sobota, 16 listopada 2013

poszła zakonnica na kebaba...


zdj:flickr/xinem/Lic CC
Mili Moi...
Czy znajdzie Pan wiarę na ziemi, kiedy powróci? A gdzie będzie jej szukać? Dziś naszła mnie taka refleksja obiadowa... Mianowicie, jak niemal codziennie, udałem się do jednego z lokali gastronomicznych Lublina na obiad. Taki bowiem mamy domowy system, że żywimy się "na mieście". Los padł na kebaba... Kiedy sobie spokojnie zajadałem przyniesioną mi potrawę w lokalu wypełnionym ludźmi, nagle do środka weszły... dwie zakonnice. Jedna śmiało, dziarskim krokiem zaczęła podążać do wolnego stolika, druga, bardziej powściągliwa, jakby z delikatną obawą postępowała w myśl zasady - "dwa kroki do przodu, krok do tyłu". Lud zamarł... Muzyka dobywająca się z głośników stała się jakby głośniejsza. Rozmowy prowadzone przy stolikach przycichły. Świat się na chwilę zatrzymał... Pasjonistki (bo tę wspólnotę reprezentowały owe wielebne naczynia konsekrowane) zasiadły przy stoliku. Po tej pełnej chwili napięcia szczęśliwie wszystko wróciło do normy - dalej, jak za dni Noego: żenili się i za mąż wychodziły, kupowali i sprzedawali, budowali i burzyli... Burzyli...

 No właśnie... Zaburzyły wspomniane siostry sielankową atmosferę sobotniego popołudnia w lubelskiej kebabowni. Ich głód sprawił, że znalazły się w miejscu, w którym nabożny katolik (bo zakładam, może na wyrost, że tę denominację reprezentowało wielu konsumentów) nie spodziewał się ich zobaczyć. A dlaczego się nie spodziewał? I tu dochodzę do stwierdzenia tyleż smutnego, co dość oczywistego dziś. Wiara ma miejsce... w sferze prywatnej. Sfera publiczna ma być czysta, nijaka, obojętna, neutralna... W sferze publicznej manifestowanie swojej wiary jest raczej passe. A ci, którzy to czynią (choćby poprzez strój, który nie dopuszcza wątpliwości), spotykają się z wielorakim zdumieniem, pojawiając się w miejscach publicznych takich, jak choćby restauracja... Czego zakonnica może szukać w restauracji? A może jest głodna... A to nie może sobie zjeść w domu?

 Smutna jest ta przepaść, która zaczyna oddzielać świat od wiary i jej manifestowania. Nie mam wątpliwości, że przyczyny są złożone i jako duchowni mamy w tym nielichy udział. Sami wtapiając się w tłum, odzwyczailiśmy ludzi od widoku księdza w wielu miejscach. Nie dziwią mnie już pytania dzieci, które stawiają konspiracyjnym szeptem swoim rodzicom mijając mnie na ulicy - mamo, a kto to byyyyył? Przywykłem już do zdziwionych spojrzeń, kiedy wchodzę w habicie do "Biedronki" czy do którejś z lubelskich galerii handlowych. Ale wciąż nie mogę pojąć tempa w jakim to wszystko nastąpiło. Budynek kościoła to miejsce dla wierzących. A sklep, tramwaj, plac budowy? Tam są, czy mają być "ludzie uniwersalni"? Wszyscy, którzy nie mieszczą się w tej kategorii budzą konsternację i ciche chichoty, niczym zakonnice przekraczające próg restauracji...

Wracam do pytania - gdzie Pan będzie szukał wiary, gdy przyjdzie? W kościele? A co jeśli nie trafi akurat na czas nabożeństwa? To może w sferze prywatnej... Tylko gdzie to jest???

środa, 13 listopada 2013

zwolnij...


zdj:flickr/Cinzia A. Rizzo/fataetoile/Lic CC
Mili Moi...
Dziś na mieście akcja z cyklu "ulubione". Podchodzi młode dziewczę popołudniową godziną i pyta mnie gdzie idę? Ja na to zgodnie z prawdą, że na uczelnię... Na co ona, że pewnie nie będę miał chwili, żeby ją wyspowiadać... Na co ja, że po to mnie święcili, żebym takie chwile miał... Zawsze. Ile mam radości, kiedy ludzie okazują się tak odważni i wiedząc do czego służy ksiądz, nie wahają się go prosić o posługę wszędzie i zawsze. Nie ma znaczenia czas i miejsce. Znaczenie ma tylko łaska, którą Chrystus chce okazywać nieustannie, każdemu. A jeśli mogę w tym wydarzeniu uczestniczyć, to jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy. Po kilku chwilach więc dziewczę rozgrzeszone poszło dalej, a ja radość z tego faktu celebruję do tej chwili. Jestem Panu Bogu wdzięczny...

