W związku z pojawieniem się wśród komentatorów Pana Marka, z którym (mówiąc najoględniej) skrajnie różnie rozumiemy naszą miłość do Kościoła, wprowadzam od dziś opcję, której zawsze unikałem - mianowicie zatwierdzanie komentarzy przed ich opublikowaniem. Jestem w stanie znieść nadinterpretacje i obelgi pod swoim adresem, ale nie zamierzam pozwalać, żeby w miejscu, które ma służyć budowaniu wiary ktoś siał zamęt i niepokój falszywymi informacjami na temat Kościoła i Jego nauki. Nie mam niestety czasu, żeby zapobiegać spustoszeniom, które błedy Pana Marka mogą spowodować wśród przypadkowych zwłaszcza Czytelników. Dlatego od dziś taka opcja.
niedziela, 14 grudnia 2014
Eliasz, Jan, Jezus i inni...
(Mt
17,10-13)
Kiedy
schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: Czemu więc uczeni w Piśmie
twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie
i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i
postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał.
Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.
Mili Moi....
No i stało się to, co się stać musiało... Jestem chory. Coś mnie dorwało i sprawdza moją cierpliwość. A zajęć nie ubywa i nie można się z żadnego wymigać. Więc antybiotyk polski, niezawodny poszedł w ruch, a ja próbuję trochę udawać, że czuję się lepiej, niż jest w rzeczywistości. Ale tak wielu dobrych ludzi wokół. Przynoszą niezawodne środki, którymi sami się leczą - nalewki, syropy, płukanki... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...
A poza drobną niedyspozycją same radości. Dziś dzieciaki z Polskiej Szkoły wystawiły nam wieczorem przedstawienie bożonarodzeniowe, w którym i mnie przypadła rola, która jest mi nieobca od seminaryjnych czasów. Ileż to razy odgrywałem rolę Mikołaja... Ale tu trochę łatwiej... Dobry pan Antoni, krawiec, uszył mi czapkę, w sklepie do kupienia różne warianty brody i czego tam jeszcze Mikołajowi potrzeba... To nie chałturnicze, seminaryjne wysiłki, żeby jakoś wyglądać...
A Pan Jezus dziś znów o przewrotności. Jan Chrzciciel w niektórych środowiskach odnosił "sukcesy", ale przez innych był odrzucany. Może zbyt ascetyczny, może nazbyt wymagający, może surowy... Ale ci sami, którzy odrzucali Jana, odrzucili również Jezusa, który zachowywał się zgoła odmiennie od Jana. Przewrotność polegająca na tym, że każdy argument jest dobry, aby sie nie nawrócić... W każdym z nas jakaś cząstka takiej przekory tkwi - czasem większa, czasem mniejsza...
A każdy głosiciel musi spotkać się z tym samym. Dla jednych za cicho mówi, według innych krzyczy; są tacy, którzy uważają, że powinien dobitniej, inni są przekonani, że już jest zbyt surowy; bywają chwalący jego styl, ale są i tacy, którzy wypunktują każde niepotrzebne słówko; dla jednych zbyt biblijny, inni oczekiwaliby jeszcze więcej przykładów z Pisma... I nigdy to nasze głoszenie nie może podlegać temu swoistemu "koncertowi życzeń". Mamy brać pod uwagę realne potrzeby słuchaczy, ale nie próbować przypodobać się nikomu - ani w doborze tematu, ani w sposobie przemawiania. Ani Jan tego nie czynił, ani tym bardziej Jezus...
Może więc jutro, w jakimkolwiek kościele będziesz, wsłuchaj się w kaznodzieję - żebyś nie rozminął się z "Eliaszem", który przyszedł prostować drogę przed Panem...
Mili Moi....
No i stało się to, co się stać musiało... Jestem chory. Coś mnie dorwało i sprawdza moją cierpliwość. A zajęć nie ubywa i nie można się z żadnego wymigać. Więc antybiotyk polski, niezawodny poszedł w ruch, a ja próbuję trochę udawać, że czuję się lepiej, niż jest w rzeczywistości. Ale tak wielu dobrych ludzi wokół. Przynoszą niezawodne środki, którymi sami się leczą - nalewki, syropy, płukanki... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...
A poza drobną niedyspozycją same radości. Dziś dzieciaki z Polskiej Szkoły wystawiły nam wieczorem przedstawienie bożonarodzeniowe, w którym i mnie przypadła rola, która jest mi nieobca od seminaryjnych czasów. Ileż to razy odgrywałem rolę Mikołaja... Ale tu trochę łatwiej... Dobry pan Antoni, krawiec, uszył mi czapkę, w sklepie do kupienia różne warianty brody i czego tam jeszcze Mikołajowi potrzeba... To nie chałturnicze, seminaryjne wysiłki, żeby jakoś wyglądać...
A Pan Jezus dziś znów o przewrotności. Jan Chrzciciel w niektórych środowiskach odnosił "sukcesy", ale przez innych był odrzucany. Może zbyt ascetyczny, może nazbyt wymagający, może surowy... Ale ci sami, którzy odrzucali Jana, odrzucili również Jezusa, który zachowywał się zgoła odmiennie od Jana. Przewrotność polegająca na tym, że każdy argument jest dobry, aby sie nie nawrócić... W każdym z nas jakaś cząstka takiej przekory tkwi - czasem większa, czasem mniejsza...
