Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią
na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim
pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich
chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli:
"Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom:
niech idą do wsi i zakupią sobie żywności". Lecz Jezus im odpowiedział:
"Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!" Odpowiedzieli Mu:
"Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". On rzekł:
"Przynieście Mi je tutaj". Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie
wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i
połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta,
a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś,
którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.
Mili Moi…
Wydaje mi się, że zupełnie inną skalę obfitości ma człowiek głodny, a inną
syty i opływający w różne dobra. Podczas gdy ten pierwszy marzy o zaspokojeniu
podstawowych potrzeb, ten drugi raczej zaspokaja swoje kaprysy. Pierwszy więc
będzie uszczęśliwiony chlebem i rybą, które mu ktoś podaruje, drugi musi zjeść
kawior w najlepszej restauracji. Żołądki te same, a pragnienia i doznania
zupełnie inne. Nie w żołądkach jednak leży problem, ale w głowach. Nauczono nas
„prawa do dobrobytu” i każdy owego prawa się domaga, choć trudno określić górną
granicę. A jak mówi stare powiedzenie – w miarę jedzenia apetyt rośnie.
Przedziwne jest również to, że ów dobrobyt raczej ludzi nie uszczęśliwia. I na
tym polega jego wielkie oszustwo. Inne powiedzonko mówi, że wprawdzie pieniądze
szczęścia nie dają, ale lepiej płakać w mercedesie niż w trabancie. Zadowolenie,
przyjemność, krótkotrwałą satysfakcję można zyskać dzięki nim. Ale szczęścia
nie…
Dlatego biedacy bywają znacznie szczęśliwsi niż bogacze, a zakonnicy,
którzy z reguły posiadają mniej niż przeciętny człowiek, żyją statystycznie pięć
lat dłużej. Ktoś powie, że nie mają tych problemów, które mają ludzie żyjący w
świecie. Ale zapewniam was, że mają inne. A wszelkie licytacje na to, komu
gorzej, trochę mijają się z celem, bo trudno przyjąć jakieś właściwe dla
wszystkich kryteria.
Biedacy… Ci otaczają Jezusa. Ci doświadczają obfitości. Ci wyszli nieco
poza to, co materialne – słuchają, chłoną, doświadczają. A jedzą jakby przy
okazji. Ta podstawowa potrzeba schodzi nieco na plan dalszy. I to jakby Jezus
pamięta o tym, żeby ją zaspokoić. A oni nie mają nic… Uczniowie też, bo
przecież to, co mają, to właściwie „nic”. I choć nie ufają, że to mogłoby
wystarczyć komukolwiek, to nie popadają w depresję i nie panikują. Szukają
rozwiązań ludzkich, a potrzeba Bożych.
Zawsze myślę w tym kontekście o Matce Teresie. Wszystkie swoje siły
zaangażowała w służbę najbiedniejszym. Ani nie usunęła ubóstwa ze świata, ani ludzie
nie przestali umierać w skrajnej nędzy na indyjskich ulicach. Kiedy wracała po
całym dniu ciężkiej pracy do swojej celi, raczej nie mówiła Jezusowi – co ja
znaczę, nic nie mogę, to wszystko bez sensu. Może częściej – umocnij, daj
uratować jeszcze jednego, pozwól świadczyć o Tobie wobec tych, do których
dotrę. Bo to chyba istota – nie próbować nakarmić całego świata, ale tego
człowieka, który obok mnie jest głodny. Dlatego Bóg nie robi „hokus-pokus”
tylko napełnia nasze ręce… I wcale nie kawiorem z bieługi, ale najczęściej zwykłym
chlebem z pasztetem, serem, albo polędwicą sopocką. I to wystarcza nam. I to
wystarczy głodnym wokół nas.
Dochodzę do siebie po powrocie ze Starego Sącza. To były chyba najdłuższe
rekolekcje, jakie prowadziłem. Muszę przyznać, że zmęczyły mnie mocno. Ale moja
stajenka w Poznaniu pozwala odzyskać siły i energię. Poczytałem, wziąłem się za
spacery z kijkami, adoruje Jezusa, odmawiam z ludźmi różaniec. Takie to proste,
ale potrzebne. Bo już w sobotę ruszam do Torunia. Tam dwudniowe przygotowanie
do uroczystości świętego Maksymiliana w kościele pod jego wezwaniem. To już chyba
moja trzecia wizyta w tym miejscu i w tych okolicznościach. Stamtąd do Radia i
dwa dni nagrań. Potem dwa dni przerwy i rekolekcje dla dobrych Córek Świętego
Franciszka w Sandomierzu i tuż po nich tydzień maryjny w kolegiacie w
Szamotułach. Zapowiada się pracowicie. Ale potem… Urloooooop!!! Czekam nań jak
spragniona wody, sucha pustynia…