piątek, 25 września 2026

Ukrzyżowany...


(Łk 9, 18-22)
Gdy raz Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: "Za kogo uważają Mnie tłumy?" Oni odpowiedzieli: "Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał". Zapytał ich: "A wy za kogo Mnie uważacie?" Piotr odpowiedział: "Za Mesjasza Bożego". Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: "Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie".

 

Mili Moi…
Przychodzą czasami takie proste chwile olśnienia… Jak dziś… Słowo wzbudziło we mnie refleksję nad moimi oczekiwaniami. A te winny być ścisle związane z Mistrzem, za którym podążam. Dlaczego więc miałbym oczekiwać szacunku od tego świata, kiedy On sam jest wzgardzony i odrzucony? Dlaczego miałbym liczyć na to, że w klasztorze będę miał samych przyjaciół, kiedy Jemu towarzyszył Judasz, a w krytycznej chwili wszyscy uciekli? Dlaczego mam się spodziewać zrozumienia dla moich wyborów i wsparcia w ich realizacji, kiedy On został sam właśnie wówczas, kiedy było najtrudniej i kiedy najbardziej potrzebował innych? Dziś tak wyraźnie stanęło mi to przed oczami – Ukrzyżowanego naśladujesz!!! Ukrzyżowanego! Tego, którym tak bardzo zachwycił się Franciszek i ja przecież, w swoim czasie również się Nim zachwyciłem. Zresztą, zachwyt nie minął. Jedynie upływające lata stępiły młodzieńczy radykalizm. Niczego innego nie pragnę, jak do niego wrócić. I o to proszę w rozpoczynającej się dziś Nowennie do św. Franciszka.

Wróciłem wczoraj z moich amerykańskich wojaży. Na lotnisku w Nowym Jorku kolejka do kontroli bezpieczeństwa była tak wielka, że miałem poważne wątpliwości czy zdążę na samolot. Ale z dużym pokojem zacząłem odmawiać Różaniec. Przy jego drugiej części, pracownik lotniska odciął kawałek kolejki, w którym się znajdowałem i sprowadził nas dwa piętra niżej, gdzie uruchomiono dodatkowe dwa stanowiska. Cześć Niepokalanej! Zdążyłem bez trudu. W samolocie wygodnie – sąsiednie miejsce wolne, więc większa możliwość ruchu, a nocny lot, to spanie przez całą drogę.

A po powrocie? Tysiąc spraw… A dziś jeszcze imieninowy obiad z udziałem braci – nieco uprzedzający święto Archaniołów, ale to związane z moim wyjazdem w sobotę na misje parafialne do Radziejowa. Ale zanim pojadę, to jeszcze wizyta u Sióstr Pasterek, bo niewykluczone, że podejmę u nich posługę spowiednika. Byłoby to kolejne trwałe zobowiązanie wiążące mnie z Poznaniem. Może i sporo tego, ale… sen jest dla mięczaków.

Skądinąd, jet lag w pełnej krasie. Zasnąłem grubo po pierwszej w nocy i strasznie trudno było mi się zwlec dziś o piątej. Ale kiedy już to zrobiłem, kiedy zasiadłem nad Słowem, to przyszła myśl – hej, rodzice wstają do niemowląt, niezależnie od swojej kondycji, a ty nie wstaniesz dla Pana? Przecież do Niego należą twoje poranki. Zawstydziłem się… Ale  z nadzieją ruszam w ten dzień.

środa, 16 września 2026

jak dzieci...


(Łk 7, 31-35)
Jezus powiedział do tłumów: "Z kim mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci przesiadujących na rynku, które głośno przymawiają jedne drugim: „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wy nie płakaliście”. Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”. A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność".

 

Mili Moi…
Lubię tę dzisiejszą Ewangelie, bo ona skłania mnie do refleksji nad moim niezadowoleniem z życia. Czy je odczuwam? Oczywiście! Są pewne punkty, które trudno mi zaakceptować. I w takich dniach, jak dziś, uzmysławiam sobie jak bardzo jest to absurdalne. Najczęściej bowiem dotyczy innych ludzi. Oni nie są tacy… jak ja. I nie są tacy, jak ja chciałbym, żeby byli. To oczywiście rodzi frustrację, którą rozładowuję… narzekaniem. I to jest fatalne. Bo nie zmienia oczywiście w żaden sposób rzeczywistości, za to zmienia mnie. Na gorsze. Przynosi gorycz i zakwasza moje serce. A nade wszystko wzmacnia we mnie wadę i w konsekwencji narzekanie przychodzi mi coraz łatwiej, wręcz automatycznie. Tym bardziej, że to co „warte” narzekania, natychmiast rzuca się w oczy. Dobrych rzeczy trzeba poszukać. Złe widać jak na dłoni. Czy zresztą wszystko, na co narzekam, jest w istocie złe? A może rzeczywiście po prostu inne. Z narzekania rodzi się duża łatwość w odrzucaniu rzeczywistości takiej, jaka ona jest, w uznawaniu ją za niesatysfakcjonującą. Podobnie jak owe dzieci w Ewangelii – ani zabawa w „smutek” ani zabawa w „radość”. Propozycje zawsze przychodzą nie w porę i są nie takie, jakich byśmy się spodziewali. A my, pełni gładkich wymówek, w które sami głęboko wierzymy. Mam w sobie taki temat – dyscyplina żywieniowa. Od lat powtarzam, że przy moim trybie życia utrzymanie jej jest niemożliwe. Ale podskórnie wiem, że to nie jest prawda, że wszystko zależy od mojej determinacji. Ale tak jest łatwiej, choć wcale nie lepiej i nie zdrowiej. Cóż więc czynić? Szukać sposobu, a nie wymówki. Co ciekawe, niektóre zmiany potrafiłem wprowadzić błyskawicznie – choćby ograniczenia związane z korzystaniem z internetu. A inne kwestie wracają jak bumerang. Może i tak być musi. Grunt, żeby nie rezygnować. I wyrzekać się kapryśności dziecięcej.

Mój amerykański urlop trwa. Jak to u mnie – trwa już za długo. Dwa tygodnie zwykle mi wystarczają do regeneracji. Trzeci to już lekka przesada. Dużo dobrych spotkań, pięknych rozmów. Dobra lektura… Zakończyłem właśnie książkę „Trzeci Adam. Opowieść o mariawitach”. To polska grupa religijna z początku XX wieku, dziś już stosunkowo nieliczna. Zrodzona z wielkiej gorliwości i pobożności, a wyprowadzona na manowce szalonych pomysłów teologicznych. Bardzo interesująca lektura z racji na zjawisko, które lubi się powtarzać.

Telefon dzwoni z kolejnymi zaproszeniami na rekolekcje. Niestety nie mam gdzie ich wpisywać w kalendarz na przyszły rok. Musze więc odmawiać, a bardzo tego nie lubię. Ale kiedy nie muszę, głoszę. Dlatego dziś wieczór skupienia dla małżeństw o różnicy między egoizmem a miłością do samego siebie. A jutro i pojutrze wieczorne spotkania dla wszystkich wokół dwóch ewangelicznych pytań Jezusa? Których? W zasadzie jeszcze nie zdecydowałem… Dziś też jakaś Boża dusza przybywa na spowiedź generalną, więc na szczęście również i tu okazji do posługi nie brakuje.

A w niedzielę odpust parafialny z udziałem miejscowego biskupa. Nieco wcześniej w tym roku, wszak św. Michała wspominamy dopiero 29 września. Ale cieszę się, bo dzięki temu mogę w nim uczestniczyć. A potem już odliczanie dni do podróży powrotnej. Dwa dni przerwy i Misje Święte w naszej, franciszkańskiej parafii w Radziejowie czas zaczynać.

czwartek, 3 września 2026

Ameryka...


