środa, 15 marca 2017

błogosławiony śnieg...

zdj:flickr/::Lenz/Lic CC
(Mt 23,1-12)
Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.


Mili Moi…
Chce się z Wami podzielić jak szybko Pan odpowiada na nasze pragnienia. Zamarzył mi się zakonny dzień, taki, o którym mógłbym powiedzieć, że przeżyłem go właściwie – jako kapłan i zakonnik, według zasad, które sam wybrałem, a za którymi w tym życiowym pędzie tak często tęsknię…

I dziś Pan zadziałał w sposób niezwykle prosty. Śnieżyca odcięła nas od świata. Ani my nie mogliśmy za bardzo wyjść z domu, ani nikt do nas się przedostać. Cisza, spokój, tylko wiatr wyjący za oknem i gruby śnieg, a potem deszcz zacinający o szyby. Telefony milczą. Ruch wokół nas zamarł…

Jaki tego owoc? Powstało kilka stron doktoratu (znów zaczynam wierzyć, że może jednak uda się to zakończyć), sprawowaliśmy piękną Eucharystię z moim gwardianem w pustym i cichym kościele, znalazł się czas na wydłużoną modlitwę, na lekturę duchową, na adorację. Była też praca fizyczna z łopatą i ciężkim śniegiem. Nie mam siły ruszyć ręką, ani nogą… Ale jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. I niesamowicie wdzięczny Panu Bogu. Bo wszystkie elementy zakonnego życia znalazły dziś swoje miejsce w moim dniu. Oby takich dni jak najwięcej…

Wczoraj na siłowni przypadkowo natrafiłem na opis wizji piekła, która została dana świętemu Janowi Bosko. Posłuchałem z uwagą. I jedna z największych pułapek demona, którą on wymienia, a która wielu ludzi sprowadza z drogi zbawienia nazywa się „ludzki wzgląd”. Jakby na potwierdzenie wczorajszych słów, dzisiejsze Słowo, które przestrzega przed grą pozorów. Nie musisz przeglądać się w oczach ludzi – mówi Pan. Nie musisz grać kogoś innego. Nie musisz szukać uznania i pochlebstw. Jesteś tym, kim jesteś w oczach Bożych i nikim więcej… Nie możesz być nikim więcej. Twoje imię to „umiłowane dziecko”. To w zupełności wystarczy… Jesteś kochany przez Ojca… To wystarczy…

poniedziałek, 13 marca 2017

chaos miliona spraw...

zdj:flickr/Jim Whimpey/ Lic CC
(Łk 6,36-38)
Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.

Mili Moi…
Dzień za dniem mija… Szybko… Trwamy w oczekiwaniu na śnieg… Mówią, że jutro spadnie pół metra… To byłoby najwięcej tej zimy. Bo chyba jeszcze nie wiosny, choć przyroda zdecydowanie budzi się już do życia. Może dzięki tej śnieżycy uda mi się coś napisać, bo wszystkie możliwe spotkania na najbliższe dwa dni są odwołane. A miało ich być całkiem sporo – spowiedź młodzieży w katedrze, spotkanie proboszczów z biskupem, wielkopostny dzień skupienia dla księży…. A to wszystko godziny, godziny, godziny… Nie pomaga wstawanie o 4.30. Nie nadążam z opracowywaniem kolejnych konferencji, homilii. A gdzie tu jeszcze czas na doktorat… Poza tym sporo spotkań duchowych… Godziny spowiedzi… Cóż, właściwie sam tego chciałem.. Gdybym spowiadał tylko przed mszą, byłoby inaczej… A tak, ludzie walą z odległych stron, bo tu podobno jest wariat, który słucha… No i słucham, czasem dwie, czasem trzy godziny… Jeśli do tego dodać jeszcze całą „papierologię”, wyceny windy, która się popsuła w kościele, remont kolejnego kawałka naszego domu, zbliżające się zakończenie montowania klimatyzacji w kościele, konsultacje w sprawie sprzątania kościelnych łazienek, wybór pieśni na I komunię, dyskusje nad programem przygotowań do bierzmowania, poszukiwania parafialnego dyrektora do spraw edukacji katolickiej, organisty i milion innych rzeczy, które niesie ze sobą codzienność, to nie mogę powiedzieć, żebym się nudził… Wieczory spadają na mnie niespodziewanie,  ale nie trwają długo, bo zwykle zasypiam na trzeciej stronie lektury, którą „warto by było przeczytać”.

