Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż
o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka –
ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces,
odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie,
które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie
mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego?
Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne
szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak
trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo
przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć
też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo
przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o
psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady,
wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko
w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już
się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas
wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa”
i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z
ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…
Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim
zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się
szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic
wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto
pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla
duchowieństwa.
Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo
obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci
z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze
podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.
Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w
Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne
zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako
ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to
zakonne uroki.
A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany
wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi –
pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu.
Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I
modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.






