Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i
krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się
z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię
ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma
otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił
to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał
tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A
natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga.
I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei
rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym
słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo
istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a
żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.
Mili Moi…
Właśnie rodzi się ten, którego życie jest całkowicie ukierunkowane na
Chrystusa. Jan żyje dzięki Niemu, dla Niego i w Nim. Niczego nie chce, poza
radością przebywania z Oblubieńcem, jako Jego przyjaciel. Wszystko dla Niego
porzuca, tak głęboko jest w Niego wpatrzony, zafascynowany Jego widokiem. Ani
świat, z jego urokiem, przyjemnostkami, atrakcjami; ani uczniowie w jego
własnej szkole; ani jego dobre imię i sława nauczyciela; ani nawet osobiste
poglądy na Mesjasza, które w więzieniu, tuż przed śmiercią będzie musiał
skorygować, nie są w stanie odciągnąć go od Jezusa, z którym wszystko, dla którego
wszystko i przez którego wszystko…
Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż
o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka –
ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces,
odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie,
które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie
mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego?
Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne
szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak
trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo
przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć
też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo
przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o
psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady,
wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko
w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już
się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas
wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa”
i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z
ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…
Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim
zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się
szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic
wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto
pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla
duchowieństwa.
Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo
obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci
z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze
podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.
Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w
Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne
zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako
ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to
zakonne uroki.
A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany
wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi –
pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu.
Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I
modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.