czwartek, 22 stycznia 2026

po prostu cisza...


(Mk 3, 7-12)
Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A przyszło za Nim wielkie mnóstwo ludzi z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o tym, jak wiele działał. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby na Niego nie napierano. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: "Ty jesteś Syn Boży". Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały.

 

Mili Moi…
Bardzo uderzyło mnie dziś pytanie – czego ja szukam w Jezusie? Dlaczego ja za Nim podążam? Rzadko się nad tym zastanawiam, bo to jest jakiś temat należący do działu „oczywistości”. Ale wyrażenie tego w kilku zdaniach sprawiło mi niemałą trudność. Jak zwykle łatwiej było przez negację – czego dziś w Nim nie szukam. Nie szukam żadnego „show”, bardzo niedobrze czuję się w hałaśliwych, religijnych zgromadzeniach, nie pragnę radykalnej zmiany w moim stanie zdrowia, ani w moich codziennych zadaniach czy obowiązkach. Zdałem sobie sprawę, że to, czego najbardziej szukam i jestem spragniony, to bliskość i relacja, która wcale nie musi wyrażać się w uczuciach, dotykach, natchnieniach. Szukam takiej pewności, że On po prostu przy mnie jest.

Moja wizyta w Japonii (Akita) stałą się dla mnie ważnym punktem nawrócenia. Odkrywam powoli to, co Maryja tam dla mnie przygotowała. Ale już dziś mogę z radością przyznać, że udało mi się wprowadzić w budowanie relacji z Jezusem kilka rzeczy, których nie zdołałem wprowadzić przez lata. Bardzo mnie to cieszy, bo rozpoznałem, że moje życie duchowe domaga się większego zdyscyplinowania, które nie wiąże się z żądnym usztywnieniem, ile raczej z lepszym gospodarowaniem czasem. Co więcej, zdałem sobie sprawę, że dopiero teraz, grubo po czterdziestce, ja zaczynam powoli przeczuwać o co chodzi w życiu zakonnym, jak bardzo jest ono pochłaniające i uszczęśliwiające. Wyraźnie wyczuwam jakiś nowy etap, na którym się znalazłem. A tęsknota za Bogiem nie maleje. Jest dokładnie przeciwnie – rośnie ona i ogarnia mnie w coraz silniejszy sposób.

Spędzam kilka dni w domu. Styczeń jest chyba najlżejszym miesiącem w tym roku, jeśli chodzi o moje obowiązki. Zbieram siły, bo kiedy wyruszę w przyszły piątek, to wrócę… w Wielki Czwartek. Dawno nie było u mnie tak pracowitego Wielkiego Postu. A rozstrzał zadań jest ogromny… Rekolekcje parafialne, dla dorosłych i dla dzieci, siostry zakonne, Holandia, Niemcy… No i frajda poznawania nowych miejsc i ludzi, służby, która wydaje się wciąż być potrzebna.

W tym roku ulegam pokusie Apokalipsy… Księga dla „dorosłego Kościoła”, zwłaszcza listy do siedmiu wspólnot mnie zatrzymują i o nich zamierzam w tym roku mówić. Na razie sam poczytuję sporo różnych komentarzy i przygotowuję się do zmierzenia z tematem.

A poza tym? Badania, lekarze, wizyty, banki, urzędy – czyli wszystko to, co próbuję zmieścić w moich krótkich pobytach w Ostródzie…

środa, 14 stycznia 2026

Radna Góra...


