środa, 16 września 2026

jak dzieci...


(Łk 7, 31-35)
Jezus powiedział do tłumów: "Z kim mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci przesiadujących na rynku, które głośno przymawiają jedne drugim: „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wy nie płakaliście”. Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”. A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność".

 

Mili Moi…
Lubię tę dzisiejszą Ewangelie, bo ona skłania mnie do refleksji nad moim niezadowoleniem z życia. Czy je odczuwam? Oczywiście! Są pewne punkty, które trudno mi zaakceptować. I w takich dniach, jak dziś, uzmysławiam sobie jak bardzo jest to absurdalne. Najczęściej bowiem dotyczy innych ludzi. Oni nie są tacy… jak ja. I nie są tacy, jak ja chciałbym, żeby byli. To oczywiście rodzi frustrację, którą rozładowuję… narzekaniem. I to jest fatalne. Bo nie zmienia oczywiście w żaden sposób rzeczywistości, za to zmienia mnie. Na gorsze. Przynosi gorycz i zakwasza moje serce. A nade wszystko wzmacnia we mnie wadę i w konsekwencji narzekanie przychodzi mi coraz łatwiej, wręcz automatycznie. Tym bardziej, że to co „warte” narzekania, natychmiast rzuca się w oczy. Dobrych rzeczy trzeba poszukać. Złe widać jak na dłoni. Czy zresztą wszystko, na co narzekam, jest w istocie złe? A może rzeczywiście po prostu inne. Z narzekania rodzi się duża łatwość w odrzucaniu rzeczywistości takiej, jaka ona jest, w uznawaniu ją za niesatysfakcjonującą. Podobnie jak owe dzieci w Ewangelii – ani zabawa w „smutek” ani zabawa w „radość”. Propozycje zawsze przychodzą nie w porę i są nie takie, jakich byśmy się spodziewali. A my, pełni gładkich wymówek, w które sami głęboko wierzymy. Mam w sobie taki temat – dyscyplina żywieniowa. Od lat powtarzam, że przy moim trybie życia utrzymanie jej jest niemożliwe. Ale podskórnie wiem, że to nie jest prawda, że wszystko zależy od mojej determinacji. Ale tak jest łatwiej, choć wcale nie lepiej i nie zdrowiej. Cóż więc czynić? Szukać sposobu, a nie wymówki. Co ciekawe, niektóre zmiany potrafiłem wprowadzić błyskawicznie – choćby ograniczenia związane z korzystaniem z internetu. A inne kwestie wracają jak bumerang. Może i tak być musi. Grunt, żeby nie rezygnować. I wyrzekać się kapryśności dziecięcej.

Mój amerykański urlop trwa. Jak to u mnie – trwa już za długo. Dwa tygodnie zwykle mi wystarczają do regeneracji. Trzeci to już lekka przesada. Dużo dobrych spotkań, pięknych rozmów. Dobra lektura… Zakończyłem właśnie książkę „Trzeci Adam. Opowieść o mariawitach”. To polska grupa religijna z początku XX wieku, dziś już stosunkowo nieliczna. Zrodzona z wielkiej gorliwości i pobożności, a wyprowadzona na manowce szalonych pomysłów teologicznych. Bardzo interesująca lektura z racji na zjawisko, które lubi się powtarzać.

Telefon dzwoni z kolejnymi zaproszeniami na rekolekcje. Niestety nie mam gdzie ich wpisywać w kalendarz na przyszły rok. Musze więc odmawiać, a bardzo tego nie lubię. Ale kiedy nie muszę, głoszę. Dlatego dziś wieczór skupienia dla małżeństw o różnicy między egoizmem a miłością do samego siebie. A jutro i pojutrze wieczorne spotkania dla wszystkich wokół dwóch ewangelicznych pytań Jezusa? Których? W zasadzie jeszcze nie zdecydowałem… Dziś też jakaś Boża dusza przybywa na spowiedź generalną, więc na szczęście również i tu okazji do posługi nie brakuje.

A w niedzielę odpust parafialny z udziałem miejscowego biskupa. Nieco wcześniej w tym roku, wszak św. Michała wspominamy dopiero 29 września. Ale cieszę się, bo dzięki temu mogę w nim uczestniczyć. A potem już odliczanie dni do podróży powrotnej. Dwa dni przerwy i Misje Święte w naszej, franciszkańskiej parafii w Radziejowie czas zaczynać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz