niedziela, 2 sierpnia 2026

a może nieco kawioru?


(Mt 14, 13-21)
Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: "Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności". Lecz Jezus im odpowiedział: "Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!" Odpowiedzieli Mu: "Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". On rzekł: "Przynieście Mi je tutaj". Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

 

Mili Moi…
Wydaje mi się, że zupełnie inną skalę obfitości ma człowiek głodny, a inną syty i opływający w różne dobra. Podczas gdy ten pierwszy marzy o zaspokojeniu podstawowych potrzeb, ten drugi raczej zaspokaja swoje kaprysy. Pierwszy więc będzie uszczęśliwiony chlebem i rybą, które mu ktoś podaruje, drugi musi zjeść kawior w najlepszej restauracji. Żołądki te same, a pragnienia i doznania zupełnie inne. Nie w żołądkach jednak leży problem, ale w głowach. Nauczono nas „prawa do dobrobytu” i każdy owego prawa się domaga, choć trudno określić górną granicę. A jak mówi stare powiedzenie – w miarę jedzenia apetyt rośnie. Przedziwne jest również to, że ów dobrobyt raczej ludzi nie uszczęśliwia. I na tym polega jego wielkie oszustwo. Inne powiedzonko mówi, że wprawdzie pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej płakać w mercedesie niż w trabancie. Zadowolenie, przyjemność, krótkotrwałą satysfakcję można zyskać dzięki nim. Ale szczęścia nie…

Dlatego biedacy bywają znacznie szczęśliwsi niż bogacze, a zakonnicy, którzy z reguły posiadają mniej niż przeciętny człowiek, żyją statystycznie pięć lat dłużej. Ktoś powie, że nie mają tych problemów, które mają ludzie żyjący w świecie. Ale zapewniam was, że mają inne. A wszelkie licytacje na to, komu gorzej, trochę mijają się z celem, bo trudno przyjąć jakieś właściwe dla wszystkich kryteria.

Biedacy… Ci otaczają Jezusa. Ci doświadczają obfitości. Ci wyszli nieco poza to, co materialne – słuchają, chłoną, doświadczają. A jedzą jakby przy okazji. Ta podstawowa potrzeba schodzi nieco na plan dalszy. I to jakby Jezus pamięta o tym, żeby ją zaspokoić. A oni nie mają nic… Uczniowie też, bo przecież to, co mają, to właściwie „nic”. I choć nie ufają, że to mogłoby wystarczyć komukolwiek, to nie popadają w depresję i nie panikują. Szukają rozwiązań ludzkich, a potrzeba Bożych.

Zawsze myślę w tym kontekście o Matce Teresie. Wszystkie swoje siły zaangażowała w służbę najbiedniejszym. Ani nie usunęła ubóstwa ze świata, ani ludzie nie przestali umierać w skrajnej nędzy na indyjskich ulicach. Kiedy wracała po całym dniu ciężkiej pracy do swojej celi, raczej nie mówiła Jezusowi – co ja znaczę, nic nie mogę, to wszystko bez sensu. Może częściej – umocnij, daj uratować jeszcze jednego, pozwól świadczyć o Tobie wobec tych, do których dotrę. Bo to chyba istota – nie próbować nakarmić całego świata, ale tego człowieka, który obok mnie jest głodny. Dlatego Bóg nie robi „hokus-pokus” tylko napełnia nasze ręce… I wcale nie kawiorem z bieługi, ale najczęściej zwykłym chlebem z pasztetem, serem, albo polędwicą sopocką. I to wystarcza nam. I to wystarczy głodnym wokół nas.

Dochodzę do siebie po powrocie ze Starego Sącza. To były chyba najdłuższe rekolekcje, jakie prowadziłem. Muszę przyznać, że zmęczyły mnie mocno. Ale moja stajenka w Poznaniu pozwala odzyskać siły i energię. Poczytałem, wziąłem się za spacery z kijkami, adoruje Jezusa, odmawiam z ludźmi różaniec. Takie to proste, ale potrzebne. Bo już w sobotę ruszam do Torunia. Tam dwudniowe przygotowanie do uroczystości świętego Maksymiliana w kościele pod jego wezwaniem. To już chyba moja trzecia wizyta w tym miejscu i w tych okolicznościach. Stamtąd do Radia i dwa dni nagrań. Potem dwa dni przerwy i rekolekcje dla dobrych Córek Świętego Franciszka w Sandomierzu i tuż po nich tydzień maryjny w kolegiacie w Szamotułach. Zapowiada się pracowicie. Ale potem… Urloooooop!!! Czekam nań jak spragniona wody, sucha pustynia…

czwartek, 23 lipca 2026

owocuj...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.

 

Mili Moi…
W pewnym sensie, w bardzo określonym wymiarze, obserwuję trwanie w Jezusie od kilku dni bardzo konkretnie. Jestem gościem starosądeckiego klasztoru sióstr klarysek. Od trzynastego wieku żyją tu za murami córki świętej Klary, a siostry świętej Kingi. Przygotowuję lud sądecki do przeżycia odpustu Matki Ubogich, jak tu nazywa się Kingę, której doczesne szczątki są złożone w tutejszym kościele. Siostry, wiadomo, nie zażywają swobody życia towarzyskiego. Ich kontakty są ograniczone, czasami (w szczególnych okresach roku) nawet bardzo. Zjednoczone wokół krzyża naszego Pana codziennie podejmują na nowo trud życia Ewangelią we wspólnocie, która nie bardzo się zmienia, a jeśli, to bardzo wolno. Nie ma przysłowiowego „wietrzenia głowy”, nie ma zmian personalnych po pewnym czasie. Jak w rodzinie – może ktoś umrzeć, może się nowe powołanie „urodzić”, tyle że wspólnota nie składa się z trzech czy pięciu osób, ale z ponad dwudziestu. Każda z nich inna, grzeszna i święta zarazem, zraniona i spragniona miłości, poszukująca Boga i spotykająca człowieka – każdego dnia tego samego człowieka. Jest to wielkie wyzwanie. Powtarzalność. Ciężka i wytrwała praca (klasztor jest wielki i jest wiecznym „placem budowy” z racji na jego historyczny charakter i ustawiczne remonty w poszczególnych jego częściach). Ale nade wszystko kontemplacja Chrystusa, która daje siłę do bycia przed Nim razem. Także wówczas, a może zwłaszcza wówczas, kiedy po ludzku nic do tego nie motywuje. Liczne latorośle w jednym krzewie. Czerpiące te same, życiodajne soki z Pana, który kocha je w tej wspólnocie, takiej, jaka ona jest.

Z nami bywa różnie. Każdy ma swoją, niepowtarzalną drogę, po której idzie. Trwanie nie polega na bierności, ile na związku – tak ścisłym, że nierozerwalnym. Krzew wprawdzie nie wędruje, ale wino uczynione z jego winogron czasem krąży po całym świecie i cieszy serca w odległych miejscach. Żyj krzewem, wydaj owoc i pozwól go użyć – dla innych. To tajemnica szczęścia. Kochać i służyć innym aż do zapomnienia o samym sobie.

Dziś siódmy dzień Nowenny. Dużo się tu dzieje. Kręcą się pielgrzymi. Dwie Msze święte dziennie z naukami i modlitwami nowennowymi. Dużo spowiedzi, rozmów, spotkań, także z okolicznymi kapłanami. Jestem zmęczony, mogę powiedzieć to zupełnie szczerze. Właściwie poza klasztorem byłem może raz, może dwa razy. Nie ma na to po prostu czasu. Ale też jest poczucie, że dzieje się coś ważnego, a ja mogę w tym uczestniczyć. Ta łaska dzielenia się Słowem, nad którą sam staję codziennie z zachwytem – mogę wyjść na ambonę, mogę otwierać usta, mogę głosić Jezusa. I tak będzie aż do niedzieli. Jutro uroczystości z udziałem biskupa miejscowego, w niedzielę zakończenie z udziałem naszego prowincjała. W poniedziałek ruszamy do domu. Kilka dni przerwy, oddechu, a potem… Przygotowanie do uroczystości świętego Maksymiliana w Toruniu… Ale nie wybiegajmy tak daleko naprzód. Jest tu i teraz. Święta Kingo, módl się za nami…

czwartek, 9 lipca 2026

ludzie...


(Mt 10,7-15)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was! Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu.

 

Mili Moi…
Zwróciłem dziś uwagę na jedną rzecz… Uczniowie mają poszukać kogoś, kto jest godny. Nie zamożny, nie znany, nie mocny i potężny, ale właśnie godny. Jakby Jezus chciał zasugerować, że Ewangelia nie jest „byle czym”, co powinno być pchane wszędzie i na wszelkie sposoby. Wydaje się, że w połączeniu ze słowami o perłach rzucanych przed wieprze, trzeba dobrze zadbać o warunki „wyjściowe”. Środowisko, z którego nieznani przecież nikomu uczniowie, będą wychodzić na głoszenie, może bowiem pomóc w jego skuteczności. Odpowiedź na pytanie – u kogo się zatrzymaliście? – może wzbudzić większe zaufanie do przybyszów. A zatem nie ma to być kwestia większej wygody głosicieli, ale ma sprawić, że ich słowo lepiej zostanie przyjęte.

Druga rzecz, to wolność. O niej nie raz już pisałem. Jezus chce jej dla swoich głosicieli, stąd Jego wskazania wobec ich ubóstwa. Ale dziś mówi również o uszanowaniu wolności słuchaczy. Jeśli ktoś mówi „nie”, to trzeba mu na to pozwolić i nie wymuszać na nim innej odpowiedzi. A sąd w tej sprawie należy do Boga. Nie wiem czy kiedykolwiek byliście na ulicach nagabywani przez różnych „naganiaczy”. Ja wielokrotnie. Niesłychanie irytujące, prawda? Zwykle pytam – którego mojego „nie” pan/pani nie usłyszał/a? W głoszeniu Chrystusa jest miejsce na pełną szacunku zachętę, ale chyba nic ponad to.

A ja wczoraj wróciłem z Szamotuł i… oddycham miastem. No co ja poradzę, że jestem ześwirowany na tym punkcie? Naprawdę lubię ten ruch, gwar, zamieszanie. Patrzę na ludzi… Dziś zastanawiałem się na medytacji czy nadal ich lubię? Bo to kiedyś była moja duma – lubię ludzi. Musze jednak wyznać, że w sensie „globalnym” lubię ich chyba coraz mniej. I choć staram się nad tym pracować, poskramiając emocje, które czasem różnym spotkaniom towarzyszą i starając się na każdego spojrzeć dobrym okiem, to staje się to dla mnie coraz trudniejsze…

A dziś, zabieram się za nowennę do świętej Kingi… Dziewięć kazań, to nie mało. A tam już w Sączu ktoś na nie czeka…

czwartek, 2 lipca 2026

komu zawsze źle?


(Mt 9,1-8)
Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom.

 

Mili Moi…
Niewrażliwość… Wczoraj, wobec opętanego Gadareńczyka, miała motywacje pogańskie – materialne. Odejdź od nas, bo narażasz nas na straty. Nie jesteśmy gotowi poświęcić czegokolwiek dla uwolnienia człowieka od jego zniewolenia. Jest on nam zupełnie obojętny. Ot, taki element lokalnego kolorytu. Na cmentarne drogi po prostu chodziliśmy w grupach i tak sobie radziliśmy z zagrożeniem. Był sobie człowiek – już nikt chyba nie pamięta go jako wolnego. Ale tyle świń… Ich właściciel mógł głośno pytać – dlaczego ja? Dlaczego ja mam płacić za wolność tego człowieka? Kto mi zwróci poniesione koszty? I co mnie to w zadzie obchodzi? Dlaczego padło akurat na mnie???

W dzisiejszym Słowie jest chyba jeszcze gorzej. Bo niewrażliwość ma motywacje religijne. Uczeni w Piśmie bez żadnych wątpliwości wewnętrznych orzekają, że Jezus bluźni. On nie ma prawa! W ich horyzontach nie mieści się ów chory człowiek. Jemu współczuć? Grzesznikowi, którego paraliż jest z pewnością karą za jakieś poważne grzechy? I teraz, ot tak, z tych grzechów ktoś go chce uwolnić? Proste widzenie spraw tak wówczas, jak i dzisiaj ma się dobrze. Nie ma niuansów. Musimy bronić Boga, Jego chwały, świętości… Nawet przed Nim samym. Bo nie powinien być zbyt hojny. No i należy przestrzegać zasad. Zasady ponad wszystko.

A Jezus? Czy przyszedł łamać prawa, niszczyć zasady? Sam mówi, że nie znosi ich, ale wypełnia. Może więc pokazuje po prostu jak należy nimi żyć i czemu one służą. I choć nie dał nam pozwolenia na ich dowolne i uznaniowe stosowanie, to jednak niewątpliwie poleca poszukiwanie ich najgłębszego sensu, który, bywa, wykracza poza zwyczajowe rozumienie spraw. A zatem nie indywidualizm i wyjątki od reguły, ile raczej spojrzenie miłości i namysł co jest lepsze dla ocalenia człowieka, dla okazania mu miłości – tej prawdziwej, wiodącej do zbawienia.

Ja zdążyłem wrócić z Sandomierza. W moim pokoju pod blaszanym dachem żar w dniach minionych był nie do zniesienia. Klimatyzacja jeszcze nie działa, czekamy na jej podłączenie. Może nastąpi to w najbliższych dniach. Na szczęście początek tygodnia to nagrania w Niepokalanowie. W piwnicy radiowej, bo tylko tam dało się jakoś wytrzymać…

A od środy jestem w Szamotułach, gdzie głoszę dobrym siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi. Byłem tu wiele lat temu. Spokojny czas. Trochę pisania przede mną. Za pasem Nowenna do św. Kingi, którą prowadzę w Starym Sączu, więc czas się za nią zabierać. Bo gdyby jednak świat się do 17 lipca nie skończył, to spróbuję ją wygłosić…

środa, 24 czerwca 2026

gdzie jest centrum?


(Łk 1,57-66.80)
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Mili Moi…
Właśnie rodzi się ten, którego życie jest całkowicie ukierunkowane na Chrystusa. Jan żyje dzięki Niemu, dla Niego i w Nim. Niczego nie chce, poza radością przebywania z Oblubieńcem, jako Jego przyjaciel. Wszystko dla Niego porzuca, tak głęboko jest w Niego wpatrzony, zafascynowany Jego widokiem. Ani świat, z jego urokiem, przyjemnostkami, atrakcjami; ani uczniowie w jego własnej szkole; ani jego dobre imię i sława nauczyciela; ani nawet osobiste poglądy na Mesjasza, które w więzieniu, tuż przed śmiercią będzie musiał skorygować, nie są w stanie odciągnąć go od Jezusa, z którym wszystko, dla którego wszystko i przez którego wszystko…

Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka – ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces, odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie, które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego? Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady, wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa” i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…

Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla duchowieństwa.

Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.

Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to zakonne uroki.

A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi – pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu. Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.

czwartek, 11 czerwca 2026

wszystko za wszystko...


(Mt 10, 7-13)
Jezus powiedział do swoich apostołów: "Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was»".

 

Mili Moi…
Niektórzy mówią mi – głoszenie ojca jest twarde, wymagające. Niektóre kwestie stawia ojciec chyba zbyt ostro. Może brakuje ojcu wrażliwości na człowieka. Pewnie sam ojciec nie zaznał żadnego poważnego kryzysu wiary, więc łatwo ojcu mówić. Nie wchodząc w polemikę, noszę w sobie takie przekonanie, które wyraziłbym frazą „wszystko za wszystko”. Jezus dał nam całego siebie, czy ma prawo oczekiwać od nas wszystkiego czym jesteśmy i co stanowimy? Moim zdaniem ma… I czytając Ewangelię, jestem przekonany, że właśnie tego od nas oczekuje. I do niczego innego nie zamierzam wzywać. Wszelka połowiczność bowiem w konsekwencji rodzi przeciętniactwo, które zabija owocność wiary. Ona najpierw traci na znaczeniu, potem traci smak, a wreszcie, ostatecznie, traci sens.

Ale jestem w tej chwili na Kapitule Duchowej z okazji 40 lecia istnienia naszej prowincji zakonnej. Rzecz odbywa się w podgdańskim Warzenku. Wykłady, praca w grupach, wspólna modlitwa. Takie trochę rekolekcje, trochę spotkanie dokształcające. Jeden z naszych prelegentów, mówiąc o świętym Franciszku, zwracał uwagę, że jego pragnieniem było ukazać światu piękno Boga. Nie nawracać, nie tłumaczyć zawiłości wiary, ale zachwycać. To, rzecz jasna, w naszej, franciszkańskiej duchowości ważny aspekt i mam go wciąż przed oczami. Ale wciąż szukam drogi, jak robić to najlepiej. Wyrosłem już chyba z lukrowania wszystkiego „miłością Bożą”. Świadomie piszę w cudzysłowie, bo lukier, choć słodki, w swej istocie jest niestrawny. Czytam sporo komentarzy internetowych do codziennego Słowa. I na pewnej stronie, która gromadzi ich kilkanaście w jednym miejscu, natykam się często na pewnego słodzącego komentatora. Mdli mnie wręcz fizycznie. Nie jestem w stanie doczytać do końca. Ochy i achy, emocje, łzy kapiące na ekran – to już chyba daleko za mną. Ważny i potrzebny etap, ale etap właśnie, który musi się skończyć, bo w innym przypadku stanie się pułapką, jak każda bezwzględnie prawdziwa i jedyna teoria dotycząca naszego Boga. Szalenie łatwo popaść w jednostronne i jedynie słuszne drogi zmierzania ku Niemu. Mam tu, ze smutkiem o tym piszę, braci, którzy w taki sposób traktują niektóre wspólnoty w Kościele. Mylą im się one z powszechnym charakterem Kościoła i próbują mu nadać charakter tej czy innej wspólnoty, bo tylko tak będzie dobrze, a inaczej z pewnością nie. Dialog? Właściwie niemożliwy. Oni wiedza swoje, a zwracając uwagę na słabe punkty takiego rozumowania dołączasz do zbioru wrogów, którzy nie rozumieją współczesnego Kościoła i nowej ewangelizacji. Gdyby nowa ewangelizacja opierała się na takich założeniach, to zdecydowanie jestem zwolennikiem starej…

Tak czy owak… Rozpisałem się, a chodzi o to, żeby pokazać Boga takiego, jakim On sam siebie przedstawia. I dlatego bezwzględnie trzeba wracać do Ewangelii. Dla mnie, swego czasu, najbliższym tekstem był Łukasz. Miłosierdzie Jezusa tchnęło z niej na moje serce. Dziś przylgnąłem do Marka. Konkret i nadzwyczajna prostota przekazu. Może to kwestia wieku. Z czasem wiele rzeczy w ludzkim życiu się upraszcza. Wiara pewnie też…

Do minionej niedzieli głosiłem maryjne rekolekcje w Doncaster w Wielkiej Brytanii. Piękna, polonijna wspólnota. Cudowny kościół z Biała Panią czczoną tam od średniowiecza. I Maryja, jak zwykle, zaprosiła spore grono (ponad 400 osób) do zawierzenia Jej swojego życia. Wierzę, że to spotkanie z Nią dla nas wszystkich było owocne i odkryjemy to w codziennym życiu.

W najbliższą sobotę wracam już do Poznania i mam tydzień w domu. Cieszę się bardzo. Bo tęsknie już za swoją dziuplą na strychu, za naszą świątynią, za gwarem miasta. A potem? Worek z rekolekcjami zakonnymi dla sióstr się rozwiąże. I znów ruszę w drogę. Wołać na każdym miejscu – wszystko za wszystko… Oto Boża oferta.

A na zdjęciu? Maryja z Doncaster...

sobota, 30 maja 2026

wiedza...



(Mk 11, 27-33)
Jezus wraz z uczniami przyszedł znowu do Jerozolimy. Kiedy chodził po świątyni, przystąpili do Niego arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi i zapytali Go: "Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę, żebyś to czynił?" Jezus im odpowiedział: "Zadam wam jedno pytanie. Odpowiedzcie Mi na nie, a powiem wam, jakim prawem to czynię. Czy chrzest Janowy pochodził z nieba, czy też od ludzi? Odpowiedzcie Mi". Oni zastanawiali się między sobą: "Jeśli powiemy: „Z nieba”, to nam zarzuci: „Dlaczego więc nie uwierzyliście mu?” Powiemy: „Od ludzi”. Lecz bali się tłumu, ponieważ wszyscy rzeczywiście uważali Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: "Nie wiemy". Jezus im rzekł: "Zatem i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię".

 

Mili Moi…
Co jest ważniejsze – wiedza czy wiara? Z gruntu fałszywa alternatywa. Obie są ważne. Bez wiedzy człek jest skłonny wierzyć we wszystko w sposób bezkrytyczny. Bez wiary, wiedza staje się raczej obciążeniem, z którym nie wiadomo jak sobie radzić, co czasami prowadzi do beznadziei. Dzisiejsi bohaterowie Ewangelii wiedzy o Jezusie mają całkiem sporo, ale są wciąż zdecydowani w Niego nie wierzyć. Sama wiedza zamyka więc ich w sobie. I w oparciu o nią zaczynają manipulować opinią – również swoją.  A ostatecznie zwycięża konformizm i wygoda. A może próba zachowania status quo. W każdym razie, do prawdziwego spotkania z Jezusem nie dochodzi. Ich dialog ogranicza się do wymiany pytań. I to na razie musi im wystarczyć. Dalej jest decyzja, na którą dziś nie są gotowi. A w zasadzie wielu z nich chyba nigdy nie będzie… Mądrzy ludzie, ludzką mądrością, która nie zdoła nas zbawić…

Wczoraj dotarłem do Ostródy i od świtu dziś zajmowałem się ostatnimi przygotowaniami do Biegu Małych Rycerzy. Czasem, może trochę anegdotycznie mówię, że to „najgorszy dla mnie dzień w roku”. Faktem jest, że przeżywam to zawsze mocno, a zbyt wielu pomocników nie mam, więc sporo jest na mojej głowie. Tym wszystkim jednak, którzy się angażują, także tą drogą chcę wyrazić niezgłębioną wdzięczność. Bo bez nich nie było by mowy o tym wydarzeniu. Chyba udało się wszystko… Uczestników około 60. To wciąż dość mało, ale powoli dorastam chyba do nie przejmowania się liczbami. W tym roku posłałem zaproszenie w wiele miejsc. Zdumiewa mnie często fakt, że zainteresowania brak. Nic nie trzeba – tylko wsadzić dzieci w busa i przyjechać. No ale myślę o tych, które były. Słuchałem ich rozmów, kiedy przygotowywały się do wyjścia w tras. Urocze. Przejęte bardzo. Fajne dzieciaki po prostu. A ja wieczorową porą dochodzę do siebie…

Jutro moje pożegnanie w Ostródzie. Czyli domykamy te drzwi. Nie zdążyłem poznać parafii, ludzi, nie zdążyłem posłużyć za wiele. A teraz czas na pełne serdeczności "żegnajcie". Czy na zawsze? Nikt poza Panem tego nie wie. Na czas jakiś z pewnością.

Wieczorem mam już Eucharystię w Poznaniu, więc trzeba się przemieszczać sprawnie, a w poniedziałkowy poranek znów Radiowy oddech. Kilka godzin wytężonej pracy, ale i radość spotkania…

poniedziałek, 25 maja 2026

służba...


(J 19, 25-27)
Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: "Niewiasto, oto syn Twój". Następnie rzekł do ucznia: "Oto Matka twoja". I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

 

Mili Moi…
Co pomoże nam rozproszyć smutek niezależnie z jakiego źródła by pochodził? Drugi człowiek. Ale nie dlatego, że będzie potrafił nas pocieszyć, ale dlatego, że można mu usłużyć. Dziś umierający Jezus zwraca Jana i Maryję ku sobie. Bądźcie razem i obejmijcie się wzajemną miłością. Pamiętacie Ostatnią Wieczerzę? Wówczas Jezus myje uczniom nogi i mówi – to, co uczyniłem wam ja, winniście sobie wzajemnie czynić. Służba – ona was pocieszy. Człowiek, który ma kogo kochać, nie może sobie pozwolić na zamknięcie się w smutku. Widzę to choćby w perspektywie moich przyjaciół. Mąż i ojciec zmarł jakiś czas temu. Została matka z czwórką dzieci… Ona musi je kochać za dwoje, służyć im, wychować. Nie może dać pochłonąć się smutkowi. A jeśli wydaje ci się, że nie masz kogo kochać, to idź do swojego proboszcza i zapytaj czy nie ma kogoś do kochania i do służby? On ci wskaże – Malinowską, Kalinowską i Kowalskiego – sami nie chodzą, mają obiady wykupione, ale nie ma im kto zanieść. Są twoi… Również po to jest Kościół. Żebyś miał zawsze kogo kochać i komu służyć. A nigdy nie będziesz zniewolony smutkiem.

Ja powoli kończę rekolekcje dla siedemnastu kapucynów w Krynicy Morskiej. Dobry czas modlitwy, lektury i służby właśnie. Jutro kurs do Gdyni – konsultacje, bo moje auto coś szwankuje. Zakupy, bo w sobotę Bieg Małych Rycerzy Niepokalanej w Ostródzie – dzień, który pochłonie połowę mojej całorocznej energii. A wieczorem może uda mi się wreszcie dotrzeć do domu. Nie pomieszkam długo. W sobotę wspomniany Bieg, a wieczorem nagrania kolejnych sześciu odcinków internetowych katechez Szkoły Maryi na kolejne pół roku. W niedzielę pożegnanie w Ostródzie – tak, to pierwsza wolna niedziela po mojej wyprowadzce stamtąd na Wielkanoc. W poniedziałek i wtorek Radio. A w środę lecę… Na Tydzień Maryjny do Doncaster w Wielkiej Brytanii. I to by było na tyle na razie… Oby samochód był sprawny, żebym ze wszystkim zdążył…

czwartek, 14 maja 2026

zaciśnięta pięść?


(J 15,9-17)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali”.

 

Mili Moi…
Od dawna zastanawia mnie pytanie – czy można kogoś kochać, jednocześnie go nie lubiąc. I rzecz jasna, jeśli uznajemy, że miłość jest pragnieniem dobra dla drugiego (rzeczywistego, pełnego i ostatecznego) to z pewnością da się kochać nielubianych. Ale jest to wyjątkowo trudne, o czym sam się przekonuję. Mam bowiem wokół ludzi, których po ludzku nie lubię. Różnimy się bardzo w postrzeganiu rzeczywistości, w rozumieniu, co jest ważne, w podejściu do wiary i naszych obowiązków. Czasem mam wielką ochotę wygarnąć im, co zalega mi na wątrobie. Ale czy należy? Starożytni pytali – qui bono? – dla jakiego dobra, co dobrego z tego wyniknie? Może więc trzeba cnoty powściągliwości, może dożo zawierzenia Matce Milczenia, może więcej głowy niż emocji. A jeszcze chcieć dla nich dobra? Właśnie wówczas, kiedy zaciskają się pięści?

To chyba naprawdę możliwe jest tylko we współpracy z łaską, z tą ogromną łaską „uchrystusowienia”, która okazał nam Pan. Paweł pisze - Jako więc wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. (Kol 3, 12-15). Może to jest dobry początek – znosić siebie nawzajem i przebaczać – że inni są… inni. Nie są tacy, jak ja. Bo, jak pisał Mickiewicz – ten może deptać węże, głaskać lwy i tury, kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury. To nie oni muszą się zmienić, żebym mógł ich kochać. To ja potrzebuję przemiany…

I znów, zupełnie niezauważalnie, minęło ponad dwa tygodnie. Zdążyłem nawiedzić Holandię z nauczaniem maryjnym. Mam wrażenie, że powoli zaprzyjaźniam się z tamtejszymi ludźmi. Wielu z nich to piękne dusze. Czuję się tam jak wśród przyjaciół. Z niektórymi spędziłem więcej czasu, bo towarzyszyli mi w misyjnej, niedzielnej drodze od kościoła do kościoła. Dobre rozmowy, wspólna modlitwa. Chwała Niepokalanej!

Pomieszkałem tez w Poznaniu. Mogę wreszcie powiedzieć, że proces przeprowadzki dobiegł końca. Wszystko rozpakowane i na swoim miejscu. No, może jeszcze okna nieumyte. Ale to drobiazg. Chodzę sobie po naszym, franciszkańskim kościele i rozmyślam, co moglibyśmy dać ludziom w Poznaniu, w jaki sposób moglibyśmy im posłużyć, jak przypomnieć im o Matce w Cudy Wielmożnej? Pomysły się rodzą. Niektórym sprostam sam, inne zaproponuję braciom. Zobaczymy jakie są plany Opatrzności.

Od soboty zaś jestem w Miedniewicach. Ja „losuję” te „końce świata” i usycham w wioseczkach o dwóch ulicach na krzyż. Tym razem to klasztor sióstr klarysek, przy naszym, franciszkańskim sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej. Koniec świata, choć na Mazowszu. Bardzo blisko Niepokalanowa. Głoszę siostrom, czytam, chodzę na spacery. Ale jak długo można? 😊

Liczę więc, że w poniedziałek wrócę do Poznania, wymienię walizkę i ruszę do Krynicy Morskiej (kolejne centrum świata 😊) wygłosić rekolekcje braciom kapucynom.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

powrócon...


(J 10, 11-18)
Jezus powiedział: "Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca".

 

Mili Moi…
Życie moje oddaję za owce… Rozmyślam dziś o tych słowach Jezusa. Bo, po pierwsze, czy ja mam jakieś „swoje” owce? Zwykliśmy owczarnią nazywać parafię, czyli ludzi, którym bezpośrednio służymy jako duszpasterze, za których czujemy się odpowiedzialni. Moja parafia to… cały świat. Kiedy kilka dni temu, w święto świętego Marka czytaliśmy to polecenie – idźcie na cały świat… to miałem takie poczucie, że w jakiś sposób je realizuję. W czwartek wróciłem z USA, za kilka dni ruszam do Holandii. W tym roku jeszcze Wielka Brytania, Dania i znów Holandia… A przecież i w Polsce tych destynacji jest całe mnóstwo. Tylko ten mój związek z owcami właśnie poprzez tę mobilność, jest dość kruchy. Czuję się odpowiedzialny za to, co mówię, co po sobie zostawiam. Ale w takim kluczu o umieraniu dla nich trudno mówić. Może gdyby w ten sposób pojmować podejmowany wysiłek. Ale też nie przesadzajmy… Czasem słyszę głosy, które się nade mną rozczulają. Z pewnością są na tym świecie ludzie, którzy pracują ciężej ode mnie. I choć specyfika moich działań jest dość wymagająca, to przecież kocham to, co robię i mam z tego ogromnie dużo frajdy. Ale dosłownie umrzeć dla? Być dla – tak wiele lat temu zatytułowałem mojego bloga i tak to do dziś widzę. Ale przestać żyć… Dla… Na dziś wydaje mi się to niesłychanie trudne. Może trzeba mi jeszcze długo dojrzewać, żeby choć trochę gotowość w sobie odnaleźć. Bo chętnie myślałbym o sobie lepiej niż jest w rzeczywistości, ale jaki w tym sens? Z tym umieraniem wciąż nie najlepiej…

Wybaczcie, że długo mnie tu nie było… Postaram się poprawić. Ale spędziłem niemal trzy tygodnie w USA, gdzie było intensywnie. Mnóstwo spotkań i trochę pracy. Ale nade wszystko schodziło trochę ze mnie wielkopostne napięcie. Nie mogę powiedzieć, że wypocząłem. Ale miałem wstręt do wszelkiego tworzenia, do jakiegokolwiek łączenia myśli, do pisania. Więc odciąłem wszystko, co nie było absolutnie niezbędne. I choć nadal czuję się zmęczony, to jednak ten tydzień i następny dają mi szansę na złapanie oddechu.

W USA najpierw tydzień z siostrami zakonnymi. Piękne miejsce, dobry czas i słuchaczki uczciwie podchodzące do szansy, którą stanowią rekolekcje zakonne. Kilka dni później wybraliśmy się już z Bridgeport (bo rekolekcje dla sióstr były w Cherry Hill w stanie New Jersey) do Chicago (samolotem) a ostatecznie do stanu Wisconsin (autem), do urokliwego ośrodka Camp Vista, gdzie prowadziłem rekolekcje weekendowe dla Wojowników Maryi. Niemal 6o mężczyzn i znakomita atmosfera gorliwości i zasłuchania. Jedyny mankament z mojej strony to… sam ośrodek. Urokliwy, a jakże, ale wiecie co lubię ja… Na pewno nie campingi!!! Więc powiedziałem chłopakom nieco anegdotycznie, kiedy chwalili wybór miejsca, że dla mnie najwspanialszym momentem całej tej wyprawy było… lotnisko w Chicago 😊

W tak zwanym międzyczasie poprowadziłem jeszcze skupienie dla małżeństw w Bridgeport poświęcone zagadnieniu miłości ofiarnej, no i w miniony czwartek wylądowałem na lotnisku w Warszawie.

Lot zakończył się o godzinie 13.05, a o godzinie 16.15 rozpoczęliśmy nagrania w Radio Niepokalanów. Sił wystarczyło w czwartek na dwie audycje. Resztę dograliśmy przed południem w piątek. A po południu… rozpocząłem w Niepokalanowie rekolekcje maryjne, na które zgłosiło się niemal dwadzieścia osób. W dobrym towarzystwie spędziłem więc weekend, ale, przyznam, dość pracowicie. Wczoraj w południe zakończyliśmy. A wieczorem… miałem jeszcze konferencję w Poznaniu na temat przeszkód w dobrej medytacji nad Słowem Bożym. Słuchaczy było… ośmioro.

A dziś już odpoczywam… Tylko Eucharystia, Różaniec z ludźmi, dwie godziny dyżuru w konfesjonale i skręcanie pozostałych mebli i zakładanie rolet zewnętrznych na okna (nie mój pomysł – szerszy projekt wieloletniego remontu naszego klasztoru). Także powiem wam… Jest radość z powrotu do domu, cisza, spokój. Nic tylko zasiąść w fotelu i oddać się lekturze 😊 Może nieco ironicznie o tym piszę, ale bez pretensji. Kocham moją robotę i nie zastąpiłbym jej żadną inną. Wciąż mam trochę sił, więc… Do boju!

czwartek, 2 kwietnia 2026

o Nim w te dni...


(J 13, 1-15)
Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydał, Jezus, wiedząc, że Ojciec oddał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do misy. I zaczął obmywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: "Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?" Jezus mu odpowiedział: "Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale poznasz to później". Rzekł do Niego Piotr: "Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał". Odpowiedział mu Jezus: "Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną". Rzekł do Niego Szymon Piotr: "Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę!" Powiedział do niego Jezus: "Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy". Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: "Nie wszyscy jesteście czyści". A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: "Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem”, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem".

 

Mili Moi…
Dzieci uczą się przede wszystkim poprzez naśladowanie dorosłych. Przykład ma zawsze większą moc niż samo tylko słowo. I dlatego Pan na słowie nie poprzestaje. Wskazuje nam, co oznacza miłość. Podkreśla, że bez pokornego, uniżonego klęknięcia przed drugim, trudno o niej mówić. To z taką miłością chce posłać swoich uczniów do świata. Świata, który „kocha” biorąc. Czasem wręcz nie pytając czy może. Rób co chcesz i nazywaj to miłością. Czy to nie parafraza Augustynowego – kochaj i rób, co chcesz? Samowola i osobiste teorie, które nie licza się z Bożym prawem, to zmora naszej codzienności. Ale jest przecież ON. Nie wyprowadził się z Kościoła ani z tego świata. Dziś w tysiącach kościołów klęknie w osobach swoich kapłanów i obmyje nogi braciom. Nie w nagrodę, ale jako zaproszenie – aby podjęli to działanie i uczyli kochać innych. Kochać ofiarnie…

Dziś sam klęknę przed moimi braćmi i reprezentantami wspólnoty, aby umyć im nogi. Myślę od rana o Jezusie, bo tylko On może pozwolić mi uczynić ten gest autentycznym wyrazem miłości, życzliwości, pragnienia prawdziwego dobra. Chcę, żeby się tak stało.

To wyjątkowe święta dla mnie… Na walizkach i kartonach. Wczoraj przybyłem do Poznania. Dziś dopiero mają się pojawić jakieś meble. Podejmę próbę rozpakowania się. Ile zdołam, tyle zrobię. Reszta będzie musiała poczekać na mój powrót z USA. To dla mnie trudne doświadczenie, bo mało jest rzeczy w moim życiu, których nie lubię równie mocno, jak bałagan. Nie potrafię pracować i żyć, gdy wokół mnie jest mnóstwo rzeczy nie na swoim miejscu. Nie wiem czy to wada czy zaleta, ale tak już mam. Więc trochę cierpię. Ale nie przesadzajmy… nie moje cierpienie w tych dniach jest centralne, ale mojego Pana. I na Nim chce się skupić I Wam tego z serca życzę… Niech On będzie w centrum tych dni + 

poniedziałek, 23 marca 2026

droga, droga, droga...


(J 8,12-20)
Jezus przemówił do faryzeuszów tymi słowami: "Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia". Rzekli do Niego faryzeusze: "Ty sam o sobie wydajesz świadectwo. Świadectwo Twoje nie jest prawdziwe". W odpowiedzi rzekł do nich Jezus: "Nawet jeżeli Ja sam o sobie wydaję świadectwo, świadectwo moje jest prawdziwe, bo wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę. Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo. A jeśli nawet będę sądził, to sąd mój jest prawdziwy, ponieważ Ja nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał. Także w waszym Prawie jest napisane, że świadectwo dwóch ludzi jest prawdziwe. Oto Ja sam wydaję świadectwo o sobie samym oraz świadczy o Mnie Ojciec, który Mnie posłał". Na to Mu powiedzieli: "Gdzie jest Twój Ojciec?". Jezus odpowiedział: "Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego". Słowa te wypowiedział przy skarbcu, kiedy uczył w świątyni. Mimo to nikt Go nie pojmał, gdyż godzina Jego jeszcze nie nadeszła.

 

Mili Moi…
Dziś Ewangelia dość lubiana przez „pluszowych chrześcijan”. Wszak Pan Jezus taki miłosierny. Nie pozwala dotknąć grzesznicy. Ba, co więcej, nie pyta jej nawet o żal, co w zasadzie sugeruje, że on nie jest ważny, a miłosierdzie właściwie jest takim narzędziem, które przydaje się wówczas, kiedy cię złapią na grzechu i już nijak temu zaprzeczyć nie można. Wówczas idziemy do Jezusa, a On przebacza i uciera noski tym wszystkim „sprawiedliwym”. Ironizuję, rzecz jasna, nieco. Ale myślę sobie, że istnieje tendencja do spłycania tej Ewangelii, tudzież do instrumentalnego jej wykorzystywania. Wielu chrześcijan bardzo głośno i wyraźnie słyszy Jezusowe „i Ja cię nie potępiam”, znacznie ciszej jednak pobrzmiewa im w uszach słowo „idź i nie grzesz więcej”. No bo przecież wiadomo, że niegrzeszenie nie jest w naszej mocy i to wszystko jest takie trudne, że w zasadzie nie ma sensu nadmiernie przejmować się tymi akurat słowami Pana. Jakby jedne miały wartość, a inne nie. Jakby jedne były ważne, a inne mniej. Aż chciałoby się kontynuować myśl Pana – grzeszniku umiłowany przez Boga, w jaki sposób planujesz nie grzeszyć? Jak zamierzasz podjąć prace nad sobą? Jakimi środkami będziesz walczył z pokusą? Jaki jest plan? I zapada niezręczna cisza… A przecież ta Ewangelia domaga się dalszego ciągu, dopisanego przez każdego z nas, we własnej historii życia.

A u mnie? W piątek zakończyłem rekolekcje w Eindhoven, w tamtejszej Polskiej Misji Katolickiej. Frekwencja była duża, spowiedzi dużo, czasem powroty po latach. Wszystko to bardzo umacnia serce i motywuje do jeszcze większego wysiłku. Od soboty jestem w Duisburgu. Tym razem Polska Misja Katolicka w tej części kraju niemieckiego. Zupełnie inny ludzie. Sporo starszych, mieszkających tu od lat. Mam wrażenie, że patrzą na mnie na razie nieufnie. Jakby już wszystko w życiu widzieli i słyszeli. Zobaczymy czy „podejmą rękawicę” i zaryzykują słuchanie w tych dniach.

Kończę w środę. Nocą spróbuję dostać się do Polski, żeby w Ostródzie podjąć jakieś pierwsze próby pakowania. W piątek jeszcze dzień skupienia dla dobrych sióstr klarysek w Słupsku, a w sobotę wycieczka do Poznania, żeby przywitać się z „moimi” ludźmi w kościele, któremu od 1 kwietnia mam służyć. Potem powrót do Ostródy i dopinanie przeprowadzki… Nie ma nudy…

sobota, 14 marca 2026

Holandia


(Łk 18, 9-14)
Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: "Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".

 

Mili Moi…
Jakoś tak uciekałem przed tą Ewangelią. Wydawała mi się „nie o mnie”. No bo przecież ja tak się nie modlę. No, nie modle się tak, ale… przecież tak myślę. Mam w sobie taki „obszar pogardy pracoholika” – gardzę nierobami. Tak to chyba trzeba nazwać, choć to słowo brzmi bardzo mocno i w ustach księdza na pewno nie brzmi dobrze. Ale tak chyba jest – gardzę nierobami, zwłaszcza w sutannach i habitach. Oczywiście chodzi o nieróbstwo świadome, a nie wymuszone okolicznościami, na przykład chorobą. Ono natychmiast uruchamia we mnie irytację, złość, gniew, niechęć, a w konsekwencji pogardę. Tym większą, im bardziej „ideowa” powinna być praca ocenianego. Dlatego te habity tak szczególnie na mnie działają. Po coś człowieku przyszedł? Zażywać przyjemności i pozwolić, żeby inni na ciebie pracowali? Żeby być „kustoszem pilota od telewizora”? A dusze giną…

Dziś zobaczyłem to wyraźnie… Znów na podstawie tego, co widzę (a przecież to wcale nie musi być cała prawda), dokonuje osądu i bardzo surowy wyrok zapada w moim sercu. Źle mi z tym, ale trudno mi czasem nad sobą zapanować. To wszystko gdzieś w sercu, albo w rozmowach z innymi pracoholikami – staram się nie rozdawać ciosów na prawo i na lewo, ale w sercu obijam niektórych do nieprzytomności. Dziś stanąłem przed Panem z prośbą, żeby przede wszystkim tę pogardę zamienił we mnie we współczucie (i żebym sam go nie pomylił z politowaniem), a nade wszystko, żeby pomnożył we mnie radość z możliwości pracowania dla Jego chwały. Przecież kiedy przyszedłem do Zakonu, to nigdy, na żadnym etapie, nie uzależniałem własnego zaangażowania od zaangażowania innych, mówiąc – jeśli wokół mnie będą pracowici bracia, to i ja będę się starał, a jeśli ich zabraknie, to… Nie, nigdy!!! Na razie jednak radości z posługi mi nie brakuje – dla niej przeżywam moje „teraz” – wierzę, że z woli Bożej. A kiedy Pan powie dość, to chcę się zatrzymać…

Na razie dokonuje się reorientacja… Delikatna korekta kursu… Mogę już o tym napisać, bo mam na to „papier”. Otóż z dniem 1 kwietnia przenoszę się z Ostródy do klasztoru w Poznaniu, aby objąć tam obowiązki rektora kościoła i kustosza sanktuarium. Oczywiście nie dzieje się to w uznaniu dla moich szczególnych umiejętności, więc niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że to awans. Jesteśmy w połowie kadencji, więc jest to raczej ratowanie sytuacji, która wymagała dokonania takich zmian. Co to oznacza dla mnie? Powrót do dużego miasta… I to radość. Ale również troskę o powierzony mi kościół i Kościół. Zarówno budynek, jak i wspólnota tam się modląca, jest już głęboko w moim sercu, wszak trzy lata tam niegdyś pracowałem. Oczywiście nikt nie zwolnił mnie z dotychczasowych obowiązków. Raczej podpięto mi kolejny wagonik. Niemniej musi się dokonać pewna reorganizacja i na pewno będę mógł mniej terminów i zobowiązań zewnętrznych przyjmować. Odczytuje to jako wyraz troski Bożej, bo rzeczywiście tempo było i jest zawrotne. Pan podprowadzał mnie do tego poprzez swoje Słowo, więc nie byłem zaskoczony faktem, choć pomysłem już tak. Ale nie miałem wątpliwości, że mam za tym iść, bo na Bożym prowadzeniu jeszcze nigdy się nie zawiodłem. A zatem Poznaniu… Witaj ponownie!

Ale na razie Holandia i rekolekcje w Eindhoven. Cały tydzień tu, a natychmiast po ich zakończeniu, przejazd do Duisburga i kilka rekolekcyjnych dni tam. Wszystko, rzecz jasna, dla Polaków. A jak już wrócę do kraju, to… Przeprowadzka… Czyli coś, co tygryski lubią najbardziej ☹☹☹

piątek, 6 marca 2026

little Brazil???


(Mt 21, 33-43. 45-46)
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: "Posłuchajcie innej przypowieści: Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?" Rzekli Mu: "Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze". Jezus im rzekł: "Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce". Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go pochwycić, lecz bali się tłumów, ponieważ miały Go za proroka.

 

Mili Moi…
Tak sobie dziś myślę o porządkach w winnicy. Oczywiście możliwości mam ograniczone (i może dzięki Bogu), ale w serduszku własnym, to ja bym to wszystko ustawił inaczej. Już ja bym nauczył tych robotników szacunku do właściciela, już ja bym im wytłumaczył co do kogo należy, już obmyśliłbym plan sprawiedliwości dla tych złoczyńców… O tak, do tego jestem szybki i zawsze gotowy. A dziś Pan podpowiada mi, żebym ustawił się w ich gronie i popatrzył w te wszystkie miejsca, w których sam jestem złodziejem. Zawłaszczam Jego własność, dysponuję nią, jakby należała do mnie, nie mam najmniejszej ochoty dzielić się owocami z innymi, a czasem wobec Właściciela jestem hardy, bo "moim zdaniem"…

No właśnie… To „moim zdaniem” często dominuje. A dlaczego to moje zdanie jest takie ważne? Ba, najważniejsze czasami… A dlaczego mój ogląd rzeczywistości musi być najlepszy i najpełniejszy? A dlaczego to ja tak doskonale wiem co, kiedy i komu się należy? No bo przecież widzę… Maleńki wycinek rzeczywistości widzę. I na tej podstawie buduję sobie cały obraz. Może już czas uwierzyć, że Bóg wie lepiej…

Przychodzi mi do głowy inna przypowieść – o chwaście. Pozwólcie rosnąć – mówi Pan – przyjdzie czas i ja osądzę. To nie anarchia. To szersze spojrzenie, to właściwy pryzmat, to dobra pamięć o swojej biedzie. Łagodność jest ich owocem. I o nią dziś się modlę…

Wczoraj ukończyłem czterdziesty szósty rok życia. Cudownego życia, które może wciąż stawać się darem i z którego mam nieodmiennie dużo radości. I wciąż jestem głodny tego życia, które przede mną. Zmieniają się konteksty, miejsca, ludzie wokół mnie. Ale ja nie mam ani chwili, do której chciałbym wrócić, bo wierzę, że teraz jest najlepszy okres. Nie tęsknię za młodością. Nie tęsknię za możliwościami sprzed lat. Nie rozważam niewykorzystanych szans. Myślę tylko o tym w czym jeszcze mógłbym być Bogu przydatnym. Słucham z otwartością Jego wskazań i próbuję na nie odpowiadać. Czasem sam coś proponuję, ale bez narzucania swojej woli. Czy marzę? Tak… Mam jeszcze małe-wielkie marzenie. O misjach. Takich prawdziwych ad gentes. Tego chciałbym jeszcze posmakować zanim umrę. Ale nie naciskam. Czekam na dzień, w którym usłyszę – ruszaj. A jeśli nie usłyszę? Sądzę, że wcale nie będę mniej szczęśliwy…

Wszystkim za dobre słowa z serca dziękuję…

Jutro już ruszam do Poznania. Parafia św. Moniki czeka na swoje rekolekcje. A ja… na dobrze mi już znany teren, ludzi i… Poznań.

poniedziałek, 2 marca 2026

idzie nowe...


(Łk 6, 36-38)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie".

 

Mili Moi…
Hojność… Uuuuu, nie jest to prosta rzecz. Materialnie człek jest w stanie się jakoś przemóc – czasem nawet dać więcej niż zamierzał. Ale duchowo? Nie ustawiać ludzi „pod siebie”? Nie meblować im życia? Nie być jak „wujaszek dobra rada”? Nie krytykować na każdym kroku, nie radzić, gdy nikt nie prosi, nie „wiedzieć lepiej”? Chyba najskuteczniejszą ochroną jest zajęcie się samym sobą i spoglądanie na innych przez pryzmat siebie. Bo czy my sobie tak znakomicie i szybko radzimy ze sobą? Czy to, czego oczekujemy od innych z łatwością wcielamy w nasze życie? Czy nasza miłość jest skłonna uznać cudzą słabość i niegotowość na zmianę?

Jeśli idzie o mnie, to widzę wyraźnie, że musze się hamować… Bo czasem dobrze wiem, co i komu potrzeba. Bo przecież jestem tak doświadczony, tak wielu historii wysłuchałem. Czy to wystarczy? Nie wystarczy… Bo ten żywy człowiek przede mną, jest zupełnie odmienny od wszystkich innych żywych ludzi, z którymi już rozmawiałem. I cudze rozwiązania niekoniecznie się u niego sprawdzą. Jakiej delikatności potrzeba w podejściu do drugich, żeby o tym nie zapomnieć…

Tydzień rekolekcyjny minął… W dwóch miejscach – w Strzebielinie pod Lęborkiem i w Kamionce pod Nowem. Dorośli i dzieci. Całkiem sympatycznie i przyjemnie. Życzliwie przyjęty mogłem podzielić się, zwłaszcza z dorosłymi, moimi „apokaliptycznymi” przemyśleniami. A teraz Warszawka… Ale nie ta „miejska”, ale raczej zaciszna… Głoszę rekolekcje w domu dobrych sióstr pallotynek. To dla mnie oddech. Zupełnie inna dynamika niż na rekolekcjach parafialnych. Trochę czasu dla siebie… Ale i zajęć nie mało… Spodziewam się pani Sylwii z Polskiego Radia, z która mamy nagrać komentarze do codziennej Ewangelii na tydzień od 6 do 11 marca. Są puszczane na Dwójce, ale w porze „dla nietoperzy” o 5.55 rano. No a poza tym czas myśleć o powielkanocnych odsłonach rekolekcyjnych. A tych jest niemało…

A ja sam stoję przed nowym, życiowym wyzwaniem… Ten Wielki Post jest i dla mnie swoistym wyczekiwaniem… Ale o tym w swoim czasie…

piątek, 20 lutego 2026

post...


(Mt 9, 14-15)
Po powrocie Jezusa z krainy Gadareńczyków podeszli do Niego uczniowie Jana i zapytali: "Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy, Twoi zaś uczniowie nie poszczą?" Jezus im rzekł: "Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć".

 

Mili Moi…
Wiara angażuje całe życie człowieka. Dotyka w nim wszystkiego. Bo jest zbudowana na miłości. Nie można powiedzieć „kocham” o człowieku, mając na myśli tylko niektóre jego cechy, niektóre zachowania, wyłącznie cnoty. Pokochać trzeba całego człowieka. Wówczas słowo „kocham” jest nasycone prawdą. A cóż dopiero Bóg? Sama doskonałość. Jego kochać to oddać Mu wszystko. Całego siebie. Bez zastrzeżeń. Bez „rozsądnego gospodarowania miłością”. I tu z pewnością jest miejsce na post – bardzo dobre narzędzie do oczyszczania serca, do uwalniania go coraz bardziej dla Niego. Post musi mieć miłość w tle. Ona nie tylko go uzasadnia, ale napędza i dynamizuje. Kochający bowiem zawsze zastanawia się – co jeszcze mógłbym Ci dać? Z czego jeszcze mogę zrezygnować, żeby być bardziej Twoim, dla Ciebie, z Tobą??? 

Dla postu nigdy nie ma „dobrych czasów”. Kiedy panuje bieda (taka prawdziwa, w której nie ma co jeść, a nie taka, w której tegoroczny wylot na Dominikanę trzeba będzie nieco odłożyć) pości się trudno, a odmawianie sobie czegoś w takiej sytuacji wydaje się nieludzkie. Kiedy mamy czas obfitości (a może wręcz nadobfitości, o czym świadczą całe bochenki chleba na śmietniku) pościć wcale nie jest łatwiej. Bo tak łatwo sięgnąć po coś smakowitego – nie z potrzeby, ale dla przyjemności. Ona wszędzie i zawsze wysuwa się przed szereg. Domaga się bardzo solidnej dyscypliny. I to też miłość. Wyrzekanie się bożka przyjemności dla prawdziwego szczęścia z Bogiem… 

Wielki Post się rozpoczął… Dla mnie w Poznaniu. Zakończyłem w Środę Popielcową rekolekcje w naszym, franciszkańskim kościele. W tym roku przewodzi mi Apokalipsa i bardzo mi te rekolekcje „leżą”. To znaczy, czuję się z tymi treściami bardzo swojsko – są moje – przyjęte, przemyślane, spójne. Takiej oceny można dokonać tylko po wygłoszeniu rekolekcji po raz pierwszy, bo to, co wydaje się wyglądać dobrze na papierze, nie zawsze dobrze komponuje się z amboną i żywym głoszeniem.