A wdzięczność trochę jednak spowalnia w życiu. Może to nie bez znaczenia w naszych pędzących czasach. Wdzięczność spowalnia... Kiedy dziś patrzę na tego jedynego z dziesięciu trędowatych, który wraca i dziękuję, to myślę sobie, że pozostali już zaczęli żyć pełnią życia. Mieli prawo... Przecież tak długo na to czekali. Tyle spraw do zobaczenia, doświadczenia, przeżycia. Nie można czekać ani chwili. Może to zrozumieć pewnie tylko ktoś, kto doświadczył odrzucenia, całkowitego wystawienia poza społeczny nawias. Kiedy nadarza się okazja powrotu, nie można tracić ani chwili, bo taka okazja może się nie powtórzyć. Więc idą w życie ci, którzy jeszcze przed chwilą zanurzeni byli w śmierć. Nic się nie liczy, nic nie jest ważniejsze w tej chwili od życia, do którego zostali przywróceni. A jeden uznał, że jednak jest coś ważniejszego - uznać Autora, oddać chwałę Bogu. Nic nie znaczyło, że to Samarytanin, nie ważne było, że dla niego rozumienie Boga było trochę inne, niż dla pobożnego Żyda. On wiedział komu zawdzięcza życie. I zanim poszedł je smakować, przyszedł najpierw podziękować. Został o krok w tyle, nie rozpoczął tak dynamicznie jak pozostałych dziewięciu. Wdzięczność spowalnia... Ale Samarytanin nic na tym nie stracił. Co więcej - zyskał. Co takiego? Zrozumienie... On zrozumiał dlaczego stało się to, co się stało. Twoja wiara cię uzdrowiła. On już wie jak sobie radzić w innych, trudnych sytuacjach swojego życia, on już wie, gdzie zawsze znajdzie lekarstwo. Pozostałych dziewięciu w swoim pośpiechu tego już nie usłyszało... Może więc warto zwolnić... Z wdzięczności...

poniedziałek, 11 listopada 2013

tęsknota za ojczyzną...


zdj;flickr/FreeCat/Lic CC
Mili Moi...
No tak jakoś nostalgicznie mi się dziś zrobiło... A było to tak... Wyszedłem do miasta... I poczułem się obco... Zupełnie obco... Poczułem, że to nie jest moje miejsce na ziemi, że wszystko jest jakieś dalekie, zimne, nieprzystępne... Z jednej strony to dobrze. Bo to jest jakiś ewangeliczny sygnał. W życiu zakonnym tak już po prostu jest i w tym również naśladujemy Jezusa - nie ma ojczyzny, nie ma swojego miejsca, nie ma gdzie głowy skłonić. Ale z drugiej strony, tak czysto po ludzku... Czasem chciałbym się gdzieś poczuć "u siebie". A jak dotąd nie znalazłem takiego miejsca i wiem, że próżno go szukać. Nie mam domu, czyli miejsca, z którego wyszedłem i do którego z radością wracam. Każde miejsce jest takim domem na chwilę. Musi nim być... Nieustannie w drodze. Wierzę, że ta droga ma cel. I tym celem jest dom Ojca. Prawdziwa OJCZYZNA. Choć i tę ziemską, codzienną, moją, polską cenię i szanuję. Wszak wszystko, co najważniejsze w moim życiu dokonało się w Polsce i odczuwam wobec tego, mojego kraju wielką wdzięczność.

Dziś w tej mojej "bezdomności" wołam wraz z Apostołami - przymnóż nam wiary. Bardzo jej potrzebuję, przede wszystkim po to, żeby spokojnie i konsekwentnie zmierzać do mojej niebieskiej ojczyzny. Nie mając ziemskich korzeni, dać się przesadzić tam, gdzie On chce, abym rósł. Niczym morwa, która potrafi dożyć sześciuset lat, ale na słowo wypowiadane z wiarą, mogłaby przenieść się gdzie indziej. Wiem, że On we mnie wierzy i codziennie Go pytam, gdzie chce, abym rósł. Jego Słowo pełne mocy może mnie osadzić wszędzie. Bo tam, gdzie jest On, tam jest mój dom. A On jest wszędzie i zawsze ten sam. Tak wiele razy w życiu mówiłem Mu, żeby mną swobodnie dysponował, złożyłem ślub posłuszeństwa, który oznacza przecież ni mniej, ni więcej, tylko wypełnianie Jego woli zawsze, do końca... Czego mogę się więc spodziewać? Wszystkiego :)

Mój Pan jest dynamiczny... Nie kapryśny, ale dynamiczny. On wie gdzie, kiedy i komu jestem potrzebny. On wie, gdzie i jak długo ma być mój dom. On zna całą tę drogę, którą mam jeszcze do przejścia. On towarzyszy mi w drodze do ojczyzny... Dziś prosząc o wiarę, ponawiam moją deklarację dyspozycyjności. Tak, jak wiele lat temu, dziś znowu decyduję się na "bycie w drodze", a w konsekwencji na tymczasowość domu. I nawet gdyby miało to być czasem źródłem ludzkiego smutku, to wierzę, że Pan smutek ten zamieni w radość i przyjdzie taki dzień, w którym zamieszkam w domu Ojca, w OJCZYŹNIE...

niedziela, 10 listopada 2013

o cierpliwości...


zdj:flicr/ScotMcLeod/Lic CC
Mili Moi...
Kiedy dziś medytowałem nad Słowem, to przyszło mi do głowy, jak wiele cierpliwości musiał mieć Pan Jezus do swoich adwersarzy. Stają bowiem przed Nim ludzie, którzy "nie odróżniają swojej lewej ręki od prawej" (jak to Pan Bóg niegdyś opisał mieszkańców Niniwy), a wymądrzają się, jakby wszystkie rozumy pozjadali. Budują niesłychane konstrukcje myślowe, żeby złapać Go na jakimś słowie. Są przekonani, że wiedzą, a nauka, która stoi za nimi, jest w stanie uzasadnić i wyjaśnić wszystko. Pewni siebie i zupełnie pozbawieni samokrytycyzmu... A On z szacunkiem z nimi rozmawia. I choć bezlitośnie odkrywa ich fałszywe założenia i konsekwentnie i stanowczo sprzeciwia się ich krętactwom, to jednak czyni to z szacunkiem, dając dowód jak bardzo zależy mu na każdym człowieku.

Mało mam wokół siebie ludzi, z którymi musiałbym toczyć takie debaty jak Jezus. To znaczy, może ich nie brakuje, tylko niekoniecznie takie rozmowy ze mną wszczynają. Niemniej jest inna przestrzeń takich właśnie rozmów pełna. Internet... Ja z reguły nie czytam debat internautów, komentarzy pod artykułami, bo ciśnienie mogę sobie równie dobrze podnieść filiżanką kawki, a będzie to z pewnością sposób milszy i smaczniejszy. Ale czasem, nieopatrznie dam się w taką lekturę wciągnąć... A tam... Według zasady - nie znam się, to się wypowiem... Niesłychane bzdury wypisywane z radością i uzasadniane tylko tym, że mamy wolność wypowiedzi... Im mniej ludzie mają wiedzy, tym bardziej zdecydowane sądy wyrażają. Im bardziej są przypierani do muru konkretnymi faktami, które zaprzeczają ich sądom, tym większą rodzi to w nich agresję. Niesłychanie dynamiczny świat, w którym niestety dbałość o prawdę jest znikoma.

 O ile czasem dam się wciągnąć w lekturę, to nigdy w dopisywanie swoich opinii i komentarzy. Z pewnością brakuje mi cierpliwości. Ale również nie jeden raz zastanawiałem się, czy to ma w ogóle sens? Czy można przekonać człowieka ukrytego za internetowym nickiem, że białe jest białe, podczas gdy on uporczywie twierdzi, że jest inaczej...? Mam szczere wątpliwości. A te dziesiątki, setki tysięcy słów wrzucanych w tę przestrzeń, rozpływają się po łączach i nie odnoszą żadnego skutku...

Czy więc raczej szanować i ważyć słowa? Czy może reagować zawsze i wszędzie? Obawiam się, że w tej przestrzeni, którą jest internet słowo ma dużo mniejsze znaczenie, niż w realu. I o ile w kontakcie twarzą w twarz trzeba się czasem zmierzyć z najbardziej niedorzecznymi poglądami (jeśli już nie z innych względów, to przynajmniej z szacunku do człowieczeństwa rozmówcy), o tyle w sieci chyba nie zawsze jest to konieczne i wskazane. Próbuję sobie wyobrazić Jezusa na internetowym czacie, czy też wpisującego zawzięcie  komentarze zaczynające sie od słów - to nie tak... Jakoś wzbudzić taki obraz w wyobraźni nie jest mi łatwo...

Myślę sobie, że podobnie jak kiedyś, tak i dziś, wychodziłby raczej na ulice miast i próbował rozmawiać z ludźmi z twarzą i z imieniem, a nie z nickiem i avatarem. Bo z realnymi, nawet najbardziej dalekimi od prawdy łatwiej się porozumieć, niż z piewcami wolności słowa, którzy w hołdowaniu tej zasadzie upatrują wystarczających źródeł dla swojej mądrości. Mądrości, którą dzielą się ze światem nadobficie...

sobota, 9 listopada 2013

wybory, wybory...


zdj:flickr/Brad Stabler/Lic CC

Mili Moi...
 Nie ukrywam, że rozkoszuję się swoim własnym mieszkankiem. Wreszcie mam okazję spędzić w nim nieco więcej czasu, poczytać, wypić zieloną herbatkę. Czasem potrzeba tak niewiele do szczęścia. Ale tak to już jest z nadaktywnością - chętnie korzysta z chwil odpoczynku. Jestem więc niewzruszony na wszelkie wyjazdowe propozycje związane z tym weekendem, a kilka ich już było. Nie ukrywam, że wiąże się to również z pracami, które "wiszą nade mną". Wczoraj na przykład spreparowałem wywiad, o który prosił Pan Leszek, mój niegdysiejszy historyk i wydawca kwartalnika "Prowincja", który ukazuje się na terenach, z których pochodzę. W  sumie bardzo przyjemne doświadczenie, ale czasochłonne rzecz jasna. Więc pół dnia umknęło... A gdzie tu dzieła naukowe? Czas już na zrobienie dobrej i szczegółowej listy lektur, które należy zdobyć i przeczytać przed zabraniem się za pisanie rozprawy... Bożesztymój... Przerażające jest to dzieło na tym etapie :)

 A Pan Jezus dziś... występuje przeciwko systemowi. I to mocno. Z biczem w ręku. Jeśli oprzeć się na komentarzach do tej Ewangelii o oczyszczeniu świątyni, to większość rozgonionego przez Pana Jezusa towarzystwa była jakoś spokrewniona, czy spowinowacona z Arcykapłanem. Ekipa przyjaciół i znajomków, którzy pewnie za drobną opłatą cieszyli się przywilejem niewidzialności, a świątynia znajdowała się pod ich "okupacją". Nieuczciwi bankierzy, którzy wymieniali lokalną monetę na oficjalny pieniądz świątynny. Sprzedawcy żywego inwentarza ze swoją żywą czeredą. Hałas, zgiełk, interesy...

Jak bardzo przypomina to niektóre miejsca w dzisiejszej.... Ziemi Świętej. Wejście do Bazyliki Grobu Bożego, gdyby nie dach nad głową, mogłoby zostać zupełnie niezauważone. Gwar jest dokładnie taki jak an zewnątrz, a może jeszcze większy, bo potęgowany akustyką pomieszczenia. Gdzie jest Bóg? Czy o Niego tam chodzi? Czy ktokolwiek w takim hałasie jest w stanie się z Nim spotkać? Ja nie...

Ale wracając do systemu... Przecież i tu niewiele się zmieniło. Są zwykle dwie grupy. Jacyś "nasi" i jacyś "obcy". Ci "oni" muszą się dostosować do wszelkich zarządzeń, do litery prawa, która przecież nie może zostać złagodzona, nie ma dla nikogo taryfy ulgowej. No chyba, że dla tych "naszych". Wszak są dobrodziejami, a może po prostu przyjaciółmi. Nie, nie... My nie zmieniamy prawa. Ono jest dla wszystkich jednakowe. Co innego interpretacja. Ta pozwala nam na wiele. Dlaczegóż nie mielibyśmy okazać się bardziej przychylni dla "naszych", dlaczego nie przymknąć nieco oka? Niczym Arcykapłan... Przecież korzyści sa obopólne...

Mam głębokie przekonanie, że wiele dziedzin naszego życia jest skażonych właśnie takim myśleniem. A osobowości takie jak Jezus przypominają przysłowiowy "kij włożony między szprychy". Rodzą agresję, bo demaskują nas swoją przejrzystością i uczciwością. Uderzając w układ niszczą przecież tak skwapliwie wypracowywane przez nas podziały na "my" i "oni". A komu to przeszkadza? Od zawsze tak było i na zawsze tak będzie... Układ... A Jezus się sprzeciwia. Dla Niego nie ma miejsca na układ nigdzie... Nigdzie... Ani w domu, ani w Kościele, ani w pracy, ani w szkole... Niech wasza mowa będzie "tak, tak" - "nie, nie", co nadto jest, od złego pochodzi. Od złego pochodzi...

Myślę sobie o opowieści przełożonej polskich elżbietanek z Betlejem, które prowadzą dom dziecka. Stała nie raz w kolejce z Palestyńczykami, aby przedostać się na żydowską stronę. Oni jej mówili - idź przodem, nie musisz stać, masz tu przecież szczególne prawa. Na co ona odpowiadała - chcę stać z wami, nie jestem w niczym lepsza, ani ważniejsza od was... To jest sztuka... Nie korzystać z przywilejów, bo inni z nich nie korzystają... To jest właśnie to, co jest całkowitą głupotą w oczach tego świata... Ale wielką mądrością w oczach Bożych... Wybór jak zawsze po naszej stronie... Układ, czy wolność?

środa, 6 listopada 2013

co dźwigać???


zdj:flickr/slimmer_iimmer/Lic CC
Mili Moi...
No powoli się wdrażam... Trzeba się bowiem nieco przestawić. Rano już nie krótkie spodenki i czapeczka, a potem zwiedzanie, ale kurteczka, torba i na uczelnię :) Dobrze... Normalnie... To mnie cieszy... Zresztą sama uczelnia dba, żebym nie doznał szoku. Dziś przepadły nam na przykład cztery godziny wykładowe :) Jak to ktoś kiedyś powiedział - studia doktoranckie to nie wykłady - to biblioteka... No więc książka w dłoń i do dzieła...

Ale zanim... Dziś pan nas konfrontuje z tajemnicą podejmowania swojego własnego krzyża. Ustawia codzienność w kategoriach "miłować - nienawidzić". Oczywiście wiele razy powiedziano już, że nie chodzi o to, co my dziś rozumiemy pod pojęciem nienawiści, ale jako że język którym posługiwał się Jezus nie miał czegoś takiego jak stopniowanie, to mamy dziś takie "kwiatki", które niektórych wprowadzają w zakłopotanie. Jego słowa są jednak proste w swej wymowie - nic nie może być ważniejsze ode mnie, a to, co jawi ci się jako trud i cierpienie ma  w moich oczach wielką wartość, bo dzięki temu uczysz się kochać, dzięki temu możesz wyjść poza siebie, dzięki temu widzisz, że jesteś elementem większej całości... Swoją drogą spotkałem wczoraj w konfesjonale mądrego księdza, który mi powiedział - jesteś trybikiem w większej całości. To nie znaczy rzecz jasna, że nie jesteś ważny, ale konstruktor wie jak to działa i On ma wszystko zaplanowane. Ważne, żeby tylko w ten plan wejść i go realizować. Zaufać Mu... On wie, co robi(ć)...

Niemniej, jeśli jakiekolwiek decyzje są w mojej mocy, to należy je właściwie rozeznawać. Niczym król ruszający na wojnę z mniejszą armią, niż przeciwnik, czy też niczym budowniczy, który musi wiedzieć, czy uda mu się dokończyć budowę... Czasem można to przewidzieć łatwo, a czasem... No właśnie... Czasem trudniej, a decyzje podejmować trzeba.

