wtorek, 19 listopada 2013

odwagi M!!!


zdj:flickr/Rob_/Lic CC
Mili Moi...
 Najpierw chcę napisać coś, o czym zapomniałem ostatnio... Mianowicie w sobotę odprawiłem Eucharystię w intencji wszystkich moich Margaretek (a dziesiąta przybyła mi podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej) i wszystkich tych dobrych ludzi, którzy ofiarowują swoją modlitwę za mnie. Również tą drogą informuję, bo wiem, że niektórzy tu zaglądają i zależy mi, żebyście wiedzieli, że udział w tej Eucharystii macie... Ufam Waszej modlitwie i z całego serca za nią dziękuję...

Dni płyną (dziś 2736 dzień mojego kapłaństwa). Sporo się dzieje... Rozgrzebuję coraz to nową robotę (bo spraw wciąż nie brakuje) i żadnej nie mam czasu skończyć. Wiem, że to nie najlepiej, ale taki system wdrożyłem w swoim życiu już w dzieciństwie :) a dziś trudno go zmienić. Kończę, kończę, tylko z "wywalonym językiem" i najczęściej na ostatnią chwilę. Niemniej dziś wyruszam na warsztaty homiletyczne do lubelskiego seminarium. Mamy tam zajęcia na temat "Temperament, a style przepowiadania". Dowiem się więc jak moje osobiste cechy przekładają się na sposób przepowiadania. W czwartek zaś ruszam na Północ... Trzy dni w Gdańsku to skupienie dla sióstr Franciszkanek, powołaniowe dla dziewcząt i dla naszej modlitewnej grupy przyjaciół. Przy okazji jeszcze inne spotkania, wymiana opon i co tam jeszcze się zmieści... Wypoczywał jednak nie będę... :)

A dziś Słowo mnie wysłało w przyszłość... Mianowicie zastanawiałem się jak wyglądał następny dzień życia Zacheusza po spotkaniu z Jezusem. Kiedy Jezus poszedł dalej, kiedy Zacheusz nie odczuwał już tak intensywnie i mocno Jego obecności. Skłonił mnie do tego list od M, młodego chłopaka, który podczas wakacji miał okazję doświadczyć wielkiej Bożej miłości, obecności Jezusa. A wczoraj skarżył mi się, że to zniknęło i nie może do tego wrócić, że nie ma wokół siebie ludzi, którzy by mu w tym pomogli, że sam nie potrafi tej obecności Jezusa odnaleźć na nowo... Zacheusz też został sam... Wokół ludzie, którzy go nie rozumieli i nie mieli dostępu do jego doświadczenia. Zobowiązania, które na siebie przyjął pod wpływem Jezusa, a które należało co prędzej zrealizować. Mieszkańcy Jerycha, którzy z pewnością mieli niemały problem, żeby uwierzyć w jego szczere nawrócenie (czyż to nie problem powszechny?). A Jezus poszedł dalej...

Myślę jednak, że to doświadczenie Zacheusza, które było czymś bardzo prawdziwym, realnym dało mu siłę do realizacji złożonych obietnic. To doświadczenie Bożej obecności w jego domu, choć już nie fizyczne, ale nadal aktualne motywowało go do działania. Ten blask prawdy, który go oświetlił pokazując mu bylejakość jego dotychczasowego życia i obdarzając go nową jakością codzienności, pozwalały mu zmierzyć się z nieufnością świata.

I wierzę, że tak jest, tak będzie również w życiu M. Tak jest i może być w życiu każdego z nas, w moim życiu. Kiedy te silne doświadczenia Bożej obecności przechodzą w sferę wspomnień, trzeba je nieustannie przywoływać i przypominać sobie o ich realności. To się naprawdę wydarzyło. Niczego sobie nie zmyśliłem. Spotkałem i doświadczyłem obecności Pana. I nawet jeśli ona dziś nie jest tak samo silna (nie może być, bo nasz świat emocji mógłby tego nie dźwignąć), to ta obecność Jezusa jest dokładnie tak samo prawdziwa. Nawet jeśli nie mam wokół siebie ludzi, którzy mogliby mi pomóc trwać w tym przekonaniu, nawet jeśli okoliczności zewnętrzne mi przeszkadzają, nawet jeśli otacza mnie nieufność najbliższych, to Bóg jest! Jest blisko mnie! I nigdy nie zapomina... Nigdy!

Odwagi M, mój drogi, młody przyjacielu!!! Odwagi... Nie jesteś sam. Jest nas co najmniej dwóch :) I On jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz