Dlatego biedacy bywają znacznie szczęśliwsi niż bogacze, a zakonnicy,
którzy z reguły posiadają mniej niż przeciętny człowiek, żyją statystycznie pięć
lat dłużej. Ktoś powie, że nie mają tych problemów, które mają ludzie żyjący w
świecie. Ale zapewniam was, że mają inne. A wszelkie licytacje na to, komu
gorzej, trochę mijają się z celem, bo trudno przyjąć jakieś właściwe dla
wszystkich kryteria.
Biedacy… Ci otaczają Jezusa. Ci doświadczają obfitości. Ci wyszli nieco
poza to, co materialne – słuchają, chłoną, doświadczają. A jedzą jakby przy
okazji. Ta podstawowa potrzeba schodzi nieco na plan dalszy. I to jakby Jezus
pamięta o tym, żeby ją zaspokoić. A oni nie mają nic… Uczniowie też, bo
przecież to, co mają, to właściwie „nic”. I choć nie ufają, że to mogłoby
wystarczyć komukolwiek, to nie popadają w depresję i nie panikują. Szukają
rozwiązań ludzkich, a potrzeba Bożych.
Zawsze myślę w tym kontekście o Matce Teresie. Wszystkie swoje siły
zaangażowała w służbę najbiedniejszym. Ani nie usunęła ubóstwa ze świata, ani ludzie
nie przestali umierać w skrajnej nędzy na indyjskich ulicach. Kiedy wracała po
całym dniu ciężkiej pracy do swojej celi, raczej nie mówiła Jezusowi – co ja
znaczę, nic nie mogę, to wszystko bez sensu. Może częściej – umocnij, daj
uratować jeszcze jednego, pozwól świadczyć o Tobie wobec tych, do których
dotrę. Bo to chyba istota – nie próbować nakarmić całego świata, ale tego
człowieka, który obok mnie jest głodny. Dlatego Bóg nie robi „hokus-pokus”
tylko napełnia nasze ręce… I wcale nie kawiorem z bieługi, ale najczęściej zwykłym
chlebem z pasztetem, serem, albo polędwicą sopocką. I to wystarcza nam. I to
wystarczy głodnym wokół nas.
Dochodzę do siebie po powrocie ze Starego Sącza. To były chyba najdłuższe
rekolekcje, jakie prowadziłem. Muszę przyznać, że zmęczyły mnie mocno. Ale moja
stajenka w Poznaniu pozwala odzyskać siły i energię. Poczytałem, wziąłem się za
spacery z kijkami, adoruje Jezusa, odmawiam z ludźmi różaniec. Takie to proste,
ale potrzebne. Bo już w sobotę ruszam do Torunia. Tam dwudniowe przygotowanie
do uroczystości świętego Maksymiliana w kościele pod jego wezwaniem. To już chyba
moja trzecia wizyta w tym miejscu i w tych okolicznościach. Stamtąd do Radia i
dwa dni nagrań. Potem dwa dni przerwy i rekolekcje dla dobrych Córek Świętego
Franciszka w Sandomierzu i tuż po nich tydzień maryjny w kolegiacie w
Szamotułach. Zapowiada się pracowicie. Ale potem… Urloooooop!!! Czekam nań jak
spragniona wody, sucha pustynia…