A każdy głosiciel musi spotkać się z tym samym. Dla jednych za cicho mówi, według innych krzyczy; są tacy, którzy uważają, że powinien dobitniej, inni są przekonani, że już jest zbyt surowy; bywają chwalący jego styl, ale są i tacy, którzy wypunktują każde niepotrzebne słówko; dla jednych zbyt biblijny, inni oczekiwaliby jeszcze więcej przykładów z Pisma... I nigdy to nasze głoszenie nie może podlegać temu swoistemu "koncertowi życzeń". Mamy brać pod uwagę realne potrzeby słuchaczy, ale nie próbować przypodobać się nikomu - ani w doborze tematu, ani w sposobie przemawiania. Ani Jan tego nie czynił, ani tym bardziej Jezus...
Może więc jutro, w jakimkolwiek kościele będziesz, wsłuchaj się w kaznodzieję - żebyś nie rozminął się z "Eliaszem", który przyszedł prostować drogę przed Panem...
piątek, 12 grudnia 2014
takie proste...
zdj:flickr/JLM Photography./Lic CC
(Mt
11,11-15)
Jezus
powiedział do tłumów: Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie
powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim
większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie
doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo
prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma
przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!
Mili Moi...
No wyłazi ze mnie zmęczenie rekolekcyjne. Niegdyś misjonarz po wygłoszeniu rekolekcji miał prawo do dodatkowego jajka i solidnego kufla piwa. Dziś ani jedno ani drugie nie stanowiło przedmiotu moich marzeń. Tylko odrobinę pospać... I udało mi się... Mój dobry proboszcz zarządził, żebym sobie odpoczywał i tak też spróbowałem przeżyć dzień... Ale oczywiście nie do końca się udało...
Po obiedzie pojawił się telefon z informacją, że trzeba podjechać do Fairfield i namaścić jedną naszą wiekową parafiankę, której stan zdrowia gwałtownie sie pogorszył w domu spokojnej starości, w którym przebywa. Los padł na mnie, bo proboszcz miał spotkanie, którego nie mógł odwołać. Nauczyłem się więc dziś czegoś nowego. Ale, co mnie cieszy, jestem już znacznie odważniejszy w kontaktach z tym amerykańskim światem. Obrazek raczej smutny... Nieprzytomna staruszka, pusty pokój, ryczący telewizor, ja, Pan Jezus na mojej piersi (którego niestety nie mogła już przyjąć), oleje na dłoniach i czole, cicha modlitwa, w której mam nadzieję, przynajmniej kilku niebiańskich gości uczestniczyło... W tym świecie nikt nie znalazł czasu...
A kiedy Myślę o Janie Chrzcicielu, przychodzi mi do głowy jego radykalizm, ale również taka prosta akceptacja swojego miejsca na ziemi. On nie chciał być nikim innym, niż był w rzeczywistości. Nie chciał udawać, nie chciał, budować fałszywej sławy na ludzkich napięciach związanych z oczekiwaniem na Mesjasza. Jak łatwo było się za niego podać. Miałby wszystko... Może przez niedługą chwilę, ale żyłby jak król. Pytanie - czy warto? Odpowiedź - lepiej być sobą... Wówczas człek dłużej i intensywniej cieszy się swoim życiem, odkrywa w nim sens i potrafi dzielić się nim z innymi. Aż do kresu... Niczym Jan...
Kiedy stałem dziś przy łóżku tej powoli gasnącej kobiety, zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, a Pan Bóg posłał mnie do niej w jednym z najważniejszych momentów jej życia. I chciał być tam z nią i ze mną. Uczynił mnie kapłanem również dla takich chwil. I one mają tak porażający sens, a jednocześnie są tak niezwykle proste... Takie proste...
Nie trzeba nic więcej... Wystarczy być sobą... W tym świecie... Żeby i w tamtym... być... sobą...
Mili Moi...
No wyłazi ze mnie zmęczenie rekolekcyjne. Niegdyś misjonarz po wygłoszeniu rekolekcji miał prawo do dodatkowego jajka i solidnego kufla piwa. Dziś ani jedno ani drugie nie stanowiło przedmiotu moich marzeń. Tylko odrobinę pospać... I udało mi się... Mój dobry proboszcz zarządził, żebym sobie odpoczywał i tak też spróbowałem przeżyć dzień... Ale oczywiście nie do końca się udało...
Po obiedzie pojawił się telefon z informacją, że trzeba podjechać do Fairfield i namaścić jedną naszą wiekową parafiankę, której stan zdrowia gwałtownie sie pogorszył w domu spokojnej starości, w którym przebywa. Los padł na mnie, bo proboszcz miał spotkanie, którego nie mógł odwołać. Nauczyłem się więc dziś czegoś nowego. Ale, co mnie cieszy, jestem już znacznie odważniejszy w kontaktach z tym amerykańskim światem. Obrazek raczej smutny... Nieprzytomna staruszka, pusty pokój, ryczący telewizor, ja, Pan Jezus na mojej piersi (którego niestety nie mogła już przyjąć), oleje na dłoniach i czole, cicha modlitwa, w której mam nadzieję, przynajmniej kilku niebiańskich gości uczestniczyło... W tym świecie nikt nie znalazł czasu...
