piątek, 9 stycznia 2015

usłysz to...


zdj:flickr/kim77_au/Lic CC
(Łk 4,14-22a)
Jezus powrócił w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana. Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa?

Mili Moi....
Przeraża mnie trochę ten proces zdrowienia rozciągnięty w czasie. Bo rzeczywiście zmiany są prawie niezauważalne. Niby juz mi lepiej, ale widzę, że jeszcze długa droga do rzeczywistego stanięcia na nogi. Ale wróciłem juz do odprawiania Mszy w kościele, no i kolęda... Zaczęło się :)

W Polsce nie bardzo ją lubiłem, bo wielokrotnie miałem poczucie, że ludzie się w obecności księdza strasznie napinają, męczą i właściwie nikt nie ma przyjemności. Ja, czego nie muszę chyba dowodzić, też nie czułem się w takich warunkach komfortowo. Ale tu, to co innego. Kolęda na zaproszenie. A zatem idzie się do tych, którzy przede wszystkim rzeczywiście chcą się spotkać. Co więcej, najczęściej są to ludzie, którzy się "księdza nie boją", potrafią rozmawiac i chętnie to czynią. Takie wizyty więc zwykle są bardzo przyjemne. U tych, których nie znam - bo mogę się do nich zbliżyć; u tych, których znam - bo człek się czuje jak w domu.

A poza tym? Czytam sobie... O tematach związanych z rekolekcyjnymi zamierzeniami w Chicago, ale przyznam, że idzie mi słabo. Pewnie dlatego, że moja kondycja nie pozwala jeszcze zanadto się skupić i czasem jedno zdanie czytam po cztery razy. A w przyszłym tygodniu będę musiał coś napisać. Bo dni płyną nieubłagalnie.

Jezus dziś inauguruje swoją działalność publiczną. Wygłasza pierwsze kazanie. Słowa są tak pełne wdzięku, że ludzie są oszołomieni. Nie mogą wyjść z podziwu skąd On to ma. Ten fragment jest jednym z częściej omawianych podczas studiów homiletycznych. Bo to taka wzorcowa homilia - z różnych względów. To jednak, co mi się dziś rzuciło w oczy, to prostota Jezusowych słów. On mówi rzeczy szalenie proste, a jednocześnie niezwykle potrzebne. Odpowiada na najżywsze oczekiwania i potrzeby słuchaczy, choć nie polega to na tym, że mówi to, co oni chcieliby usłyszeć. Nie pozwala sobą manipulować, ani nie daje się sprowokować do powiedzenia tego, czy owego, nie staje się zakładnikiem tekstu, który tradycja nakazuje widzieć w taki, a nie inny sposób...

Jezus... przywraca nadzieję. Odwołuje się do najgłębiej ukrytych ludzkich pragnień - do tej wolności od skutków grzechu, do tego nowego porządku świata, który może kiedyś nadejdzie. A Jezus mówi im - DZISIAJ! To już dzisiaj wchodzimy w realizację waszych tęsknot, waszych oczekiwań, waszych najgłębszych pragnień. Czujecie to? Dzisiaj...

Kiedy o tym myślę, oczami wyobraźni widzę wielu zasmuconych chrześcijan, którzy ustami wprawdzie wypowiadają prośbę - przyjdź Królestwo Twoje, ale nie ma w  nich cienia wiary, że ono kiedykolwiek nadejdzie... I to właśnie do nich, to właśnie do nas Jezus kieruje to głośne - DZISIAJ! Nie musisz czekać. Nadzieja jest tuż...

Te słowa były dziś dla mnie ważne jeszcze z innej przyczyny. Właśnie dlatego, że sam pracując nad kazaniami częstokroć wysilam się, żeby coś powiedzieć twórczo, inaczej, z jakimś nowym żarem. A rzecz jest znacznie prostsza - przywracać nadzieję. Słowem prostym, ale pełnym przekonania. Słowem, które zawiera w sobie mocne DZISIAJ...

czwartek, 8 stycznia 2015

zawsze zdziwiony...


zdj:flickr/John C. Shaw/Lic CC
(Mk 6,45-52)
Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzali Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Oni tym bardziej byli zdumieni w duszy, że nie zrozumieli sprawy z chlebami, gdyż umysł ich był otępiały.

Mili Moi...
Przyznać muszę, że choć bardzo, bardzo powoli, ale robi mi się chyba nieco lepiej. Dziś już okazałem się zdolny do celebrowania wieczornej Mszy Świętej w kościele, a po niej do poprowadzenia naszej cotygodniowej katechezy w ramach Rekolekcji Ewangelizacyjnych. To już ostatnia - o Kościele i wzroście. Pozostała nam jeszcze tylko radość modlitwy o nowe napełnienie Duchem Świętym.

Czytam i rozmyślam nad krótkimi rekolekcjami, które mam poprowadzić wkrótce dla sióstr w Chicago. Siostry zadały mi temat miłości oblubieńczej, co niekoniecznie rodzi we mnie burze pomysłów na poszczególne katechezy. Ale może do końca tygodnia coś sie jeszcze w tym moim zagrypionym łbie zrodzi...

A dziś zadzwoniłem do Macieja, mojego rocznikowego kolegi i zebrałem wszystkie najnowsze uczelniane ploteczki. Oczywiście przyprawiło mnie to tylko o depresję, bo okazało się, że wszyscy moi koledzy w swoich pracach doktorskich postępują, tylko ja... nawet nie zacząłem... Ale tak naprawdę ten telefon to też duża dawka dobrego śmiechu...

Urzeka mnie dziś ten Jezus modlący się na górze i doskonale widzący małą łódź swoich uczniów, którzy zmagają się z... życiem. Wszak są rybakami - to jezioro jest środowiskiem ich życia. Tam spędzają większość czasu, tam przeżywają codzienność, tam się realizują. Wzburzone morze symbolizuje również napór pokus. Wszak tam, w morzu właśnie, mieszkał według żydowskich przekonań Lewiatan, wąż starodawny. Morze dla większości Izraelitów było czymś przerażającym, a wzburzone... to już strach pomyśleć...

Oni się Go nie spodziewają. Może wszędzie. Ale z pewnością nie tam. Są zajęci pokonywaniem przeciwności. Są tak zajęci życiem bez Jezusa, że Jego nagłe pojawienie rodzi w nich paraliżujący strach. Zaczynają wrzeszczeć. On zjawia się nagle. Chce ich minąć - jakby tylko przypominając, że jest, że mogą na Niego liczyć. Ale dla nich, całkowicie zanurzonych w swoich sprawach, to przypomnienie jest jak błyskawica, która rozdziera niebo. Stają się nagle uczestnikami spraw, które całkowicie wykraczają poza ludzkie możliwości. Przerażeni... A On natychmiast uspokaja... Wcale nie chciał ich straszyć... Chciał przemienić ich rzeczywistość, chciał zapewnić o swojej obecności, chciał właśnie z lęku wyzwolić...

Do dziś ta historia lubi się powtarzać... Jezus na górze, modli się i patrzy na swoje dzieci, które w dolinie żyją tak, jakby Go nie było... Szalejące wichry i ich liche wysiłki. Miłość przynagla Go do zejścia  z góry i kroczenia po ludzkich wodach... I znów ten sam krzyk przerażenia. Człowieka, który spotkał swego Boga. A się nie spodziewał...

środa, 7 stycznia 2015

anioły gubią pióra...


zdj:flickr/3,000,000+ views Thank You!/Lic CC
(Mk 6,34-44)
Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce jest puste, a pora już późna. Odpraw ich. Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia. Lecz On im odpowiedział: Wy dajcie im jeść! Rzekli Mu: Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść? On ich spytał: Ile macie chlebów? Idźcie, zobaczcie! Gdy się upewnili, rzekli: Pięć i dwie ryby. Wtedy polecił im wszystkim usiąść gromadami na zielonej trawie. I rozłożyli się, gromada przy gromadzie, po stu i po pięćdziesięciu. A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi; także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. Jedli wszyscy do sytości. i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i ostatków z ryb. A tych, którzy jedli chleby, było pięć tysięcy mężczyzn.

Mili Moi...
Uprzejmie donoszę, że utknąłem w międzyświatach... To znaczy.... Trochę za dobrze się czuje, żeby umrzeć, ale jeszcze wciąż za słabo, żeby żyć. Ale żyć trzeba. Choć trochę na pół gwizdka. Jednakowoż biuletyn parafialny sam się nie zrobi, no i czas kolędowania się zaczął. Ale powoli wchodzę w obowiązki. Jeszcze jutro pewnie posiedzę w domu. Tym bardziej, że jakaś zima i u nas się zaczyna. Dziś popadał śnieg. I temperatury ujemne.

Polskim czytelnikom znów nie zgadzają się czytania. Spieszę z wyjaśnieniem, że my w Ameryce Objawienie Pańskie (Trzech Króli) przeżywaliśmy w niedzielę. Dlatego ostatni zestaw czytań na okrres bożonarodzeniowy, który w Polsce zacznie być odczytywany od jutra, my odczytujemy od poniedziałku. Następuje więc małe przesunięcie w czasie...

Dziś mam taki trochę smutny dzień... Co roku Trzech Króli to dla mnie dzień niezwykły, bo związany z losowaniem patronów i sentencji na nowy rok. Przywiązuję do tej tradycji zakonnej wielką wagę. Niestety do naszego klasztoru sentencje nie dotarły. Może bocian zgubił gdzieś nad Afryką. Tak, czy owak - patrona na razie nie ma i mądrości na ten rok, którą mógłbym się z wami podzielić też brak...

Ale za to Słowo rodzi wiele myśli... Pierwsza, która mi się dziś nasunęła, to... dobra rada Apostołów. Oni nie pytają Jezusa - co należy czynić? Oni Mu dobrze radzą - odpraw ich, niech idą nakupić sobie żywności... To przecież logiczne Panie Jezu... My wiemy, zagadałeś się, nie spostrzegłeś, że czas ucieka... Ale teraz już trzeba się pożegnać... (I widzę oczami ducha tego Pana Jezusa, który się delikatnie uśmiecha) Wy dajcie im jeść - pada odpowiedź...

I tu się zaczyna ta część opowieści, która mocniej przykuła moją uwagę. Oni zaczynają pokazywać Mu cała nielogiczność prośby - zobacz, za dwieście denarów (może tyle właśnie było w kasie) możemy nakupić (ale przecież i Ty i my wiemy, że to nie wystarczy dla jednej dziesiątej). Trochę jakby Mu mówili - czego Ty naprawdę od nas chcesz? A On chce właśnie tego, czego oni się tak bardzo boją... Ich bezradności. Utraty kontroli nad sytuacją. Zawierzenia.

Dopóki bowiem człek jest przekonany, że sam coś może to będzie brzdąkał denarami, zasypywał świat swoimi pomysłami, napinał muskuły i mówił, mówił, mówił... Dopiero kiedy zamilknie, przestanie kombinować, a muskułem czasem wstrząśnie szloch bezsilności, wówczas dopiero może wkroczyć Bóg, który pokazuje za każdym razem tak samo zaskoczonemu człowiekowi, niesłychanie prostą prawdę - Ja jestem tym, który czyni coś z niczego...

W obliczu wspominanej wczoraj Matki Teresy, z której serca wypłynęło tyle miłości, ile wszyscy jej nienawistni przeciwnicy nie byliby w stanie wykrzesać z siebie choćby miliony lat krzesali, widzę tę prawdę... On może uczynić coś z niczego. On z niczego może wyprowadzić bardzo wiele. Bo wybrał Bóg to co nie jest, by temu, co jest utrzeć nosa. I dopóki to, co nie jest zdaje sobie sprawę ze swej kondycji, uznaje swoją bezradność, dopóty Bóg może czynić cuda. Trwałe i wielkie... Ale i te małe i zwyczajne...

Dziś znów anioł zapukał do drzwi z rosołem... Moja bezradność stając przed Nim dzisiejszego wieczoru będzie dziękowała za anioły... I za cuda Jego miłości... Rozejrzyjcie się... Anioły czasem gubią pióra...



wtorek, 6 stycznia 2015

mały ołówek...


zdj:flickr/FredMikeRudy/Lic CC
(Mt 4,12-17.23-25)
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania.

Mili Moi...
No muszę przyznać, że naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz doświadczyłem takiej grypy jak obecnie. Wczoraj temperatura poszybowała do 40.1 stopnia. Nuciłem sobie po cichutku - anielski orszak niech twą duszę przyjmie... Ale najwyraźniej Pan nie chciał jeszcze śmierci grzesznika, lecz aby się szczerze nawrócił i żył. Bo w nocy temperatura spadła a o poranku było już 36.6. Jestem przekonany, że zawdzięczam to łasce Bożej i dobrym ludziom... Tym, którzy przynieśli leki, tym, którzy dostarczyli kapuśniak i kanapki, ale nade wszystko całej rzeszy tych, którzy zapewniali o modlitwie. Poruszające są słowa - ojcze, klękamy do modlitwy z rodziną, pamiętamy o tobie... W przebłyskach świadomości dziękowałem Bogu, że tak dużo życzliwości i dobra wokół. W takim klimacie można żyć i można umierać...

Moja codzienność wczorajsza i dzisiejsza dość monotonna, ale może taki chwilowy odpoczynek też dobrze mi zrobi. Przy okazji obejrzałem sobie film o Matce Teresie... Umacniający. Zobaczyłem na nowo ile ta kobieta musiała znieść - oszczerstw, pomówień, nieufności, kłód rzucanych pod nogi, niebezpieczeństwa nawet... Ale zaufała do końca robiąc swoje. W filmie padają słowa - to, co robimy jest tylko kroplą w oceanie, ale jeśli nie będziemy tego robić, to w oceanie właśnie tej naszej kropli będzie brakowało... A gdyby tak zdecydować się na takie zaufanie? A gdyby tak wejść na poważnie i wszystko zawierzyć Bogu nie troszcząc się o nic bo będąc przekonanym, że On zatroszczy się o wszystko? Czy nie tego właśnie chciał dla swoich braci św. Franciszek? Czy potęga dobrych ludzi, którzy mnie otaczają nie potwierdza nieustającej troski Boga... To jeden z wymiarów świętości... Dać się prowadzić za rękę... Nie widząc dalej niż na wyciągnięcie tej ręki właśnie... Nie wybiegając w dal, w przyszłość, nie czyniąc planów... Iść ufnie i zdecydowanie za światłem nigdy nie puszczając Jego ręki, wsłuchując się w delikatne słowa - nawracajcie się, bo Królestwo już blisko... Już blisko... Blisko...

Matka Teresa usłyszała słowo Jezusa z krzyża - Pragnę. Wypisane jest w kaplicy każdego domu sióstr misjonarek. Przypomina... Że największym pragnieniem Jezusa jestem ja i ty... Jest człowiek...



niedziela, 4 stycznia 2015

o Bogu podającym rękę...


zdj:flickr/xomiele/Lic CC
Mt 1, 18-25
18 Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. 19 Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. 20 Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: "Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. 21 Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów". 22 A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: 23 Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: "Bóg z nami". 24 Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, 25 lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.

Mili Moi...
Bardzo trudna sobota za mną. Trudna ze względu na to, że znów zachorowałem. Tym razem jednak dużo gwałtowniej, niż ostatnio. Temperatura po południu sięgała 39.3 a ja w takim stanie to zwykle widuję już białe myszki. Teraz jest odrobinę lepiej, choć jeszcze czasem targają mną dreszcze. Całe popołudnie przespałem w fotelu nie mogąc ruszyć ręką ani nogą. Przed południem udało mi sie jeszcze odprawić pogrzeb, ale Mszy popołudniowej już nie byłem w stanie wziąć. No i jakoś musze próbować dojść do siebie...

Dziś wspomnienie Świętego Imienia Jezus, w naszym zakonie bardzo ważne. I w Słowie czytamy o zwiastowaniu św. Józefowi... Myślę o nim w tym bożonarodzeniowym czasie często. Bo i on jest bohaterem. To młody mężczyzna, który pewnie nie planował spędzić życia w dziewiczym związku z żoną. Ma swoją wrażliwość, uczuciowość, ma swoją męską dumę, godność. I w to wszystko dość gwałtownie wkracza Pan, nie pytając go właściwie, w odróżnieniu od Maryi, o zdanie. Józef staje się trochę mimowolnym uczestnikiem zdarzeń. I nic dziwnego, że kotłuje się w nim wiele myśli, odczuć, refleksji.

Tak po ludzku patrząc - ma przyjąć żonę, która jest w ciąży z kimś. Nie tylko ma Jej ufać, ale ma każdego dnia patrzeć na nie swojego syna, którego ma wprowadzić w życie, swojego własnego nigdy nie posiadając. Czy to nie rodzi w nim buntu i oporu? Czy to nie prowadzi go do jakiegoś poczucia przegranej, takiej wielkiej straty czegoś, co się tak naprawdę jeszcze między nim, a Maryją nie zaczęło? I w to kłębowisko uczuć wkracza anioł. Robi to we śnie. Fakt, że Józef postępuje zgodnie z tymi wskazówkami, może pokazywać jak bardzo ten człowiek był spragniony, żeby mu ktoś doradził, żeby mu ktoś powiedział, co powinien zrobić. Osiągnął prawdopodobnie taki stan, że naprawdę czuł się zagubiony.

Zrozumiał jednak, że uczestniczy w czymś wielkim i skoro został w to wplątany, to musi się jakoś w tym odnaleźć. Bóg o nim nie zapomniał. Bóg go nie zlekceważył. Nie potraktował jak pionka na szachownicy, czy marionetkę. Bóg wie kiedy, z kim, do kogo przyjść...

I to jest sedno mojego rozmyślania dziś... Bo i ja mam swoje bunty. Czekam na wizytę anioła, lub inne rozwiązanie wielu spraw w moim życiu od lat. Chciałbym, żeby Pan Bóg zainterweniował, a On przychodzi, czy raczej przyjdzie w sobie znanym, najlepszym czasie. Wczoraj, kiedy się modliłem wieczorem, przyszedł Pan do mnie w swoim Słowie z Księgi Izajasza 49,8 - 8 Tak mówi Pan: "Gdy nadejdzie czas mej łaski, wysłucham cię, w dniu zbawienia przyjdę ci z pomocą". I wierzę, że tak właśnie będzie... Bo On zna czasy i chwile i wie kiedy przyjść najlepiej. Ufam więc, że niczym Józef, silny mężczyzna, trochę zagubiony wśród nadzwyczajnych wydarzeń, i ja przeżyję swoje zwiastowanie. To znaczy - ufam, że i wobec moich różnorodnych pytań i trudności Pan wypowie swoje Słowo rozpoczynające się od zwrotu - nie bój się...

sobota, 3 stycznia 2015

kim jestem?


zdj:flickr/Richie Wisbey/Lic CC
(J 1,19-28)
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

Mili Moi...
Taki męczący dosyć dzień... Pierwszy piątek, a to oznacza dla księdza trochę więcej pracy. Zwizytowałem dziś moich chorych i spotkałem wśród nich... Jezusa i prorokini Annę. Jezusa spotkałem w Walterze, który ze łzami w oczach opowiedział mi o swoich świętach, pierwszych bez żony...
A na zakończenie powiedział - father, you made my day, you were my visitor, you were my king... Poczułem się naprawdę jak jeden z trzech króli wizytujących Jezusa. Pobyłem chwilę z człowiekiem, który wyznał - nikt mnie nie odwiedza, nikt ojcze... Ale była jeszcze prorokini Anna... Ta z kolei objawiła się w postaci bardzo sędziwej Victorii, która na pożegnanie, jakby zupełnie bez związku z rozmową, którą prowadziliśmy, powiedziała mi - ojcze, bądź bardzo ostrożny, bo jesteś bardzo przystojnym mężczyzną i wiele kobiet będzie tobą zainteresowanych... I kiedy trudno było mi powstrzymać uśmiech, bo w lustro czasem spoglądam i odrobinę samokrytycyzmu posiadam, a oczy Victorii mają ponad 90 lat, to powiedziała coś, co wcale śmieszne nie było - pamiętaj ojcze, że demon bardzo chce, żebyś nie był księdzem i on nigdy się nie męczy i nie rezygnuje... Po raz nie wiem już który Pan Bóg zwrócił moją uwagę na rzeczy najważniejsze poprzez prostych ludzi, którzy pewnie wcale nie zdawali sobie sprawy jak bardzo uderzające były dla mnie ich słowa...

