czwartek, 23 lipca 2026

owocuj...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.

 

Mili Moi…
W pewnym sensie, w bardzo określonym wymiarze, obserwuję trwanie w Jezusie od kilku dni bardzo konkretnie. Jestem gościem starosądeckiego klasztoru sióstr klarysek. Od trzynastego wieku żyją tu za murami córki świętej Klary, a siostry świętej Kingi. Przygotowuję lud sądecki do przeżycia odpustu Matki Ubogich, jak tu nazywa się Kingę, której doczesne szczątki są złożone w tutejszym kościele. Siostry, wiadomo, nie zażywają swobody życia towarzyskiego. Ich kontakty są ograniczone, czasami (w szczególnych okresach roku) nawet bardzo. Zjednoczone wokół krzyża naszego Pana codziennie podejmują na nowo trud życia Ewangelią we wspólnocie, która nie bardzo się zmienia, a jeśli, to bardzo wolno. Nie ma przysłowiowego „wietrzenia głowy”, nie ma zmian personalnych po pewnym czasie. Jak w rodzinie – może ktoś umrzeć, może się nowe powołanie „urodzić”, tyle że wspólnota nie składa się z trzech czy pięciu osób, ale z ponad dwudziestu. Każda z nich inna, grzeszna i święta zarazem, zraniona i spragniona miłości, poszukująca Boga i spotykająca człowieka – każdego dnia tego samego człowieka. Jest to wielkie wyzwanie. Powtarzalność. Ciężka i wytrwała praca (klasztor jest wielki i jest wiecznym „placem budowy” z racji na jego historyczny charakter i ustawiczne remonty w poszczególnych jego częściach). Ale nade wszystko kontemplacja Chrystusa, która daje siłę do bycia przed Nim razem. Także wówczas, a może zwłaszcza wówczas, kiedy po ludzku nic do tego nie motywuje. Liczne latorośle w jednym krzewie. Czerpiące te same, życiodajne soki z Pana, który kocha je w tej wspólnocie, takiej, jaka ona jest.

Z nami bywa różnie. Każdy ma swoją, niepowtarzalną drogę, po której idzie. Trwanie nie polega na bierności, ile na związku – tak ścisłym, że nierozerwalnym. Krzew wprawdzie nie wędruje, ale wino uczynione z jego winogron czasem krąży po całym świecie i cieszy serca w odległych miejscach. Żyj krzewem, wydaj owoc i pozwól go użyć – dla innych. To tajemnica szczęścia. Kochać i służyć innym aż do zapomnienia o samym sobie.

Dziś siódmy dzień Nowenny. Dużo się tu dzieje. Kręcą się pielgrzymi. Dwie Msze święte dziennie z naukami i modlitwami nowennowymi. Dużo spowiedzi, rozmów, spotkań, także z okolicznymi kapłanami. Jestem zmęczony, mogę powiedzieć to zupełnie szczerze. Właściwie poza klasztorem byłem może raz, może dwa razy. Nie ma na to po prostu czasu. Ale też jest poczucie, że dzieje się coś ważnego, a ja mogę w tym uczestniczyć. Ta łaska dzielenia się Słowem, nad którą sam staję codziennie z zachwytem – mogę wyjść na ambonę, mogę otwierać usta, mogę głosić Jezusa. I tak będzie aż do niedzieli. Jutro uroczystości z udziałem biskupa miejscowego, w niedzielę zakończenie z udziałem naszego prowincjała. W poniedziałek ruszamy do domu. Kilka dni przerwy, oddechu, a potem… Przygotowanie do uroczystości świętego Maksymiliana w Toruniu… Ale nie wybiegajmy tak daleko naprzód. Jest tu i teraz. Święta Kingo, módl się za nami…

czwartek, 9 lipca 2026

ludzie...


(Mt 10,7-15)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was! Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu.

 

Mili Moi…
Zwróciłem dziś uwagę na jedną rzecz… Uczniowie mają poszukać kogoś, kto jest godny. Nie zamożny, nie znany, nie mocny i potężny, ale właśnie godny. Jakby Jezus chciał zasugerować, że Ewangelia nie jest „byle czym”, co powinno być pchane wszędzie i na wszelkie sposoby. Wydaje się, że w połączeniu ze słowami o perłach rzucanych przed wieprze, trzeba dobrze zadbać o warunki „wyjściowe”. Środowisko, z którego nieznani przecież nikomu uczniowie, będą wychodzić na głoszenie, może bowiem pomóc w jego skuteczności. Odpowiedź na pytanie – u kogo się zatrzymaliście? – może wzbudzić większe zaufanie do przybyszów. A zatem nie ma to być kwestia większej wygody głosicieli, ale ma sprawić, że ich słowo lepiej zostanie przyjęte.

Druga rzecz, to wolność. O niej nie raz już pisałem. Jezus chce jej dla swoich głosicieli, stąd Jego wskazania wobec ich ubóstwa. Ale dziś mówi również o uszanowaniu wolności słuchaczy. Jeśli ktoś mówi „nie”, to trzeba mu na to pozwolić i nie wymuszać na nim innej odpowiedzi. A sąd w tej sprawie należy do Boga. Nie wiem czy kiedykolwiek byliście na ulicach nagabywani przez różnych „naganiaczy”. Ja wielokrotnie. Niesłychanie irytujące, prawda? Zwykle pytam – którego mojego „nie” pan/pani nie usłyszał/a? W głoszeniu Chrystusa jest miejsce na pełną szacunku zachętę, ale chyba nic ponad to.

A ja wczoraj wróciłem z Szamotuł i… oddycham miastem. No co ja poradzę, że jestem ześwirowany na tym punkcie? Naprawdę lubię ten ruch, gwar, zamieszanie. Patrzę na ludzi… Dziś zastanawiałem się na medytacji czy nadal ich lubię? Bo to kiedyś była moja duma – lubię ludzi. Musze jednak wyznać, że w sensie „globalnym” lubię ich chyba coraz mniej. I choć staram się nad tym pracować, poskramiając emocje, które czasem różnym spotkaniom towarzyszą i starając się na każdego spojrzeć dobrym okiem, to staje się to dla mnie coraz trudniejsze…

A dziś, zabieram się za nowennę do świętej Kingi… Dziewięć kazań, to nie mało. A tam już w Sączu ktoś na nie czeka…

czwartek, 2 lipca 2026

komu zawsze źle?


(Mt 9,1-8)
Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom.

 

Mili Moi…
Niewrażliwość… Wczoraj, wobec opętanego Gadareńczyka, miała motywacje pogańskie – materialne. Odejdź od nas, bo narażasz nas na straty. Nie jesteśmy gotowi poświęcić czegokolwiek dla uwolnienia człowieka od jego zniewolenia. Jest on nam zupełnie obojętny. Ot, taki element lokalnego kolorytu. Na cmentarne drogi po prostu chodziliśmy w grupach i tak sobie radziliśmy z zagrożeniem. Był sobie człowiek – już nikt chyba nie pamięta go jako wolnego. Ale tyle świń… Ich właściciel mógł głośno pytać – dlaczego ja? Dlaczego ja mam płacić za wolność tego człowieka? Kto mi zwróci poniesione koszty? I co mnie to w zadzie obchodzi? Dlaczego padło akurat na mnie???

W dzisiejszym Słowie jest chyba jeszcze gorzej. Bo niewrażliwość ma motywacje religijne. Uczeni w Piśmie bez żadnych wątpliwości wewnętrznych orzekają, że Jezus bluźni. On nie ma prawa! W ich horyzontach nie mieści się ów chory człowiek. Jemu współczuć? Grzesznikowi, którego paraliż jest z pewnością karą za jakieś poważne grzechy? I teraz, ot tak, z tych grzechów ktoś go chce uwolnić? Proste widzenie spraw tak wówczas, jak i dzisiaj ma się dobrze. Nie ma niuansów. Musimy bronić Boga, Jego chwały, świętości… Nawet przed Nim samym. Bo nie powinien być zbyt hojny. No i należy przestrzegać zasad. Zasady ponad wszystko.

A Jezus? Czy przyszedł łamać prawa, niszczyć zasady? Sam mówi, że nie znosi ich, ale wypełnia. Może więc pokazuje po prostu jak należy nimi żyć i czemu one służą. I choć nie dał nam pozwolenia na ich dowolne i uznaniowe stosowanie, to jednak niewątpliwie poleca poszukiwanie ich najgłębszego sensu, który, bywa, wykracza poza zwyczajowe rozumienie spraw. A zatem nie indywidualizm i wyjątki od reguły, ile raczej spojrzenie miłości i namysł co jest lepsze dla ocalenia człowieka, dla okazania mu miłości – tej prawdziwej, wiodącej do zbawienia.

Ja zdążyłem wrócić z Sandomierza. W moim pokoju pod blaszanym dachem żar w dniach minionych był nie do zniesienia. Klimatyzacja jeszcze nie działa, czekamy na jej podłączenie. Może nastąpi to w najbliższych dniach. Na szczęście początek tygodnia to nagrania w Niepokalanowie. W piwnicy radiowej, bo tylko tam dało się jakoś wytrzymać…

A od środy jestem w Szamotułach, gdzie głoszę dobrym siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi. Byłem tu wiele lat temu. Spokojny czas. Trochę pisania przede mną. Za pasem Nowenna do św. Kingi, którą prowadzę w Starym Sączu, więc czas się za nią zabierać. Bo gdyby jednak świat się do 17 lipca nie skończył, to spróbuję ją wygłosić…

środa, 24 czerwca 2026

gdzie jest centrum?


(Łk 1,57-66.80)
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Mili Moi…
Właśnie rodzi się ten, którego życie jest całkowicie ukierunkowane na Chrystusa. Jan żyje dzięki Niemu, dla Niego i w Nim. Niczego nie chce, poza radością przebywania z Oblubieńcem, jako Jego przyjaciel. Wszystko dla Niego porzuca, tak głęboko jest w Niego wpatrzony, zafascynowany Jego widokiem. Ani świat, z jego urokiem, przyjemnostkami, atrakcjami; ani uczniowie w jego własnej szkole; ani jego dobre imię i sława nauczyciela; ani nawet osobiste poglądy na Mesjasza, które w więzieniu, tuż przed śmiercią będzie musiał skorygować, nie są w stanie odciągnąć go od Jezusa, z którym wszystko, dla którego wszystko i przez którego wszystko…

Oto moje największe, życiowe marzenie, którego realizacja rozbija się wciąż o… moje „ja”. Bo przecież to dobre imię - ważne, bo przecież opinia ludzka – ważna, bo przecież poczucie satysfakcji – ważne, bo przecież sukces, odpoczynek, trochę przyjemności – wszystko to ważne… Naprawdę? Moje życie, które jest tylko epizodem. Za sto lat nawet nagrobka po mnie nie będzie, nie mówiąc o pamięci wśród żyjących. Moje życie ziemskie ma być celebracją? Czego? Ulotności, przemijania, kruchości? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że jedyne szczęście jest w Bogu? Że wszystko inne „tyle, o ile”… Ba, może nawet nie tak trudno uwierzyć, ale skłonić się do „odpięcia” od spraw tego świata. Bo przecież Bóg nie może być całą treścią twojego życia, bo przecież musisz mieć też inne rzeczy, bo przecież zwariujesz zajmując się tylko Bożymi sprawami, bo przecież musisz odpocząć… A Jan Chrzciciel, który jeszcze nic nie wiedział o psychologii, jako o nauce, ale z pewnością wyczuwał doskonale jej zasady, wiedział, że prawdziwy i ostateczny rozkwit człowieczeństwa może nastąpić tylko w Bogu. A wszystko inne działa jak hamulec… Dlatego, kiedy się rozpędził, już się nie zatrzymał. I w tym pędzie zdobył Królestwo. Może i w moim życiu czas wrzucić kolejny bieg. Odpiąć się od tego, co jest ludzkim „pasem bezpieczeństwa” i wejść w Boży obszar, gdzie działają zgoła inne zasady. Ale to wiąże się z ofiarą. A do tej wciąż dojrzewam…

Po tygodniu spędzonym w domu, gdzie musiałem zająć się nieco swoim zdrowiem, bo odezwały się dawno znane koleżanki – choroby. Nie lubimy się szczególnie, zwłaszcza że mają zwyczaj nawiedzać mnie bez zapowiedzi. Niby nic wielkiego, ale konsultacje były konieczne. I tu właśnie widzę jak duże miasto pozwala pewne rzeczy załatwić szybciej. I to bez vipowskich saloników dla duchowieństwa.

