmów pełna. Internet... Ja z reguły nie czytam debat internautów, komentarzy pod artykułami, bo ciśnienie mogę sobie równie dobrze podnieść filiżanką kawki, a będzie to z pewnością sposób milszy i smaczniejszy. Ale czasem, nieopatrznie dam się w taką lekturę wciągnąć... A tam... Według zasady - nie znam się, to się wypowiem... Niesłychane bzdury wypisywane z radością i uzasadniane tylko tym, że mamy wolność wypowiedzi... Im mniej ludzie mają wiedzy, tym bardziej zdecydowane sądy wyrażają. Im bardziej są przypierani do muru konkretnymi faktami, które zaprzeczają ich sądom, tym większą rodzi to w nich agresję. Niesłychanie dynamiczny świat, w którym niestety dbałość o prawdę jest znikoma.

 O ile czasem dam się wciągnąć w lekturę, to nigdy w dopisywanie swoich opinii i komentarzy. Z pewnością brakuje mi cierpliwości. Ale również nie jeden raz zastanawiałem się, czy to ma w ogóle sens? Czy można przekonać człowieka ukrytego za internetowym nickiem, że białe jest białe, podczas gdy on uporczywie twierdzi, że jest inaczej...? Mam szczere wątpliwości. A te dziesiątki, setki tysięcy słów wrzucanych w tę przestrzeń, rozpływają się po łączach i nie odnoszą żadnego skutku...

Czy więc raczej szanować i ważyć słowa? Czy może reagować zawsze i wszędzie? Obawiam się, że w tej przestrzeni, którą jest internet słowo ma dużo mniejsze znaczenie, niż w realu. I o ile w kontakcie twarzą w twarz trzeba się czasem zmierzyć z najbardziej niedorzecznymi poglądami (jeśli już nie z innych względów, to przynajmniej z szacunku do człowieczeństwa rozmówcy), o tyle w sieci chyba nie zawsze jest to konieczne i wskazane. Próbuję sobie wyobrazić Jezusa na internetowym czacie, czy też wpisującego zawzięcie  komentarze zaczynające sie od słów - to nie tak... Jakoś wzbudzić taki obraz w wyobraźni nie jest mi łatwo...

Myślę sobie, że podobnie jak kiedyś, tak i dziś, wychodziłby raczej na ulice miast i próbował rozmawiać z ludźmi z twarzą i z imieniem, a nie z nickiem i avatarem. Bo z realnymi, nawet najbardziej dalekimi od prawdy łatwiej się porozumieć, niż z piewcami wolności słowa, którzy w hołdowaniu tej zasadzie upatrują wystarczających źródeł dla swojej mądrości. Mądrości, którą dzielą się ze światem nadobficie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz