poniedziałek, 23 marca 2026

droga, droga, droga...


(J 8,12-20)
Jezus przemówił do faryzeuszów tymi słowami: "Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia". Rzekli do Niego faryzeusze: "Ty sam o sobie wydajesz świadectwo. Świadectwo Twoje nie jest prawdziwe". W odpowiedzi rzekł do nich Jezus: "Nawet jeżeli Ja sam o sobie wydaję świadectwo, świadectwo moje jest prawdziwe, bo wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę. Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę. Wy wydajecie sąd według zasad tylko ludzkich. Ja nie sądzę nikogo. A jeśli nawet będę sądził, to sąd mój jest prawdziwy, ponieważ Ja nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał. Także w waszym Prawie jest napisane, że świadectwo dwóch ludzi jest prawdziwe. Oto Ja sam wydaję świadectwo o sobie samym oraz świadczy o Mnie Ojciec, który Mnie posłał". Na to Mu powiedzieli: "Gdzie jest Twój Ojciec?". Jezus odpowiedział: "Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego". Słowa te wypowiedział przy skarbcu, kiedy uczył w świątyni. Mimo to nikt Go nie pojmał, gdyż godzina Jego jeszcze nie nadeszła.

 

Mili Moi…
Dziś Ewangelia dość lubiana przez „pluszowych chrześcijan”. Wszak Pan Jezus taki miłosierny. Nie pozwala dotknąć grzesznicy. Ba, co więcej, nie pyta jej nawet o żal, co w zasadzie sugeruje, że on nie jest ważny, a miłosierdzie właściwie jest takim narzędziem, które przydaje się wówczas, kiedy cię złapią na grzechu i już nijak temu zaprzeczyć nie można. Wówczas idziemy do Jezusa, a On przebacza i uciera noski tym wszystkim „sprawiedliwym”. Ironizuję, rzecz jasna, nieco. Ale myślę sobie, że istnieje tendencja do spłycania tej Ewangelii, tudzież do instrumentalnego jej wykorzystywania. Wielu chrześcijan bardzo głośno i wyraźnie słyszy Jezusowe „i Ja cię nie potępiam”, znacznie ciszej jednak pobrzmiewa im w uszach słowo „idź i nie grzesz więcej”. No bo przecież wiadomo, że niegrzeszenie nie jest w naszej mocy i to wszystko jest takie trudne, że w zasadzie nie ma sensu nadmiernie przejmować się tymi akurat słowami Pana. Jakby jedne miały wartość, a inne nie. Jakby jedne były ważne, a inne mniej. Aż chciałoby się kontynuować myśl Pana – grzeszniku umiłowany przez Boga, w jaki sposób planujesz nie grzeszyć? Jak zamierzasz podjąć prace nad sobą? Jakimi środkami będziesz walczył z pokusą? Jaki jest plan? I zapada niezręczna cisza… A przecież ta Ewangelia domaga się dalszego ciągu, dopisanego przez każdego z nas, we własnej historii życia.

A u mnie? W piątek zakończyłem rekolekcje w Eindhoven, w tamtejszej Polskiej Misji Katolickiej. Frekwencja była duża, spowiedzi dużo, czasem powroty po latach. Wszystko to bardzo umacnia serce i motywuje do jeszcze większego wysiłku. Od soboty jestem w Duisburgu. Tym razem Polska Misja Katolicka w tej części kraju niemieckiego. Zupełnie inny ludzie. Sporo starszych, mieszkających tu od lat. Mam wrażenie, że patrzą na mnie na razie nieufnie. Jakby już wszystko w życiu widzieli i słyszeli. Zobaczymy czy „podejmą rękawicę” i zaryzykują słuchanie w tych dniach.

Kończę w środę. Nocą spróbuję dostać się do Polski, żeby w Ostródzie podjąć jakieś pierwsze próby pakowania. W piątek jeszcze dzień skupienia dla dobrych sióstr klarysek w Słupsku, a w sobotę wycieczka do Poznania, żeby przywitać się z „moimi” ludźmi w kościele, któremu od 1 kwietnia mam służyć. Potem powrót do Ostródy i dopinanie przeprowadzki… Nie ma nudy…

sobota, 14 marca 2026

Holandia


(Łk 18, 9-14)
Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: "Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".