Nie użalam się nad sobą… Myślę tylko głośno nad kapłańskim życiem. Tak bardzo bym chciał mieć dużo czasu na modlitwę, lekturę, rozmyślanie, opracowywanie tematów, którymi mógłbym się podzielić z moimi parafianami. I bynajmniej nie jest tak, że wszystko trzymam w swoich rękach i nie dzielę odpowiedzialności. W Ameryce to niemożliwe. Mnóstwo rzeczy w parafii robią ludzie świeccy i chwała im za to. Bez nich nasze działania w tych przeróżnych systemach komputerowych i innych byłyby niemożliwe. A jednak mam takie poczucie, że mnóstwo czasu pożerają mi działania, do których z pewnością nie trzeba mieć święceń kapłańskich. Jak to zmienić? Nie mam pomysłu… Czasem mam taka wielką pokusę, żeby uciec na pustelnię… Zniknąć, po prostu zniknąć…

A dzisiejsze Słowo to takie ulubione… tych wszystkich, którzy chcieliby wyeliminować z życia wszelką krytykę. Tak łatwo wówczas przywołać Jezusowe słowa – nie sądźcie, nie potępiajcie, odpuszczajcie… I już. Zamknięte usta wszystkich, którym przychodzi do głowy stawiać jakiekolwiek wymagania, krytykować grzech, czy wzywać do nawrócenia. Zanim mnie ocenisz, najpierw przekonaj się, że sam jesteś idealny – takie i tym podobne bzdurki krążą po internecie z lubością powielane przez tych, którym być może ktoś, kiedyś „nadepnął na odcisk”.

Tymczasem Jezus również oceniał rzeczywistość i ludzi w niej żyjących, krytykował popełniających grzechy, a kiedy odpuszczał, stawiał wymagania. Kochał, ale mądrze. Wiedział bowiem, że „łatwa miłość” bez wymagań nie istnieje, a co więcej, nie jest w stanie zaspokoić głodu ludzkiego serca. I choć z pewnością nikt z nas nie powinien bawić się w Boga, to wszyscy potrzebujemy krytycznego spojrzenia na siebie, na rzeczywistość i na innych, w takiej chyba właśnie kolejności. A stawiając tym „innym” wymagania, warto zreflektować, czy takie same stawiam sobie samemu…

niedziela, 5 marca 2017

mokradła...

zdj:flickr/TCtroi/Lic CC
(Mt 4,1-11)
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem . Lecz on mu odparł: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.

Mili Moi…
Odhaczyłem dziś 37 rok życia. Jak każdego roku, myślę o tym gdzie jestem, próbuje nakreślić mapę mojego życia. Obrazowo mówiąc, przedzieram się aktualnie przez jakieś mokradła. To taka powierzchnia, gdzie każdy krok sprawia duże trudności, a jednocześnie trzeba się dobrze zastanowić gdzie go postawić, bo można zapaść się bardzo głęboko. Dookoła czają się trochę niebezpieczne stworzenia, może aligatory – dość senne, ale wystarczy, że nieopatrznie zbliżę się za bardzo, są gotowe odgryźć mi nogę. Ta „kraina” ma w sobie jakieś ukryte piękno, coś, co cieszy ducha, ale trzeba być bardzo skupionym, żeby przetrwać. I właśnie dlatego chyba czuję się baaaaardzo zmęczony.

Krytycznie patrzę przede wszystkim na siebie. Ani strój na mokradła, ani narzędzi do przedzierania się przez nie. Wybrałem się chyba trochę jak „klapkowicze na Giewont”. Uczę się wszystkiego na trasie. Czy podołam i dotrę do końca? Czy ucieknę na „stały ląd”, kiedy tylko nadarzy się okazja? Czy pokonam swoje zmęczenie? Modlę się o to całym sercem, bo widzę wokół mnie czasami innych podróżników i wiem, że tak, jak ja cieszę się ich widokiem, tak i oni cieszą się moim.

