środa, 24 czerwca 2026

gdzie jest centrum?


(Łk 1,57-66.80)
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Mili Moi…
Właśnie rodzi się ten, którego życie jest całkowicie ukierunkowane na Chrystusa. Jan żyje dzięki Niemu, dla Niego i w Nim. Niczego nie chce, poza radością przebywania z Oblubieńcem, jako Jego przyjaciel. Wszystko dla Niego porzuca, tak głęboko jest w Niego wpatrzony, zafascynowany Jego widokiem. Ani świat, z jego urokiem, przyjemnostkami, atrakcjami; ani uczniowie w jego własnej szkole; ani jego dobre imię i sława nauczyciela; ani nawet osobiste poglądy na Mesjasza, które w więzieniu, tuż przed śmiercią będzie musiał skorygować, nie są w stanie odciągnąć go od Jezusa, z którym wszystko, dla którego wszystko i przez którego wszystko…

Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka – ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces, odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie, które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego? Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady, wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa” i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…

Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla duchowieństwa.

Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.

Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to zakonne uroki.

A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi – pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu. Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.

czwartek, 11 czerwca 2026

wszystko za wszystko...


(Mt 10, 7-13)
Jezus powiedział do swoich apostołów: "Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was»".

 

Mili Moi…
Niektórzy mówią mi – głoszenie ojca jest twarde, wymagające. Niektóre kwestie stawia ojciec chyba zbyt ostro. Może brakuje ojcu wrażliwości na człowieka. Pewnie sam ojciec nie zaznał żadnego poważnego kryzysu wiary, więc łatwo ojcu mówić. Nie wchodząc w polemikę, noszę w sobie takie przekonanie, które wyraziłbym frazą „wszystko za wszystko”. Jezus dał nam całego siebie, czy ma prawo oczekiwać od nas wszystkiego czym jesteśmy i co stanowimy? Moim zdaniem ma… I czytając Ewangelię, jestem przekonany, że właśnie tego od nas oczekuje. I do niczego innego nie zamierzam wzywać. Wszelka połowiczność bowiem w konsekwencji rodzi przeciętniactwo, które zabija owocność wiary. Ona najpierw traci na znaczeniu, potem traci smak, a wreszcie, ostatecznie, traci sens.

Ale jestem w tej chwili na Kapitule Duchowej z okazji 40 lecia istnienia naszej prowincji zakonnej. Rzecz odbywa się w podgdańskim Warzenku. Wykłady, praca w grupach, wspólna modlitwa. Takie trochę rekolekcje, trochę spotkanie dokształcające. Jeden z naszych prelegentów, mówiąc o świętym Franciszku, zwracał uwagę, że jego pragnieniem było ukazać światu piękno Boga. Nie nawracać, nie tłumaczyć zawiłości wiary, ale zachwycać. To, rzecz jasna, w naszej, franciszkańskiej duchowości ważny aspekt i mam go wciąż przed oczami. Ale wciąż szukam drogi, jak robić to najlepiej. Wyrosłem już chyba z lukrowania wszystkiego „miłością Bożą”. Świadomie piszę w cudzysłowie, bo lukier, choć słodki, w swej istocie jest niestrawny. Czytam sporo komentarzy internetowych do codziennego Słowa. I na pewnej stronie, która gromadzi ich kilkanaście w jednym miejscu, natykam się często na pewnego słodzącego komentatora. Mdli mnie wręcz fizycznie. Nie jestem w stanie doczytać do końca. Ochy i achy, emocje, łzy kapiące na ekran – to już chyba daleko za mną. Ważny i potrzebny etap, ale etap właśnie, który musi się skończyć, bo w innym przypadku stanie się pułapką, jak każda bezwzględnie prawdziwa i jedyna teoria dotycząca naszego Boga. Szalenie łatwo popaść w jednostronne i jedynie słuszne drogi zmierzania ku Niemu. Mam tu, ze smutkiem o tym piszę, braci, którzy w taki sposób traktują niektóre wspólnoty w Kościele. Mylą im się one z powszechnym charakterem Kościoła i próbują mu nadać charakter tej czy innej wspólnoty, bo tylko tak będzie dobrze, a inaczej z pewnością nie. Dialog? Właściwie niemożliwy. Oni wiedza swoje, a zwracając uwagę na słabe punkty takiego rozumowania dołączasz do zbioru wrogów, którzy nie rozumieją współczesnego Kościoła i nowej ewangelizacji. Gdyby nowa ewangelizacja opierała się na takich założeniach, to zdecydowanie jestem zwolennikiem starej…

Tak czy owak… Rozpisałem się, a chodzi o to, żeby pokazać Boga takiego, jakim On sam siebie przedstawia. I dlatego bezwzględnie trzeba wracać do Ewangelii. Dla mnie, swego czasu, najbliższym tekstem był Łukasz. Miłosierdzie Jezusa tchnęło z niej na moje serce. Dziś przylgnąłem do Marka. Konkret i nadzwyczajna prostota przekazu. Może to kwestia wieku. Z czasem wiele rzeczy w ludzkim życiu się upraszcza. Wiara pewnie też…

Do minionej niedzieli głosiłem maryjne rekolekcje w Doncaster w Wielkiej Brytanii. Piękna, polonijna wspólnota. Cudowny kościół z Biała Panią czczoną tam od średniowiecza. I Maryja, jak zwykle, zaprosiła spore grono (ponad 400 osób) do zawierzenia Jej swojego życia. Wierzę, że to spotkanie z Nią dla nas wszystkich było owocne i odkryjemy to w codziennym życiu.

W najbliższą sobotę wracam już do Poznania i mam tydzień w domu. Cieszę się bardzo. Bo tęsknie już za swoją dziuplą na strychu, za naszą świątynią, za gwarem miasta. A potem? Worek z rekolekcjami zakonnymi dla sióstr się rozwiąże. I znów ruszę w drogę. Wołać na każdym miejscu – wszystko za wszystko… Oto Boża oferta.

A na zdjęciu? Maryja z Doncaster...

sobota, 30 maja 2026

wiedza...



(Mk 11, 27-33)
Jezus wraz z uczniami przyszedł znowu do Jerozolimy. Kiedy chodził po świątyni, przystąpili do Niego arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi i zapytali Go: "Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę, żebyś to czynił?" Jezus im odpowiedział: "Zadam wam jedno pytanie. Odpowiedzcie Mi na nie, a powiem wam, jakim prawem to czynię. Czy chrzest Janowy pochodził z nieba, czy też od ludzi? Odpowiedzcie Mi". Oni zastanawiali się między sobą: "Jeśli powiemy: „Z nieba”, to nam zarzuci: „Dlaczego więc nie uwierzyliście mu?” Powiemy: „Od ludzi”. Lecz bali się tłumu, ponieważ wszyscy rzeczywiście uważali Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: "Nie wiemy". Jezus im rzekł: "Zatem i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię".

 

Mili Moi…
Co jest ważniejsze – wiedza czy wiara? Z gruntu fałszywa alternatywa. Obie są ważne. Bez wiedzy człek jest skłonny wierzyć we wszystko w sposób bezkrytyczny. Bez wiary, wiedza staje się raczej obciążeniem, z którym nie wiadomo jak sobie radzić, co czasami prowadzi do beznadziei. Dzisiejsi bohaterowie Ewangelii wiedzy o Jezusie mają całkiem sporo, ale są wciąż zdecydowani w Niego nie wierzyć. Sama wiedza zamyka więc ich w sobie. I w oparciu o nią zaczynają manipulować opinią – również swoją.  A ostatecznie zwycięża konformizm i wygoda. A może próba zachowania status quo. W każdym razie, do prawdziwego spotkania z Jezusem nie dochodzi. Ich dialog ogranicza się do wymiany pytań. I to na razie musi im wystarczyć. Dalej jest decyzja, na którą dziś nie są gotowi. A w zasadzie wielu z nich chyba nigdy nie będzie… Mądrzy ludzie, ludzką mądrością, która nie zdoła nas zbawić…

Wczoraj dotarłem do Ostródy i od świtu dziś zajmowałem się ostatnimi przygotowaniami do Biegu Małych Rycerzy. Czasem, może trochę anegdotycznie mówię, że to „najgorszy dla mnie dzień w roku”. Faktem jest, że przeżywam to zawsze mocno, a zbyt wielu pomocników nie mam, więc sporo jest na mojej głowie. Tym wszystkim jednak, którzy się angażują, także tą drogą chcę wyrazić niezgłębioną wdzięczność. Bo bez nich nie było by mowy o tym wydarzeniu. Chyba udało się wszystko… Uczestników około 60. To wciąż dość mało, ale powoli dorastam chyba do nie przejmowania się liczbami. W tym roku posłałem zaproszenie w wiele miejsc. Zdumiewa mnie często fakt, że zainteresowania brak. Nic nie trzeba – tylko wsadzić dzieci w busa i przyjechać. No ale myślę o tych, które były. Słuchałem ich rozmów, kiedy przygotowywały się do wyjścia w tras. Urocze. Przejęte bardzo. Fajne dzieciaki po prostu. A ja wieczorową porą dochodzę do siebie…

Jutro moje pożegnanie w Ostródzie. Czyli domykamy te drzwi. Nie zdążyłem poznać parafii, ludzi, nie zdążyłem posłużyć za wiele. A teraz czas na pełne serdeczności "żegnajcie". Czy na zawsze? Nikt poza Panem tego nie wie. Na czas jakiś z pewnością.

Wieczorem mam już Eucharystię w Poznaniu, więc trzeba się przemieszczać sprawnie, a w poniedziałkowy poranek znów Radiowy oddech. Kilka godzin wytężonej pracy, ale i radość spotkania…

poniedziałek, 25 maja 2026

służba...


(J 19, 25-27)
Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: "Niewiasto, oto syn Twój". Następnie rzekł do ucznia: "Oto Matka twoja". I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

 

Mili Moi…
Co pomoże nam rozproszyć smutek niezależnie z jakiego źródła by pochodził? Drugi człowiek. Ale nie dlatego, że będzie potrafił nas pocieszyć, ale dlatego, że można mu usłużyć. Dziś umierający Jezus zwraca Jana i Maryję ku sobie. Bądźcie razem i obejmijcie się wzajemną miłością. Pamiętacie Ostatnią Wieczerzę? Wówczas Jezus myje uczniom nogi i mówi – to, co uczyniłem wam ja, winniście sobie wzajemnie czynić. Służba – ona was pocieszy. Człowiek, który ma kogo kochać, nie może sobie pozwolić na zamknięcie się w smutku. Widzę to choćby w perspektywie moich przyjaciół. Mąż i ojciec zmarł jakiś czas temu. Została matka z czwórką dzieci… Ona musi je kochać za dwoje, służyć im, wychować. Nie może dać pochłonąć się smutkowi. A jeśli wydaje ci się, że nie masz kogo kochać, to idź do swojego proboszcza i zapytaj czy nie ma kogoś do kochania i do służby? On ci wskaże – Malinowską, Kalinowską i Kowalskiego – sami nie chodzą, mają obiady wykupione, ale nie ma im kto zanieść. Są twoi… Również po to jest Kościół. Żebyś miał zawsze kogo kochać i komu służyć. A nigdy nie będziesz zniewolony smutkiem.

Ja powoli kończę rekolekcje dla siedemnastu kapucynów w Krynicy Morskiej. Dobry czas modlitwy, lektury i służby właśnie. Jutro kurs do Gdyni – konsultacje, bo moje auto coś szwankuje. Zakupy, bo w sobotę Bieg Małych Rycerzy Niepokalanej w Ostródzie – dzień, który pochłonie połowę mojej całorocznej energii. A wieczorem może uda mi się wreszcie dotrzeć do domu. Nie pomieszkam długo. W sobotę wspomniany Bieg, a wieczorem nagrania kolejnych sześciu odcinków internetowych katechez Szkoły Maryi na kolejne pół roku. W niedzielę pożegnanie w Ostródzie – tak, to pierwsza wolna niedziela po mojej wyprowadzce stamtąd na Wielkanoc. W poniedziałek i wtorek Radio. A w środę lecę… Na Tydzień Maryjny do Doncaster w Wielkiej Brytanii. I to by było na tyle na razie… Oby samochód był sprawny, żebym ze wszystkim zdążył…

czwartek, 14 maja 2026

zaciśnięta pięść?


(J 15,9-17)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali”.

 

Mili Moi…
Od dawna zastanawia mnie pytanie – czy można kogoś kochać, jednocześnie go nie lubiąc. I rzecz jasna, jeśli uznajemy, że miłość jest pragnieniem dobra dla drugiego (rzeczywistego, pełnego i ostatecznego) to z pewnością da się kochać nielubianych. Ale jest to wyjątkowo trudne, o czym sam się przekonuję. Mam bowiem wokół ludzi, których po ludzku nie lubię. Różnimy się bardzo w postrzeganiu rzeczywistości, w rozumieniu, co jest ważne, w podejściu do wiary i naszych obowiązków. Czasem mam wielką ochotę wygarnąć im, co zalega mi na wątrobie. Ale czy należy? Starożytni pytali – qui bono? – dla jakiego dobra, co dobrego z tego wyniknie? Może więc trzeba cnoty powściągliwości, może dożo zawierzenia Matce Milczenia, może więcej głowy niż emocji. A jeszcze chcieć dla nich dobra? Właśnie wówczas, kiedy zaciskają się pięści?

To chyba naprawdę możliwe jest tylko we współpracy z łaską, z tą ogromną łaską „uchrystusowienia”, która okazał nam Pan. Paweł pisze - Jako więc wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. (Kol 3, 12-15). Może to jest dobry początek – znosić siebie nawzajem i przebaczać – że inni są… inni. Nie są tacy, jak ja. Bo, jak pisał Mickiewicz – ten może deptać węże, głaskać lwy i tury, kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury. To nie oni muszą się zmienić, żebym mógł ich kochać. To ja potrzebuję przemiany…

I znów, zupełnie niezauważalnie, minęło ponad dwa tygodnie. Zdążyłem nawiedzić Holandię z nauczaniem maryjnym. Mam wrażenie, że powoli zaprzyjaźniam się z tamtejszymi ludźmi. Wielu z nich to piękne dusze. Czuję się tam jak wśród przyjaciół. Z niektórymi spędziłem więcej czasu, bo towarzyszyli mi w misyjnej, niedzielnej drodze od kościoła do kościoła. Dobre rozmowy, wspólna modlitwa. Chwała Niepokalanej!

Pomieszkałem tez w Poznaniu. Mogę wreszcie powiedzieć, że proces przeprowadzki dobiegł końca. Wszystko rozpakowane i na swoim miejscu. No, może jeszcze okna nieumyte. Ale to drobiazg. Chodzę sobie po naszym, franciszkańskim kościele i rozmyślam, co moglibyśmy dać ludziom w Poznaniu, w jaki sposób moglibyśmy im posłużyć, jak przypomnieć im o Matce w Cudy Wielmożnej? Pomysły się rodzą. Niektórym sprostam sam, inne zaproponuję braciom. Zobaczymy jakie są plany Opatrzności.

Od soboty zaś jestem w Miedniewicach. Ja „losuję” te „końce świata” i usycham w wioseczkach o dwóch ulicach na krzyż. Tym razem to klasztor sióstr klarysek, przy naszym, franciszkańskim sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej. Koniec świata, choć na Mazowszu. Bardzo blisko Niepokalanowa. Głoszę siostrom, czytam, chodzę na spacery. Ale jak długo można? 😊

Liczę więc, że w poniedziałek wrócę do Poznania, wymienię walizkę i ruszę do Krynicy Morskiej (kolejne centrum świata 😊) wygłosić rekolekcje braciom kapucynom.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

powrócon...


