poniedziałek, 22 września 2014

natura i łaska


zdj:flickr/ Vainsang/Lic CC
(Mt 20,1-16a)
Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

Mili Moi...
Dziś również Eucharystia po angielsku, ale z dużo mniejszym stresem. Może bardziej stresujący był anglojęzyczny konfesjonał. Ale God loves you and God forgives you jest moją ostatnią deską ratunku, kiedy już wszystkie misterne plany nauk w obcym języku zawodzą. A to jednak kwintesencja. Po Mszach spotkanie z naszym chórem parafialnym. A potem podróż do New Britain. Obiad w polskiej restauracji, niestety w towarzystwie mocno już nietrzeźwych kibiców, którzy właśnie gremialnie oglądali mecz. Przykry widok... Okrzyków cytować się nie odważę. Stężenie wulgaryzmów stanowczo za duże jak dla mnie. I w moim szarym habicie czułem się tam mocno nie na miejscu. Ale obsługa włożyła sporo wysiłku, żeby nas gdzieś umieścić, więc zostaliśmy. Potem wraz z Pawłem nawiedziliśmy Brata Patefona, który nam udzielił cennych wskazówek, jak ożywić naszą parafialną stronę internetową... Owocny dzień. Zdecydowanie.

O dzisiejszym Słowie myślałem sobie już dość długo. Bo to i katechezę dla dzieci na jego temat musiałem przygotować, i kazanie. A i dzisiejsze rozmyślanie nad nim spędziłem. Zdałem sobie sprawę, że ono w pierwszym odbiorze rodzi we mnie odczucia podobne do odczuć wielu innych ludzi, z którymi na ten temat niegdyś rozmawiałem - Bóg (właściciel winnicy) jest jednak jakoś niesprawiedliwy... Bo nie jest słuszne wrzucać wszystkich do jednego worka. I nawet fakt, że przecież najęci jako pierwsi, właśnie o denara się z nim umówili i właściwie nie uczynił im żadnej krzywdy jakoś do mnie nie przemawia. Może jednak ci pozostali powinni dostać nieco mniej. Bo czy to nie rozzuchwala? Czy to nie jest swoiste wysyłanie sygnału, że choćbyś się wcale nie starał, to i tak nagroda cię nie minie...?

 Ale czy to nie efekt ulegania duchowi zazdrości? Bo może to po prostu nieumiejętność ucieszenia się własnym życiem, lub przeakcentowanie wysiłku, który ponoszę w tej pracy w winnicy Pańskiej stoi za tym moim "sprawiedliwym" ocenianiem? Nie mam "innego życia", niż życie w Kościele. I dobrze mi z tym. Nigdy za innym nie tęskniłem. I tak naprawdę nie czuję się obciążony pracą dla Bożej chwały. Wręcz przeciwnie, czerpię z niej przyjemność i satysfakcję.. Dlaczego więc ten pierwszy odbiór tej Ewangelii jest tak "ludzkosprawiedliwy"? Dlaczego ucieszenie się, że i innym Pan Bóg okazuje tyle serca i miłości co mnie, zajmuje znacznie więcej czasu i wymaga świadomego wysiłku, nie dokonuje się spontanicznie? Może to jakaś obawa, że ja coś stracę, że moje będzie pomniejszone... I jak tu się z tą ludzką naturą, nadwyrężoną przez grzech pierworodny porozumieć? Jaki ten Pan Bóg jest wielki, że na tak niedoskonałej naturze buduje! Jaka ta Jego łaska jest niezwykła!

I ta Winnica... Że ona jeszcze stoi, mimo niedoskonałości pracowników... I rodzi owoce :)

3 komentarze:

  1. Z przemyśleń nad Ewangelią:
    Pan Bóg jest właścicielem Winnicy, On ją stworzył, zna więc najlepiej każdy krzew. My - chrześcijanie - wszyscy zostaliśmy wezwani, aby działać w tej winnicy na rzecz Właściciela. Zapłatą za tą pracę jest denar - moneta, za którą w tamtych czasach można było kupić dokładnie tyle, by przeżyć; życie.. Pan Winnicy przyjmuje nowych pracowników, zaczynają oni u niego od zera. Nie liczy się co było kiedyś, czym się trudnili w przeszłości. Bóg potrzebuje Cię dokładnie z takim bagażem doświadczeń jaki posiadasz. Nie patrz w tył, co było kiedyś, co zostawiasz (tak jak to zrobiła żona Lota), tylko skup się na tym, co tu i teraz. Podwiń rękawy, bo praca w winnicy jest ciężka, tu jest spiekota dnia, ręce uwalone po łokcie, ale w tym wszystkim jest radość, że działamy ku dobru wspólnemu, że z naszej pracy powstaje wyborne wino.
    Pan zadba o resztę...
    Edi