Czwartek i piątek to dni poświęcone siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi, również w Poznaniu. Głoszę tu formacyjne katechezy młodzieży zakonnej (siostrom juniorystkom). Dziś w nocy przemieszczam się do Ostródy, bo jutro konferencja dla sióstr Terezjanek o poranku, a w południe dla Żywego Różańca z okazji ich dnia skupienia. A po południu ruszam już do Strzebielina pod Lęborkiem, na wielkopostne ćwiczenia. To będzie wymagający tydzień…

wtorek, 10 lutego 2026

śp. Krystyna...


(Mk 7, 1-13)
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: "Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?" Odpowiedział im: "Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie". I mówił do nich: «Sprawnie uchylacie Boże przykazanie, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, oraz: „Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie”. A wy mówicie: „Jeśli ktoś powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co miało być ode mnie wsparciem dla ciebie” – to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ani dla matki. I znosicie słowo Boże ze względu na waszą tradycję, którą sobie przekazaliście. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie".

 

Mili Moi…
Myślę sobie dziś, gdzie jest moje serce? Czy rzeczywiście przy Jezusie? Odczuwam taki nieprawdopodobny głód, żeby być bliżej Niego, co w konsekwencji musi oznaczać oddalenie od spraw tego świata. I to się dzieje… Zupełnie nie interesuje mnie to, co dzieje się w polityce, nie oglądam żadnych filmów od lat, nie czytam bieżącej prasy. To żaden powód do chluby, raczej stwierdzenie faktu. Tak po prostu jest i w żadnym razie mi tego nie brakuje. Za to bardzo brakuje mi adoracji Najświętszego Sakramentu, jeśli z jakichś przyczyn nie uda mi się jej odprawić, medytacji Słowa, która niezwykle rzadko, ale również zdarza mi się umykać… Kiedyś, kiedy opowiadałem historię mojego powołania, zawsze podkreślałem, że Pan „mnie sobie wziął” już we wczesnym dzieciństwie. Dziś mogę to powtórzyć na nowo – czuję, że On sobie mnie bierze w nowy sposób i jest to niebywale uszczęśliwiające. Być całkowicie da Niego, przenikniętym Nim, oddanym całkowicie Jego sprawom, tak jak On je widzi… Niepodzielnym sercem…

Kilka trudnych dni za mną… W piątek pogrzebaliśmy moją Ciotkę Krystynę która odeszła 3 lutego. Zaopatrzona sakramentami, wyposażona w odpust zupełny na godzinę śmierci… Ufam, że cieszy się już chwała zbawionych. Ale musiałem w związku z tym przerwać rekolekcje dla sióstr w Częstochowie i udać się w podróż do Sztumu, a potem wrócić i kontynuować dzieło. Nie mogło być jednak inaczej… Wraz z nią kończy się jakiś etap mojego życia. Jak wspominałem – ona była moim łącznikiem z przeszłością i ostatnią rzeczywiście bliską mi osobą w mojej rodzinie. Kończy się mój związek z moim rodzinnym miastem. Kończy się jakaś historia… Mam w sercu dużą wdzięczność, bo wiele spraw przegadaliśmy, o wiele zdążyłem zapytać. A Ciotka... hmmm... Niczym aplikacja działająca w tle - zawsze była. Cały czas mam chęć chwycić za telefon i zadzwonić... 

A od niedzieli jestem w Wieluniu, niedaleko Częstochowy. Prowadzę kolejne rekolekcje, tym razem dla sióstr Bernardynek (siostry klauzurowe). Miasteczko piękne. Ciepły, maleńki kościół z całodzienną adoracją. A w wolnych chwilach tworzę rekolekcje wielkopostne pod hasłem – Co Duch mówi do Kościołów? Wszak za kilka dni pierwsze rekolekcje, niemal wielkopostne, w naszym Sanktuarium Pani w Cudy Wielmożnej, w Poznaniu. W tym roku będzie o Apokalipsie, czyli księdze nadziei, w której Jezus obiecuje – zaiste, przyjdę niebawem… Aż chce się zawołać – Przyjdź Panie Jezu!

poniedziałek, 2 lutego 2026

zaczęło się :)


(Łk 2,22-40)
Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

 

Mili Moi…
Na upadek i powstanie wielu… Potkną się. I albo przewrócą, albo utrzymawszy się na nogach, zmienia kierunek marszu. Świadomi, że nie można pozostać obojętnym. Obojętność. Chyba najgroźniejsza cecha ludzkiego ducha. Zwłaszcza jeśli spada na niego w kwestiach najważniejszych, które już nie są za takie właśnie uważane. Jezus przyszedł po to, aby ją pokonać, skruszyć, znieść w pył. Sama Jego osoba prowokuje do postawy „albo-albo”. Albo kochasz, przyjmujesz i naśladujesz, albo… nie przyjmujesz i nienawidzisz coraz bardziej, bo zdajesz sobie doskonale sprawę z tego, co tracisz, ale nie ukorzysz się, nie uklękniesz, nie poprosisz… Wolisz się potępić niż uznać Prawdę. Wolisz trwać przy swoim niż uznać Drogę. Wolisz piekło niż Życie. Czy naprawdę wolisz? A jeśli tak, to nie sądź, że nas przerażasz. Symeon mówi, że na znak Jezusa sprzeciwiać się będą… On sam zapowiada, że świat będzie nienawidził Jego uczniów, bo Jego najpierw znienawidził. Jeśli więc chcesz nienawidzić, nie zaskakujesz nas. Nie zaskakujesz Jego. Człowieku… Największy cudzie Boga! Co sprawia, że nie chcesz zajaśnieć Jego światłem? Dlaczego nie chcesz żyć pełnią Jego życia?

Ale, na szczęście wciąż spotykam tych, którzy chcą… Oni moją radością i chlubą. Miniony weekend w towarzystwie małżeństw w Pratulinie. Było ich jedenaście i patrzyłem na nich z mieszaniną radości i wdzięczności. Ludzie, którzy szczerze szukają Boga. Ludzie, którzy wiedzą, że tylko w Nim są w stanie sprostać wyzwaniom wspólnego życia. Wiedzą, że z Nim mogą zbudować szczęście. Tak, zbudować, a nie wiecznie go szukać. Urzekające, że potrafią walczyć o czas dla siebie, czas dla Boga i wspólne wzrastanie. Piękni ludzie… A siostry św. Rodziny, które organizują te spotkania, swoim ciepłem, łagodnością i dobrocią, sprawiają, że nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Wiecie, kiedy widać, że ktoś chce wziąć, to co dla niego masz, to chciałoby się dawać więcej i więcej. Zmęczenie gdzieś pryska, a pojawiają się nowe siły, pomysły i chęci…

Nie mam żadnych wątpliwości, że rozprawa demona z Kościołem dokonuje się na gruncie małżeństwa i rodziny. Tym większą radość i szczerą nadzieję budzą we mnie takie spotkania. Z wieloma ludźmi bałbym się pójść na wojnę z demonem, ale z wieloma małżeństwami, które znam, nie wahałbym się ani chwili. Rodziny ocalą ten świat. Przed nim samym…

A od wczoraj jestem w Częstochowie, całkiem blisko Jasnej Góry w gościnnym domu sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Nie pierwszy już raz tu głoszę. Znam teren. A dziś pozwalam sobie na dzień skupienia, który pomoże i mnie w tym kilkudniowym pracowitym skupieniu, które zaczniemy już dziś wieczorem. Modlę się, adoruję Pana, czytam, piszę… I ze zdumieniem odkrywam nowe, duchowe inspiracje, które mocują się we mnie z jedną z moich wad – tchórzostwem. Pan wyraźnie mnie zaprasza do przekroczenia nowego progu, a ja Go jeszcze proszę o czas… Boję się, tak po ludzku, czy podołam… Ale o tym kiedy indziej…