A kiedy Myślę o Janie Chrzcicielu, przychodzi mi do głowy jego radykalizm, ale również taka prosta akceptacja swojego miejsca na ziemi. On nie chciał być nikim innym, niż był w rzeczywistości. Nie chciał udawać, nie chciał, budować fałszywej sławy na ludzkich napięciach związanych z oczekiwaniem na Mesjasza. Jak łatwo było się za niego podać. Miałby wszystko... Może przez niedługą chwilę, ale żyłby jak król. Pytanie - czy warto? Odpowiedź - lepiej być sobą... Wówczas człek dłużej i intensywniej cieszy się swoim życiem, odkrywa w nim sens i potrafi dzielić się nim z innymi. Aż do kresu... Niczym Jan...
Kiedy stałem dziś przy łóżku tej powoli gasnącej kobiety, zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, a Pan Bóg posłał mnie do niej w jednym z najważniejszych momentów jej życia. I chciał być tam z nią i ze mną. Uczynił mnie kapłanem również dla takich chwil. I one mają tak porażający sens, a jednocześnie są tak niezwykle proste... Takie proste...
Nie trzeba nic więcej... Wystarczy być sobą... W tym świecie... Żeby i w tamtym... być... sobą...
czwartek, 11 grudnia 2014
pocieszony...
zdj:flickr/Thomas N./Lic CC
(Mt
11,28-30)
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i
obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie
się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz
waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.
Mili Moi...
No i zakończyliśmy rekolekcje adwentowe w naszej parafii. Ludzi dziś chyba było najwięcej. Niektórzy mówili, że jak w niedziele, ale ja nie mam takiej miary w oczach, żeby to ocenić. Z pewnością było trochę ludzi, których twarze były dla mnie zupełnie obce. W każdym razie każdy rekolekcjonista odczuwa radość, kiedy ludzi nie ubywa, ale przybywa. A ja mogę tylko podkreślić jeszcze raz coś, co już wielokrotnie mówiłem - uwielbiam głosić Słowo i doświadczam ogromnej radości, kiedy znajdują się tacy, którzy chcą go słuchać. Przy okazji już dwa głosy w konfesjonale zasugerowały, że przydałyby się spotkania nad Słowem Bożym, które tłumaczone, mogłoby głębiej docierać do ludzkich serc. Zobaczymy co da się zrobić. Chodzi mi po głowie taki comiesięczny dzień skupienia dla parafii. Tylko wiadomo, że jeśli się człek na coś zdecyduje, to trzeba w tym konsekwentnie trwać - przygotowywać się i traktować poważnie uczestników. A nas nadal jest tutaj tylko dwóch... Wiele radości z tych naszych rekolekcji doznałem... Wiele radości...
Ale to nie jedyne rekolekcje, które trwały w naszej parafii. Odnowa w Duchu Świętym przeżywa swoje REO. Dziś mieliśmy nabożeństwo wyboru Jezusa Panem swojego życia. Po Mszy wieczornej. Właściwie przed chwilą skończyliśmy. Zrobiłem to tak, jak zwykle tego nie robię :) A mianowicie - ze względu na niewielką liczbę osób, każdy indywidualnie podchodził do Jezusa i wyznawał Go Panem swojego życia własnymi słowami. Zwykle, kiedy jest dużo ludzi, wybieramy jakąś inną formę tego wyznania. Piękne to jednak były chwile. Piękne wyznania. I cieszę się, że zrobiliśmy to właśnie tak...
A z mniej ważnych rzeczy... Godzina spędzona w banku na zakładaniu konta i wypytywaniu naszej zaprzyjaźnionej Virginii o wszystkie szczegóły, żebym wreszcie mógł zrozumieć w czym ułatwia mi życie to wszystko, co do tej pory zdaje mi się tylko to życie utrudniać. No i godziny spędzone z książką "doktoratową". Nareszcie się dziś wziąłem za coś, co powinienem był ruszyć już dawno temu. Zobaczymy na ile zapału wystarczy.
A dziś, kiedy medytowałem Słowo o poranku... poczułem się bardzo zmęczony. Ja od lat nie pracuję w parafii. Nie jestem przyzwyczajony do jej tempa i dynamizmu, zwłaszcza, że podkreślę to jeszcze raz - jest nas tylko dwóch. Ale to moje zmęczenie mnie nie przygnębia, bo ono dziś w sposób szczególny daje mi przystęp do Jezusa. Wszyscy utrudzeni i obciążeni mogą się zjawić przed Nim i nikt nie odejdzie w takim samym stanie, jak przyszedł. Wierzę w to i ufam, że nawet jeśli nie na ziemi, to w niebie nadejdzie kiedyś czas odpoczynku. A dzisiejsza radość rekolekcyjna jest dla mnie znaczącym pokrzepieniem. Bo przynajmniej widzę, że ten wysiłek ma jakiś sens. A jeśli jeszcze ktoś na nim skorzysta, to radość się podwaja...
Przyjdźcie do Jezusa i pozwólcie się pokrzepić... Bo w Jego obecności nawet w największym umęczeniu człek doznaje pocieszenia...
Mili Moi...