Wczoraj zrobiłem sobie urodzinowy prezent i wybrałem się do kina na film „Chata”. To taki przywilej życia w Ameryce – można obejrzeć niektóre filmy szybciej, niż w Europie (na dużym ekranie rzecz jasna). Książkę o tym samym tytule czytałem już bardzo dawno. Zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Rozdałem bardzo wiele jej egzemplarzy. Poruszające dzieło. I choć oczywiście wnikliwe analizy teologiczne wysuwają niemało zastrzeżeń, przede wszystkim co do wizji Boga, to jednak uważam, że jest to cenna pomoc dla tych, którzy starają się mówić o Bożej miłości. Film? Porusza równie mocno, jak książka… Ale nade wszystko uspokaja i wycisza. Wprowadził w moje serce wiele pokoju i nadziei. I przypomniał jak wielką siła życiodajną jest przebaczenie… Zdecydowanie polecam…

Tydzień minął – nie wiem jak… Szybko… Niby nic konkretnego nie zrobiłem, ale jednak spędzałem czas na kapłańskiej pracy. Kiedy dzwoni kolejny telefon, kiedy ktoś chce się umówić na spowiedź, czy rozmowę, kiedy przewiduję, że to potrwa godziny, kiedy już mam to odłożyć na czas nieokreślony, bo przecież doktorat, bo znowu nic nie zrobię, wówczas przypominam sobie, że przede wszystkim jestem księdzem. Wszystko inne może poczeka… I czeka… Oby dal Pan Bóg kiedyś chwilę również i na to… Ufam.

I walczę… Dziś o walce z pokusami Pan opowiada… Podłość demona nie ma granic. A najskuteczniejsza metoda ostatnich lat, która się znakomicie sprawdza niemal wobec każdego z nas, to „przyjemność”. Jej kult uprawiamy dzięki mediom każdego dnia. Wmawia nam się, że życie jest tak trudne, że mamy prawo… do przyjemności. Do każdej przyjemności. Innymi słowy – co przyjemne, to dobre. A tu już na scenę wchodzi nasz „przyjaciel”, który podpowiada – korzystaj, korzystaj, korzystaj… A jak już się uzależnisz, pójdziemy o krok dalej… I dalej, i dalej… Mamy w zanadrzu jeszcze władzę, przemoc, poczucie wyższości, pychę… A smycz będzie coraz krótsza i krótsza… Aż w końcu przyjdzie żądanie „pokłonu”… Za garść przyjemności.

Właśnie dlatego Post… Żeby się nie dać spętać, zniewolić. Żeby sobie przypomnieć, że bez wielu przyjemności da się żyć. Ale nie da się żyć bez Bożego światła. Zapalcie więc lampę Słowa i czytajcie, czytajcie, czytajcie…

piątek, 24 lutego 2017

pluszowo...

zdj:flickr/Leanne McCauley/Lic CC
(Mk 10,1-12)
Jezus przeszedł w granice Judei i Zajordania. Tłumy znowu ściągały do Niego znowu je nauczał, jak miał zwyczaj. Przystąpili do Niego faryzeusze i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo.

Mili Moi…
Całkowite szaleństwo za oknem… Około 20 stopni… I wcale nie mówię o mrozie… Właściwie nie wiadomo o co chodzi, ale pierwszy raz tej zimy używałem dziś w samochodzie klimatyzacji… Najbliższe kilka dni ma być właśnie takie. Aż nabieram ochoty na kolejną wycieczkę do Nowego Jorku…

Kiedyś Wam już pisałem, że „chodzimy po mleko w kamizelkach kuloodpornych”. Nie ma w tym wielkiej przesady… Dziś rano ogłoszono u nas we wsi „alarm bursztynowy”. Oznacza to, że dziecko w niebezpieczeństwie. Dostajemy wówczas wiadomość na komórki na przykład z opisem samochodu, którym porusza się poszukiwany. Dziś tak właśnie było… Miły pan zamordował żonę i uprowadził dziecko… Pisze „miły”, bo podczas popołudniowej wizyty u fryzjera, mój portorykański przyjaciel objaśnił mi, że sprawca był jego klientem. Zawsze grzeczny i przyjacielski. Jak to ujął mój fryzjer – musiała go ta żona mocno zdenerwować… Na szczęście sprawca został złapany w Pensylwanii, a dziecko jest bezpieczne… Taki nasz mały, lokalny światek…

