Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was
umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje
przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania
Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was
była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się
wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od
tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi
moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo
sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem
oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale
Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by
owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię
moje. To wam przykazuję, abyście się
wzajemnie miłowali”.
Mili Moi…
Od dawna zastanawia mnie pytanie – czy można kogoś kochać, jednocześnie go
nie lubiąc. I rzecz jasna, jeśli uznajemy, że miłość jest pragnieniem dobra dla
drugiego (rzeczywistego, pełnego i ostatecznego) to z pewnością da się kochać
nielubianych. Ale jest to wyjątkowo trudne, o czym sam się przekonuję. Mam bowiem
wokół ludzi, których po ludzku nie lubię. Różnimy się bardzo w postrzeganiu
rzeczywistości, w rozumieniu, co jest ważne, w podejściu do wiary i naszych
obowiązków. Czasem mam wielką ochotę wygarnąć im, co zalega mi na wątrobie. Ale
czy należy? Starożytni pytali – qui bono? – dla jakiego dobra, co dobrego z
tego wyniknie? Może więc trzeba cnoty powściągliwości, może dożo zawierzenia
Matce Milczenia, może więcej głowy niż emocji. A jeszcze chcieć dla nich dobra?
Właśnie wówczas, kiedy zaciskają się pięści?
To chyba naprawdę możliwe jest tylko we współpracy z łaską, z tą ogromną
łaską „uchrystusowienia”, która okazał nam Pan. Paweł pisze - Jako więc
wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie,
dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie
nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak
i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią
doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też
zostaliście wezwani w jednym Ciele. (Kol 3, 12-15). Może to jest dobry początek
– znosić siebie nawzajem i przebaczać – że inni są… inni. Nie są tacy, jak ja.
Bo, jak pisał Mickiewicz – ten może deptać węże, głaskać lwy i tury, kto wyrwał
z siebie żądło, rogi i pazury. To nie oni muszą się zmienić, żebym mógł ich
kochać. To ja potrzebuję przemiany…
I znów, zupełnie niezauważalnie, minęło ponad dwa tygodnie. Zdążyłem
nawiedzić Holandię z nauczaniem maryjnym. Mam wrażenie, że powoli zaprzyjaźniam
się z tamtejszymi ludźmi. Wielu z nich to piękne dusze. Czuję się tam jak wśród
przyjaciół. Z niektórymi spędziłem więcej czasu, bo towarzyszyli mi w misyjnej,
niedzielnej drodze od kościoła do kościoła. Dobre rozmowy, wspólna modlitwa.
Chwała Niepokalanej!
Pomieszkałem tez w Poznaniu. Mogę wreszcie powiedzieć, że proces
przeprowadzki dobiegł końca. Wszystko rozpakowane i na swoim miejscu. No, może
jeszcze okna nieumyte. Ale to drobiazg. Chodzę sobie po naszym, franciszkańskim
kościele i rozmyślam, co moglibyśmy dać ludziom w Poznaniu, w jaki sposób
moglibyśmy im posłużyć, jak przypomnieć im o Matce w Cudy Wielmożnej? Pomysły się
rodzą. Niektórym sprostam sam, inne zaproponuję braciom. Zobaczymy jakie są
plany Opatrzności.
Od soboty zaś jestem w Miedniewicach. Ja „losuję” te „końce świata” i
usycham w wioseczkach o dwóch ulicach na krzyż. Tym razem to klasztor sióstr
klarysek, przy naszym, franciszkańskim sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej.
Koniec świata, choć na Mazowszu. Bardzo blisko Niepokalanowa. Głoszę siostrom,
czytam, chodzę na spacery. Ale jak długo można? 😊
Liczę więc, że w poniedziałek wrócę do Poznania, wymienię walizkę i ruszę
do Krynicy Morskiej (kolejne centrum świata 😊) wygłosić rekolekcje braciom
kapucynom.