No i zakończyliśmy rekolekcje adwentowe w naszej parafii. Ludzi dziś chyba było najwięcej. Niektórzy mówili, że jak w niedziele, ale ja nie mam takiej miary w oczach, żeby to ocenić. Z pewnością było trochę ludzi, których twarze były dla mnie zupełnie obce. W każdym razie każdy rekolekcjonista odczuwa radość, kiedy ludzi nie ubywa, ale przybywa. A ja mogę tylko podkreślić jeszcze raz coś, co już wielokrotnie mówiłem - uwielbiam głosić Słowo i doświadczam ogromnej radości, kiedy znajdują się tacy, którzy chcą go słuchać. Przy okazji już dwa głosy w konfesjonale zasugerowały, że przydałyby się spotkania nad Słowem Bożym, które tłumaczone, mogłoby głębiej docierać do ludzkich serc. Zobaczymy co da się zrobić. Chodzi mi po głowie taki comiesięczny dzień skupienia dla parafii. Tylko wiadomo, że jeśli się człek na coś zdecyduje, to trzeba w tym konsekwentnie trwać - przygotowywać się i traktować poważnie uczestników. A nas nadal jest tutaj tylko dwóch... Wiele radości z tych naszych rekolekcji doznałem... Wiele radości...
Ale to nie jedyne rekolekcje, które trwały w naszej parafii. Odnowa w Duchu Świętym przeżywa swoje REO. Dziś mieliśmy nabożeństwo wyboru Jezusa Panem swojego życia. Po Mszy wieczornej. Właściwie przed chwilą skończyliśmy. Zrobiłem to tak, jak zwykle tego nie robię :) A mianowicie - ze względu na niewielką liczbę osób, każdy indywidualnie podchodził do Jezusa i wyznawał Go Panem swojego życia własnymi słowami. Zwykle, kiedy jest dużo ludzi, wybieramy jakąś inną formę tego wyznania. Piękne to jednak były chwile. Piękne wyznania. I cieszę się, że zrobiliśmy to właśnie tak...
A z mniej ważnych rzeczy... Godzina spędzona w banku na zakładaniu konta i wypytywaniu naszej zaprzyjaźnionej Virginii o wszystkie szczegóły, żebym wreszcie mógł zrozumieć w czym ułatwia mi życie to wszystko, co do tej pory zdaje mi się tylko to życie utrudniać. No i godziny spędzone z książką "doktoratową". Nareszcie się dziś wziąłem za coś, co powinienem był ruszyć już dawno temu. Zobaczymy na ile zapału wystarczy.
A dziś, kiedy medytowałem Słowo o poranku... poczułem się bardzo zmęczony. Ja od lat nie pracuję w parafii. Nie jestem przyzwyczajony do jej tempa i dynamizmu, zwłaszcza, że podkreślę to jeszcze raz - jest nas tylko dwóch. Ale to moje zmęczenie mnie nie przygnębia, bo ono dziś w sposób szczególny daje mi przystęp do Jezusa. Wszyscy utrudzeni i obciążeni mogą się zjawić przed Nim i nikt nie odejdzie w takim samym stanie, jak przyszedł. Wierzę w to i ufam, że nawet jeśli nie na ziemi, to w niebie nadejdzie kiedyś czas odpoczynku. A dzisiejsza radość rekolekcyjna jest dla mnie znaczącym pokrzepieniem. Bo przynajmniej widzę, że ten wysiłek ma jakiś sens. A jeśli jeszcze ktoś na nim skorzysta, to radość się podwaja...
Przyjdźcie do Jezusa i pozwólcie się pokrzepić... Bo w Jego obecności nawet w największym umęczeniu człek doznaje pocieszenia...
wtorek, 9 grudnia 2014
zapełnij ten kościół...
zdj:flickr/eye2eye/Lic CC
(Łk 1,26-38)
Bóg posłał
anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej
mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł
wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona
zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz
anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto
poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i
będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida.
Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na
to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej
odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię.
Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto
również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w
szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic
niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się
stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł.
Mili Moi...
Drugi dzień naszych rekolekcji. Na porannych Roratach było około 60 osób. Niewiele? Ależ to ponad sto procent więcej, niż zwykle. Poza tym pełne kościoły widywane w Polsce, to rzeczywistość na tę chwilę tutaj nieosiągalna. Nie mam oczywiście żadnej skali porównawczej, ale ucieszyła mnie ta poranna liczba słuchaczy Słowa. Nie mówiąc już oczywiście o wieczornej, która była kilkakrotnie wyższa, niż ta poranna. Przyznam szczerze, że uśmiechnęła mi się gębą, kiedy zobaczyłem tak wiele osób w kościele, choć nie ukrywam, że również brak niektórych odczułem dziś bardzo boleśnie. Tak to już jest - małe i większe niespodzianki. Niemniej cieszę się tymi, którzy są i naprawdę dziękuję za nich Jezusowi. Za to, że przychodzą, że mają do mnie cierpliwość (a tej jednak nieco potrzeba - wie każdy, kto mnie kiedyś słuchał), że dali Bogu szansę. Bo ja im nic nie dam, ponieważ nic nie mam. Bóg ma wszystko, a ja mam im tylko przekazać... Cieszę się, że są gotowi wziąć. A i ja mam nadzieję, że coś zyskam. Bo to zawsze działa w dwie strony. Rekolekcjonista też korzysta - nie odchodzi biedniejszy ( i zapewniam, że nie mówię tu o dobrach materialnych).