A poza tym? Ostatnie dni kolędy. Dziś na przykład odwiedziłem Polkę, która dogląda pewnej starszej Portorykanki. Musielibyście tę babciusię zobaczyć… Niebieski dresik. Piękny makijaż… Babcia powitała mnie informacja, że ma 200 lat. Zapytałem czy jest żółwiem i wówczas okazało się, że ma jednak tylko 91 lat. Arcysympatyczna. Miała męża Polaka, ale niestety on sam już nie mówił po polsku, więc i ona nie bardzo…

A Słowo dzisiejsze umieszcza nas w kontekście radykalizmu polegającego na wierności zobowiązaniom. Coraz częściej pojawiają się niepokojące głosy, nawet wśród katolików, że Jezus, owszem, mówił pewne rzeczy, ale domagają się one nowej interpretacji. Nie bardzo wiem jak można by na nowo zinterpretować dzisiejsze Jego słowa (bo jakoś właśnie na tych sprawach reinterpretatorzy się skupiają). Ale fantazja ludzka nie zna granic…

Ja słyszę dziś wyraźnie – nie szukaj obejść. Nie otwieraj furtek, które potem będzie trudno zamknąć. Nie chadzaj wszystkimi dostępnymi drogami, bo nie na każdej odniesiesz korzyść. Nie da się iść dwiema drogami jednocześnie, a ich częste zmienianie nie doprowadzi cię do celu. A przecież o cel w tym wszystkim chodzi. Mamy go osiągnąć. I raczej nie uda nam się to bez doświadczenia krzyża. Także w tych najbardziej podstawowych powołaniach życiowych, które realizujemy. A może przede wszystkim tam.

Konsekwencja i radykalizm… Tych słów z chrześcijańskiego życia nie da się wymazać. Nie da się ich również zastąpić innymi, łagodniejszymi… Próbując, wchodzimy w „chrześcijaństwo pluszowe”, które po jakimś czasie staje się przeraźliwie nudne. Niestety jednak, nie wszystkim udaje się z „pluszu” wyrosnąć…

poniedziałek, 20 lutego 2017

kochać obcego... kochać wroga...

zdj:flickr/Marcelino Rapayla Jr./Lic CC
(Mt 5,38-48)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nastaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Mili Moi…
Pisałem to już, ale napisze jeszcze raz… Źle się dzieje, jeśli ja zaglądam na mojego bloga raz w tygodniu. Sam zastanawiam się gdzie podziewa się mój czas? Kiedy łapię chwile, zwykle zmęczenie bierze górę. A dzieje się wiele, również dobrych rzeczy…

Zacząłem pisać kolejny rozdział. Niewiele napisałem w minionym tygodniu, ale każdy, kto kiedykolwiek cokolwiek pisał wie, że najtrudniej zacząć. Mam nadzieję, że uda mi się kontynuować. Różne rodzaje motywacji już przerabiałem. Tym razem to motywacja złości. Jestem po prostu zły, że trwa to tak długo i że właściwie niczego nie mogę robić dobrze i z przyjemnością, bo zawsze z tyłu głowy mam myśl, że przecież tracę czas, który winienem wykorzystać na pisanie doktoratu. Mam już tego trochę dość. Kończyć to jak najszybciej. Wystarczy tej naukowej przygody w życiu…

Wczoraj zwiedzałem Nowy Jork… Niby godzina od nas, a właściwie chyba we wrześniu byłem tam ostatni raz. Wczoraj nadarzyła się okazja. Ksiądz Mateusz z Rzymu, z którym podzieliłem się kilkoma miejscami, które lubię. On zachwycony, a ja jeszcze bardziej. Strasznie się cieszę, kiedy mogę kogoś oprowadzić po tym mieście. Brzmi to śmiesznie, bo przewodnik ze mnie żaden, ale w kilka miejsc trafiam bezbłędnie. Niemniej dobry czas i duży psychiczny oddech.