Wpisały się one bowiem w moją poranną medytację nad tożsamością. Co mówisz sam o sobie? Kluczowe pytanie postawione dziś Janowi Chrzcicielowi, które wybrzmiało i w moich uszach? Kim jestem? Jak odpowiedzieć na to pytanie, żeby nie prześlizgnąć się po powierzchni? I tu właśnie znów przed oczami stanęło mi kapłaństwo, bez którego nie wyobrażam sobie mojego życia i w żadnym wypadku nie chciałbym go przeżywać inaczej... W ostatnich dniach uświadomiłem sobie z nową siłą, jak bardzo je kocham i jak bardzo mi na nim zależy. Jestem niesłychanie szczęśliwym księdzem, bo On mi pozwala nim być. Nie skupiać na sobie, bo sam nie mam nic, ale odsyłać do Niego, który ma wszystko i jest hojny. Jestem kapłanem - gdyby mnie ktoś pytał co mówię sam o sobie, to właśnie tyle - to wystarczy, bo to dla mnie i według mnie najważniejszy aspekt mojego istnienia, za który nigdy Bogu dość nie podziękuję...

A wieczorem tak zwany "wake", czyli wizyta w domu pogrzebowym i krótkie modlitwy przed jutrzejszym pogrzebem. Mnóstwo ludzi i ja dukający modły po angielsku... Oto obraz Ameryki... Przeżyłem, ale jestem emocjonalnie wyczerpany....

Aha, i jeszcze spiesze z informacją do wszystkich czytelników, którzy zaglądają tu o 3 nad ranem, co utrudnia im czytanie ze zrozumieniem... Nie oblałem żadnego egzaminu na studiach... Oblałem pewien egzamin z życia... Dostałem bolesną lekcję samego siebie. To chciałem wczoraj napisać... Może za wiele niedomówień :) W każdym razie dziś czuję się z tym już nieco lepiej :) Niemniej życzliwych proszę o dodatkową modlitwę. Będę za nią nieprawdopodobnie wdzięczny....

piątek, 2 stycznia 2015

sen o synostwie...


zdj:flickr/System58.photos by David Alan Kidd/Lic CC
(Łk 2,16-21)
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Mili Moi...
No i weszliśmy w 2015 rok... Wielu autorów snuje domysły jaki to będzie rok, prawie wszyscy sobie czegoś w tym kontekście życzą, wiele osób czuje się zmotywowanych do jakichś postanowień wieszczących życiowe zmiany. Ja natomiast niezmiennie... Nie świętuje w tym dniu. I tradycyjnie - idę spać znacznie przed północą. To jednakowoż nie jest żaden protest ani manifestacja. Jedynie wewnętrzne przekonanie, że sylwestrowa noc nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla mojej codzienności i nie zasługuje na to, żeby ją w jakiś szczególny sposób czcić. Choć wczorajszego wieczoru towarzyszyłem przez chwilę ponad dwustu gościom, którzy zebrali się w sali pod kościołem, aby bawić się na imprezie zorganizowanej przez polską szkołę. Większość z nich to byli ludzie młodzi i naprawdę z przyjemnością pobyłem tam chwilę z nimi. Ale jak to na takich imprezach - ksiądz winien się w odpowiedniej chwili ulotnić, żeby nie krępować swoją obecnością, co też i ja niniejszym uczyniłem i już o 22.00 zajmowałem pozycję horyzontalną w swoim własnym łożu :) I o dziwo, w tym roku nie obudziły mnie żadne fajerwerki. A zatem w nowy rok wszedłem jak Pan Bóg przykazał - śpiąc :) Wszak noc w tej konstrukcji świata jest od spania :)