A podczas rekolekcji śpiewa nasz zespół (chciałem z rozpędu napisać "młodzieżowy", ale to może jednak byłaby lekka przesada). Niemniej ich posługa jest również bardzo poruszająca. Bardzo się starają i naprawdę efekt jest wspaniały. W prostocie, bo to zaledwie jedna gitara i cztery głosy, ale za to efekt... Bardzo mnie wzrusza. I myślę sobie, że ich obecność również znacząco wpłynie na przeżywanie rekolekcji przez słuchaczy.
A ja podczas rozmyślania dzisiejszego znów skupiłem się na słowach - dla Boga nie ma nic niemożliwego. Usłyszałem je wielokrotnie przed moim przyjazdem tutaj. Zwłaszcza kiedy myślałem o moich językowych obawach, to Pan powtarzał mi wciąż - dla Boga nie ma nic niemożliwego. I rzeczywiście pokazał mi tu bardzo wyraźnie, że nawet z tak lichym narzędziem językowym można tu żyć i działać. I dlatego dziś Mu powiedziałem - Panie Jezu, teraz przekonaj mnie o tym samym w sprawie doktoratu... Nic niemożliwego dla Boga. Więc może to się jakoś da ogarnąć. Nie spodziewam się, że Pan Bóg napisze go za mnie, ale ufam, że znajdzie sposób jak mnie skłonić, żebym się nim zajął, jeśli rzecz jasna nadal jest on Jego wolą. Dziś ósmy grudnia. Od ośmiu dni powinienem się ta sprawą pilnie zajmować. Taki był plan. Ale jak powiadam - moje plany są tu często modyfikowane. Więc i ten uległ zmianie... Ale nie tracę nadziei... Wszak dla Boga nie ma nic niemożliwego...
A wspominałem już, że wczoraj wieczorem dwa wozy strażackie postanowiły nawiedzić nasz kościół? Tak, tak... To nasz alarm przeciwpożarowy dał znów o sobie znać... Strażacy w pełnym ekwipunku z bosakami w dłoni przeszukiwali każdy zakamarek naszej świątyni w poszukiwaniu ognia piekielnego... Ale nie znaleźli. A dziś ekspert kolejny podobno znalazł przyczynę awarii i ją usunął... Do następnego razu...
Mili Moi...
Drugi dzień naszych rekolekcji. Na porannych Roratach było około 60 osób. Niewiele? Ależ to ponad sto procent więcej, niż zwykle. Poza tym pełne kościoły widywane w Polsce, to rzeczywistość na tę chwilę tutaj nieosiągalna. Nie mam oczywiście żadnej skali porównawczej, ale ucieszyła mnie ta poranna liczba słuchaczy Słowa. Nie mówiąc już oczywiście o wieczornej, która była kilkakrotnie wyższa, niż ta poranna. Przyznam szczerze, że uśmiechnęła mi się gębą, kiedy zobaczyłem tak wiele osób w kościele, choć nie ukrywam, że również brak niektórych odczułem dziś bardzo boleśnie. Tak to już jest - małe i większe niespodzianki. Niemniej cieszę się tymi, którzy są i naprawdę dziękuję za nich Jezusowi. Za to, że przychodzą, że mają do mnie cierpliwość (a tej jednak nieco potrzeba - wie każdy, kto mnie kiedyś słuchał), że dali Bogu szansę. Bo ja im nic nie dam, ponieważ nic nie mam. Bóg ma wszystko, a ja mam im tylko przekazać... Cieszę się, że są gotowi wziąć. A i ja mam nadzieję, że coś zyskam. Bo to zawsze działa w dwie strony. Rekolekcjonista też korzysta - nie odchodzi biedniejszy ( i zapewniam, że nie mówię tu o dobrach materialnych).
A podczas rekolekcji śpiewa nasz zespół (chciałem z rozpędu napisać "młodzieżowy", ale to może jednak byłaby lekka przesada). Niemniej ich posługa jest również bardzo poruszająca. Bardzo się starają i naprawdę efekt jest wspaniały. W prostocie, bo to zaledwie jedna gitara i cztery głosy, ale za to efekt... Bardzo mnie wzrusza. I myślę sobie, że ich obecność również znacząco wpłynie na przeżywanie rekolekcji przez słuchaczy.
A ja podczas rozmyślania dzisiejszego znów skupiłem się na słowach - dla Boga nie ma nic niemożliwego. Usłyszałem je wielokrotnie przed moim przyjazdem tutaj. Zwłaszcza kiedy myślałem o moich językowych obawach, to Pan powtarzał mi wciąż - dla Boga nie ma nic niemożliwego. I rzeczywiście pokazał mi tu bardzo wyraźnie, że nawet z tak lichym narzędziem językowym można tu żyć i działać. I dlatego dziś Mu powiedziałem - Panie Jezu, teraz przekonaj mnie o tym samym w sprawie doktoratu... Nic niemożliwego dla Boga. Więc może to się jakoś da ogarnąć. Nie spodziewam się, że Pan Bóg napisze go za mnie, ale ufam, że znajdzie sposób jak mnie skłonić, żebym się nim zajął, jeśli rzecz jasna nadal jest on Jego wolą. Dziś ósmy grudnia. Od ośmiu dni powinienem się ta sprawą pilnie zajmować. Taki był plan. Ale jak powiadam - moje plany są tu często modyfikowane. Więc i ten uległ zmianie... Ale nie tracę nadziei... Wszak dla Boga nie ma nic niemożliwego...