(Mk 1, 29-39)
Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały. Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: "Wszyscy Cię szukają". Lecz On rzekł do nich: "Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem". I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

 

Mili Moi…
Bardzo mnie dziś zatrzymała modlitwa Jezusa… Mimo zmęczenia – ludźmi, ich troskami, swoją całodzienną aktywnością – zrywa się jeszcze w nocy, żeby iść w miejsce odosobnione i być tylko z Ojcem. To tak odmiennie od nas… Nie wiem jak wy, ale ja, kiedy odłożę modlitwę „na później”, to najłatwiej mi z niej zrezygnować. No bo już jestem zmęczony Panie, bo może jutro, bo Ty przecież zrozumiesz… Ale gdyby mi ktoś puścił film o śmiesznych zwierzątkach, to przypływ energii byłby natychmiastowy. Tak to już te ludzkie emocje lubią być poruszane. A modlitwa nijak się do nich nie odnosi…

A Pan za wszelką cenę. Za cenę okradzenia samego siebie ze snu i wypoczynku – bo modlitwa jest oddechem. Nie może jej zabraknąć. Przed chwilą wyszedłem do auta, aby je nieco przygotować przed jutrzejszą podróżą. W myśl wcześniejszych zapowiedzi, pada deszcz i natychmiast zamarza. Auto jest pokryte warstwą lodu. Spędziłem w nim pół godziny, bo pomyślałem, że to świetnie miejsce na odmówienie Różańca. I rzeczywiście… Obserwowanie jak kawałki lodu powoli odrywają się, topnieją i spływają po przedniej szybie, sprawiło, że pomyślałem – z modlitwą jest podobnie. Jej rozgrzewające właściwości sprawiają, że nawet najbardziej zziębnięte, zamrożone serca, topnieją. Zanim same zaczną grzać, trzeba je „dogrzewać” z zewnątrz… Moja modlitwa ma znaczenie również dla tych, którzy się nie modlą. Dlatego im bardziej zaangażowana, tym szerzej oddziałuje, topi lód, zmienia oblicze tej ziemi. A zwłaszcza modlitwa nocna – czasem udaje mi się ją praktykować. W tym czasie, kiedy ludzie grzeszą być może najgorzej, kiedy giną duchowo, ale i fizycznie, kiedy piekło otwiera swoje podwoje – wtedy modlić się, wynagradzać, błagać o miłosierdzie… Na wzór Jezusa, Pana i Mistrza…

Powoli kończę rekolekcje dla sióstr Józefitek w Radnej Górze, niedaleko Stalowej Woli. Wielki i piękny dom rekolekcyjny w szczerym polu. Przed nim polna droga – można iść w prawo, albo w lewo. Nie ma to większego znaczenia, bo i w jedną i drugą stronę droga wiedzie w pola. Wszystko spowite śniegiem. Przejmująca cisza. Dla wielu byłby to z pewnością raj… Ale jak się domyślacie – nie dla mnie 😊 Choć przyznam szczerze, że czas upłynął mi niezwykle szybko. Trochę zajmowały mi go uczestniczki, których jest niemal pięćdziesiąt. A oprócz tego tworzyłem wykłady na sobotnie zajęcia w Niepokalanowie. Pięć godzin mam mówić o walce duchowej i roli Maryi w tejże. Wymagający temat. Ale dziś skończyłem i wydaje mi się, że jestem gotów.

Jutro lądujemy… Msza Jubileuszowa… Czternaście sióstr świętuje jubileusz swoich ślubów zakonnych. Najstarsza 75 lat od ich złożenia. Patrzę na nie z dużym podziwem. Ja sam mam ich dopiero 25. Jutro więc w drogę do Niepokalanowa. W piątek Radio, w sobotę wspomniane wykłady, no i znów na chwilę do domu. Czas powoli myśleć o Wielkim Poście…

środa, 7 stycznia 2026

witaj Elżbieto...


(Mt 4, 12-17. 23-25)
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu ziem Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: "Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło". Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: "Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie". I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których nękały rozmaite choroby i dolegliwości: opętanych, epileptyków i paralityków. A on ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania.