 

Mili Moi…
Jakoś tak uciekałem przed tą Ewangelią. Wydawała mi się „nie o mnie”. No bo przecież ja tak się nie modlę. No, nie modle się tak, ale… przecież tak myślę. Mam w sobie taki „obszar pogardy pracoholika” – gardzę nierobami. Tak to chyba trzeba nazwać, choć to słowo brzmi bardzo mocno i w ustach księdza na pewno nie brzmi dobrze. Ale tak chyba jest – gardzę nierobami, zwłaszcza w sutannach i habitach. Oczywiście chodzi o nieróbstwo świadome, a nie wymuszone okolicznościami, na przykład chorobą. Ono natychmiast uruchamia we mnie irytację, złość, gniew, niechęć, a w konsekwencji pogardę. Tym większą, im bardziej „ideowa” powinna być praca ocenianego. Dlatego te habity tak szczególnie na mnie działają. Po coś człowieku przyszedł? Zażywać przyjemności i pozwolić, żeby inni na ciebie pracowali? Żeby być „kustoszem pilota od telewizora”? A dusze giną…

Dziś zobaczyłem to wyraźnie… Znów na podstawie tego, co widzę (a przecież to wcale nie musi być cała prawda), dokonuje osądu i bardzo surowy wyrok zapada w moim sercu. Źle mi z tym, ale trudno mi czasem nad sobą zapanować. To wszystko gdzieś w sercu, albo w rozmowach z innymi pracoholikami – staram się nie rozdawać ciosów na prawo i na lewo, ale w sercu obijam niektórych do nieprzytomności. Dziś stanąłem przed Panem z prośbą, żeby przede wszystkim tę pogardę zamienił we mnie we współczucie (i żebym sam go nie pomylił z politowaniem), a nade wszystko, żeby pomnożył we mnie radość z możliwości pracowania dla Jego chwały. Przecież kiedy przyszedłem do Zakonu, to nigdy, na żadnym etapie, nie uzależniałem własnego zaangażowania od zaangażowania innych, mówiąc – jeśli wokół mnie będą pracowici bracia, to i ja będę się starał, a jeśli ich zabraknie, to… Nie, nigdy!!! Na razie jednak radości z posługi mi nie brakuje – dla niej przeżywam moje „teraz” – wierzę, że z woli Bożej. A kiedy Pan powie dość, to chcę się zatrzymać…

Na razie dokonuje się reorientacja… Delikatna korekta kursu… Mogę już o tym napisać, bo mam na to „papier”. Otóż z dniem 1 kwietnia przenoszę się z Ostródy do klasztoru w Poznaniu, aby objąć tam obowiązki rektora kościoła i kustosza sanktuarium. Oczywiście nie dzieje się to w uznaniu dla moich szczególnych umiejętności, więc niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że to awans. Jesteśmy w połowie kadencji, więc jest to raczej ratowanie sytuacji, która wymagała dokonania takich zmian. Co to oznacza dla mnie? Powrót do dużego miasta… I to radość. Ale również troskę o powierzony mi kościół i Kościół. Zarówno budynek, jak i wspólnota tam się modląca, jest już głęboko w moim sercu, wszak trzy lata tam niegdyś pracowałem. Oczywiście nikt nie zwolnił mnie z dotychczasowych obowiązków. Raczej podpięto mi kolejny wagonik. Niemniej musi się dokonać pewna reorganizacja i na pewno będę mógł mniej terminów i zobowiązań zewnętrznych przyjmować. Odczytuje to jako wyraz troski Bożej, bo rzeczywiście tempo było i jest zawrotne. Pan podprowadzał mnie do tego poprzez swoje Słowo, więc nie byłem zaskoczony faktem, choć pomysłem już tak. Ale nie miałem wątpliwości, że mam za tym iść, bo na Bożym prowadzeniu jeszcze nigdy się nie zawiodłem. A zatem Poznaniu… Witaj ponownie!

Ale na razie Holandia i rekolekcje w Eindhoven. Cały tydzień tu, a natychmiast po ich zakończeniu, przejazd do Duisburga i kilka rekolekcyjnych dni tam. Wszystko, rzecz jasna, dla Polaków. A jak już wrócę do kraju, to… Przeprowadzka… Czyli coś, co tygryski lubią najbardziej ☹☹☹

piątek, 6 marca 2026

little Brazil???


(Mt 21, 33-43. 45-46)
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: "Posłuchajcie innej przypowieści: Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?" Rzekli Mu: "Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze". Jezus im rzekł: "Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce". Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go pochwycić, lecz bali się tłumów, ponieważ miały Go za proroka.

 

Mili Moi…
Tak sobie dziś myślę o porządkach w winnicy. Oczywiście możliwości mam ograniczone (i może dzięki Bogu), ale w serduszku własnym, to ja bym to wszystko ustawił inaczej. Już ja bym nauczył tych robotników szacunku do właściciela, już ja bym im wytłumaczył co do kogo należy, już obmyśliłbym plan sprawiedliwości dla tych złoczyńców… O tak, do tego jestem szybki i zawsze gotowy. A dziś Pan podpowiada mi, żebym ustawił się w ich gronie i popatrzył w te wszystkie miejsca, w których sam jestem złodziejem. Zawłaszczam Jego własność, dysponuję nią, jakby należała do mnie, nie mam najmniejszej ochoty dzielić się owocami z innymi, a czasem wobec Właściciela jestem hardy, bo "moim zdaniem"…

No właśnie… To „moim zdaniem” często dominuje. A dlaczego to moje zdanie jest takie ważne? Ba, najważniejsze czasami… A dlaczego mój ogląd rzeczywistości musi być najlepszy i najpełniejszy? A dlaczego to ja tak doskonale wiem co, kiedy i komu się należy? No bo przecież widzę… Maleńki wycinek rzeczywistości widzę. I na tej podstawie buduję sobie cały obraz. Może już czas uwierzyć, że Bóg wie lepiej…

Przychodzi mi do głowy inna przypowieść – o chwaście. Pozwólcie rosnąć – mówi Pan – przyjdzie czas i ja osądzę. To nie anarchia. To szersze spojrzenie, to właściwy pryzmat, to dobra pamięć o swojej biedzie. Łagodność jest ich owocem. I o nią dziś się modlę…

Wczoraj ukończyłem czterdziesty szósty rok życia. Cudownego życia, które może wciąż stawać się darem i z którego mam nieodmiennie dużo radości. I wciąż jestem głodny tego życia, które przede mną. Zmieniają się konteksty, miejsca, ludzie wokół mnie. Ale ja nie mam ani chwili, do której chciałbym wrócić, bo wierzę, że teraz jest najlepszy okres. Nie tęsknię za młodością. Nie tęsknię za możliwościami sprzed lat. Nie rozważam niewykorzystanych szans. Myślę tylko o tym w czym jeszcze mógłbym być Bogu przydatnym. Słucham z otwartością Jego wskazań i próbuję na nie odpowiadać. Czasem sam coś proponuję, ale bez narzucania swojej woli. Czy marzę? Tak… Mam jeszcze małe-wielkie marzenie. O misjach. Takich prawdziwych ad gentes. Tego chciałbym jeszcze posmakować zanim umrę. Ale nie naciskam. Czekam na dzień, w którym usłyszę – ruszaj. A jeśli nie usłyszę? Sądzę, że wcale nie będę mniej szczęśliwy…

Wszystkim za dobre słowa z serca dziękuję…

Jutro już ruszam do Poznania. Parafia św. Moniki czeka na swoje rekolekcje. A ja… na dobrze mi już znany teren, ludzi i… Poznań.

poniedziałek, 2 marca 2026

idzie nowe...


(Łk 6, 36-38)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie".

 

Mili Moi…
Hojność… Uuuuu, nie jest to prosta rzecz. Materialnie człek jest w stanie się jakoś przemóc – czasem nawet dać więcej niż zamierzał. Ale duchowo? Nie ustawiać ludzi „pod siebie”? Nie meblować im życia? Nie być jak „wujaszek dobra rada”? Nie krytykować na każdym kroku, nie radzić, gdy nikt nie prosi, nie „wiedzieć lepiej”? Chyba najskuteczniejszą ochroną jest zajęcie się samym sobą i spoglądanie na innych przez pryzmat siebie. Bo czy my sobie tak znakomicie i szybko radzimy ze sobą? Czy to, czego oczekujemy od innych z łatwością wcielamy w nasze życie? Czy nasza miłość jest skłonna uznać cudzą słabość i niegotowość na zmianę?

