Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a
innymi gardzili, tę przypowieść: "Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby
się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się
modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy,
niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w
tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. A celnik stał z daleka
i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże,
miej litość dla mnie, grzesznika!” Powiadam wam: Ten odszedł do domu
usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony,
a kto się uniża, będzie wywyższony".
Mili Moi…
Jakoś tak uciekałem przed tą Ewangelią. Wydawała mi się „nie o mnie”. No bo
przecież ja tak się nie modlę. No, nie modle się tak, ale… przecież tak myślę.
Mam w sobie taki „obszar pogardy pracoholika” – gardzę nierobami. Tak to chyba
trzeba nazwać, choć to słowo brzmi bardzo mocno i w ustach księdza na pewno nie
brzmi dobrze. Ale tak chyba jest – gardzę nierobami, zwłaszcza w sutannach i
habitach. Oczywiście chodzi o nieróbstwo świadome, a nie wymuszone
okolicznościami, na przykład chorobą. Ono natychmiast uruchamia we mnie
irytację, złość, gniew, niechęć, a w konsekwencji pogardę. Tym większą, im
bardziej „ideowa” powinna być praca ocenianego. Dlatego te habity tak
szczególnie na mnie działają. Po coś człowieku przyszedł? Zażywać przyjemności
i pozwolić, żeby inni na ciebie pracowali? Żeby być „kustoszem pilota od
telewizora”? A dusze giną…
Dziś zobaczyłem to wyraźnie… Znów na podstawie tego, co widzę (a przecież
to wcale nie musi być cała prawda), dokonuje osądu i bardzo surowy wyrok zapada
w moim sercu. Źle mi z tym, ale trudno mi czasem nad sobą zapanować. To
wszystko gdzieś w sercu, albo w rozmowach z innymi pracoholikami – staram się
nie rozdawać ciosów na prawo i na lewo, ale w sercu obijam niektórych do
nieprzytomności. Dziś stanąłem przed Panem z prośbą, żeby przede wszystkim tę
pogardę zamienił we mnie we współczucie (i żebym sam go nie pomylił z
politowaniem), a nade wszystko, żeby pomnożył we mnie radość z możliwości pracowania
dla Jego chwały. Przecież kiedy przyszedłem do Zakonu, to nigdy, na żadnym
etapie, nie uzależniałem własnego zaangażowania od zaangażowania innych, mówiąc
– jeśli wokół mnie będą pracowici bracia, to i ja będę się starał, a jeśli ich
zabraknie, to… Nie, nigdy!!! Na razie jednak radości z posługi mi nie brakuje –
dla niej przeżywam moje „teraz” – wierzę, że z woli Bożej. A kiedy Pan powie dość,
to chcę się zatrzymać…
Na razie dokonuje się reorientacja… Delikatna korekta kursu… Mogę już o tym
napisać, bo mam na to „papier”. Otóż z dniem 1 kwietnia przenoszę się z Ostródy
do klasztoru w Poznaniu, aby objąć tam obowiązki rektora kościoła i kustosza
sanktuarium. Oczywiście nie dzieje się to w uznaniu dla moich szczególnych
umiejętności, więc niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że to awans. Jesteśmy w
połowie kadencji, więc jest to raczej ratowanie sytuacji, która wymagała
dokonania takich zmian. Co to oznacza dla mnie? Powrót do dużego miasta… I to
radość. Ale również troskę o powierzony mi kościół i Kościół. Zarówno budynek, jak
i wspólnota tam się modląca, jest już głęboko w moim sercu, wszak trzy lata tam
niegdyś pracowałem. Oczywiście nikt nie zwolnił mnie z dotychczasowych
obowiązków. Raczej podpięto mi kolejny wagonik. Niemniej musi się dokonać pewna
reorganizacja i na pewno będę mógł mniej terminów i zobowiązań zewnętrznych przyjmować.
Odczytuje to jako wyraz troski Bożej, bo rzeczywiście tempo było i jest
zawrotne. Pan podprowadzał mnie do tego poprzez swoje Słowo, więc nie byłem
zaskoczony faktem, choć pomysłem już tak. Ale nie miałem wątpliwości, że mam za
tym iść, bo na Bożym prowadzeniu jeszcze nigdy się nie zawiodłem. A zatem
Poznaniu… Witaj ponownie!
Ale na razie Holandia i rekolekcje w Eindhoven. Cały tydzień tu, a
natychmiast po ich zakończeniu, przejazd do Duisburga i kilka rekolekcyjnych
dni tam. Wszystko, rzecz jasna, dla Polaków. A jak już wrócę do kraju, to…
Przeprowadzka… Czyli coś, co tygryski lubią najbardziej ☹☹☹