A wspominałem już, że wczoraj wieczorem dwa wozy strażackie postanowiły nawiedzić nasz kościół? Tak, tak... To nasz alarm przeciwpożarowy dał znów o sobie znać... Strażacy w pełnym ekwipunku z bosakami w dłoni przeszukiwali każdy zakamarek naszej świątyni w poszukiwaniu ognia piekielnego... Ale nie znaleźli. A dziś ekspert kolejny podobno znalazł przyczynę awarii i ją usunął... Do następnego razu...
poniedziałek, 8 grudnia 2014
przeźroczystość...
(Mk 1,1-8)
Początek
Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka
Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją.
Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki.
Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie
grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy
Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/
swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około
bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną
mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać
rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem
Świętym.
Mili Moi...
A dziś rozpoczęliśmy nasze rekolekcje adwentowe. Niektórzy mówią, że długo mówię, ale co oni tam wiedzą :) No nie przywykli jeszcze... Lubię mówić i nie mogę się powstrzymać jak już zacznę. Mówimy o wierze. O podstawach. Wydaje mi się to ciągle najważniejsze. Podczas rekolekcji zdecydowaliśmy się zbierać ofiary na Dom Samotnej Matki prowadzony przez siostry nazaretanki w Krakowie. Uznałem, że byłoby niestosowne zbierać w swojej własnej parafii na potrzeby rekolekcjonisty :) A Adwent to znakomity czas, żeby zrobić coś dla ochrony życia. Postanowiliśmy więc podzielić się z tymi, które dla obrony życia i rodziny potrafią zrobić dużo... Ufam, że nasi parafianie odpowiedzą... Są tacy dobrzy...
Po południu zaś udałem się na świąteczny koncert naszego, tanecznego zespołu polonijnego "Polanie" do teatru w Stratford. Powiedzieć, że jestem oczarowany... to stanowczo za mało. Przez ponad dwie godziny znajdowałem się w jakimś innym świecie. W świecie ludzi, którym się przede wszystkim chce; którzy wykonali ogromną pracę; którzy wierzą, że naszą, polską kulturę należy pokazywać i zachowywać. Polanie dziś zdobyli moje serce, bo po raz pierwszy zobaczyłem ich w pełnej krasie. A kiedy jeszcze ogłosili, że część z zebranych dziś pieniędzy zamierzają przekazać na... nasz rekolekcyjny cel, to już całkiem mnie zamurowało. Skromne "dziękuję" nie wyrazi z pewnością tego, co myślę o tym geście...
Tak chciałbym czegokolwiek nauczyć się od Jana Chrzciciela. Dziś z takim wstydem myślę o jego postaci. Nie dość, że wiódł życie umartwione, pełne ascezy i pokuty, nie dość, że w swoim radykalnym przylgnięciu do Bożego wezwania nie ma sobie równych, to jeszcze nigdy, ale to nigdy nie zasłaniał sobą Mistrza. Wiedział, gdzie jest jego miejsce i nie miał żadnego problemu, żeby na tym miejscu trwać. Jezus "odebrał" mu wszystko. A może "uwolnił go"? Uczniowie Jana poszli za Panem, ale dzięki temu Jan nie musiał się już martwić, że ludzie jego będą nadal podejrzewać o to, że jest Mesjaszem. Tłumy poznawszy Jezusa z pewnością nie chodziły już do Jana, ale dzięki temu radość Jana się spotęgowała. Wydaje się jednak, że Jan nigdy nie przestał głosić. Wszak w kontekście głoszenia stracił życie.
Cokolwiek z Jana... Ani życie pokuty, ani radykalizm, ani pokora, nic mnie z tym Janem nie łączy... Ale nie te wymienione budzą moją najżywszą tęsknotę. To, czego najbardziej pragnę, to przekazywać ludzi Jezusowi, nie zatrzymywać ich na sobie, prowadzić ich do Niego. Bo ja nie mam nic, a On ma wszystko. Im bardziej ja będę należał do Niego, tym łatwiej będzie mi przekonywać innych, że warto. Stawać się przeźroczystym i podobnie jak Jan największą radość czerpać z tego, że chwała Jezusa wzrasta, a moja się pomniejsza. I myślę nieustannie od rana - co tu zrobić, żeby nie pozostać tylko na płaszczyźnie marzeń i tęsknot...
Mili Moi...
A dziś rozpoczęliśmy nasze rekolekcje adwentowe. Niektórzy mówią, że długo mówię, ale co oni tam wiedzą :) No nie przywykli jeszcze... Lubię mówić i nie mogę się powstrzymać jak już zacznę. Mówimy o wierze. O podstawach. Wydaje mi się to ciągle najważniejsze. Podczas rekolekcji zdecydowaliśmy się zbierać ofiary na Dom Samotnej Matki prowadzony przez siostry nazaretanki w Krakowie. Uznałem, że byłoby niestosowne zbierać w swojej własnej parafii na potrzeby rekolekcjonisty :) A Adwent to znakomity czas, żeby zrobić coś dla ochrony życia. Postanowiliśmy więc podzielić się z tymi, które dla obrony życia i rodziny potrafią zrobić dużo... Ufam, że nasi parafianie odpowiedzą... Są tacy dobrzy...
Po południu zaś udałem się na świąteczny koncert naszego, tanecznego zespołu polonijnego "Polanie" do teatru w Stratford. Powiedzieć, że jestem oczarowany... to stanowczo za mało. Przez ponad dwie godziny znajdowałem się w jakimś innym świecie. W świecie ludzi, którym się przede wszystkim chce; którzy wykonali ogromną pracę; którzy wierzą, że naszą, polską kulturę należy pokazywać i zachowywać. Polanie dziś zdobyli moje serce, bo po raz pierwszy zobaczyłem ich w pełnej krasie. A kiedy jeszcze ogłosili, że część z zebranych dziś pieniędzy zamierzają przekazać na... nasz rekolekcyjny cel, to już całkiem mnie zamurowało. Skromne "dziękuję" nie wyrazi z pewnością tego, co myślę o tym geście...
Tak chciałbym czegokolwiek nauczyć się od Jana Chrzciciela. Dziś z takim wstydem myślę o jego postaci. Nie dość, że wiódł życie umartwione, pełne ascezy i pokuty, nie dość, że w swoim radykalnym przylgnięciu do Bożego wezwania nie ma sobie równych, to jeszcze nigdy, ale to nigdy nie zasłaniał sobą Mistrza. Wiedział, gdzie jest jego miejsce i nie miał żadnego problemu, żeby na tym miejscu trwać. Jezus "odebrał" mu wszystko. A może "uwolnił go"? Uczniowie Jana poszli za Panem, ale dzięki temu Jan nie musiał się już martwić, że ludzie jego będą nadal podejrzewać o to, że jest Mesjaszem. Tłumy poznawszy Jezusa z pewnością nie chodziły już do Jana, ale dzięki temu radość Jana się spotęgowała. Wydaje się jednak, że Jan nigdy nie przestał głosić. Wszak w kontekście głoszenia stracił życie.
Cokolwiek z Jana... Ani życie pokuty, ani radykalizm, ani pokora, nic mnie z tym Janem nie łączy... Ale nie te wymienione budzą moją najżywszą tęsknotę. To, czego najbardziej pragnę, to przekazywać ludzi Jezusowi, nie zatrzymywać ich na sobie, prowadzić ich do Niego. Bo ja nie mam nic, a On ma wszystko. Im bardziej ja będę należał do Niego, tym łatwiej będzie mi przekonywać innych, że warto. Stawać się przeźroczystym i podobnie jak Jan największą radość czerpać z tego, że chwała Jezusa wzrasta, a moja się pomniejsza. I myślę nieustannie od rana - co tu zrobić, żeby nie pozostać tylko na płaszczyźnie marzeń i tęsknot...
niedziela, 7 grudnia 2014
wiara faktów...
zdj:flickr/hapal/Lic CC
Jezus obchodził wszystkie
miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i
leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości.
A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo
byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych
uczniów: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana
żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo".
Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich
uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i
leczyli wszelkie choroby i wszelkie słabości.
Tych to
Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: "Idźcie do owiec,
które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo
niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie
trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie". Mt
9, 35 - 10, 1. 5. 6-8
Mili Moi...
Ileż ja sobie obiecywałem po tym tygodniu, który właśnie się skończył. I nie zrobiłem nic z tego, co planowałem. Co nie oznacza wcale, że się nudziłem, czy leniuchowałem. Chyba musze przywyknąć do tego, że moje plany są nieustannie modyfikowane. Wczoraj pierwszy piątek miesiąca, a zatem odwiedziny chorych. Od wczoraj mam ich już sześcioro - najpopularniejsze pytania: skąd ksiądz przyjechał i jak długo ksiądz zostaje? Najciekawsze pytanie - jakim ksiądz samochodem jeździ? (ale bez cienia złośliwości) :) Bardzo interesujący ludzie, sporo ciekawych tematów. Niektórzy już mocno po dziewięćdziesiątce...
A dziś od rana cotygodniowa wizyta w polskiej szkole i wielkie zaskoczenie (choć może już nie powinienem czuć się tak zaskoczony miejscową dobrocią). Otóż szkolne grono postanowiło uczcić moją dziesiątą rocznice ślubów tortem, kwiatami i gromkim "Sto lat". Poruszony jestem bardzo, bo jak dotąd nigdzie i nigdy nie obchodziłem tak uroczyście tej rocznicy. I to w tak licznym gronie gości... Ilu pięknych i dobrych ludzi.... Chwała Panu za nich wszystkich...
No i duszpasterski odpoczynek... Niemal trzygodzinna rozmowa z M. Młodziutki dwudziestolatek z kłopotami. Bardzo was proszę o modlitwę za niego. Dobry dzieciak... Ja modlę się cały dzisiejszy dzień. Tak jakoś Pan Bóg poruszył moje serce... A swoją drogą cieszę się, że ludzie znajdują do mnie drogę, a ja mogę ich odesłać do Jezusa. Tylko to się tak naprawdę liczy...
Tym bardziej, że w dzisiejszym Słowie Pan nakazuje iść i pokazywać wiarę w działaniu. Nie ma tam zbyt wiele głoszenia. Właściwie poza interpretacją zdziałanych dzieł (przybliżyło się do was Królestwo) nic więcej się nie głosi. Za to jest zachęta Jezusa do działania. Mamy pokazać, że wiara to coś prawdziwego, coś, co daje niezwykła moc, co prawdziwie wpływa na życie. Dla chrześcijanina ma być pewną oczywistością wskrzeszanie umarłych, uzdrawianie chorych, wypędzanie złych duchów. Jeśli wierzę, to mnie nie dziwi, że Jezus mnie posyła do takich dzieł. W końcu może na mnie liczyć, czy nie? Należę do Jego świadków, czy tak troszeczkę udaję...? On jakby dziś mówił - z wiarą we mnie możliwe jest wszystko. Dla ciebie możliwe jest wszystko... Jeśli tylko naprawdę uwierzysz, zobaczysz do jak wielkich rzeczy cię powołuję. Nie musisz być bardzo wymowny, bo mówienia ci nie zlecam. Chcę tylko... żebyś czynił cuda w moje imię...
Pierwszym cudem, którego doświadczysz, będzie pokój w twoim życiu. Nawet doznając najtrudniejszych doświadczeń, będziesz wiedział, że jestem przy tobie. I ze mną będziesz mógł pójść do innych, bo żniwo dojrzało. Jakie żniwo? Żniwo beznadziei... Świat już zapomniał po co istnieje... Ty jako chrześcijanin jesteś posłany, żeby mu przypomnieć, żeby go przekonać o Żyjącym, który jest ostatecznym źródłem wszelkiej nadziei... Przywróć nadzieję światu w jego Adwencie... Po to właśnie jesteś człowiekiem wierzącym. Jesteś?
Już od jutra będziemy się wszyscy o to pytać podczas naszych parafialnych rekolekcji adwentowych... Serdecznie na nie zapraszam...
Ileż ja sobie obiecywałem po tym tygodniu, który właśnie się skończył. I nie zrobiłem nic z tego, co planowałem. Co nie oznacza wcale, że się nudziłem, czy leniuchowałem. Chyba musze przywyknąć do tego, że moje plany są nieustannie modyfikowane. Wczoraj pierwszy piątek miesiąca, a zatem odwiedziny chorych. Od wczoraj mam ich już sześcioro - najpopularniejsze pytania: skąd ksiądz przyjechał i jak długo ksiądz zostaje? Najciekawsze pytanie - jakim ksiądz samochodem jeździ? (ale bez cienia złośliwości) :) Bardzo interesujący ludzie, sporo ciekawych tematów. Niektórzy już mocno po dziewięćdziesiątce...
A dziś od rana cotygodniowa wizyta w polskiej szkole i wielkie zaskoczenie (choć może już nie powinienem czuć się tak zaskoczony miejscową dobrocią). Otóż szkolne grono postanowiło uczcić moją dziesiątą rocznice ślubów tortem, kwiatami i gromkim "Sto lat". Poruszony jestem bardzo, bo jak dotąd nigdzie i nigdy nie obchodziłem tak uroczyście tej rocznicy. I to w tak licznym gronie gości... Ilu pięknych i dobrych ludzi.... Chwała Panu za nich wszystkich...
No i duszpasterski odpoczynek... Niemal trzygodzinna rozmowa z M. Młodziutki dwudziestolatek z kłopotami. Bardzo was proszę o modlitwę za niego. Dobry dzieciak... Ja modlę się cały dzisiejszy dzień. Tak jakoś Pan Bóg poruszył moje serce... A swoją drogą cieszę się, że ludzie znajdują do mnie drogę, a ja mogę ich odesłać do Jezusa. Tylko to się tak naprawdę liczy...
Tym bardziej, że w dzisiejszym Słowie Pan nakazuje iść i pokazywać wiarę w działaniu. Nie ma tam zbyt wiele głoszenia. Właściwie poza interpretacją zdziałanych dzieł (przybliżyło się do was Królestwo) nic więcej się nie głosi. Za to jest zachęta Jezusa do działania. Mamy pokazać, że wiara to coś prawdziwego, coś, co daje niezwykła moc, co prawdziwie wpływa na życie. Dla chrześcijanina ma być pewną oczywistością wskrzeszanie umarłych, uzdrawianie chorych, wypędzanie złych duchów. Jeśli wierzę, to mnie nie dziwi, że Jezus mnie posyła do takich dzieł. W końcu może na mnie liczyć, czy nie? Należę do Jego świadków, czy tak troszeczkę udaję...? On jakby dziś mówił - z wiarą we mnie możliwe jest wszystko. Dla ciebie możliwe jest wszystko... Jeśli tylko naprawdę uwierzysz, zobaczysz do jak wielkich rzeczy cię powołuję. Nie musisz być bardzo wymowny, bo mówienia ci nie zlecam. Chcę tylko... żebyś czynił cuda w moje imię...
Pierwszym cudem, którego doświadczysz, będzie pokój w twoim życiu. Nawet doznając najtrudniejszych doświadczeń, będziesz wiedział, że jestem przy tobie. I ze mną będziesz mógł pójść do innych, bo żniwo dojrzało. Jakie żniwo? Żniwo beznadziei... Świat już zapomniał po co istnieje... Ty jako chrześcijanin jesteś posłany, żeby mu przypomnieć, żeby go przekonać o Żyjącym, który jest ostatecznym źródłem wszelkiej nadziei... Przywróć nadzieję światu w jego Adwencie... Po to właśnie jesteś człowiekiem wierzącym. Jesteś?
Już od jutra będziemy się wszyscy o to pytać podczas naszych parafialnych rekolekcji adwentowych... Serdecznie na nie zapraszam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