Nie brakowało też obowiązków domowych. Niby spora wspólnota, ale i sporo obowiązków zewnętrznych, które sprawiają, że jak już jesteś w domu, to pracy ci z pewnością nie zabraknie. Ale z tym nigdy nie mam problemu. Zawsze podkreślałem, że lubię być księdzem i tu się akurat nic nie zmieniło.

Od niedzieli zaś głoszę rekolekcje dobrym Córkom Świętego Franciszka w Sandomierzu. Byłem tu już w ubiegłym roku. Piękne miejsce. Spokój, przyroda, historyczne zakątki. No i hiperwysokie temperatury. Klimatyzacja w kaplicy wisi, ale jako ozdoba. Bo starszym siostrom zimno… No więc wszyscy pozostali ociekają… Takie to zakonne uroki.

A jutro mam pobłogosławić ślub Darii i Dawida gdzieś pod Lublinem. Ukochany wnuk mojej niedawno zmarłej ciotki. Nie doczekała. Ale młodzi, jak to młodzi – pomylili nowotwór z katarem i sądzili, że jeszcze mają dużo czasu. Najważniejsze, że zdecydowali się zawierzyć swoje wspólne życie Chrystusowi. I modle się intensywnie, żeby to był prawdziwy fundament ich życia.

czwartek, 11 czerwca 2026

wszystko za wszystko...


(Mt 10, 7-13)
Jezus powiedział do swoich apostołów: "Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was»".

 

Mili Moi…
Niektórzy mówią mi – głoszenie ojca jest twarde, wymagające. Niektóre kwestie stawia ojciec chyba zbyt ostro. Może brakuje ojcu wrażliwości na człowieka. Pewnie sam ojciec nie zaznał żadnego poważnego kryzysu wiary, więc łatwo ojcu mówić. Nie wchodząc w polemikę, noszę w sobie takie przekonanie, które wyraziłbym frazą „wszystko za wszystko”. Jezus dał nam całego siebie, czy ma prawo oczekiwać od nas wszystkiego czym jesteśmy i co stanowimy? Moim zdaniem ma… I czytając Ewangelię, jestem przekonany, że właśnie tego od nas oczekuje. I do niczego innego nie zamierzam wzywać. Wszelka połowiczność bowiem w konsekwencji rodzi przeciętniactwo, które zabija owocność wiary. Ona najpierw traci na znaczeniu, potem traci smak, a wreszcie, ostatecznie, traci sens.

Ale jestem w tej chwili na Kapitule Duchowej z okazji 40 lecia istnienia naszej prowincji zakonnej. Rzecz odbywa się w podgdańskim Warzenku. Wykłady, praca w grupach, wspólna modlitwa. Takie trochę rekolekcje, trochę spotkanie dokształcające. Jeden z naszych prelegentów, mówiąc o świętym Franciszku, zwracał uwagę, że jego pragnieniem było ukazać światu piękno Boga. Nie nawracać, nie tłumaczyć zawiłości wiary, ale zachwycać. To, rzecz jasna, w naszej, franciszkańskiej duchowości ważny aspekt i mam go wciąż przed oczami. Ale wciąż szukam drogi, jak robić to najlepiej. Wyrosłem już chyba z lukrowania wszystkiego „miłością Bożą”. Świadomie piszę w cudzysłowie, bo lukier, choć słodki, w swej istocie jest niestrawny. Czytam sporo komentarzy internetowych do codziennego Słowa. I na pewnej stronie, która gromadzi ich kilkanaście w jednym miejscu, natykam się często na pewnego słodzącego komentatora. Mdli mnie wręcz fizycznie. Nie jestem w stanie doczytać do końca. Ochy i achy, emocje, łzy kapiące na ekran – to już chyba daleko za mną. Ważny i potrzebny etap, ale etap właśnie, który musi się skończyć, bo w innym przypadku stanie się pułapką, jak każda bezwzględnie prawdziwa i jedyna teoria dotycząca naszego Boga. Szalenie łatwo popaść w jednostronne i jedynie słuszne drogi zmierzania ku Niemu. Mam tu, ze smutkiem o tym piszę, braci, którzy w taki sposób traktują niektóre wspólnoty w Kościele. Mylą im się one z powszechnym charakterem Kościoła i próbują mu nadać charakter tej czy innej wspólnoty, bo tylko tak będzie dobrze, a inaczej z pewnością nie. Dialog? Właściwie niemożliwy. Oni wiedza swoje, a zwracając uwagę na słabe punkty takiego rozumowania dołączasz do zbioru wrogów, którzy nie rozumieją współczesnego Kościoła i nowej ewangelizacji. Gdyby nowa ewangelizacja opierała się na takich założeniach, to zdecydowanie jestem zwolennikiem starej…

