wtorek, 11 marca 2014

skup się... ale nie na sobie :)


zdj:flickr/Lon&Queta/Lic CC
Mili Moi...
No i właściwie rekolekcje dla młodzieży w Słupsku powoli dobiegają końca. Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem sympatycznej atmosfery. Frekwencja w miarę... A ci, którzy przychodzą z zasady umieją się zachować, co czyni głoszenie łatwiejszym i bardziej przyjemnym. Mam nadzieję, że i oni jakoś korzystają. Dziś tak sobie pomyślałem, że było by naprawdę miło, gdyby Pan pozwolił mi kiedyś zajrzeć do serc takiej uczniowskiej grupy. Tylko w dziedzinie aplikacji rekolekcyjnych treści, żeby zobaczyć co w nich zostaje, a co przepływa... Może jednak lepiej, że się tego nie widzi... To pozwala zachować nadzieję :)

Moja młodzież, ta z wcześniejszych rekolekcji też mi właściwie każdego dnia towarzyszy. Ileż mam radości z tych spotkań. Siedzimy, rozmawiamy. O ważnych rzeczach. I to też mnie jakoś uskrzydla, że jest tak wiele osób, które naprawdę czegoś chcą... I nawet wiedzą czego... Oni dodają sił w pracy z tymi, którzy jeszcze tego nie wiedzą...

No i uczę się asertywności... A to dla mnie niesłychanie trudna sprawa... Ale w te dni odmówiłem już dwóch dużych zajęć... Rekolekcje dla pewnych sióstr pod Warszawą i miesięczne zastępstwo w USA, gdzieś w Nevadzie... Musiałbym bardzo mocno zmieniać moje wakacyjne plany, a stwierdziłem, że chyba nie... Że trzeba się jakiegoś małego planu trzymać. Nie jestem jedyny i niezastąpiony... Jakie to odświeżające :)

A dzisiejsze Słowo jest o... odwróceniu uwagi. Od samego siebie. Najpierw znów dziecięctwo. Całkowite przylgnięcie do Ojca, zanurzenie w Nim wszystkich swoich spraw. I to bez wielkich słów, bez zbędnych słów. Tak po prostu, przez kontakt sercem. Nie wiem jak to jest mieć ojca. Mnie Pan Bóg dał tylko dawcę materiału genetycznego. Więc nie doświadczyłem tego, o czym chcę napisać. Ale widzę czasem w codzienności sceny, kiedy maluch siada ojcu na kolanach i w jednym przeciągłym "tatuuuuusiuuuu" zawiera wszystko, co chciałby powiedzieć... Nie musi mówić wiele... A ów ojciec, zwłaszcza wówczas, kiedy maluch stłucze sobie kolano, bierze go na ręce, idzie z nim do okna i próbuje go zająć innymi sprawami, opowiadając mu o widzianym świecie... To takie podobne do naszej relacji z Ojcem, któremu w jednym słowie można objawić całe swoje serce, i który z taką łatwością odwraca naszą uwagę od "stłuczonego kolana".

A potem brat... Drugi człowiek, ku któremu Ewangelia prowadzi. To często właśnie on podstawia mi nogę i to jego winą jest moje "stłuczone kolano". Ale kiedy patrzymy na dzieci, to ich konflikty kończą się szybko. Kilka chwil i są ze sobą pogodzone. Co innego dorośli. Nawet bliscy sobie. Potrafią nie odzywać się do siebie latami, powadzeni o jakiś drobiazg. Dzieci wybaczają szybko... Wielka lekcja...

Tylko raz Słowo dziś wspomina o moich potrzebach. Chleba naszego powszedniego... Czyli tego, co niezbędne nam udziel. Tego, co absolutnie konieczne nam daj. Sprawa abyśmy mieli siły... Do skupienia naszej uwagi... Ale na pewno nie na sobie :)

niedziela, 9 marca 2014

Jezus zwyciężył!!!


zdj:flickr/knowhimonline/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj wieczorem zakończyliśmy rekolekcje o Duchu Świętym, które prowadziłem dla młodzieży w parafii św. Faustyny w Słupsku. W piątkowym spotkaniu uczestniczyło około 30 osób, a w sobotnim około 20. Podziwiam ich wytrwałość i gorliwość. Wytrzymali moje cztery konferencje, a ci, którzy mnie kiedyś słyszeli, wiedzą że te nigdy nie są krótkie. Spędziliśmy razem naprawdę  cudowny czas. A wieczorem w sobotę modliłem się nad nimi o nowe napełnienie Duchem Świętym. Widzialne znaki Jego obecności i działania dla mnie samego, musze przyznać, były dużym zaskoczeniem, a mnie naprawdę niewiele rzeczy już dziwi. Pan objawiał się między nami i tak sobie myślę, że przyszedł ze względu na nich, pokazał im jak bardzo się cieszy ich obecnością i jak zdecydowanie chce się nimi posługiwać... Mnie osobiście zachwyciła ich mądrość i zdecydowane oddanie sprawom Bożym. Wielu z nich prosiło o szczególny charyzmat ewangelizacji z mocą. Wierzę głęboko, że już wkrótce sami się przekonają czym taki dar jest... Jaki jest uszczęśliwiający, ale również jak bardzo wymagający... Mam szczerą nadzieję, że i tym razem nie zabraknie tu świadectw z tego czasu :)

 A dziś nieco odpoczywam... Potrzebuję tego, bo od piątku jestem na antybiotyku. Wczoraj walczyłem z gorączką i prawie nie mogłem mówić, ale chętnie to wziąłem na siebie, jako mój duchowo - fizyczny dar, który mogłem wnieść w to ich duchowe odrodzenie. A jutro zaczynam zupełnie inną walkę. Rekolekcje szkolne w technikum. Nie spodziewam się, że będzie aż tak miło, jak wczoraj, ale może Pan szykuje jakąś niespodziankę... :) Kto wie... Będę informował na bieżąco :)

To, co mnie dziś urzeka w Słowie, to fakt, że Jezus idzie tak daleko w przyjęciu ludzkiej kondycji. Wszystko, co przyjęte, to zbawione. Nasze pokusy również stały się Jego udziałem. Więc i w pokusie jesteśmy z Nim, a raczej możemy być z Nim... Przede wszystkim poprzez Słowo...

Jezus mógł zmieść demona tchnieniem swoich ust, mógł obmyślić taki system filozoficzny, czy teologiczny, któremu demon by nie sprostał. A On po prostu posłużył się mieczem Słowa. Po co? Ano dlatego, żebyśmy zdawali sobie sprawę, że broń jest w zasięgu ręki. Każdy - czy wykształcony, czy nieco mniej; czy biedny, czy bogaty; czy odważny, czy też nie, każdy może zwyciężać demona Słowem Boga. Gromić go i niszczyć jego pułapki. Ale czy wystarczy po prostu posługiwać się nim jak narzędziem? Tak zwyczajnie je czytać? I to wszystko? To za mało... Bo demon przez wieki zdążył nauczyć się Słowa Bożego na pamięć, więc zna je lepiej, niż my. Posługuje się nim sprawnie. W tej szermierce Słowem nie mamy z nim szans. Ale demon nie ma jednego - zaufania Bogu polegającego na przylgnięciu do Niego. Jeśli mam wiarę, to Słowo we mnie żyje i wówczas staje się bronią śmiercionośną dla demona. On nie ma szans... Zatem jeśli sięgam po Słowo ( a winienem to czynić zwłaszcza w pokusie), muszę sięgać z wiarą, że w Nim ukryta jest moc Boga samego, który jest gotów walczyć w mojej obronie. On nie pozwoli mi zginąć, jeśli tylko jestem przekonany o Jego miłości... Jeśli w nią nie wierzę, jeśli się w niej nie zanurzam, jeśli z niej nie korzystam - przegrywam. Przegrywam boleśnie...

Ale nawet wówczas jest nadzieja... Mogę bowiem przegrać bitwę. Jedną, dziesięć, tysiąc... Ale wojna jest już wygrana... Zwycięstwo jest po naszej stronie... Zwycięstwo, z którego demon zdaje sobie sprawę. Może stąd właśnie takie szaleństwo nienawiści... Jezus zwyciężył! To się wykonało!!!

piątek, 7 marca 2014

słupskie radości...



Mili Moi...
Takie dni radości przeżywam... Wczoraj byłem w Elblągu i spotkałem się ze wspólnotą Syjon, której przez cztery lata posługiwałem. Ile radości, kiedy widzę, że nie marnują łaski Bożej, że nieustannie się rozwijają, że trwają i są wierni... Powierzyłem ich modlitwom czas rekolekcji, które przede mną... Pan zwiastował mi przez nich swoje Słowo na ten czas... Piękny wieczór...

