Bez Ojca na ziemi nie sposób zaistnieć… Można bez niego żyć. Czasem odchodzą
szybciej – jak mój, który wystraszył się mnie, kiedy miałem zaledwie kilka
centymetrów i przebywałem jeszcze w łonie matki; czasem później – po prostu
umierają. Ale bez Ojca Niebieskiego żyć nie sposób. I to pierwsze słowo „Ojcze”
wprowadza nas w nieprawdopodobnie głęboką relację, w której wyraża się cała
nasza zależność wobec Niego. Zależność, która nie upokarza, ale uwalnia. Pan,
który ma być na pierwszym miejscu w naszym życiu (i w naszej modlitwie) zadba o
wszystko inne i to w takim zakresie, jaki jest dla nas niezbędny. Problem chyba
w tym, że całkiem odmiennie rozumiemy „niezbędność” niż On. Nasze pełne
magazyny, spiżarnie, piwnice, z których jesteśmy raczej dumni, bo są dowodem
naszej zaradności, przemyślności i planowania, muszą w Nim budzić raczej
uśmiech niż podziw. Wszak Pan i we śnie darzy swych umiłowanych (Ps 127). Ale
każdemu według Jego pragnień… Podczas gdy inwestujemy ogromnie dużo energii w
uzasadnienie naszego sposobu postępowania i dowiedzenie, że nie da się dziś żyć,
jak choćby święty Franciszek, Pan posyła coraz to nowych świętych, którzy
dowodzą, że kompletna zależność od Ojca w niebie nie jest wstydem i brakiem
zaradności, ale raczej powodem do dumy i modelem życia, który wyzwala. A
wolność? O tym jest cała Ewangelia…
Ja w minionym tygodniu głosiłem w Radziejowie (niedaleko Ciechocinka,
diecezja włocławska). Misje parafialne to zjawisko dość angażujące i trwa cały
tydzień. Muszę przyznać, że trochę mnie to zmęczyło. Ale przecież w niedzielę nocą
wróciłem do Poznania i cały poniedziałek mogłem wypoczywać… No, powiedzmy, bo
obowiązków domowych zwykle narasta sporo pod moją nieobecność. Wczoraj zaś
zawitałem do pięknej, jesiennej Krynicy Morskiej, gdzie głoszę, drugą już w tym
roku, turę rekolekcji zakonnych dla Braci Kapucynów. Fizycznie nieco odetchnę,
ale dwa artykuły do napisania, więc trzeba się brać i nie tracić czasu. Stąd do
Poznania i po jednej przespanej nocy w domu, do Radia, na dwa dni nagrań.
Powrót w przyszły czwartek, a w piątek skupienie dla Braci Mniejszych w
Poznaniu i wieczorem ruszam już do Eindhoven w Holandii na Niedzielę Maryjną. Ale
przecież jestem po urlopie… W pełni sił 😊
Wczoraj pojechałem do mojego rodzinnego miasta, aby wymeldować się z
mieszkania, które od dawna nie jest już moją własnością. Jako zakonnik,
wszystkie moje dobra przekazałem mojej wspólnocie zakonnej, a wspomniane
mieszkanie właśnie zostało sprzedane. Formalności więc należało dopełnić. I
przyznam, że ten ostatni akt zerwania z przeszłością jakoś mnie bardzo dotknął.
Zdałem sobie sprawę, że jedynym motywem, który dziś łączy mnie z tym moim
rodzinnym miejscem są… cmentarze, gdzie spoczywają prochy moich przodków.
Pierwszy raz w życiu poczułem się w tym miejscu całkowicie obco, tak, jak
jeszcze nigdy dotąd. Aż zrobiło mi się przykro. A zatem żegnaj Sztumie, tak
niegdyś mi drogi. Dorosłem ostatecznie i idę w świat… Nie oglądając się za
siebie.






