Oczywiście już słyszę te nasze kościelne wyjaśnienia – przecież możesz dzięki
temu służyć tymi dobrami, a poza tym nie chodzi o to, żeby nie mieć, ale żeby
się nie przywiązywać. Im dłużej żyję, tym częściej myślę, że to taki wygodny
wytrych, który skonstruowaliśmy, żeby zwolnić się z wysiłku. Bo „nieprzywiązanie”
jest mało wymierne, nieuchwytne i w zasadzie łatwo zdiagnozować swoje serce
jako nieprzywiązane. Ale czy rzeczywiście ono takim jest? Bo to by oznaczało, że
jestem gotów w każdej chwili oddać, wyrzec się, nie płakać po stracie. Wątpię,
żebym sam był do tego zdolny, a i nie wierzę, żeby wielu ludzi na świecie tak
patrzyło na swoje zasoby. Myślę, że nawet w zakonie przełożeni dziś boją się
napominać w tym względzie, bo łatwo się narazić na obrazę majestatu – wszak mnich
będzie obrażony do końca życia, że prowincjał na coś mu nie pozwolił. Bo,
oczywiście innym pozwalają, tylko mnie nie… Więc natychmiast jestem biedną
ofiarą…
Zachowanie czujności w tym względzie jest naprawdę szalenie trudne. Z
pewnością franciszkańskie ubóstwo nie jest dla wszystkich, ale czy nie jest dla
franciszkanów? Czy my możemy się łatwo z niego zwolnić? Nie sądzę… A powtarzamy
te gładkie słowa o nieprzywiązywaniu się i korzystamy na całego ze wszystkiego,
co mamy pod ręką, bez żadnych ograniczeń. W efekcie nie potrafimy się już w
zasadzie niczym ucieszyć i skarżymy się, że coś trzeba by zmienić w naszym życiu,
ale nie bardzo wiemy co… Naprawdę? Ja wiem co muszę zmienić i często czuję się
bezradny. I to największa pułapka nadmiaru – strasznie ciężko się od niego uwolnić,
a zniewolenie nim jest niezwykle silne. Wygodne. Przyjemne. Niszczące…
Od soboty głoszę rekolekcje dobrym Córkom świętego Franciszka w
Sandomierzu. To już drugi raz w tym roku i ostatni. Pisałem już, że miejsce
jest cudowne. Tutaj wyraźnie widzę zmieniające się pory roku. Ciemno, kiedy
wstaję – to pierwsza zmiana. Druga? Owocowały czereśnie podczas poprzedniej wizyty,
dziś śliwki i gruszki. Za chwilę trzeba będzie zamykać okna na noc. I choć
zbliżająca się jesień ma w sobie ogromnie dużo uroku, to jednak trochę mi
smutno. Znów nie zauważyłem lata… Tak szybko przeminęło.
W najbliższą sobotę zaczynam tydzień maryjny w Szamotułach. Cudowna okazja,
żeby znów mówić o Maryi. Będą to działania „ostatnim rzutem na taśmę”. Bo tuż
po tym wydarzeniu rozpoczynam trzytygodniowy urlop. I naprawdę już na niego
czekam. Przede wszystkim, żeby nic „nie musieć” i nie funkcjonować „na godzinę”.
Zamierzam lecieć do USA, spotykać przyjaciół, patrzeć na ludzi, jeść steki,
śmiać się, spać w fotelu i czytać książki… Jeśli Pan pozwoli, to tak będzie.






