wtorek, 18 sierpnia 2026

komu? za co? ile? i dlaczego tak mało?


(Mt 19, 23-30)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Zaprawdę, powiadam wam: Bogatemu trudno będzie wejść do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". Gdy uczniowie to usłyszeli, bardzo się przerazili i pytali: "Któż więc może być zbawiony?" Jezus spojrzał na nich i rzekł: "U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe". Wtedy Piotr rzekł do Niego: "Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?" Jezus zaś rzekł do nich: "Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, aby sądzić dwanaście szczepów Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne posiądzie na własność. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi".

 

Mili Moi…
To słowo zawsze jest dla mnie wielkim wyrzutem. Trudno mi bowiem uznać się za człowieka ubogiego. Posiadam bowiem zdecydowanie więcej niż potrzebuję. Od pieniędzy począwszy, a na książkach czy ubraniach skończywszy. Widzę to zwłaszcza w kontekście przeprowadzek. Za każdym razem porządkuję ten mój świat, mnóstwo rzeczy rozdaję, niektóre wyrzucam, a i tak, kiedy przychodzi mi się zmieścić w szafach, zwykle mi jakiejś jednej czy drugiej brakuje.

Oczywiście już słyszę te nasze kościelne wyjaśnienia – przecież możesz dzięki temu służyć tymi dobrami, a poza tym nie chodzi o to, żeby nie mieć, ale żeby się nie przywiązywać. Im dłużej żyję, tym częściej myślę, że to taki wygodny wytrych, który skonstruowaliśmy, żeby zwolnić się z wysiłku. Bo „nieprzywiązanie” jest mało wymierne, nieuchwytne i w zasadzie łatwo zdiagnozować swoje serce jako nieprzywiązane. Ale czy rzeczywiście ono takim jest? Bo to by oznaczało, że jestem gotów w każdej chwili oddać, wyrzec się, nie płakać po stracie. Wątpię, żebym sam był do tego zdolny, a i nie wierzę, żeby wielu ludzi na świecie tak patrzyło na swoje zasoby. Myślę, że nawet w zakonie przełożeni dziś boją się napominać w tym względzie, bo łatwo się narazić na obrazę majestatu – wszak mnich będzie obrażony do końca życia, że prowincjał na coś mu nie pozwolił. Bo, oczywiście innym pozwalają, tylko mnie nie… Więc natychmiast jestem biedną ofiarą…

Zachowanie czujności w tym względzie jest naprawdę szalenie trudne. Z pewnością franciszkańskie ubóstwo nie jest dla wszystkich, ale czy nie jest dla franciszkanów? Czy my możemy się łatwo z niego zwolnić? Nie sądzę… A powtarzamy te gładkie słowa o nieprzywiązywaniu się i korzystamy na całego ze wszystkiego, co mamy pod ręką, bez żadnych ograniczeń. W efekcie nie potrafimy się już w zasadzie niczym ucieszyć i skarżymy się, że coś trzeba by zmienić w naszym życiu, ale nie bardzo wiemy co… Naprawdę? Ja wiem co muszę zmienić i często czuję się bezradny. I to największa pułapka nadmiaru – strasznie ciężko się od niego uwolnić, a zniewolenie nim jest niezwykle silne. Wygodne. Przyjemne. Niszczące…

Od soboty głoszę rekolekcje dobrym Córkom świętego Franciszka w Sandomierzu. To już drugi raz w tym roku i ostatni. Pisałem już, że miejsce jest cudowne. Tutaj wyraźnie widzę zmieniające się pory roku. Ciemno, kiedy wstaję – to pierwsza zmiana. Druga? Owocowały czereśnie podczas poprzedniej wizyty, dziś śliwki i gruszki. Za chwilę trzeba będzie zamykać okna na noc. I choć zbliżająca się jesień ma w sobie ogromnie dużo uroku, to jednak trochę mi smutno. Znów nie zauważyłem lata… Tak szybko przeminęło.

W najbliższą sobotę zaczynam tydzień maryjny w Szamotułach. Cudowna okazja, żeby znów mówić o Maryi. Będą to działania „ostatnim rzutem na taśmę”. Bo tuż po tym wydarzeniu rozpoczynam trzytygodniowy urlop. I naprawdę już na niego czekam. Przede wszystkim, żeby nic „nie musieć” i nie funkcjonować „na godzinę”. Zamierzam lecieć do USA, spotykać przyjaciół, patrzeć na ludzi, jeść steki, śmiać się, spać w fotelu i czytać książki… Jeśli Pan pozwoli, to tak będzie.

niedziela, 2 sierpnia 2026

a może nieco kawioru?


(Mt 14, 13-21)
Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: "Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności". Lecz Jezus im odpowiedział: "Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!" Odpowiedzieli Mu: "Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". On rzekł: "Przynieście Mi je tutaj". Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

 

Mili Moi…
Wydaje mi się, że zupełnie inną skalę obfitości ma człowiek głodny, a inną syty i opływający w różne dobra. Podczas gdy ten pierwszy marzy o zaspokojeniu podstawowych potrzeb, ten drugi raczej zaspokaja swoje kaprysy. Pierwszy więc będzie uszczęśliwiony chlebem i rybą, które mu ktoś podaruje, drugi musi zjeść kawior w najlepszej restauracji. Żołądki te same, a pragnienia i doznania zupełnie inne. Nie w żołądkach jednak leży problem, ale w głowach. Nauczono nas „prawa do dobrobytu” i każdy owego prawa się domaga, choć trudno określić górną granicę. A jak mówi stare powiedzenie – w miarę jedzenia apetyt rośnie. Przedziwne jest również to, że ów dobrobyt raczej ludzi nie uszczęśliwia. I na tym polega jego wielkie oszustwo. Inne powiedzonko mówi, że wprawdzie pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej płakać w mercedesie niż w trabancie. Zadowolenie, przyjemność, krótkotrwałą satysfakcję można zyskać dzięki nim. Ale szczęścia nie…

Dlatego biedacy bywają znacznie szczęśliwsi niż bogacze, a zakonnicy, którzy z reguły posiadają mniej niż przeciętny człowiek, żyją statystycznie pięć lat dłużej. Ktoś powie, że nie mają tych problemów, które mają ludzie żyjący w świecie. Ale zapewniam was, że mają inne. A wszelkie licytacje na to, komu gorzej, trochę mijają się z celem, bo trudno przyjąć jakieś właściwe dla wszystkich kryteria.

Biedacy… Ci otaczają Jezusa. Ci doświadczają obfitości. Ci wyszli nieco poza to, co materialne – słuchają, chłoną, doświadczają. A jedzą jakby przy okazji. Ta podstawowa potrzeba schodzi nieco na plan dalszy. I to jakby Jezus pamięta o tym, żeby ją zaspokoić. A oni nie mają nic… Uczniowie też, bo przecież to, co mają, to właściwie „nic”. I choć nie ufają, że to mogłoby wystarczyć komukolwiek, to nie popadają w depresję i nie panikują. Szukają rozwiązań ludzkich, a potrzeba Bożych.

Zawsze myślę w tym kontekście o Matce Teresie. Wszystkie swoje siły zaangażowała w służbę najbiedniejszym. Ani nie usunęła ubóstwa ze świata, ani ludzie nie przestali umierać w skrajnej nędzy na indyjskich ulicach. Kiedy wracała po całym dniu ciężkiej pracy do swojej celi, raczej nie mówiła Jezusowi – co ja znaczę, nic nie mogę, to wszystko bez sensu. Może częściej – umocnij, daj uratować jeszcze jednego, pozwól świadczyć o Tobie wobec tych, do których dotrę. Bo to chyba istota – nie próbować nakarmić całego świata, ale tego człowieka, który obok mnie jest głodny. Dlatego Bóg nie robi „hokus-pokus” tylko napełnia nasze ręce… I wcale nie kawiorem z bieługi, ale najczęściej zwykłym chlebem z pasztetem, serem, albo polędwicą sopocką. I to wystarcza nam. I to wystarczy głodnym wokół nas.

