sobota, 2 listopada 2013

co z tą wiarą???



Mili Moi...
Jak tu nie błogosławić Pana, kiedy można dotknąć kamienia, w którym osadzony był Jego krzyż. Dziś odwiedziliśmy bazylikę Grobu Bożego. Byliśmy tam bardzo rano, co pozwoliło nam uniknąć kolejek. Kto był, wie o czym mówię :) W każdym razie przeżycie niemałe. I taki skupiony wyszedłem z tej bazyliki na ostatnie właściwie zakupy, na które udaliśmy się całą grupą. Weszliśmy do jednego sklepiku (a są one jeden przy drugim). Sąsiad tak się zdenerwował, że nie kupujemy u niego, że z kijem i wielkim krzykiem zaczął nas przepędzać spod swojego kramu... Niesamowity obraz wściekłego Araba. Demoniczny... Cały mój wewnętrzny pokój prysł, bo rzeczywiście zrobiło się niemiło i chwilami nawet jakoś groźnie. Odeszliśmy, bo, jak stwierdził nasz przewodnik, nie będziemy się z koniem kopać...

Potem Wieczernik... Niezwykłe miejsce dla kapłanów i... charyzmatyków :) Nie mogliśmy w spokoju wysłuchać opowieści Szymona, który czyta Słowo i omawia każde miejsce, ponieważ w środku była właśnie grupa hinduskich charyzmatyków. Zapewniam was, że najbardziej "odjechane" polskie grupy charyzmatyczne, przy Hindusach to prawdziwe ciche baranki. Takich wrzasków i takich przedziwności, to jak długo jestem z Odnową Charyzmatyczna związany, w życiu nie widziałem... Przede wszystkim niesamowity zgiełk i hałas, no i wszędobylskie padanie... Zrozumiałem Pawła, który pisał z obawą o tych, którzy wejdą na spotkanie takich charyzmatyków z przysłowiowej "ulicy"... Będą przerażeni... Nawet ja, który widziałem już niejedno, czułem się nieswojo...

Ściana Płaczu... Dziś szabat, więc nie wolno robić zdjęć, bo to praca, a jej zakaz w żydowskich miejscach obowiązuje każdego... Weszliśmy nawet do synagogi zlokalizowanej tuż przy ścianie. I znów nieswojo się poczułem, choć tym razem z zupełnie innych względów. Patrzyli na nas czujnie, choć chyba nie wrogo. Jeden tylko, stosunkowo młody Żyd, przechodząc obok mnie, popatrzył na mnie wzrokiem zawierającym mieszaninę litości i gniewu i krzyknął mi w twarz - wrong (mylisz się). Uśmiechnąłem się do niego i poszedłem dalej. Ale te dzisiejsze spotkania przekonały mnie, że z  pewnością mieszkać bym tu nie mógł... Nie wystarczyłoby mi cierpliwości...

Były jednak i miłe spotkania... Z rodziną Hindusów chociażby. Pomijając zdjęcia, które koniecznie chcieli sobie ze mną zrobić, każdy z nich pochylił się z szacunkiem i poprosił o błogosławieństwo... No i wieczorem grupa... Która mnie zaskoczyła... Swoim dojrzałym dzieleniem i szczerymi podziękowaniami, które usłyszałem. piękni ludzie... Przeżyli ten czas naprawdę duchowo...

A Słowo dzisiejsze (bo rozważaliśmy tajemnicę Zmartwychwstania Pana) skłoniło mnie do refleksji nad "utknięciem". Wydaje się bowiem, że Piotr utknął między życiem i śmiercią. Wraca od grobu do domu i... nic. Ani nie szuka Jezusa, ani nie podejmuje żadnej innej aktywności. Pomyślałem sobie, że my jesteśmy naprawdę w bardzo podobnej sytuacji. Chodzimy, dotykamy, oglądamy... a jutro wracamy do domu. To, co zrobimy z tym doświadczeniem, jest już naprawdę w naszych rękach... Bo może ono w żaden sposób nie wpłynąć na naszą wiarę, a może przemienić nas całkowicie, tak jak przemieniło Jana. Wszak i my weszliśmy dziś do grobu. Albo uwierzymy z nową siłą dzięki temu, co ujrzeliśmy, albo... no właśnie... albo co? Jaka jest alternatywa???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz