Pasterze pospiesznie udali się do
Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli,
opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy
to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja
zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze
wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak
im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię,
nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.
Mili Moi…
Trzy etapy tej pasterskiej drogi
rzuciły mi się dziś w oczy. Najpierw mamy przybycie i przekonanie się na własne
oczy, co też wydarzyło się w Betlejem. To taki punkt, który każdy musi sam przeżyć
i nikt nas w nim nie zastąpi. Stanąć przed żłóbkiem i pochylić się nad
Tajemnicą. Ile radości musi im towarzyszyć! Ile zachwytu nad tym, co widzą! To
rodzi świadectwo. Bo przecież oni nie zajrzeli tam przechodząc obok. Oni
zostali tam posłani przez aniołów. I zdają sobie z tego sprawę. Mają świadomość
drogi, która doprowadziła ich do odkrycia tego miejsca i Niemowlęcia. Nic nie
stało się przypadkiem ani bez ich udziału. Są podmiotem działania. Okazali się
ważni. Ktoś powierzył im Tajemnicę. Dla pasterzy to nietypowa sytuacja. W
tamtym czasie z nimi akurat nigdy się nie liczono. A kiedy już poopowiadali,
wrócili do siebie, do swojego miejsca, ale przemienieni na tyle, że ich serce
eksploduje uwielbieniem. I już nic nie jest i nie będzie takie jak przedtem. Ich
oczy zostały naznaczone światłem z wysoka. I dla mnie jest to tak cudowna
historia, że rodzi ogromną tęsknotę. Chcę wzmacniać wszystkie trzy punkty w
swoim życiu, chcę je przeżywać z całą ich intensywnością. Chcę być bliżej
Tajemnicy. Każdego dnia coraz bliżej…
Wybaczcie, że długo mnie tu nie
było, ale jestem nieco intelektualnie zmęczony. Od kilku już ładnych dni tworzę…
Tym razem rekolekcje dla osób konsekrowanych na najbliższy rok. To zwykle
dokonuje się na przełomie roku, bo mam wtedy nieco czasu. A to mozolna praca. Bo choć pomysł dojrzewał we
mnie od dawna, to jednak jego realizacja domaga się zebrania treści,
przemyślenia, połączenia ich w jedną konferencję. A takich konferencji
potrzebuję zwykle dwanaście. Na dzień dzisiejszy mam ich osiem. A 7 stycznia
ruszam już do sióstr Józefitek, na których ten cykl zostanie wypróbowany i
przećwiczony. Tytuł – A jeśli nie miłość, to co?
Kiedy spoglądam za okno, błogosławię
Pana, że nie musiałem jechać nigdzie w te śnieżne dni. U nas, w Ostródzie
codziennie sypie, więc śniegu przybywa. Ale sytuacja jest już dziś chyba
opanowana. Choć początki były dość dramatyczne, jak z pewnością widzieliście w
mediach. Drogi wokół nas nawiedził jakiś armagedon. A ja stoję przy oknie, kaloryfer
grzeje kolana i podziwiam zimę. Patrzę na wielką czapę śniegu na aucie i mówię
sobie – nie muszę… Jeszcze przez kilka dni nie muszę go odśnieżać i nie muszę
jechać w ten zaśnieżony świat.
Celebrujemy z braćmi święta.
Jesteśmy razem, oglądamy filmy (ja zwykle tylko kawałek, bo trzeba tworzyć),
śmiejemy się, żartujemy, modlimy i śpiewamy kolędy. Zakon potrafi być cudowną
rodziną, w której jest mi od 25 lat naprawdę dobrze. Bo dzielę życie z ludźmi,
którym świętość chodzi po głowie i szukają sposobów na jej osiągnięcie. I może
to jest recepta na szczęście…
PS. Moja ciotka, o której nie jeden
raz pisałem, jest już bardzo, bardzo słaba… Organizm się poddaje, a choroba
zbliża ją do kresu. Cokolwiek się wydarzy, jest przygotowana – cudownie móc o to
zadbać. Ale Was drodzy Czytelnicy proszę o jedno Zdrowaś w jej intencji. Niech
Pan dokonuje w jej życiu swojego dzieła…
A Wam wszystkim cudownego 2026 roku
+