Jeśli idzie o mnie, to widzę wyraźnie, że musze się hamować… Bo czasem dobrze wiem, co i komu potrzeba. Bo przecież jestem tak doświadczony, tak wielu historii wysłuchałem. Czy to wystarczy? Nie wystarczy… Bo ten żywy człowiek przede mną, jest zupełnie odmienny od wszystkich innych żywych ludzi, z którymi już rozmawiałem. I cudze rozwiązania niekoniecznie się u niego sprawdzą. Jakiej delikatności potrzeba w podejściu do drugich, żeby o tym nie zapomnieć…

Tydzień rekolekcyjny minął… W dwóch miejscach – w Strzebielinie pod Lęborkiem i w Kamionce pod Nowem. Dorośli i dzieci. Całkiem sympatycznie i przyjemnie. Życzliwie przyjęty mogłem podzielić się, zwłaszcza z dorosłymi, moimi „apokaliptycznymi” przemyśleniami. A teraz Warszawka… Ale nie ta „miejska”, ale raczej zaciszna… Głoszę rekolekcje w domu dobrych sióstr pallotynek. To dla mnie oddech. Zupełnie inna dynamika niż na rekolekcjach parafialnych. Trochę czasu dla siebie… Ale i zajęć nie mało… Spodziewam się pani Sylwii z Polskiego Radia, z która mamy nagrać komentarze do codziennej Ewangelii na tydzień od 6 do 11 marca. Są puszczane na Dwójce, ale w porze „dla nietoperzy” o 5.55 rano. No a poza tym czas myśleć o powielkanocnych odsłonach rekolekcyjnych. A tych jest niemało…

A ja sam stoję przed nowym, życiowym wyzwaniem… Ten Wielki Post jest i dla mnie swoistym wyczekiwaniem… Ale o tym w swoim czasie…

piątek, 20 lutego 2026

post...


(Mt 9, 14-15)
Po powrocie Jezusa z krainy Gadareńczyków podeszli do Niego uczniowie Jana i zapytali: "Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy, Twoi zaś uczniowie nie poszczą?" Jezus im rzekł: "Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć".

 

Mili Moi…
Wiara angażuje całe życie człowieka. Dotyka w nim wszystkiego. Bo jest zbudowana na miłości. Nie można powiedzieć „kocham” o człowieku, mając na myśli tylko niektóre jego cechy, niektóre zachowania, wyłącznie cnoty. Pokochać trzeba całego człowieka. Wówczas słowo „kocham” jest nasycone prawdą. A cóż dopiero Bóg? Sama doskonałość. Jego kochać to oddać Mu wszystko. Całego siebie. Bez zastrzeżeń. Bez „rozsądnego gospodarowania miłością”. I tu z pewnością jest miejsce na post – bardzo dobre narzędzie do oczyszczania serca, do uwalniania go coraz bardziej dla Niego. Post musi mieć miłość w tle. Ona nie tylko go uzasadnia, ale napędza i dynamizuje. Kochający bowiem zawsze zastanawia się – co jeszcze mógłbym Ci dać? Z czego jeszcze mogę zrezygnować, żeby być bardziej Twoim, dla Ciebie, z Tobą??? 

Dla postu nigdy nie ma „dobrych czasów”. Kiedy panuje bieda (taka prawdziwa, w której nie ma co jeść, a nie taka, w której tegoroczny wylot na Dominikanę trzeba będzie nieco odłożyć) pości się trudno, a odmawianie sobie czegoś w takiej sytuacji wydaje się nieludzkie. Kiedy mamy czas obfitości (a może wręcz nadobfitości, o czym świadczą całe bochenki chleba na śmietniku) pościć wcale nie jest łatwiej. Bo tak łatwo sięgnąć po coś smakowitego – nie z potrzeby, ale dla przyjemności. Ona wszędzie i zawsze wysuwa się przed szereg. Domaga się bardzo solidnej dyscypliny. I to też miłość. Wyrzekanie się bożka przyjemności dla prawdziwego szczęścia z Bogiem… 

Wielki Post się rozpoczął… Dla mnie w Poznaniu. Zakończyłem w Środę Popielcową rekolekcje w naszym, franciszkańskim kościele. W tym roku przewodzi mi Apokalipsa i bardzo mi te rekolekcje „leżą”. To znaczy, czuję się z tymi treściami bardzo swojsko – są moje – przyjęte, przemyślane, spójne. Takiej oceny można dokonać tylko po wygłoszeniu rekolekcji po raz pierwszy, bo to, co wydaje się wyglądać dobrze na papierze, nie zawsze dobrze komponuje się z amboną i żywym głoszeniem.