Dochodzę do siebie po powrocie ze Starego Sącza. To były chyba najdłuższe rekolekcje, jakie prowadziłem. Muszę przyznać, że zmęczyły mnie mocno. Ale moja stajenka w Poznaniu pozwala odzyskać siły i energię. Poczytałem, wziąłem się za spacery z kijkami, adoruje Jezusa, odmawiam z ludźmi różaniec. Takie to proste, ale potrzebne. Bo już w sobotę ruszam do Torunia. Tam dwudniowe przygotowanie do uroczystości świętego Maksymiliana w kościele pod jego wezwaniem. To już chyba moja trzecia wizyta w tym miejscu i w tych okolicznościach. Stamtąd do Radia i dwa dni nagrań. Potem dwa dni przerwy i rekolekcje dla dobrych Córek Świętego Franciszka w Sandomierzu i tuż po nich tydzień maryjny w kolegiacie w Szamotułach. Zapowiada się pracowicie. Ale potem… Urloooooop!!! Czekam nań jak spragniona wody, sucha pustynia…

czwartek, 23 lipca 2026

owocuj...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.

 

Mili Moi…
W pewnym sensie, w bardzo określonym wymiarze, obserwuję trwanie w Jezusie od kilku dni bardzo konkretnie. Jestem gościem starosądeckiego klasztoru sióstr klarysek. Od trzynastego wieku żyją tu za murami córki świętej Klary, a siostry świętej Kingi. Przygotowuję lud sądecki do przeżycia odpustu Matki Ubogich, jak tu nazywa się Kingę, której doczesne szczątki są złożone w tutejszym kościele. Siostry, wiadomo, nie zażywają swobody życia towarzyskiego. Ich kontakty są ograniczone, czasami (w szczególnych okresach roku) nawet bardzo. Zjednoczone wokół krzyża naszego Pana codziennie podejmują na nowo trud życia Ewangelią we wspólnocie, która nie bardzo się zmienia, a jeśli, to bardzo wolno. Nie ma przysłowiowego „wietrzenia głowy”, nie ma zmian personalnych po pewnym czasie. Jak w rodzinie – może ktoś umrzeć, może się nowe powołanie „urodzić”, tyle że wspólnota nie składa się z trzech czy pięciu osób, ale z ponad dwudziestu. Każda z nich inna, grzeszna i święta zarazem, zraniona i spragniona miłości, poszukująca Boga i spotykająca człowieka – każdego dnia tego samego człowieka. Jest to wielkie wyzwanie. Powtarzalność. Ciężka i wytrwała praca (klasztor jest wielki i jest wiecznym „placem budowy” z racji na jego historyczny charakter i ustawiczne remonty w poszczególnych jego częściach). Ale nade wszystko kontemplacja Chrystusa, która daje siłę do bycia przed Nim razem. Także wówczas, a może zwłaszcza wówczas, kiedy po ludzku nic do tego nie motywuje. Liczne latorośle w jednym krzewie. Czerpiące te same, życiodajne soki z Pana, który kocha je w tej wspólnocie, takiej, jaka ona jest.

Z nami bywa różnie. Każdy ma swoją, niepowtarzalną drogę, po której idzie. Trwanie nie polega na bierności, ile na związku – tak ścisłym, że nierozerwalnym. Krzew wprawdzie nie wędruje, ale wino uczynione z jego winogron czasem krąży po całym świecie i cieszy serca w odległych miejscach. Żyj krzewem, wydaj owoc i pozwól go użyć – dla innych. To tajemnica szczęścia. Kochać i służyć innym aż do zapomnienia o samym sobie.

Dziś siódmy dzień Nowenny. Dużo się tu dzieje. Kręcą się pielgrzymi. Dwie Msze święte dziennie z naukami i modlitwami nowennowymi. Dużo spowiedzi, rozmów, spotkań, także z okolicznymi kapłanami. Jestem zmęczony, mogę powiedzieć to zupełnie szczerze. Właściwie poza klasztorem byłem może raz, może dwa razy. Nie ma na to po prostu czasu. Ale też jest poczucie, że dzieje się coś ważnego, a ja mogę w tym uczestniczyć. Ta łaska dzielenia się Słowem, nad którą sam staję codziennie z zachwytem – mogę wyjść na ambonę, mogę otwierać usta, mogę głosić Jezusa. I tak będzie aż do niedzieli. Jutro uroczystości z udziałem biskupa miejscowego, w niedzielę zakończenie z udziałem naszego prowincjała. W poniedziałek ruszamy do domu. Kilka dni przerwy, oddechu, a potem… Przygotowanie do uroczystości świętego Maksymiliana w Toruniu… Ale nie wybiegajmy tak daleko naprzód. Jest tu i teraz. Święta Kingo, módl się za nami…

czwartek, 9 lipca 2026

ludzie...


(Mt 10,7-15)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was! Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu.

 

Mili Moi…
Zwróciłem dziś uwagę na jedną rzecz… Uczniowie mają poszukać kogoś, kto jest godny. Nie zamożny, nie znany, nie mocny i potężny, ale właśnie godny. Jakby Jezus chciał zasugerować, że Ewangelia nie jest „byle czym”, co powinno być pchane wszędzie i na wszelkie sposoby. Wydaje się, że w połączeniu ze słowami o perłach rzucanych przed wieprze, trzeba dobrze zadbać o warunki „wyjściowe”. Środowisko, z którego nieznani przecież nikomu uczniowie, będą wychodzić na głoszenie, może bowiem pomóc w jego skuteczności. Odpowiedź na pytanie – u kogo się zatrzymaliście? – może wzbudzić większe zaufanie do przybyszów. A zatem nie ma to być kwestia większej wygody głosicieli, ale ma sprawić, że ich słowo lepiej zostanie przyjęte.

Druga rzecz, to wolność. O niej nie raz już pisałem. Jezus chce jej dla swoich głosicieli, stąd Jego wskazania wobec ich ubóstwa. Ale dziś mówi również o uszanowaniu wolności słuchaczy. Jeśli ktoś mówi „nie”, to trzeba mu na to pozwolić i nie wymuszać na nim innej odpowiedzi. A sąd w tej sprawie należy do Boga. Nie wiem czy kiedykolwiek byliście na ulicach nagabywani przez różnych „naganiaczy”. Ja wielokrotnie. Niesłychanie irytujące, prawda? Zwykle pytam – którego mojego „nie” pan/pani nie usłyszał/a? W głoszeniu Chrystusa jest miejsce na pełną szacunku zachętę, ale chyba nic ponad to.

A ja wczoraj wróciłem z Szamotuł i… oddycham miastem. No co ja poradzę, że jestem ześwirowany na tym punkcie? Naprawdę lubię ten ruch, gwar, zamieszanie. Patrzę na ludzi… Dziś zastanawiałem się na medytacji czy nadal ich lubię? Bo to kiedyś była moja duma – lubię ludzi. Musze jednak wyznać, że w sensie „globalnym” lubię ich chyba coraz mniej. I choć staram się nad tym pracować, poskramiając emocje, które czasem różnym spotkaniom towarzyszą i starając się na każdego spojrzeć dobrym okiem, to staje się to dla mnie coraz trudniejsze…

A dziś, zabieram się za nowennę do świętej Kingi… Dziewięć kazań, to nie mało. A tam już w Sączu ktoś na nie czeka…

czwartek, 2 lipca 2026

komu zawsze źle?


(Mt 9,1-8)
Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom.

 

Mili Moi…
Niewrażliwość… Wczoraj, wobec opętanego Gadareńczyka, miała motywacje pogańskie – materialne. Odejdź od nas, bo narażasz nas na straty. Nie jesteśmy gotowi poświęcić czegokolwiek dla uwolnienia człowieka od jego zniewolenia. Jest on nam zupełnie obojętny. Ot, taki element lokalnego kolorytu. Na cmentarne drogi po prostu chodziliśmy w grupach i tak sobie radziliśmy z zagrożeniem. Był sobie człowiek – już nikt chyba nie pamięta go jako wolnego. Ale tyle świń… Ich właściciel mógł głośno pytać – dlaczego ja? Dlaczego ja mam płacić za wolność tego człowieka? Kto mi zwróci poniesione koszty? I co mnie to w zadzie obchodzi? Dlaczego padło akurat na mnie???

W dzisiejszym Słowie jest chyba jeszcze gorzej. Bo niewrażliwość ma motywacje religijne. Uczeni w Piśmie bez żadnych wątpliwości wewnętrznych orzekają, że Jezus bluźni. On nie ma prawa! W ich horyzontach nie mieści się ów chory człowiek. Jemu współczuć? Grzesznikowi, którego paraliż jest z pewnością karą za jakieś poważne grzechy? I teraz, ot tak, z tych grzechów ktoś go chce uwolnić? Proste widzenie spraw tak wówczas, jak i dzisiaj ma się dobrze. Nie ma niuansów. Musimy bronić Boga, Jego chwały, świętości… Nawet przed Nim samym. Bo nie powinien być zbyt hojny. No i należy przestrzegać zasad. Zasady ponad wszystko.

A Jezus? Czy przyszedł łamać prawa, niszczyć zasady? Sam mówi, że nie znosi ich, ale wypełnia. Może więc pokazuje po prostu jak należy nimi żyć i czemu one służą. I choć nie dał nam pozwolenia na ich dowolne i uznaniowe stosowanie, to jednak niewątpliwie poleca poszukiwanie ich najgłębszego sensu, który, bywa, wykracza poza zwyczajowe rozumienie spraw. A zatem nie indywidualizm i wyjątki od reguły, ile raczej spojrzenie miłości i namysł co jest lepsze dla ocalenia człowieka, dla okazania mu miłości – tej prawdziwej, wiodącej do zbawienia.

Ja zdążyłem wrócić z Sandomierza. W moim pokoju pod blaszanym dachem żar w dniach minionych był nie do zniesienia. Klimatyzacja jeszcze nie działa, czekamy na jej podłączenie. Może nastąpi to w najbliższych dniach. Na szczęście początek tygodnia to nagrania w Niepokalanowie. W piwnicy radiowej, bo tylko tam dało się jakoś wytrzymać…

A od środy jestem w Szamotułach, gdzie głoszę dobrym siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi. Byłem tu wiele lat temu. Spokojny czas. Trochę pisania przede mną. Za pasem Nowenna do św. Kingi, którą prowadzę w Starym Sączu, więc czas się za nią zabierać. Bo gdyby jednak świat się do 17 lipca nie skończył, to spróbuję ją wygłosić…

środa, 24 czerwca 2026

gdzie jest centrum?


(Łk 1,57-66.80)
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Mili Moi…
Właśnie rodzi się ten, którego życie jest całkowicie ukierunkowane na Chrystusa. Jan żyje dzięki Niemu, dla Niego i w Nim. Niczego nie chce, poza radością przebywania z Oblubieńcem, jako Jego przyjaciel. Wszystko dla Niego porzuca, tak głęboko jest w Niego wpatrzony, zafascynowany Jego widokiem. Ani świat, z jego urokiem, przyjemnostkami, atrakcjami; ani uczniowie w jego własnej szkole; ani jego dobre imię i sława nauczyciela; ani nawet osobiste poglądy na Mesjasza, które w więzieniu, tuż przed śmiercią będzie musiał skorygować, nie są w stanie odciągnąć go od Jezusa, z którym wszystko, dla którego wszystko i przez którego wszystko…

Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka – ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces, odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie, które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego? Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady, wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa” i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…

Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla duchowieństwa.

Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.

Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to zakonne uroki.

A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi – pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu. Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.

czwartek, 11 czerwca 2026

wszystko za wszystko...


(Mt 10, 7-13)
Jezus powiedział do swoich apostołów: "Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was»".

 

Mili Moi…
Niektórzy mówią mi – głoszenie ojca jest twarde, wymagające. Niektóre kwestie stawia ojciec chyba zbyt ostro. Może brakuje ojcu wrażliwości na człowieka. Pewnie sam ojciec nie zaznał żadnego poważnego kryzysu wiary, więc łatwo ojcu mówić. Nie wchodząc w polemikę, noszę w sobie takie przekonanie, które wyraziłbym frazą „wszystko za wszystko”. Jezus dał nam całego siebie, czy ma prawo oczekiwać od nas wszystkiego czym jesteśmy i co stanowimy? Moim zdaniem ma… I czytając Ewangelię, jestem przekonany, że właśnie tego od nas oczekuje. I do niczego innego nie zamierzam wzywać. Wszelka połowiczność bowiem w konsekwencji rodzi przeciętniactwo, które zabija owocność wiary. Ona najpierw traci na znaczeniu, potem traci smak, a wreszcie, ostatecznie, traci sens.