Nie zaglądałem tu przez dwa dni. Ale wiele się działo. Małych i prostych rzeczy, ale i nieco ważniejszych również. Uczę się siebie. Mam 35 lat i wciąż w niektórych dziedzinach życia jestem dla siebie zagadką. Innymi słowy - umiem zaskoczyć sam siebie. I niestety czasem nie są to miłe niespodzianki. Ale wszystko jest lekcją, nad którą trzeba popracować, czasem krócej, czasem dłużej. A emigracja nauce sprzyja. Doświadczałem tego już w Irlandii, doświadczam i tutaj. I czasem są to lekcje dość bolesne. Zdaję sobie sprawę, że piszę dość niejasno, ale nie chodzi o szczegóły, ile raczej o to, że dwa ostatnie dni były dla mnie dość trudne, czemu sam jestem winien. Materiały zebrane. Ćwiczenia zaliczone. Egzamin oblany, ale na szczęście jest możliwość poprawki :) Jakaś lekcja do odrobienia... Uczę się... Życia :)

A dziś rozmyślałem nad tajemnicą dziecięctwa, bo urzeka mnie fakt, że Ojciec mnie w Jezusie usynowił. I nie ma cienia przesady, kiedy zwracam się do Boga "Ojcze". To nie metafora, to nie jakiś obraz. To fakt. Co on jednak oznacza, czy jak się wyraża  w codzienności? Dzisiejszymi nauczycielami są pasterze i Maryja... Ci pierwsi, bo przychodzą do Jezusa w kontekście widzenia aniołów, którzy zwiastują im radość wielką. Przychodzą, bo nie mogą zlekceważyć tego wydarzenia, nie mogą stać w miejscu. Przychodzą nie po to, żeby coś załatwić z Jezusem, uzyskać jakąś łaskę, przedstawić Mu jakąś intencję. Przychodzą w perspektywie zachwytu cudownością zdarzeń, w których uczestniczą. Jak bardzo były one fascynujące, świadczy reakcja słuchaczy, którzy są zdumieni opowieściami pasterzy. Jak oni musieli o tym mówić... I to jest pierwsza, prosta odsłona synostwa. Ojciec jest fascynujący, niezwykły, zachwycający, porywający, absolutnie wyjątkowy... Jeśli tego będę doświadczał zawsze, nie tylko od święta, wówczas mogę tę naszą relację nazywać relacją Ojciec - syn....

Po wtóre - Maryja... Ona wszystko gromadzi w swoim sercu i rozważa. I to kolejna cecha syna (czy może lepiej dziecka) Bożego. Ta relacja jest, musi być prawdziwa. Dziecko Boga to ktoś, kto spotyka się ze swoim Ojcem w swoim własnym sercu, zawsze ma o czym z Nim rozmawiać, w Nim i u Niego szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania, ale i Jego pytań słucha, aby udzielić Bogu odpowiedzi. Wszak i Ojciec jest zainteresowany naszym życiem, tym jak my je widzimy... Nie ma relacji tam, gdzie nie ma spotkania...
Jeśli po tym, co napisałem nadal nie wyczuwasz czy możesz o sobie mówić jako o dziecku Boga, czy raczej jako o niewolniku, co według św. Pawła jest alternatywą, to odpowiedz sobie na jedno, proste pytanie - czy dzisiaj w kościele byłeś dlatego, że trzeba, że to święto obowiązkowe, że inaczej miałbyś grzech, czy może raczej dlatego, że chciałeś, pragnąłeś, tęskniłeś za spotkaniem z Ojcem u początku tego nowego roku. Teraz rozumiesz? Niewolnik funkcjonuje kategoriami "muszę, trzeba, konieczne jest, bo inaczej...". Syn zaś - "chcę, pragnę, tęsknie". A to istotna różnica...

Jakkolwiek jest, zaśnij ze świadomością, że synostwo jest na wyciągnięcie ręki...