Czwartek i piątek to dni poświęcone siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi, również w Poznaniu. Głoszę tu formacyjne katechezy młodzieży zakonnej (siostrom juniorystkom). Dziś w nocy przemieszczam się do Ostródy, bo jutro konferencja dla sióstr Terezjanek o poranku, a w południe dla Żywego Różańca z okazji ich dnia skupienia. A po południu ruszam już do Strzebielina pod Lęborkiem, na wielkopostne ćwiczenia. To będzie wymagający tydzień…

wtorek, 10 lutego 2026

śp. Krystyna...


(Mk 7, 1-13)
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: "Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?" Odpowiedział im: "Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie". I mówił do nich: «Sprawnie uchylacie Boże przykazanie, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, oraz: „Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie”. A wy mówicie: „Jeśli ktoś powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co miało być ode mnie wsparciem dla ciebie” – to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ani dla matki. I znosicie słowo Boże ze względu na waszą tradycję, którą sobie przekazaliście. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie".

 

Mili Moi…
Myślę sobie dziś, gdzie jest moje serce? Czy rzeczywiście przy Jezusie? Odczuwam taki nieprawdopodobny głód, żeby być bliżej Niego, co w konsekwencji musi oznaczać oddalenie od spraw tego świata. I to się dzieje… Zupełnie nie interesuje mnie to, co dzieje się w polityce, nie oglądam żadnych filmów od lat, nie czytam bieżącej prasy. To żaden powód do chluby, raczej stwierdzenie faktu. Tak po prostu jest i w żadnym razie mi tego nie brakuje. Za to bardzo brakuje mi adoracji Najświętszego Sakramentu, jeśli z jakichś przyczyn nie uda mi się jej odprawić, medytacji Słowa, która niezwykle rzadko, ale również zdarza mi się umykać… Kiedyś, kiedy opowiadałem historię mojego powołania, zawsze podkreślałem, że Pan „mnie sobie wziął” już we wczesnym dzieciństwie. Dziś mogę to powtórzyć na nowo – czuję, że On sobie mnie bierze w nowy sposób i jest to niebywale uszczęśliwiające. Być całkowicie da Niego, przenikniętym Nim, oddanym całkowicie Jego sprawom, tak jak On je widzi… Niepodzielnym sercem…

Kilka trudnych dni za mną… W piątek pogrzebaliśmy moją Ciotkę Krystynę która odeszła 3 lutego. Zaopatrzona sakramentami, wyposażona w odpust zupełny na godzinę śmierci… Ufam, że cieszy się już chwała zbawionych. Ale musiałem w związku z tym przerwać rekolekcje dla sióstr w Częstochowie i udać się w podróż do Sztumu, a potem wrócić i kontynuować dzieło. Nie mogło być jednak inaczej… Wraz z nią kończy się jakiś etap mojego życia. Jak wspominałem – ona była moim łącznikiem z przeszłością i ostatnią rzeczywiście bliską mi osobą w mojej rodzinie. Kończy się mój związek z moim rodzinnym miastem. Kończy się jakaś historia… Mam w sercu dużą wdzięczność, bo wiele spraw przegadaliśmy, o wiele zdążyłem zapytać. A Ciotka... hmmm... Niczym aplikacja działająca w tle - zawsze była. Cały czas mam chęć chwycić za telefon i zadzwonić... 