A dziś dotarłem do Słupska... A czekało tu na mnie bardzo wiele uścisków :) Jak wiadomo - przez wiele u(ś)cisków trzeba nam wejść do Królestwa Bożego :) Moje słupskie dzieciaki już na mnie czekały. Ile miłości jest w tych ludziach, ile Bożego piękna, ile chęci, żeby być razem, żeby słuchać, modlić się... Przyszło dziś wieczór około 30 osób. Radość dla mnie niesamowita. Mogę głosić i jest komu słuchać. Wierzę, że Duch Święty nie ominie nas w tym czasie, tym bardziej, że to o Nim chcę im poopowiadać. Jestem pod wrażeniem tego spotkania z nimi. I podziwiam siostrę, której się chciało o to wszystko zadbać... Wielcy ludzie wokół... Piękni...

 A o poście myślę sobie dziś znów w kontekście miłości. Jezus dziś bardzo konkretnie pokazuje motyw, dla którego mamy przeżywać piątek jako wyjątkowy dzień. Nie pościmy dlatego, że Kościół nakazuje, że papież nakazuje, że biskup, czy ksiądz nakazuje... Nie... Pościmy, bo zabrano nam Oblubieńca. Bo zabito nam Ukochanego. Jeśli kocham, to rozumiem. Jeśli nie kocham, to pamiętanie o wyjątkowym charakterze piątku będzie dla mnie zawsze trudne. Jeśli kocham, to sama wstrzemięźliwość od mięsa mi nie wystarczy - będę szukał innych form i znajdę. Miłość znajdzie. Zawsze znajduje. Tysiące.

Mam takie wrażenie, że ci którzy dziś stawiają Jezusowi pytanie o post, sami owszem poszczą, ale nie bardzo chyba zastanawiają się nad jego sensem. Jest pewien nakaz, który trzeba zrealizować, a swojej gorliwości można zawsze użyć do jakiejś licytacji, tudzież do wykazania słabości innych. Jak bardzo to jest odległe od miłości. Jak bardzo inne... Może i ma jakąś wartość, ale o niebo mniejszą od tej, o której mówi dziś Jezus. Jego motywacja sprawia, że post i wszelkie wyrzeczenia służą rozwojowi człowieczeństwa. Post, Wielki Post naprawdę może stać się spotkaniem dwóch miłości... A wówczas to takie oczywiste, że w piątki nie podskakuję na dyskotece, że nie piję alkoholu, że odmawiam sobie innych, nawet godziwych rozrywek (każdy mógłby pewnie tu dopisać coś swojego), bo tego dnia mój Pan umarł, a miłość, moja miłość, nakazuje mi o tym pamiętać. I przeżyć ten dzień jakoś inaczej...

Kocham piątki. Jestem franciszkaninem. To był w założeniu Franciszka i jest do dziś Zakon Pokuty. Uczę się tego co tydzień na nowo. Myślę jak jeszcze mógłbym "ukochać Oblubieńca" w tym dniu, dowieść że pamiętam... Pokazać Mu, że kocham... Bo ON kochał wtedy i dziś tak mocno...

środa, 5 marca 2014

spotkanie dwóch miłości...


Mili Moi...
No i stało się... Dziś o 11.15 ukończyłem 34 rok życia... Nie wyglądam już co prawda tak dobrze, jak na załączonym obrazku (który dziś dostałem w prezencie od Bartka z Gdańska) :) ale czuję się świetnie:) Doświadczam od rana niezwykłej życzliwości wielu ludzi i mam w sercu ogromnie dużo wdzięczności za każde dobre słowo, dobre życzenie, dobrą myśl, modlitwę... To tak dobrze wiedzieć że są ludzie wokół...

Dostałem też jeden miły prezent. Otóż zadzwonił proboszcz parafii w Jeleniej Górze, w której będę miał rekolekcje w piątą niedzielę wielkopostną i omawiając ich plan, poprosił mnie, żeby na zakończenie odbyła się Msza z Modlitwą o Uzdrowienie, bo słyszał, że zdarza mi się je prowadzić... Prowadzić - owszem, ale być o nie proszonym - naprawdę rzadko. Tym bardziej się ucieszyłem i obiecałem, że z największą przyjemnością taką Mszą rekolekcje zakończymy... Piękny prezent od Jezusa, który dał znak, że takiej posługi chce.