Tak czy owak… Rozpisałem się, a chodzi o to, żeby pokazać Boga takiego, jakim On sam siebie przedstawia. I dlatego bezwzględnie trzeba wracać do Ewangelii. Dla mnie, swego czasu, najbliższym tekstem był Łukasz. Miłosierdzie Jezusa tchnęło z niej na moje serce. Dziś przylgnąłem do Marka. Konkret i nadzwyczajna prostota przekazu. Może to kwestia wieku. Z czasem wiele rzeczy w ludzkim życiu się upraszcza. Wiara pewnie też…

Do minionej niedzieli głosiłem maryjne rekolekcje w Doncaster w Wielkiej Brytanii. Piękna, polonijna wspólnota. Cudowny kościół z Biała Panią czczoną tam od średniowiecza. I Maryja, jak zwykle, zaprosiła spore grono (ponad 400 osób) do zawierzenia Jej swojego życia. Wierzę, że to spotkanie z Nią dla nas wszystkich było owocne i odkryjemy to w codziennym życiu.

W najbliższą sobotę wracam już do Poznania i mam tydzień w domu. Cieszę się bardzo. Bo tęsknie już za swoją dziuplą na strychu, za naszą świątynią, za gwarem miasta. A potem? Worek z rekolekcjami zakonnymi dla sióstr się rozwiąże. I znów ruszę w drogę. Wołać na każdym miejscu – wszystko za wszystko… Oto Boża oferta.

A na zdjęciu? Maryja z Doncaster...

sobota, 30 maja 2026

wiedza...



(Mk 11, 27-33)
Jezus wraz z uczniami przyszedł znowu do Jerozolimy. Kiedy chodził po świątyni, przystąpili do Niego arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi i zapytali Go: "Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę, żebyś to czynił?" Jezus im odpowiedział: "Zadam wam jedno pytanie. Odpowiedzcie Mi na nie, a powiem wam, jakim prawem to czynię. Czy chrzest Janowy pochodził z nieba, czy też od ludzi? Odpowiedzcie Mi". Oni zastanawiali się między sobą: "Jeśli powiemy: „Z nieba”, to nam zarzuci: „Dlaczego więc nie uwierzyliście mu?” Powiemy: „Od ludzi”. Lecz bali się tłumu, ponieważ wszyscy rzeczywiście uważali Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: "Nie wiemy". Jezus im rzekł: "Zatem i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię".

 

Mili Moi…
Co jest ważniejsze – wiedza czy wiara? Z gruntu fałszywa alternatywa. Obie są ważne. Bez wiedzy człek jest skłonny wierzyć we wszystko w sposób bezkrytyczny. Bez wiary, wiedza staje się raczej obciążeniem, z którym nie wiadomo jak sobie radzić, co czasami prowadzi do beznadziei. Dzisiejsi bohaterowie Ewangelii wiedzy o Jezusie mają całkiem sporo, ale są wciąż zdecydowani w Niego nie wierzyć. Sama wiedza zamyka więc ich w sobie. I w oparciu o nią zaczynają manipulować opinią – również swoją.  A ostatecznie zwycięża konformizm i wygoda. A może próba zachowania status quo. W każdym razie, do prawdziwego spotkania z Jezusem nie dochodzi. Ich dialog ogranicza się do wymiany pytań. I to na razie musi im wystarczyć. Dalej jest decyzja, na którą dziś nie są gotowi. A w zasadzie wielu z nich chyba nigdy nie będzie… Mądrzy ludzie, ludzką mądrością, która nie zdoła nas zbawić…