(Łk 5, 1-11)
Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: "Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!" A Szymon odpowiedział: "Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci". Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: "Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym". I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. A Jezus rzekł do Szymona: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił". I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.

 

Mili Moi…
Ja wiem najlepiej… Każdy pewnie ma coś z takiej postawy w dziedzinach, w których uważa się za eksperta. Widzę to po sobie. Skończyłem studia homiletyczne, mam spore doświadczenie w głoszeniu, więc uwagi krytyczne traktuje często z pewną pobłażliwością. Grzecznie rzecz jasna, ale nie przejmuję się nimi nadmiernie. No chyba, że pochodzą od ludzi, co do których mam przekonanie, że wiedzą więcej ode mnie. Ale takich spotykam rzadko. Może jest w tym jakaś nuta pychy, ale na pewno sporo świadomości, że coś tam jednak na ten temat wiem i coś umiem.

Piotr wchodzi dziś dokładnie w ten schemat. Przecież łowiliśmy całą noc. Przecież wiemy jak to się robi. Przecież wiemy, że teraz nie jest na to czas. Ale na Twoje słowo… Jezus nie jest doświadczonym rybakiem. Jest doświadczonym cieślą. Czy można Mu zaufać? Czy warto Go posłuchać?

Ano efekt przekroczył najśmielsze wyobrażenia. Być może nigdy wcześniej nie mieli takiego połowu, choć warunki były sprzyjające, a oni zrobili wszystko według swojej najlepszej wiedzy. Dziś to wszystko wymknęło się ludzkiej logice i przewidywalności. Być może dla Piotra było to nawet dość przerażające. Bo stracił kontrolę. I chyba dopiero tu zaczyna się wiara. Kiedy człek traci kontrolę i zdaje sobie sprawę, że wszystko to, co wiedział… wie nadal, ale jakby schodziło z niego powietrze. Nie ma zadęcia. Bo okazuje się, że „są na tym świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły” (F. Kiepski 😊)

Wybaczcie znów długą przerwę, ale ostatni tydzień sierpnia spędziłem w Szamotułach, prowadząc tydzień maryjny. Bardzo intensywna praca i dawno nie czułem się już tak zmęczony. Głowa pracowała na najwyższych obrotach, bo i zakres głoszenia był bardzo szeroki. Wiele różnych grup przetoczyło się przez Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Szamotułach i do każdej trzeba było mówić jakoś inaczej. Wyjechałem stamtąd zmęczony przeokrutnie. Ale nie miałem też sił zaglądać tutaj.

We wtorek zaś rozpocząłem urlop. W moim ulubionym miejscu – parafii świętego Michała Archanioła, w Bridgeport USA. Spędzę tu trzy tygodnie na czytaniu i rozmyślaniu, spacerowaniu i spotykaniu dobrych ludzi. To miało miejsce niemal na początku. Mariusz, mój parafianin, który zwykle podejmuje mnie z lotniska, zna moje upodobania kulinarne, więc po drodze do domu zawsze zajeżdżamy do jakiejś restauracji na steka. Tak było i tym razem. Kiedy oczekiwaliśmy na obsługę, która nas posadzi przy właściwym stoliku, weszły za nami dwie czarnoskóre średniolatki, z których jedna natychmiast zapytał mnie czy jestem księdzem. Oczywiście latam w habicie, więc nie było trudności z rozpoznaniem. Gdy potwierdziłem, wyznała, że ma dziś wielką trudność w sercu i prosiła Pana o znak oraz o pociechę. I właśnie ten znak otrzymała. Wyściskała mnie z wdzięcznością. Pogawędziliśmy chwilę. Pobłogosławiłem ją. To jest właśnie ta Ameryka, którą znam. Oby więcej takich pocieszających sytuacji. A tymczasem do dzieła. U mnie właśnie rozpoczyna się dzień, choć ja na nogach od 2.30. Nie ma spania przez pierwszy tydzień. Sześciogodzinna zmiana czasu robi swoje.