 

Mili Moi…
Bardzo lubię ten początek roku. Bo jest to również początek misji Jezusa. On znów wyrusza w ten świat i rozpoczyna od miejsc mocno zacienionych. Zanim pójdzie do „sprawiedliwych”, najpierw nawiedza „Galileę pogan”. Być może to taka „ewangelizacyjna etiuda”, czyli swoista wprawka, która ma pomóc później mierzyć się z tymi, z którymi nie będzie łatwo… Bo w rzeczywistości znacznie łatwiej „nawrócić” człowieka, który jest daleko od Boga niż tego, który ma poczucie, że jest blisko Niego i żadnego nawrócenia nie potrzebuje. A w rzeczywistości potrzebujemy go wszyscy. Każdy w swojej sytuacji, w swojej rzeczywistości, ze swoich nieprawości. Ale każdy potrzebuje współpracy z łaską, bo to Pan jest pierwszy – On umarł za nas, gdyśmy jeszcze byli grzesznikami. Niczym nie możemy Go przyciągnąć, ani zniechęcić. On zawsze jest. Pytanie brzmi – czy i gdzie my jesteśmy?

Wczoraj jeden z piękniejszych dni w roku. Losowanie patronów i sentencji na najbliższe 365 dni i kolęda w klasztorze – błogosławieństwo cel zakonnych i ich mieszkańców. Prosiłem Ducha Świętego o patronkę (chyba z kobietami łatwiej mi się dogadać – ze świętym Wojciechem w minionym roku jakoś się nie zaprzyjaźniłem) 😊i moim pragnieniem było, aby była ona współczesną świętą. Zostałem wysłuchany połowicznie… Patronować mi będzie w tym roku święta Elżbieta Węgierska, a myśl, która ma mi przyświecać pochodzi z tak zwanej Reguły niezatwierdzonej naszego Zakonu, czyli tekstu, który Franciszek musiał skrócić i poprawić. Tam zapisał między innymi słowa – Wszyscy jednak bracia niech głoszą kazania czynami. Muszę przyznać, że ta miłosierna kobieta i te słowa świętego Ojca bardzo mnie dotknęły i dawno już nie czułem się tak napełniony treścią po losowaniu patronów, jak w tym roku. Odczuwam to wezwanie jako skierowane rzeczywiście właśnie do mnie…

A za chwilę ruszam do Radnej Góry (gdzieś na końcu świata), aby wygłosić pierwsze z trzydziestu dwóch serii zaplanowanych na ten rok rekolekcji. Tym razem siostrom józefitkom, które staną się poligonem dla nowych zupełnie treści, zrodzonych w minionych dniach, a zatytułowanych – A jeśli nie miłość, to co? Wraz z 50 słuchaczkami polecam się Waszej życzliwej pamięci modlitewnej…

czwartek, 1 stycznia 2026

zima...


(Łk 2,16-21)
Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.

 

Mili Moi…
Trzy etapy tej pasterskiej drogi rzuciły mi się dziś w oczy. Najpierw mamy przybycie i przekonanie się na własne oczy, co też wydarzyło się w Betlejem. To taki punkt, który każdy musi sam przeżyć i nikt nas w nim nie zastąpi. Stanąć przed żłóbkiem i pochylić się nad Tajemnicą. Ile radości musi im towarzyszyć! Ile zachwytu nad tym, co widzą! To rodzi świadectwo. Bo przecież oni nie zajrzeli tam przechodząc obok. Oni zostali tam posłani przez aniołów. I zdają sobie z tego sprawę. Mają świadomość drogi, która doprowadziła ich do odkrycia tego miejsca i Niemowlęcia. Nic nie stało się przypadkiem ani bez ich udziału. Są podmiotem działania. Okazali się ważni. Ktoś powierzył im Tajemnicę. Dla pasterzy to nietypowa sytuacja. W tamtym czasie z nimi akurat nigdy się nie liczono. A kiedy już poopowiadali, wrócili do siebie, do swojego miejsca, ale przemienieni na tyle, że ich serce eksploduje uwielbieniem. I już nic nie jest i nie będzie takie jak przedtem. Ich oczy zostały naznaczone światłem z wysoka. I dla mnie jest to tak cudowna historia, że rodzi ogromną tęsknotę. Chcę wzmacniać wszystkie trzy punkty w swoim życiu, chcę je przeżywać z całą ich intensywnością. Chcę być bliżej Tajemnicy. Każdego dnia coraz bliżej…