A od niedzieli jestem w Wieluniu, niedaleko Częstochowy. Prowadzę kolejne rekolekcje, tym razem dla sióstr Bernardynek (siostry klauzurowe). Miasteczko piękne. Ciepły, maleńki kościół z całodzienną adoracją. A w wolnych chwilach tworzę rekolekcje wielkopostne pod hasłem – Co Duch mówi do Kościołów? Wszak za kilka dni pierwsze rekolekcje, niemal wielkopostne, w naszym Sanktuarium Pani w Cudy Wielmożnej, w Poznaniu. W tym roku będzie o Apokalipsie, czyli księdze nadziei, w której Jezus obiecuje – zaiste, przyjdę niebawem… Aż chce się zawołać – Przyjdź Panie Jezu!

poniedziałek, 2 lutego 2026

zaczęło się :)


(Łk 2,22-40)
Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

 

Mili Moi…
Na upadek i powstanie wielu… Potkną się. I albo przewrócą, albo utrzymawszy się na nogach, zmienia kierunek marszu. Świadomi, że nie można pozostać obojętnym. Obojętność. Chyba najgroźniejsza cecha ludzkiego ducha. Zwłaszcza jeśli spada na niego w kwestiach najważniejszych, które już nie są za takie właśnie uważane. Jezus przyszedł po to, aby ją pokonać, skruszyć, znieść w pył. Sama Jego osoba prowokuje do postawy „albo-albo”. Albo kochasz, przyjmujesz i naśladujesz, albo… nie przyjmujesz i nienawidzisz coraz bardziej, bo zdajesz sobie doskonale sprawę z tego, co tracisz, ale nie ukorzysz się, nie uklękniesz, nie poprosisz… Wolisz się potępić niż uznać Prawdę. Wolisz trwać przy swoim niż uznać Drogę. Wolisz piekło niż Życie. Czy naprawdę wolisz? A jeśli tak, to nie sądź, że nas przerażasz. Symeon mówi, że na znak Jezusa sprzeciwiać się będą… On sam zapowiada, że świat będzie nienawidził Jego uczniów, bo Jego najpierw znienawidził. Jeśli więc chcesz nienawidzić, nie zaskakujesz nas. Nie zaskakujesz Jego. Człowieku… Największy cudzie Boga! Co sprawia, że nie chcesz zajaśnieć Jego światłem? Dlaczego nie chcesz żyć pełnią Jego życia?

Ale, na szczęście wciąż spotykam tych, którzy chcą… Oni moją radością i chlubą. Miniony weekend w towarzystwie małżeństw w Pratulinie. Było ich jedenaście i patrzyłem na nich z mieszaniną radości i wdzięczności. Ludzie, którzy szczerze szukają Boga. Ludzie, którzy wiedzą, że tylko w Nim są w stanie sprostać wyzwaniom wspólnego życia. Wiedzą, że z Nim mogą zbudować szczęście. Tak, zbudować, a nie wiecznie go szukać. Urzekające, że potrafią walczyć o czas dla siebie, czas dla Boga i wspólne wzrastanie. Piękni ludzie… A siostry św. Rodziny, które organizują te spotkania, swoim ciepłem, łagodnością i dobrocią, sprawiają, że nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Wiecie, kiedy widać, że ktoś chce wziąć, to co dla niego masz, to chciałoby się dawać więcej i więcej. Zmęczenie gdzieś pryska, a pojawiają się nowe siły, pomysły i chęci…

Nie mam żadnych wątpliwości, że rozprawa demona z Kościołem dokonuje się na gruncie małżeństwa i rodziny. Tym większą radość i szczerą nadzieję budzą we mnie takie spotkania. Z wieloma ludźmi bałbym się pójść na wojnę z demonem, ale z wieloma małżeństwami, które znam, nie wahałbym się ani chwili. Rodziny ocalą ten świat. Przed nim samym…

A od wczoraj jestem w Częstochowie, całkiem blisko Jasnej Góry w gościnnym domu sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Nie pierwszy już raz tu głoszę. Znam teren. A dziś pozwalam sobie na dzień skupienia, który pomoże i mnie w tym kilkudniowym pracowitym skupieniu, które zaczniemy już dziś wieczorem. Modlę się, adoruję Pana, czytam, piszę… I ze zdumieniem odkrywam nowe, duchowe inspiracje, które mocują się we mnie z jedną z moich wad – tchórzostwem. Pan wyraźnie mnie zaprasza do przekroczenia nowego progu, a ja Go jeszcze proszę o czas… Boję się, tak po ludzku, czy podołam… Ale o tym kiedy indziej…