Ale jestem w tej chwili na Kapitule Duchowej z okazji 40 lecia istnienia
naszej prowincji zakonnej. Rzecz odbywa się w podgdańskim Warzenku. Wykłady,
praca w grupach, wspólna modlitwa. Takie trochę rekolekcje, trochę spotkanie
dokształcające. Jeden z naszych prelegentów, mówiąc o świętym Franciszku,
zwracał uwagę, że jego pragnieniem było ukazać światu piękno Boga. Nie
nawracać, nie tłumaczyć zawiłości wiary, ale zachwycać. To, rzecz jasna, w
naszej, franciszkańskiej duchowości ważny aspekt i mam go wciąż przed oczami.
Ale wciąż szukam drogi, jak robić to najlepiej. Wyrosłem już chyba z lukrowania
wszystkiego „miłością Bożą”. Świadomie piszę w cudzysłowie, bo lukier, choć
słodki, w swej istocie jest niestrawny. Czytam sporo komentarzy internetowych
do codziennego Słowa. I na pewnej stronie, która gromadzi ich kilkanaście w
jednym miejscu, natykam się często na pewnego słodzącego komentatora. Mdli mnie
wręcz fizycznie. Nie jestem w stanie doczytać do końca. Ochy i achy, emocje,
łzy kapiące na ekran – to już chyba daleko za mną. Ważny i potrzebny etap, ale
etap właśnie, który musi się skończyć, bo w innym przypadku stanie się pułapką,
jak każda bezwzględnie prawdziwa i jedyna teoria dotycząca naszego Boga. Szalenie
łatwo popaść w jednostronne i jedynie słuszne drogi zmierzania ku Niemu. Mam
tu, ze smutkiem o tym piszę, braci, którzy w taki sposób traktują niektóre
wspólnoty w Kościele. Mylą im się one z powszechnym charakterem Kościoła i
próbują mu nadać charakter tej czy innej wspólnoty, bo tylko tak będzie dobrze,
a inaczej z pewnością nie. Dialog? Właściwie niemożliwy. Oni wiedza swoje, a
zwracając uwagę na słabe punkty takiego rozumowania dołączasz do zbioru wrogów,
którzy nie rozumieją współczesnego Kościoła i nowej ewangelizacji. Gdyby nowa ewangelizacja
opierała się na takich założeniach, to zdecydowanie jestem zwolennikiem starej…
Tak czy owak… Rozpisałem się, a chodzi o to, żeby pokazać Boga takiego,
jakim On sam siebie przedstawia. I dlatego bezwzględnie trzeba wracać do
Ewangelii. Dla mnie, swego czasu, najbliższym tekstem był Łukasz. Miłosierdzie
Jezusa tchnęło z niej na moje serce. Dziś przylgnąłem do Marka. Konkret i
nadzwyczajna prostota przekazu. Może to kwestia wieku. Z czasem wiele rzeczy w
ludzkim życiu się upraszcza. Wiara pewnie też…
Do minionej niedzieli głosiłem maryjne rekolekcje w Doncaster w Wielkiej
Brytanii. Piękna, polonijna wspólnota. Cudowny kościół z Biała Panią czczoną
tam od średniowiecza. I Maryja, jak zwykle, zaprosiła spore grono (ponad 400
osób) do zawierzenia Jej swojego życia. Wierzę, że to spotkanie z Nią dla nas
wszystkich było owocne i odkryjemy to w codziennym życiu.
W najbliższą sobotę wracam już do Poznania i mam tydzień w domu. Cieszę się
bardzo. Bo tęsknie już za swoją dziuplą na strychu, za naszą świątynią, za
gwarem miasta. A potem? Worek z rekolekcjami zakonnymi dla sióstr się rozwiąże.
I znów ruszę w drogę. Wołać na każdym miejscu – wszystko za wszystko… Oto Boża
oferta.
A na zdjęciu? Maryja z Doncaster...

(.....) Wszelka połowiczność .bowiem w konsekwencji rodzi przeciętniactwo,ktore zabija owocność wiary
OdpowiedzUsuńOna najpierw traci na znaczeniu,potem traci smak a wreszcie , ostatecznie traci sens..
Wybrzmiewa mi to bardzo -i rownież Słowo z ew.św.Mt.5;13
Wy jestescie solą ziemi.Lecz jesli sól straci swój smak,czymże ją posolić?
Na nic jużsię nie przyda,chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Dziękuję za Twoję głoszenie Ojcze