 A dziś Ojciec, który widzi w ukryciu był bohaterem mojej medytacji. Cieszę się, że On wie wszystko. Wszystko, czyli znacznie więcej, niż inni, niż ja sam. Czasem bowiem nie omija i mnie pokusa, żeby zrobić coś dobrego w taki sposób, żeby było to widać. Oczywiście szlachetność próbuje bronić się przed prymitywizmem, więc to nie tak, że po prostu dla ludzkich pochwał, nie... Ale aby wzrastała chwała Boża przez dziękczynienie wielu... I szlachetność w prymitywizm jednak wpada... Bo oszukuję samego siebie... Ale po takich sytuacjach przychodzi światło - kto będzie cię zbawiał??? Czy ci, wobec których pochwaliłeś się dobrem uczynionym, czy może jednak Ojciec, który znał twoje prawdziwe motywy? No i jakoś za każdym razem odpowiedź brzmi - Ojciec...

On widzi. On wie. On mnie zna. Wszystkie moje wysiłki, starania, ograniczenia. Czy to nie jest fantastyczna nowina u progu Wielkiego Postu? Dla każdego z nas. Bo przecież wiemy doskonale jak jest - zapał i entuzjazm początków nie zawsze jest obecny przy końcu. Sam niejeden już raz miałem jakiś duchowy niesmak, bo coś postanawiałem, a przed Wielkanocą okazywało się, że niewiele z tego wyszło... I co wówczas? Pewnie, nie ma co głaskać się po główce powtarzając sobie, że nic się nie stało, ale jednak Ojciec, który widzi w ukryciu wie więcej... Wie, że się starałem, wie jak bardzo chciałem, wie co mi przeszkodziło... I nie kocha mniej tylko dlatego, że z czymś sobie znów nie poradziłem. Kocha zawsze tak samo... Mocno...

Wszystko, co postanowicie na ten czas, niech pomoże wam tę miłość głębiej odkryć i waszą własną miłością na nią odpowiedzieć. Spotkanie dwóch miłości - tym może być Wielki Post... Mam nadzieję, że pomogą wam w tym spotkaniu rozważania internetowe naszych braci pracujących na Litwie, które będę się starał tu w miarę regularnie zamieszczać... Dziś pierwsze z nich :)



wtorek, 4 marca 2014

dominanta woli...


zdj:flickr/pulihora/Lic CC
Mili Moi...
Zawsze byłem zwolennikiem nagradzania dobrych, życiowych rozwiązań. Dlatego napisze jeszcze raz... Nagroda dla autorów naszego studenckiego planu zajęć. Dziś na przykład musiałem udać się na uczelnię na 9 rano, na godzinkę, po to, aby wrócić tam o 15 i spędzić miło czas do 20 :) Wszystkim nam się po prostu gęby uśmiechają... Od ucha do ucha :) Ale dziś miły dzień niespodzianek... Odezwało się pewne czasopismo, któremu zaproponowałem napisanie cyklu artykułów... pół roku temu. Namysł trwał długo, ale i ja w tym czasie przemyślałem wolę współpracy i niestety straciłem ku niej wszelką chęć :) A szkoda, bo mam osobisty sentyment do tej gazety. Ale widać nie czas na takie atrakcje...

 Kochać... Kochać tych, co układają kiepskie plany zajęć, kochać tych, którzy nas odrobinę lekceważą... Kochać. Przekonuję się każdego dnia, że to jest dość trudne. Nawet w błahych sytuacjach. I rzecz jasna nie chodzi o wielce emocjonalne poruszenia. Raczej o takie codzienne, drobne wybaczanie i pragnienie dobra dla tych, na których po ludzku się złoszczę i których nawet nie lubię. Jeden z moich współbraci kiedyś mocno pokazał mi to rozróżnienie. Ja nie mam lubić ludzi (choć i to w jakimś najogólniejszym sensie jest ważne, bo przecież moje powołanie z ludźmi na zawsze związane), ale mam ich kochać. A to dużo, dużo więcej...

Dziś Pan mówi, że to ważne. Że tak jak On jest miłowany przez Ojca i tak jak On nas umiłował, i my mamy miłować siebie nawzajem. To jest obraz i podobieństwo. To jest nasze zadanie. To jest wyzwanie! Oczywiście motywem tej miłości ma być sam Pan, drugim - człowiek, który jest obok mnie. Ale ostatecznie również ja sam... Dlaczego? Ponieważ jeśli kocham, doświadczam radości. Tylko wtedy. Im mniej we mnie miłości, tym więcej gniewu, złości, niechęci... W moim sercu mieści się taki zestaw naczyń połączonych. Jeśli z jednej strony tłoczę miłość (której źródłem jest rzecz jasna sam Pan), to z drugiej wypływa cały szlam nie-miłości. I odwrotnie. Jeśli nie-miłość zawładnie moim sercem, to będzie w nim coraz mniej miejsca na miłość i prawdziwą radość z nią związaną. Mało tego. Bez miłości nie jestem w stanie docenić ogromu Bożej przyjaźni. Nie umiem zdać sobie sprawy do jak wielkiej bliskości ze sobą dopuścił mnie Pan. Nie potrafię docenić tego wszystkiego, co On do mnie nieustannie mówi. A przecież powiedział mi wszystko, co jest ważne dla mojego życia, nie taił niczego. Wszystko, co dał Mu Ojciec, przekazał nam... Co mi jednak po tym jak ja jestem zajęty nie-miłowaniem? No i ostatecznie, nie-miłując trudno się dziwić, że nasze modlitwy nie są wysłuchiwane. Brak im tego najważniejszego składnika, który skłania ku nam serce Boże. Miłość to serce otwiera i czyni dostępnymi wszystkie łaski, które tam na ans czekają...

Można więc powiedzieć, że kochać - to leży w naszym własnym, dobrze pojętym interesie. Warto kochać, czyli pragnąć dobra dla tych, którzy również go dla nas chcą, ale także i dla tych, którzy nie koniecznie... Biorąc to wszystko pod uwagę - niech się tam paniom w dziekanacie długopisy nie wypisują i ołówki nie łamią. Niech Pan im okaże łagodną i miłosierną twarz, tak inną od twarzy niezadowolonych studentów :) A pracownicy owego czasopisma? Niech i ich łaska Boża prowadzi w dziele, któremu się oddają. A wszelkie niedoskonałości niech pokona Boże Miłosierdzie. Jednym i drugim błogosławię w imię Jezusa + bo chcę kochać... Nie umiem, ale chcę... I ufam, że moje uczucia, które są jednak nadal zgoła inne, zostaną ostatecznie przekonane poprzez moją wolę, która zawsze jest ważniejsza i musi, po prostu musi mieć więcej do powiedzenia...

Tej dominacji woli nad uczuciem sobie i Wam wszystkim dzisiaj życzę...

niedziela, 2 marca 2014

u-bogi wszystko ma u-Boga i od-Boga...


zdj:flickr/macati/Lic CC
Mili Moi...
Dzisiejsze Słowo mocno sprowokowało mnie do przemyślenia ubóstwa. Wyobraziłem sobie wręcz, że jeśli Pan Jezus miałby przyjść dziś, aby oczyścić Zakon Franciszkański, tak jak to zrobił ze Świątynią Jerozolimską, to wygłosiłby nam właśnie tę Ewangelię... Bo jakby nie patrzył, nasze powołanie franciszkańkie z ubóstwem jest ściśle związane. Ono należy do cech istotnych franciszkanizmu. Ale rzecz jasna, jak zawsze pozostaje kwestia interpretacji...

Są tacy, którzy dowodzą, że nasze ubóstwo ma być ubóstwem duchowym. Nie bardzo wiadomo, co to oznacza (i o to pewnie chodzi), ale zasadniczo jest mowa o nie przywiązywaniu się do używania rzeczy. Jeszcze inni twierdzą, że to taka hiperbola ewangeliczna. Tak jak Pan Jezus mówił o obcinaniu kończyn, tak mówi o ubóstwie. Wiec to nie o ubóstwo materialne tak naprawdę tu chodzi... Są wreszcie tacy, którzy mówią - ubóstwo tak, ale to nie nędza. Więc powinniśmy żyć na poziomie klasy średniej. Jeśli tak, to nasze klasztory winny się co prędzej wzbogacić, bo na tym poziomie jednak nie żyjemy. W taką definicję ubóstwa wierzą chyba tylko ci, którzy ją głoszą i klasa średnia...

Jak więc ma być? O co w tym wszystkim chodzi? Odczytuję w dzisiejszym Słowie wielką zachętę do zaufania Ojcu. On składa w pierwszym czytaniu niezwykłą obietnicę - ja nie zapomnę o tobie. Co ja z tą obietnica robię? Bo ruch jest teraz po mojej stronie? Taka obietnica wzywa mnie do zaufania, które polega na powierzeniu mojego życia Ojcu z tym przekonaniem, że On dziś i jutro ma to samo pragnienie - zachować mnie przy życiu i obdarować tym wszystkim, co do tego życia jest mi potrzebne. Ważnym składnikiem tej decyzji jest świadomość całkowitej zależności od Niego, tak sprzeciwiająca się ludzkiemu pragnieniu niezależności. Ja sam o siebie zadbam. Mogę to zrobić. Możesz, mówi Pan, ale dlaczego mi nie pozwalasz? Ano właśnie dlatego, że musiałbym zweryfikować moje potrzeby, bo okazuje się, że to, co mam wcale nie jest niezbędne do życia. Cała masa rzeczy jest mi zupełnie niepotrzebna, ale są... po prostu są. Co więcej, musiałbym się zdecydować na pewną nieprzewidywalność. Ludzie ubodzy nie wiedzą, czy będą mieli jutro co do garnka włożyć. Ja natomiast wiem. Nie tylko jutro, ale i w przyszłym tygodniu i miesiącu. Naiwne to. Ale zależne ode mnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dalej, w ubóstwie, które decyduje się zaufać Bogu, to On kształtuje rzeczywistość, nie ja. Ufając Jemu nie będę głodował, ale może nie będę jadł tego, na co akurat w tej chwili mam ochotę. Być może On da mi do jedzenia coś zupełnie innego. Znów cios w moją niezależność. Czy to dziwne, że tak wiele osób ma z ubóstwem problem?

Problem ma jeszcze inne źródła. Ubóstwo musi mieć motyw. Jeśli nie będzie nim Królestwo Boże, to stanie się ono przekleństwem, a przecież ma być błogosławieństwem. Jeśli nie będzie motywu Królestwa, to będzie wielka ucieczka od wszystkiego, co choćby pachnie ubóstwem, a to niestety zawsze jest związane z niewolą. Dziś Jezus mówi o tym wyraźnie. Możliwości są dwie. Albo Bóg, albo mamona. Nie ma trzeciej opcji. Albo wolność z Nim, albo niewola bez Niego. Niewola, która bardzo chętnie podszywa sie pod wolność.

My, franciszkanie, którzy winniśmy być ekspertami w sprawach ubóstwa, zaczęliśmy jakiś czas temu wierzyć w pewien slogan, wygłaszany często, a będący niczym innym, jak kolejnym mechanizmem obronnym ludzkiej natury. Brzmi on - nie da się żyć jak święty Franciszek, bo on był charyzmatykiem, a my teraz żyjemy w innej rzeczywistości, mamy pod opieką różne dzieła itd. I kiedy już tak zapadaliśmy się w miękkie fotele, zadowoleni, że jakoś się z tym problemem ubóstwa uporaliśmy, Pan zesłał światu Matkę Teresę, która pokazała wszystkim, a zwłaszcza nam, franciszkanom, że życie na styl świętego Franciszka jest nadal możliwe, nawet w dużej wspólnocie. Ale Matka Teresa odeszła, jej wspólnota nieco przycichła, a my znów zaczęliśmy się zapadać w miękkie fotele. Więc Pan w swoim miłosierdziu przychodzi znowu i daje nam Braci z Bronksu, którzy dowodzą, że jednak można... Myślę sobie jak długo jeszcze będziemy się wykręcali...

Oczywiście nie zamierzam zamknąć się w jakichś krytycznych tonach. To Słowo oskarża przede wszystkim mnie i mnie zawstydza. Bo to ja nie potrafię się uwolnić od wielu rzeczy, których potrzeba w moim życiu jest co najmniej wątpliwa. Pewnie, mamy w Zakonie wielu braci, którzy doskonale realizują ideał ubóstwa. I chwała Panu Najwyższemu za nich. Ale wielu z nas, ze mną na czele, musi się jeszcze wiele nauczyć. Przede wszystkim tego, że wielkie Boże dzieła, te, które głoszą Jego Królestwo i wprowadzają je w ten świat, powstają w oparciu o ofiarę z samego siebie. To piękny wymiar ubóstwa i zawierzenia Bogu. Dowiódł nam tego choćby o. Maksymilian stwarzając Niepokalanów, czy o. Pio, budując Dom Ulgi w Cierpieniu. I tylu, tylu innych...