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten blog umożliwia mi kontakt ze Słowem, a to konkretne Słowo akurat bardzo lubię. Ileż ono daje nadziei dla wielu! Jak bardzo motywuje! Jest piękne, kojące, pocieszające. Budzi do życia. Budzi we mnie zupełnie inne pierwsze odczucia. Naprawdę nie przeszkadza mi ile kto dostanie, ważne, że wystarczająco i że przeze mnie nie będzie miał krzywdy. Słyszę "denar" i myślę sobie: wszystko - cały ogrom miłości - wystarczająco i aż nadto - tak wiele, że więcej nie trzeba. Niesamowite, że każdy ma szansę się wypełnić po same brzegi. No i kontekst "daru" na który człowiek nie zasługuje... Przychodzą mi do głowy słowa "kto z nich będzie bardziej miłował? - ten, któremu więcej darował". To znów nadzieja/sposób na obudzenie w człowieku miłości i jakże wielkiej wdzięczności. Może oni potrzebują dostać więcej niż ci wierni od początku ("dokładnie tyle, by przeżyć"). Poza tym sytuacja tych ostatnich wcale nie jest do pozazdroszczenia! Oni nie odpoczywają, taka bezczynność męczy okrutnie... oni tęsknią. Mam wrażenie, że odpowiadają ze smutkiem "bo nikt nas nie najął"... jesteśmy bezużyteczni, widać nie potrzeba w winnicy takich jak my, zmarnowaliśmy poranek, zresztą jest już za późno, czas się poddać bo i tak... może stoją zmęczeni szukaniem winnicy, a tu... nadzieja! ...i w dodatku właściciel wychodzi do nich osobiście! Ci pierwsi -"lepsi" zachowują się trochę jak brat syna marnotrawnego. A jeśli "denar" to zbawienie? To mieli by być wśród nas mniej i bardziej zbawieni? po co czuć się "lepszym"? po co chcieć więcej niż wszystko? i nie pragnąć szczęścia tego wszystkiego też dla innych? a mając wszystko chcieć jeszcze odjąć innym? No nie rozumiem... Jeśli każdy kto znajdzie winnice jest tak samo cenny, jeśli rzeczywiście większa jest radość z jednego nawróconego, to jest to piękne a nie niesprawiedliwe! Biorąc pod uwagę jaka przerażająca jest alternatywa, to oby jak najwięcej ludzi odnajdywało winnice, choćby i w ostatniej godzinie życia. Jak można w ogóle ewangelizować nie życząc jednocześnie (szczerze i z serca) tym "gorszym" wszystkiego, tej samej pełnej radości, pełnej zapłaty (!?!) Podobno szczęście dzielone się pomnaża... jeśli to takie trudne, to nie jest zachęcająca taka wspólnota kościoła... a mówią "kochaj bliźniego jak siebie samego"... Chcieć dobra i ucieszyć się nim dla wszystkich (wrogów wiary, nieprzyjaciół swoich, wulgarnych kibiców w pubie...dla każdego) i pragnąć tego "denara" dla nich jak dla swoich najbliższych, nieraz może też późno obudzonych. To naprawdę takie trudne? "Bo czy to nie rozzuchwala?" - no otóż, nie. Ci pierwsi wiedzą co ich czeka -"denar", już się mogą cieszyć, że go dostaną, a kolejni... "co będzie słuszne dam wam" - mogli jedynie mieć nadzieję na miłosierdzie, na hojność... musieli zaufać, wydaje się że mają prace ale mogli nie dostać nic, pracowali nie licząc na wiele, doceniając że jest ktoś dla kogo nie było za późno ich nająć. Ze świeżymi siłami może nawet pracowali jeszcze gorliwiej, żeby nadrobić stracony czas. Do końca zależni tylko od dobrej woli gospodarza, od jego "chcę", wierząc, że jest dobry. Nie zawiedli się i moim zdaniem jest to sprawiedliwe.

    OdpowiedzUsuń