Wczoraj dotarłem do Ostródy i od świtu dziś zajmowałem się ostatnimi przygotowaniami do Biegu Małych Rycerzy. Czasem, może trochę anegdotycznie mówię, że to „najgorszy dla mnie dzień w roku”. Faktem jest, że przeżywam to zawsze mocno, a zbyt wielu pomocników nie mam, więc sporo jest na mojej głowie. Tym wszystkim jednak, którzy się angażują, także tą drogą chcę wyrazić niezgłębioną wdzięczność. Bo bez nich nie było by mowy o tym wydarzeniu. Chyba udało się wszystko… Uczestników około 60. To wciąż dość mało, ale powoli dorastam chyba do nie przejmowania się liczbami. W tym roku posłałem zaproszenie w wiele miejsc. Zdumiewa mnie często fakt, że zainteresowania brak. Nic nie trzeba – tylko wsadzić dzieci w busa i przyjechać. No ale myślę o tych, które były. Słuchałem ich rozmów, kiedy przygotowywały się do wyjścia w tras. Urocze. Przejęte bardzo. Fajne dzieciaki po prostu. A ja wieczorową porą dochodzę do siebie…

Jutro moje pożegnanie w Ostródzie. Czyli domykamy te drzwi. Nie zdążyłem poznać parafii, ludzi, nie zdążyłem posłużyć za wiele. A teraz czas na pełne serdeczności "żegnajcie". Czy na zawsze? Nikt poza Panem tego nie wie. Na czas jakiś z pewnością.

Wieczorem mam już Eucharystię w Poznaniu, więc trzeba się przemieszczać sprawnie, a w poniedziałkowy poranek znów Radiowy oddech. Kilka godzin wytężonej pracy, ale i radość spotkania…

poniedziałek, 25 maja 2026

służba...


(J 19, 25-27)
Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: "Niewiasto, oto syn Twój". Następnie rzekł do ucznia: "Oto Matka twoja". I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

 

Mili Moi…
Co pomoże nam rozproszyć smutek niezależnie z jakiego źródła by pochodził? Drugi człowiek. Ale nie dlatego, że będzie potrafił nas pocieszyć, ale dlatego, że można mu usłużyć. Dziś umierający Jezus zwraca Jana i Maryję ku sobie. Bądźcie razem i obejmijcie się wzajemną miłością. Pamiętacie Ostatnią Wieczerzę? Wówczas Jezus myje uczniom nogi i mówi – to, co uczyniłem wam ja, winniście sobie wzajemnie czynić. Służba – ona was pocieszy. Człowiek, który ma kogo kochać, nie może sobie pozwolić na zamknięcie się w smutku. Widzę to choćby w perspektywie moich przyjaciół. Mąż i ojciec zmarł jakiś czas temu. Została matka z czwórką dzieci… Ona musi je kochać za dwoje, służyć im, wychować. Nie może dać pochłonąć się smutkowi. A jeśli wydaje ci się, że nie masz kogo kochać, to idź do swojego proboszcza i zapytaj czy nie ma kogoś do kochania i do służby? On ci wskaże – Malinowską, Kalinowską i Kowalskiego – sami nie chodzą, mają obiady wykupione, ale nie ma im kto zanieść. Są twoi… Również po to jest Kościół. Żebyś miał zawsze kogo kochać i komu służyć. A nigdy nie będziesz zniewolony smutkiem.

Ja powoli kończę rekolekcje dla siedemnastu kapucynów w Krynicy Morskiej. Dobry czas modlitwy, lektury i służby właśnie. Jutro kurs do Gdyni – konsultacje, bo moje auto coś szwankuje. Zakupy, bo w sobotę Bieg Małych Rycerzy Niepokalanej w Ostródzie – dzień, który pochłonie połowę mojej całorocznej energii. A wieczorem może uda mi się wreszcie dotrzeć do domu. Nie pomieszkam długo. W sobotę wspomniany Bieg, a wieczorem nagrania kolejnych sześciu odcinków internetowych katechez Szkoły Maryi na kolejne pół roku. W niedzielę pożegnanie w Ostródzie – tak, to pierwsza wolna niedziela po mojej wyprowadzce stamtąd na Wielkanoc. W poniedziałek i wtorek Radio. A w środę lecę… Na Tydzień Maryjny do Doncaster w Wielkiej Brytanii. I to by było na tyle na razie… Oby samochód był sprawny, żebym ze wszystkim zdążył…