Wybaczcie, że długo mnie tu nie było, ale jestem nieco intelektualnie zmęczony. Od kilku już ładnych dni tworzę… Tym razem rekolekcje dla osób konsekrowanych na najbliższy rok. To zwykle dokonuje się na przełomie roku, bo mam wtedy nieco czasu. A  to mozolna praca. Bo choć pomysł dojrzewał we mnie od dawna, to jednak jego realizacja domaga się zebrania treści, przemyślenia, połączenia ich w jedną konferencję. A takich konferencji potrzebuję zwykle dwanaście. Na dzień dzisiejszy mam ich osiem. A 7 stycznia ruszam już do sióstr Józefitek, na których ten cykl zostanie wypróbowany i przećwiczony. Tytuł – A jeśli nie miłość, to co?

Kiedy spoglądam za okno, błogosławię Pana, że nie musiałem jechać nigdzie w te śnieżne dni. U nas, w Ostródzie codziennie sypie, więc śniegu przybywa. Ale sytuacja jest już dziś chyba opanowana. Choć początki były dość dramatyczne, jak z pewnością widzieliście w mediach. Drogi wokół nas nawiedził jakiś armagedon. A ja stoję przy oknie, kaloryfer grzeje kolana i podziwiam zimę. Patrzę na wielką czapę śniegu na aucie i mówię sobie – nie muszę… Jeszcze przez kilka dni nie muszę go odśnieżać i nie muszę jechać w ten zaśnieżony świat.

Celebrujemy z braćmi święta. Jesteśmy razem, oglądamy filmy (ja zwykle tylko kawałek, bo trzeba tworzyć), śmiejemy się, żartujemy, modlimy i śpiewamy kolędy. Zakon potrafi być cudowną rodziną, w której jest mi od 25 lat naprawdę dobrze. Bo dzielę życie z ludźmi, którym świętość chodzi po głowie i szukają sposobów na jej osiągnięcie. I może to jest recepta na szczęście…

 

PS. Moja ciotka, o której nie jeden raz pisałem, jest już bardzo, bardzo słaba… Organizm się poddaje, a choroba zbliża ją do kresu. Cokolwiek się wydarzy, jest przygotowana – cudownie móc o to zadbać. Ale Was drodzy Czytelnicy proszę o jedno Zdrowaś w jej intencji. Niech Pan dokonuje w jej życiu swojego dzieła…

 

A Wam wszystkim cudownego 2026 roku +

 

 

poniedziałek, 15 grudnia 2025

nocami...


(Mt 21, 23-27)
Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu, pytając: "Jakim prawem to czynisz? i kto Ci dał tę władzę?" Jezus im odpowiedział: "Ja też zadam wam jedno pytanie: jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi?" Oni zastanawiali się między sobą: "Jeśli powiemy: „z nieba”, to nam zarzuci: „Dlaczego więc nie uwierzyliście mu?” A jeśli powiemy: „od ludzi”, to boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka". Odpowiedzieli więc Jezusowi: "Nie wiemy". On również im odpowiedział: "Zatem i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię".

Mili Moi…
Pomyślałem dziś o swoich kombinacjach… Ileż to razy na pytania Jezusa odpowiadam wymijająco. Albo używam argumentacji, która jest tanim samo usprawiedliwianiem – nie mam sił, nie umiem, nie zdołam… A wiele z tych rzeczy, o które On pyta, jest związanych z moimi wadami, kaprysami, wygodami, przyjemnostkami. Przypominam tych mówiących dziś „nie wiemy”, licząc na to, że zadowoli Go moja odpowiedź. Ale nigdy tak nie jest. Temat wraca niczym bumerang. I dobrze. Wszak idzie o moje zbawienie, które nie jest tylko wysiłkiem i męką z Jego strony, ale również moim wysiłkiem, który nazwać można po prostu „mądrym życiem”.