Jak przepotężną tęsknotę budzi we mnie to Słowo. Tęsknotę za prawdziwą wiarą w Boga, która po prostu wie, że z Nim wszystko jest możliwe, z Nim nie ginie się z głodu, z Nim buduje się mocne dzieła. Zajmij się moimi sprawami - mówi dziś Pan - a ja zajmę się twoimi... Czy to nie korzystna wymiana???

sobota, 1 marca 2014

niespodzianka...



Mili Moi...
Upływ czasu... Nad nim nieustannie się tu rozczulam... Bo rzeczywiście mam wrażenie, że czas nie tylko płynie, ale wręcz złośliwie pędzi. Każdego dnia jest za mało. A może to po prostu sił już mniej i zdolność skupienia się na pracy coraz mniejsza. Kiedy tylko jedno skończę, już kilka następnych spraw sie pojawia na horyzoncie, niczym przysłowiowe łby potwora - na miejsce jednego ściętego, wyrastało pięć nowych... Najbliższe wydarzenia, na które się nieco przygotowuję, to rekolekcje dla młodzieży w Słupsku. Najpierw zamknięte (o których informuje powyższy plakacik), a potem szkolne. Spędzę więc tam prawie tydzień. Oczywiście zanim tam wyruszę, to muszę jeszcze napisać jakiś ogromny test z angielskiego, więc za chwilę siadam i się uczę... buuu...w  sobotę :(

Ale dziś rano Pan Jezus znów skupił moje myśli na dziecięctwie Bożym. To jeden z moich ulubionych tematów. Nieodmiennie kojarzy mi się z zaufaniem. Tak trzeba przyjmować Królestwo. Z wielkim zaufaniem, które wyraża się w konkretnej postawie życiowej wobec Boga. Polega on na wyrażeniu bardzo ważnej zgody wobec Niego. Jakiej? Żeby On mógł prowadzić mnie za rękę... I żebyśmy poszli tam, gdzie On tego chce. To się czasem domaga ogromnej elastyczności, wielkiej dyspozycyjności i głębokiej wiary. Zwłaszcza, kiedy już jakiś czas idziemy we wskazanym przez Niego kierunku, a tu nic... Cel zdaje się wcale nie przybliżać. Końca drogi nie widać. A ludzka natura zaczyna się buntować. Wówczas szczególnie trzeba sobie o tym zaufaniu przypominać. Wchodzić w wielkie zawierzenie Jemu. Bo skoro On mnie na tę, a nie inna drogę wprowadził, to On wie po co, i to On zna jej kres. Jeśli będę Go wytrwale trzymał za rękę, to dojdziemy, choć wcale nie jest powiedziane, że nie doświadczymy trudu tej drogi i nie będziemy mocno zmęczeni. To możliwe. Ale jeśli moja ręka w Jego dłoni... Nic więcej nie jest ważne...

Ale dziś jest jeszcze coś innego, co w myśleniu o dziecięctwie wobec Boga stanęło mi przed oczami. Wyraźnie. Jak nigdy dotąd. Otóż dzieci zwykle chcą być dorosłe. To ich wielkie pragnienie. Tak wielkie, że potrafią przebierać się za dorosłych, mówić jak dorośli, bawić się w dorosłych. Czekają na ten moment, kiedy za dorosłych będą uważani. I nie ma dla nich większego komplementu, niż ten, że zachowują się jak dorośli :) Czym więc jest ta dorosłość przed Bogiem? Jak inaczej określić tę tęsknotę? Bliskim słowem jest dojrzałość. Myślę sobie, że dobrze jest marzyć o dojrzałości, do niej dążyć, za nią tęsknić, ku niej zmierzać i na nią sie przygotowywać. Dojrzałość to swoista mądrość. Według jednej ze znanych mi definicji człowiek dojrzały to ten, który uznaje za swoje wszystkie te dobre rzeczy, których uczono go w dzieciństwie. Uwewnętrznić mądrość zdobytą. Zacząć się nią posługiwać. Żyć nią. Stosować się do jej zasad. Zdobywać pokrewne jej cnoty. Innymi słowy uświęcać się...

To dojrzewanie w połączeniu z całkowitym zaufaniem daje niesamowitą perspektywę. Wówczas życie staje się przygodą, w której nawet uciekający czas nie gra większej roli... A może owszem, gra, bo każdy dzień jest niespodzianką przygotowaną przez Ojca. A kto nie lubi niespodzianek?