Wybaczcie, że długo mnie tu nie było… Postaram się poprawić. Ale spędziłem
niemal trzy tygodnie w USA, gdzie było intensywnie. Mnóstwo spotkań i trochę
pracy. Ale nade wszystko schodziło trochę ze mnie wielkopostne napięcie. Nie
mogę powiedzieć, że wypocząłem. Ale miałem wstręt do wszelkiego tworzenia, do
jakiegokolwiek łączenia myśli, do pisania. Więc odciąłem wszystko, co nie było
absolutnie niezbędne. I choć nadal czuję się zmęczony, to jednak ten tydzień i następny
dają mi szansę na złapanie oddechu.
W USA najpierw tydzień z siostrami zakonnymi. Piękne miejsce, dobry czas i
słuchaczki uczciwie podchodzące do szansy, którą stanowią rekolekcje zakonne.
Kilka dni później wybraliśmy się już z Bridgeport (bo rekolekcje dla sióstr
były w Cherry Hill w stanie New Jersey) do Chicago (samolotem) a ostatecznie do
stanu Wisconsin (autem), do urokliwego ośrodka Camp Vista, gdzie prowadziłem rekolekcje
weekendowe dla Wojowników Maryi. Niemal 6o mężczyzn i znakomita atmosfera gorliwości
i zasłuchania. Jedyny mankament z mojej strony to… sam ośrodek. Urokliwy, a
jakże, ale wiecie co lubię ja… Na pewno nie campingi!!! Więc powiedziałem
chłopakom nieco anegdotycznie, kiedy chwalili wybór miejsca, że dla mnie najwspanialszym
momentem całej tej wyprawy było… lotnisko w Chicago 😊
W tak zwanym międzyczasie poprowadziłem jeszcze skupienie dla małżeństw w
Bridgeport poświęcone zagadnieniu miłości ofiarnej, no i w miniony czwartek
wylądowałem na lotnisku w Warszawie.
Lot zakończył się o godzinie 13.05, a o godzinie 16.15 rozpoczęliśmy
nagrania w Radio Niepokalanów. Sił wystarczyło w czwartek na dwie audycje.
Resztę dograliśmy przed południem w piątek. A po południu… rozpocząłem w
Niepokalanowie rekolekcje maryjne, na które zgłosiło się niemal dwadzieścia
osób. W dobrym towarzystwie spędziłem więc weekend, ale, przyznam, dość pracowicie.
Wczoraj w południe zakończyliśmy. A wieczorem… miałem jeszcze konferencję w Poznaniu na
temat przeszkód w dobrej medytacji nad Słowem Bożym. Słuchaczy było… ośmioro.
A dziś już odpoczywam… Tylko Eucharystia, Różaniec z ludźmi, dwie godziny dyżuru
w konfesjonale i skręcanie pozostałych mebli i zakładanie rolet zewnętrznych na
okna (nie mój pomysł – szerszy projekt wieloletniego remontu naszego
klasztoru). Także powiem wam… Jest radość z powrotu do domu, cisza, spokój. Nic
tylko zasiąść w fotelu i oddać się lekturze 😊 Może nieco ironicznie o tym
piszę, ale bez pretensji. Kocham moją robotę i nie zastąpiłbym jej żadną inną. Wciąż
mam trochę sił, więc… Do boju!

Serdeczne dzięki za te słowa🙂
OdpowiedzUsuń