Od czwartku do soboty głosiłem rekolekcje w Ostródzie. Bardzo miłe przyjęcie zarówno przez księży, jak przez wiernych. Ponad dwieście osób zawierzyłem Maryi w Rycerstwie. Frekwencja dość duża. Aż cztery spotkania dziennie.

W sobotni wieczór zakończyłem, a potem wsiadłem w auto i pół nocy gnałem do Dobrej pod Szczecin, aby w niedzielny poranek rozpocząć głoszenie tutaj. Dotarłem o trzeciej rano, pospałem w aucie, żeby nie budzić braci i… Do dzieła. W takich chwilach mam wrażenie, że rozumiem Pawłowe wyrażenie „trudzić się dla Słowa”. Tu zdecydowanie mniej zajęć, bo właściwie tylko dwa spotkania dziennie, jeśli nie liczyć króciutkiej nauki dla dzieciaków na Roratach o 6.15. Frekwencja dużo mniejsza, ale kościół maleńki, więc nie rzuca się to tak w oczy. Tu służba do środy. A w czwartek w Poznaniu jakieś nagranie dla TV. W piątek już Niepokalanów i Radio, bo mamy zaległości z racji na zawałową przygodę o. Macieja. Na szczęście doszedł już do siebie na tyle, że znów możemy przystąpić do pracy. A potem już Ostróda…

Rozbawił mnie ostatnio mój przełożony, bo zapytał czy nie chcę sobie gdzieś pojechać na trzy dni po świętach? Nieeeeee… Chcę sobie pomieszkać w domu po świętach 😊

środa, 10 grudnia 2025

odpocznij...


(Mt 11,28-30)
Jezus przemówił tymi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

 

Mili Moi…
Nie wierzymy… Nie wierzymy, żeby przy Jezusie można było odpocząć. Przy ekranie, to i owszem. Bodźce. Coraz to nowe wrażenia. Obrazy i dźwięki. To kojarzy nam się z odpoczynkiem. Cisza kościoła nie bardzo. Kiedy już do niego wejdziemy i odmówimy wszystkie znane nam modlitwy, to nie bardzo wiemy co ze sobą zrobić, prawda? Ileż można oglądać znane detale architektoniczne? Ileż można zajmować się krytyką wystroju czy poziomem czystości? Odpoczynek? Nie, z pewnością nie tam.

Gdy tymczasem Jezus zapewnia, że to właśnie On ma patent na ukojenie naszych dusz. Tego, co najgłębiej w nas i co wpływa na całokształt życia. Zmęczone dusze… Czy nie to jest problem współczesności? Dbamy o ciało. Nawet o psychikę coraz skuteczniej. A duszom odpocząć nie dajemy.

Tego się trzeba nauczyć. O zdrowym żywieniu chętnie poczytamy. O emocjach i radzeniu sobie z nimi również. Ale o życiu duchowym? O owocnym spotkaniu z Bogiem? O adoracji, różańcu czy medytacji Słowa? Eeeee… Tu chyba już wszystko wiemy. Albo, po prostu – to zbyt nudne, mało przydatne, niewarte zachodu. Co innego terapia dźwiękiem, joga, oczyszczanie ze złej energii… Ot przejawy nowoczesności.

Ironizuję nieco, ale to z bezsilności chyba… Bo ani słowo Jezusa, ani słowo Jego Kościoła, nie jest wystarczające dla tak wielu. Również tych, którzy mówią o sobie, że są „wierzący”.

