Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a
On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu;
rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która
należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z
łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: "Wypłyń na
głębię i zarzućcie sieci na połów!" A Szymon odpowiedział: "Mistrzu,
całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę
sieci". Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich
zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im
przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.
Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: "Wyjdź ode
mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym". I jego bowiem, i wszystkich
jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również
Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. A Jezus rzekł
do Szymona: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił". I wciągnąwszy
łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.
Mili Moi…
Ja wiem najlepiej… Każdy pewnie ma coś z takiej postawy w dziedzinach, w
których uważa się za eksperta. Widzę to po sobie. Skończyłem studia
homiletyczne, mam spore doświadczenie w głoszeniu, więc uwagi krytyczne
traktuje często z pewną pobłażliwością. Grzecznie rzecz jasna, ale nie
przejmuję się nimi nadmiernie. No chyba, że pochodzą od ludzi, co do których
mam przekonanie, że wiedzą więcej ode mnie. Ale takich spotykam rzadko. Może
jest w tym jakaś nuta pychy, ale na pewno sporo świadomości, że coś tam jednak
na ten temat wiem i coś umiem.
Piotr wchodzi dziś dokładnie w ten schemat. Przecież łowiliśmy całą noc.
Przecież wiemy jak to się robi. Przecież wiemy, że teraz nie jest na to czas.
Ale na Twoje słowo… Jezus nie jest doświadczonym rybakiem. Jest doświadczonym
cieślą. Czy można Mu zaufać? Czy warto Go posłuchać?
Ano efekt przekroczył najśmielsze wyobrażenia. Być może nigdy wcześniej nie
mieli takiego połowu, choć warunki były sprzyjające, a oni zrobili wszystko
według swojej najlepszej wiedzy. Dziś to wszystko wymknęło się ludzkiej logice
i przewidywalności. Być może dla Piotra było to nawet dość przerażające. Bo
stracił kontrolę. I chyba dopiero tu zaczyna się wiara. Kiedy człek traci
kontrolę i zdaje sobie sprawę, że wszystko to, co wiedział… wie nadal, ale
jakby schodziło z niego powietrze. Nie ma zadęcia. Bo okazuje się, że „są na
tym świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły” (F. Kiepski 😊)
Wybaczcie znów długą przerwę, ale ostatni tydzień sierpnia spędziłem w
Szamotułach, prowadząc tydzień maryjny. Bardzo intensywna praca i dawno nie
czułem się już tak zmęczony. Głowa pracowała na najwyższych obrotach, bo i
zakres głoszenia był bardzo szeroki. Wiele różnych grup przetoczyło się przez
Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Szamotułach i do każdej trzeba było mówić
jakoś inaczej. Wyjechałem stamtąd zmęczony przeokrutnie. Ale nie miałem też sił
zaglądać tutaj.
We wtorek zaś rozpocząłem urlop. W moim ulubionym miejscu – parafii świętego
Michała Archanioła, w Bridgeport USA. Spędzę tu trzy tygodnie na czytaniu i
rozmyślaniu, spacerowaniu i spotykaniu dobrych ludzi. To miało miejsce niemal
na początku. Mariusz, mój parafianin, który zwykle podejmuje mnie z lotniska,
zna moje upodobania kulinarne, więc po drodze do domu zawsze zajeżdżamy do
jakiejś restauracji na steka. Tak było i tym razem. Kiedy oczekiwaliśmy na
obsługę, która nas posadzi przy właściwym stoliku, weszły za nami dwie
czarnoskóre średniolatki, z których jedna natychmiast zapytał mnie czy jestem
księdzem. Oczywiście latam w habicie, więc nie było trudności z rozpoznaniem.
Gdy potwierdziłem, wyznała, że ma dziś wielką trudność w sercu i prosiła Pana o
znak oraz o pociechę. I właśnie ten znak otrzymała. Wyściskała mnie z
wdzięcznością. Pogawędziliśmy chwilę. Pobłogosławiłem ją. To jest właśnie ta Ameryka,
którą znam. Oby więcej takich pocieszających sytuacji. A tymczasem do dzieła. U
mnie właśnie rozpoczyna się dzień, choć ja na nogach od 2.30. Nie ma spania
przez pierwszy tydzień. Sześciogodzinna zmiana czasu robi swoje.