(J 10, 11-18)
Jezus powiedział: "Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca".

 

Mili Moi…
Życie moje oddaję za owce… Rozmyślam dziś o tych słowach Jezusa. Bo, po pierwsze, czy ja mam jakieś „swoje” owce? Zwykliśmy owczarnią nazywać parafię, czyli ludzi, którym bezpośrednio służymy jako duszpasterze, za których czujemy się odpowiedzialni. Moja parafia to… cały świat. Kiedy kilka dni temu, w święto świętego Marka czytaliśmy to polecenie – idźcie na cały świat… to miałem takie poczucie, że w jakiś sposób je realizuję. W czwartek wróciłem z USA, za kilka dni ruszam do Holandii. W tym roku jeszcze Wielka Brytania, Dania i znów Holandia… A przecież i w Polsce tych destynacji jest całe mnóstwo. Tylko ten mój związek z owcami właśnie poprzez tę mobilność, jest dość kruchy. Czuję się odpowiedzialny za to, co mówię, co po sobie zostawiam. Ale w takim kluczu o umieraniu dla nich trudno mówić. Może gdyby w ten sposób pojmować podejmowany wysiłek. Ale też nie przesadzajmy… Czasem słyszę głosy, które się nade mną rozczulają. Z pewnością są na tym świecie ludzie, którzy pracują ciężej ode mnie. I choć specyfika moich działań jest dość wymagająca, to przecież kocham to, co robię i mam z tego ogromnie dużo frajdy. Ale dosłownie umrzeć dla? Być dla – tak wiele lat temu zatytułowałem mojego bloga i tak to do dziś widzę. Ale przestać żyć… Dla… Na dziś wydaje mi się to niesłychanie trudne. Może trzeba mi jeszcze długo dojrzewać, żeby choć trochę gotowość w sobie odnaleźć. Bo chętnie myślałbym o sobie lepiej niż jest w rzeczywistości, ale jaki w tym sens? Z tym umieraniem wciąż nie najlepiej…

Wybaczcie, że długo mnie tu nie było… Postaram się poprawić. Ale spędziłem niemal trzy tygodnie w USA, gdzie było intensywnie. Mnóstwo spotkań i trochę pracy. Ale nade wszystko schodziło trochę ze mnie wielkopostne napięcie. Nie mogę powiedzieć, że wypocząłem. Ale miałem wstręt do wszelkiego tworzenia, do jakiegokolwiek łączenia myśli, do pisania. Więc odciąłem wszystko, co nie było absolutnie niezbędne. I choć nadal czuję się zmęczony, to jednak ten tydzień i następny dają mi szansę na złapanie oddechu.

W USA najpierw tydzień z siostrami zakonnymi. Piękne miejsce, dobry czas i słuchaczki uczciwie podchodzące do szansy, którą stanowią rekolekcje zakonne. Kilka dni później wybraliśmy się już z Bridgeport (bo rekolekcje dla sióstr były w Cherry Hill w stanie New Jersey) do Chicago (samolotem) a ostatecznie do stanu Wisconsin (autem), do urokliwego ośrodka Camp Vista, gdzie prowadziłem rekolekcje weekendowe dla Wojowników Maryi. Niemal 6o mężczyzn i znakomita atmosfera gorliwości i zasłuchania. Jedyny mankament z mojej strony to… sam ośrodek. Urokliwy, a jakże, ale wiecie co lubię ja… Na pewno nie campingi!!! Więc powiedziałem chłopakom nieco anegdotycznie, kiedy chwalili wybór miejsca, że dla mnie najwspanialszym momentem całej tej wyprawy było… lotnisko w Chicago 😊

W tak zwanym międzyczasie poprowadziłem jeszcze skupienie dla małżeństw w Bridgeport poświęcone zagadnieniu miłości ofiarnej, no i w miniony czwartek wylądowałem na lotnisku w Warszawie.

Lot zakończył się o godzinie 13.05, a o godzinie 16.15 rozpoczęliśmy nagrania w Radio Niepokalanów. Sił wystarczyło w czwartek na dwie audycje. Resztę dograliśmy przed południem w piątek. A po południu… rozpocząłem w Niepokalanowie rekolekcje maryjne, na które zgłosiło się niemal dwadzieścia osób. W dobrym towarzystwie spędziłem więc weekend, ale, przyznam, dość pracowicie. Wczoraj w południe zakończyliśmy. A wieczorem… miałem jeszcze konferencję w Poznaniu na temat przeszkód w dobrej medytacji nad Słowem Bożym. Słuchaczy było… ośmioro.

A dziś już odpoczywam… Tylko Eucharystia, Różaniec z ludźmi, dwie godziny dyżuru w konfesjonale i skręcanie pozostałych mebli i zakładanie rolet zewnętrznych na okna (nie mój pomysł – szerszy projekt wieloletniego remontu naszego klasztoru). Także powiem wam… Jest radość z powrotu do domu, cisza, spokój. Nic tylko zasiąść w fotelu i oddać się lekturze 😊 Może nieco ironicznie o tym piszę, ale bez pretensji. Kocham moją robotę i nie zastąpiłbym jej żadną inną. Wciąż mam trochę sił, więc… Do boju!

czwartek, 2 kwietnia 2026

o Nim w te dni...


(J 13, 1-15)
Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydał, Jezus, wiedząc, że Ojciec oddał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do misy. I zaczął obmywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: "Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?" Jezus mu odpowiedział: "Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale poznasz to później". Rzekł do Niego Piotr: "Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał". Odpowiedział mu Jezus: "Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną". Rzekł do Niego Szymon Piotr: "Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę!" Powiedział do niego Jezus: "Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy". Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: "Nie wszyscy jesteście czyści". A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: "Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem”, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem".

 

Mili Moi…
Dzieci uczą się przede wszystkim poprzez naśladowanie dorosłych. Przykład ma zawsze większą moc niż samo tylko słowo. I dlatego Pan na słowie nie poprzestaje. Wskazuje nam, co oznacza miłość. Podkreśla, że bez pokornego, uniżonego klęknięcia przed drugim, trudno o niej mówić. To z taką miłością chce posłać swoich uczniów do świata. Świata, który „kocha” biorąc. Czasem wręcz nie pytając czy może. Rób co chcesz i nazywaj to miłością. Czy to nie parafraza Augustynowego – kochaj i rób, co chcesz? Samowola i osobiste teorie, które nie licza się z Bożym prawem, to zmora naszej codzienności. Ale jest przecież ON. Nie wyprowadził się z Kościoła ani z tego świata. Dziś w tysiącach kościołów klęknie w osobach swoich kapłanów i obmyje nogi braciom. Nie w nagrodę, ale jako zaproszenie – aby podjęli to działanie i uczyli kochać innych. Kochać ofiarnie…

Dziś sam klęknę przed moimi braćmi i reprezentantami wspólnoty, aby umyć im nogi. Myślę od rana o Jezusie, bo tylko On może pozwolić mi uczynić ten gest autentycznym wyrazem miłości, życzliwości, pragnienia prawdziwego dobra. Chcę, żeby się tak stało.

To wyjątkowe święta dla mnie… Na walizkach i kartonach. Wczoraj przybyłem do Poznania. Dziś dopiero mają się pojawić jakieś meble. Podejmę próbę rozpakowania się. Ile zdołam, tyle zrobię. Reszta będzie musiała poczekać na mój powrót z USA. To dla mnie trudne doświadczenie, bo mało jest rzeczy w moim życiu, których nie lubię równie mocno, jak bałagan. Nie potrafię pracować i żyć, gdy wokół mnie jest mnóstwo rzeczy nie na swoim miejscu. Nie wiem czy to wada czy zaleta, ale tak już mam. Więc trochę cierpię. Ale nie przesadzajmy… nie moje cierpienie w tych dniach jest centralne, ale mojego Pana. I na Nim chce się skupić I Wam tego z serca życzę… Niech On będzie w centrum tych dni +