A poza tym trochę jeszcze kolędujemy. Oczywiście w naszych warunkach trwa to długo, bo i kolęda wygląda inaczej. Nie trwa 10 minut, ale zwykle 2-3 godziny. Dobry czas na poznawanie parafian. Czasem te spotkania są bardzo odkrywcze dla obu stron. Z kłopotów parafialnych – popsuła nam się winda w kościele i naprawa będzie kosztowała sporo. Nawet nie chcę pisać ile, bo przeliczając na polskie złotówki to kwoty absolutnie horrendalne… Nieprzewidywany wydatek, ale konieczny, bo sporo starszych osób, które mają dużą trudność z wejściem po wysokich, kościelnych schodach…

A w ramach komentarza do dzisiejszego Słowa zamieszczam dzisiejszą homilię… Życzę miłego odbioru tym, którzy poświęcą chwilę, żeby jej wysłuchać…


niedziela, 12 lutego 2017

w Nim mocni jesteśmy...

zdj: flickr/Jenny Laird/Lic CC
(Mt 5,17-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż*. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: «Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał*, «lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi*. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi».


Mili Moi…
Dziś 3913 dzień mojego kapłaństwa i 886 dzień w Ameryce. Mija też tydzień od mojego powrotu z Polski. Trudny tydzień. Przede wszystkim z powodu zmiany strefy czasowej. Powrót do normalności zabiera ładnych kilka dni, a nienormalność polega na pobudce bez budzika o godzinie 3.30 rano i zapadaniu w sen o godzinie 7 wieczorem. Mam nadzieję, że to już powoli dobiega końca… Ale trudności było więcej… Kolejne kopniaki, których nie szczędzi mi moje proboszczowanie sprawiają, że jestem coraz bardziej wyczerpany i nie chce mi się już absolutnie nic. Zniknąć na jakiejś pustelni… Bez telefonu, bez kontaktów ze światem… Kiedyś dziwiłem się tym, którzy nie przyjmowali stanowisk liderów (proboszczów, przełożonych wspólnot), podejrzewając ich o niechęć do podejmowania odpowiedzialności. Dziś ich doskonale rozumiem. Być przewodnikiem stada to obciążenie domagające się stalowej psychiki i żelaznych nerwów. Ja już wiem, że tych przymiotów nie posiadam. Moja wrażliwość z pewnością się do tego nie nadaje… Tymczasem jednak trwam, wierząc, że Bóg nie myli się w swoich zrządzeniach i z pewnością chce mnie czegoś nauczyć. Mam nadzieję, że nie popsuję Mu Jego zbawczych planów, ani ich nie opóźnię…

Dziś mamy uroczystości upamiętniające 77 rocznicę Zsyłki Polaków na Sybir… Będzie sporo ważnych gości i garstka ocalonych. Jest ich coraz mniej z każdym rokiem. Trzeba więc wracać do tych chwil, słuchać ich wspomnień, budzić wrażliwość młodych. Nie wolno nam zapomnieć…

Od jutra zaś muszę zasiąść nad kolejnym rozdziałem mojego doktoratu. Nie da się tego dłużej odwlekać, choć nie jestem w najlepszym nastroju do pisania. Ale może ta aktywność odwróci moje myśli od codziennych kłopotów. Może ten obowiązek okaże się niesmacznym lekarstwem na codzienność…

A nad Słowem dziś… Myślę o Jezusie wojowniku. Bo dziś tak On właśnie brzmi. Radykał, w którym trudno dostrzec miłego gościa poklepującego wszystkich po ramieniu i dowodzącego, że nie jest ważne jak żyjesz, bo przecież i tak będziesz zbawiony. Nic z tych rzeczy. Ważne jest to jak żyjesz, ważne są twoje wybory, ważna jest twoja walka o świętość. Piekło nie będzie puste. Nie wolno nam żyć złudzeniami.

Jeśli traktujemy Go poważnie i wierzymy w każde Jego słowo, to musimy wierzyć również w słowo „piekło”, które bynajmniej nie jest mitem, ani „straszakiem” na niegrzeczne dzieci. Jest bolesną, ale zupełnie realną opcją przyszłości dla tych wszystkich, którzy zdecydują się lekceważyć „Bożą instrukcję obsługi”. Nie ma w tym Słowie współczucia dla tych, „którym życie się nie ułożyło”, nie ma tłumaczenia tych „którzy są przecież tylko słabymi ludźmi”, nie ma rozczulania się nad „współczesnością, która nam nie pomaga”. Jest wielka zachęta do walki o siebie, o swoja przyszłość, o życie z Bogiem. I jest gwarancja, że skoro Bóg powołuje do radykalizmu, udzieli również łaski, żeby w ten sposób żyć.

