czwartek, 22 stycznia 2026

po prostu cisza...


(Mk 3, 7-12)
Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A przyszło za Nim wielkie mnóstwo ludzi z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o tym, jak wiele działał. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby na Niego nie napierano. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: "Ty jesteś Syn Boży". Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały.

 

Mili Moi…
Bardzo uderzyło mnie dziś pytanie – czego ja szukam w Jezusie? Dlaczego ja za Nim podążam? Rzadko się nad tym zastanawiam, bo to jest jakiś temat należący do działu „oczywistości”. Ale wyrażenie tego w kilku zdaniach sprawiło mi niemałą trudność. Jak zwykle łatwiej było przez negację – czego dziś w Nim nie szukam. Nie szukam żadnego „show”, bardzo niedobrze czuję się w hałaśliwych, religijnych zgromadzeniach, nie pragnę radykalnej zmiany w moim stanie zdrowia, ani w moich codziennych zadaniach czy obowiązkach. Zdałem sobie sprawę, że to, czego najbardziej szukam i jestem spragniony, to bliskość i relacja, która wcale nie musi wyrażać się w uczuciach, dotykach, natchnieniach. Szukam takiej pewności, że On po prostu przy mnie jest.

Moja wizyta w Japonii (Akita) stałą się dla mnie ważnym punktem nawrócenia. Odkrywam powoli to, co Maryja tam dla mnie przygotowała. Ale już dziś mogę z radością przyznać, że udało mi się wprowadzić w budowanie relacji z Jezusem kilka rzeczy, których nie zdołałem wprowadzić przez lata. Bardzo mnie to cieszy, bo rozpoznałem, że moje życie duchowe domaga się większego zdyscyplinowania, które nie wiąże się z żądnym usztywnieniem, ile raczej z lepszym gospodarowaniem czasem. Co więcej, zdałem sobie sprawę, że dopiero teraz, grubo po czterdziestce, ja zaczynam powoli przeczuwać o co chodzi w życiu zakonnym, jak bardzo jest ono pochłaniające i uszczęśliwiające. Wyraźnie wyczuwam jakiś nowy etap, na którym się znalazłem. A tęsknota za Bogiem nie maleje. Jest dokładnie przeciwnie – rośnie ona i ogarnia mnie w coraz silniejszy sposób.

Spędzam kilka dni w domu. Styczeń jest chyba najlżejszym miesiącem w tym roku, jeśli chodzi o moje obowiązki. Zbieram siły, bo kiedy wyruszę w przyszły piątek, to wrócę… w Wielki Czwartek. Dawno nie było u mnie tak pracowitego Wielkiego Postu. A rozstrzał zadań jest ogromny… Rekolekcje parafialne, dla dorosłych i dla dzieci, siostry zakonne, Holandia, Niemcy… No i frajda poznawania nowych miejsc i ludzi, służby, która wydaje się wciąż być potrzebna.

W tym roku ulegam pokusie Apokalipsy… Księga dla „dorosłego Kościoła”, zwłaszcza listy do siedmiu wspólnot mnie zatrzymują i o nich zamierzam w tym roku mówić. Na razie sam poczytuję sporo różnych komentarzy i przygotowuję się do zmierzenia z tematem.

A poza tym? Badania, lekarze, wizyty, banki, urzędy – czyli wszystko to, co próbuję zmieścić w moich krótkich pobytach w Ostródzie…

1 komentarz:

  1. "..On po prostu przy mnie jest.."..w codziennosci

    OdpowiedzUsuń