U mnie niedziela i poniedziałek to były dni głoszenia w Rzeczniowie – niedaleko Radomia. Gościnny i sympatyczny proboszcz, frekwencja spora. Kolejne dusze złowione dla Niepokalanej. A już jutro rozpoczynam rekolekcje w parafii świętych Franciszka i Hiacynty w Ostródzie. Tak nietypowo, od czwartku. Ale podobno taki zwyczaj i lud przyzwyczajony. Kończymy w sobotni wieczór i mam całą noc na przemieszczenie się do Dobrej pod Szczecinem, gdzie głoszę ostatnie w tym adwentowym sezonie i ostatnie w tym kalendarzowym roku rekolekcje. Potem jeszcze tylko wypad do Radia. I będzie można świętować… Choć z tym świętowaniem też bez przesady. Muszę „urodzić” rekolekcje dla sióstr zakonnych na przyszły rok. Zawsze robię to w okresie okołoświątecznym, bo po prostu jestem wówczas w domu. Dlatego teraz… Idę odpocząć do Jezusa. W kaplicy najlepiej nabiera się sił do pracy…



czwartek, 4 grudnia 2025

dom...


(Mt 7,21.24-27)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.

 

Mili Moi…
Dziś myślę jakie obszary mojego życia są wciąż zamknięte przed Słowem Bożym. Oczywiście chciałbym, żeby wszystko, co we mnie, było nim oświetlone. Ale dobrze wiem, że tak nie jest. Jak wielu z Was, tak i ja mam swoje tematy, w których „dyskutuję” z Panem, odkładam nawrócenie, albo po prostu użalam się nad sobą. A czasu coraz mniej… Umyka wciąż jakby szybciej.

Ten obraz budowy ma dla mnie znaczenie o tyle, że często wracam do domu. Dziękuję dziś Bogu, że go mam. Że jest w nim ciepło, mam fotel i lampę, że w nim odpoczywam. Wczoraj zaś, jadąc rekolekcji w Złotnikach, długo dziękowałem za wolność, swobodę przemieszczania się. Stało się bowiem tak, że nieopatrznie wszedłem kilka dni temu do księgarni. Wiem, że nie wolno mi tego robić😊 Ale trzy nowe książki z niej wyniosłem. I jedną już prawie przeczytałem. Wspomnienie z Nieludzkiej Ziemi, ze stepów Kazachstanu, na które przymusowo, przez Sowietów, został zesłany autor wraz ze swoją rodziną. Z wielkim wyczuciem napisane wspomnienie, z pewną zadumą nad dobrocią i życzliwą gościnnością prostych Kazachów, równie udręczonych przez ów zbrodniczy system, co książkowi bohaterowie. Czytanie z zapartym tchem.

Ale właśnie dlatego sporo myśli o tym, co jest dziś, o tak niezwykłych możliwościach. Dziś przy kawie zachwycaliśmy się krajobrazami z Bułgarii, zarejestrowanymi na jakimś przyrodniczym filmie. A przecież pamiętam czasy, kiedy gwoździem programu telewizji była transmisja obrad sejmu… Matko, jak wiele i jak szybko się zmieniło…

Rekolekcje w Złotnikach bardzo udane. Sądzę, że łowiliśmy jakieś „grube ryby”, bo przeciwności, drobne choć dotkliwe, pojawiły się szybko. W poniedziałek zniknęła ciepła woda – w nowoczesnej, nowo wybudowanej plebanii. We wtorek trzasnęło ogrzewanie w jednym z kościołów. Uśmiechałem się do siebie, bo choć miało to charakter pewnej uciążliwości, to jednak cóż to znaczy, kiedy człek pomyśli, że kolejnych sto osób zawierzyło swoje życie Maryi.

Dziś zaś 6827 dzień mojego kapłaństwa i dokładnie 21 lat od złożenia ślubów wieczystych w Zakonie Braci Mniejszych Konwentualnych. Dwadzieścia jeden lat temu powiedziałem Bogu tak na zawsze, na wieki… To ma swój ciężar. I modlę się, żebym nigdy nie cofnął danego Mu słowa. Ludzka głupota bowiem jest groźna dla każdego, kto mieni się człowiekiem. Oby Pan nas zachował…