Cała „sztuka” to uwierzyć, że On mam moc… A w Nim i my mocni jesteśmy…

sobota, 4 lutego 2017

Głosicielu, gdzie jesteś?

zdj:flickr/A K M Adam/ Lic CC
(Mk 6,30-34)
Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.


Mili Moi…
Czas spędzony w Polsce dobiegł końca… Bardzo szybko rzecz jasna. Ale za to owocnie i mogę z całą pewnością powiedzieć, że bardzo przyjemnie. Z Częstochowy mój szlak wiódł do Lublina, gdzie miałem zmierzyć się z zaplanowanymi egzaminami. Oczywiście jak zawsze przejmowałem się nimi za bardzo, ucząc się pilnie każdego ranka (bardzo wczesnego ranka). Efekty pozytywne. Pedagogika bez większych trudności, angielski – no cóż… Pan doktor egzaminator dopytywał od czasu do czasu – what do you mean? (co masz na myśli?). Zrozumiałem z tego tyle, że tylko ja rozumiem, kiedy mówię po angielsku. Ale najważniejsze, że wszystko się udało…

Podróż powrotna bez zarzutu. Doszedłem do wniosku, że jeśli latać, to tylko w styczniu. Samoloty zapełnione pasażerami zaledwie w połowie, żadnych kolejek do odprawy. Żyć, nie umierać. A kiedy usłyszałem serdeczne słowa „welcome back” od pana, który mnie odprawiał w Newarku, to zrobiło mi się ciepło na sercu. Jestem w domu i cieszę się z tego.

Oczywiście wciągnął mnie od razu wir różnych działań. Niektóre decyzje czekały niecierpliwie na podjęcie. Duszpasterstwo pierwszopiątkowe zdominowało mój pierwszy dzień po powrocie. No i oczywiście zmiana strefy czasowej… Pobudka o trzeciej nad ranem i brak przytomności o ósmej wieczorem… Ale z tym damy sobie jakoś radę… Skończyły się też wszystkie wymówki, które mogłem zastosować odwlekając moje zmierzenie się z kolejnym fragmentem mojej pracy doktorskiej. Nie ma rady… Trzeba zasiąść i kontynuować pisanie. Przed wakacjami musi powstać trzeci rozdział…

Dziś jednak przykuł moją uwagę fakt, że głoszenie Słowa przez Jezusa i Apostołów powodowało wielkie poruszenie wśród ludzi. Z całą pewnością, kiedy porzucali chwilowo swoje domy warsztaty, zajęcia i szli, aby słuchać, nie traktowali tego jako jakiejś atrakcyjnej odskoczni od codzienności, ponieważ wiązało się to dla nich z niemałym wysiłkiem. Czasem wręcz z głodem, czy pokonywaniem niemałych przeciwności. Ale szli i zadawali sobie wiele trudu, aby słuchać. Zawsze mnie zastanawia jaka moc była ukryta w tym Słowie, że poruszało ono tak mocno? Czy chodziło tylko o znaki i cuda, które je potwierdzały? A może wracała nadzieja? Może nagle pojawiał się zupełnie nowy sens życia? Jego smak?

Badam dziś samego siebie. Czy jest we mnie ten sam zapał w słuchaniu? Czy jestem gotów ruszać z miejsca i iść, gdziekolwiek pojawia się głos, który zwiastuje wielkie dzieła Boże? Ile jestem w stanie z siebie dać, poświęcić, jaką ofiarę ponieść, żeby usłyszeć? I co potem z tym Słowem? Bo przecież samo wysłuchanie to jeszcze za mało. Trzeba nim zacząć żyć, trzeba je wpleść w codzienność, trzeba je smakować, celebrować, pamiętać, trawić…

Czytam tę Ewangelię z perspektywy słuchacza, a nie głosiciela. Czytam ją z poczuciem tęsknoty za słuchaniem – tak mało mam ku temu okazji. Jakoś nie umiem oprzeć się na nowoczesnych środkach przekazu. Muszę chyba, podobnie jak prości ludzie z epoki Jezusa, mieć kogoś przed oczami, żywego mówcę, który dotknie mnie Słowem bezpośrednio, a nie przez ekran, czy słuchawki odtwarzacza… Żywego Słowa mi trzeba i trochę cierpię, bo nie mam go w nadmiarze. Może już czas, żeby dobrze zaplanować jakieś wakacyjne rekolekcje. Może już najwyższy czas…