Ale jestem w tej chwili na Kapitule Duchowej z okazji 40 lecia istnienia naszej prowincji zakonnej. Rzecz odbywa się w podgdańskim Warzenku. Wykłady, praca w grupach, wspólna modlitwa. Takie trochę rekolekcje, trochę spotkanie dokształcające. Jeden z naszych prelegentów, mówiąc o świętym Franciszku, zwracał uwagę, że jego pragnieniem było ukazać światu piękno Boga. Nie nawracać, nie tłumaczyć zawiłości wiary, ale zachwycać. To, rzecz jasna, w naszej, franciszkańskiej duchowości ważny aspekt i mam go wciąż przed oczami. Ale wciąż szukam drogi, jak robić to najlepiej. Wyrosłem już chyba z lukrowania wszystkiego „miłością Bożą”. Świadomie piszę w cudzysłowie, bo lukier, choć słodki, w swej istocie jest niestrawny. Czytam sporo komentarzy internetowych do codziennego Słowa. I na pewnej stronie, która gromadzi ich kilkanaście w jednym miejscu, natykam się często na pewnego słodzącego komentatora. Mdli mnie wręcz fizycznie. Nie jestem w stanie doczytać do końca. Ochy i achy, emocje, łzy kapiące na ekran – to już chyba daleko za mną. Ważny i potrzebny etap, ale etap właśnie, który musi się skończyć, bo w innym przypadku stanie się pułapką, jak każda bezwzględnie prawdziwa i jedyna teoria dotycząca naszego Boga. Szalenie łatwo popaść w jednostronne i jedynie słuszne drogi zmierzania ku Niemu. Mam tu, ze smutkiem o tym piszę, braci, którzy w taki sposób traktują niektóre wspólnoty w Kościele. Mylą im się one z powszechnym charakterem Kościoła i próbują mu nadać charakter tej czy innej wspólnoty, bo tylko tak będzie dobrze, a inaczej z pewnością nie. Dialog? Właściwie niemożliwy. Oni wiedza swoje, a zwracając uwagę na słabe punkty takiego rozumowania dołączasz do zbioru wrogów, którzy nie rozumieją współczesnego Kościoła i nowej ewangelizacji. Gdyby nowa ewangelizacja opierała się na takich założeniach, to zdecydowanie jestem zwolennikiem starej…

Tak czy owak… Rozpisałem się, a chodzi o to, żeby pokazać Boga takiego, jakim On sam siebie przedstawia. I dlatego bezwzględnie trzeba wracać do Ewangelii. Dla mnie, swego czasu, najbliższym tekstem był Łukasz. Miłosierdzie Jezusa tchnęło z niej na moje serce. Dziś przylgnąłem do Marka. Konkret i nadzwyczajna prostota przekazu. Może to kwestia wieku. Z czasem wiele rzeczy w ludzkim życiu się upraszcza. Wiara pewnie też…

Do minionej niedzieli głosiłem maryjne rekolekcje w Doncaster w Wielkiej Brytanii. Piękna, polonijna wspólnota. Cudowny kościół z Biała Panią czczoną tam od średniowiecza. I Maryja, jak zwykle, zaprosiła spore grono (ponad 400 osób) do zawierzenia Jej swojego życia. Wierzę, że to spotkanie z Nią dla nas wszystkich było owocne i odkryjemy to w codziennym życiu.

W najbliższą sobotę wracam już do Poznania i mam tydzień w domu. Cieszę się bardzo. Bo tęsknie już za swoją dziuplą na strychu, za naszą świątynią, za gwarem miasta. A potem? Worek z rekolekcjami zakonnymi dla sióstr się rozwiąże. I znów ruszę w drogę. Wołać na każdym miejscu – wszystko za wszystko… Oto Boża oferta.

A na zdjęciu? Maryja z Doncaster...