W ramach lektury duchowej czytam książkę Thomasa Mertona "Wspinaczka ku prawdzie". jest to dzieło poświęcone św. Janowi od Krzyża i jego przesłaniu, które Merton próbuje w sposób możliwie klarowny przedstawić czytelnikom. I dziś czytałem właśnie o roli rozumu w życiu mistycznym zwłaszcza na etapie "ciemnej nocy". Przypomina on światła samochodu, które oświetlają tylko najbliższy fragment drogi, podczas gdy cała reszta spowita jest ciemnością. Pozwalają one utrzymać się w pasie ruchu i jakoś, czasem powoli i z trudem, poruszać się do przodu. Parafrazując - bywa, że nasze rozeznawanie przypomina taką jazdę w ciemnościach i mgle. Powoli i ostrożnie, a czasem bardziej na wyczucie, niż z pewnością. Niemniej nieustannie do przodu. Z zaufaniem, że prowadzi mnie ktoś, kto wie, co na końcu tej drogi jest. I to w Nim jest ukryte moje poczucie bezpieczeństwa. I to z Niego mam je zaczerpnąć. Bo jestem trybikiem w większej całości, którą nie zawsze jestem w stanie całkowicie ogarnąć. Muszę więc zrobić co w mojej mocy, musze zrobić co do mnie należy... A resztę zostawić Jemu... On poprowadzi...

Tylko ten krzyż, który trzeba wziąć... Nie przeraża mnie jego obecność. Raczej martwi fakt, że nie mogę go w swoim życiu dostrzec. Co ja mam dźwigać Panie Jezu??? Co brać na swoje barki i dźwigać???

poniedziałek, 4 listopada 2013

hojnym być...


zdj.flickr/Caucas'/Lic CC
Mili Moi...
I tak to Ziemia Święta stała się wspomnieniem... Wróciłem dziś o drugiej w nocy do Lublina po dość nieprzyjemnym locie. Jeszcze chyba nigdy dotąd tak mną nie wytrzęsło. Przez dużą część lotu była zapalona sygnalizacja "zapiąć pasy", bo przelatywaliśmy przez strefę turbulencji i rzeczywiście szarpało. A w małym samolocie wszystko odczuwa się podwójnie. Wylecieliśmy czterdzieści minut opóźnieni, stąd tak późny powrót do domu, ale moi bracia jak zawsze niezawodni - samochodem pod lotniskiem...

 Ciekawe miejsce to lotnisko w Izraelu. Najpierw tysiące pytań o to gdzie, z kim, po co byliśmy. Potem skanowanie bagażu. Połowa grupy jeszcze na dodatkowe spytki co mają w środku, po co i dlaczego? Potem check in. Trafiła mi się urocza blondynka, która nie tylko poleciła mi się nie przejmować nadbagażem, ale również odpowiedziała z uśmiechem na moją prośbę o miejsce z większą przestrzenią na moje kopyta, że chętnie posadzi mnie przy wyjściu awaryjnym, żebym tego miejsca miał dużo... Potem kontrola bezpieczeństwa, co było jedną wielką farsą. Nie kazano mi zdejmować nawet tych rzeczy, które zwykle trzeba (na przykład saszetka na szyję spod habitu), można przewozić płyny w dowolnych ilościach (głównie wino i oliwę, ale na moją wodę mineralną nikt nie mrugnął okiem). Generalnie wszyscy są zblazowani i kontrolują powierzchownie (choć podobno bywa też inaczej). Potem kontrola wizy, potem jeszcze paszport. I nareszcie z tego "raju na ziemi" można się wydostać...

Po raz kolejny przeżyłem jakiś "pierwszy raz" na lotnisku. Otóż nigdy dotąd nie prowadziłem na lotnisku... nabożeństwa nałożenia szkaplerza. A wczoraj mi się zdarzyło... Ludzie z naszej grupy zakupili szkaplerze w ostatniej chwili i nie było czasu wcześniej, żeby im nałożyć. Zrobiliśmy to na lotnisku ku ogólnej radości. W ogóle z wielką radością o nich myślę. Co ludzie naprawdę byli pielgrzymami. Pobożni, wytrwali, spragnieni spraw duchowych, słuchający... Jak dobrze się do takich głosi... Dobrze, że są... Już mi ich brakuje...

 Oczywiście zapewniam, że powierzone mi intencje omodliłem. Było ich bez mała 14 stron. Starałem się je codziennie czytać wzbudzając często modlitwę z myślą o nich. Gdzie się dało, starałem się je również symbolicznie złożyć. Wyglądałem trochę jak hindus (u nich jest swoista teologia dotyku - jak dotkniesz garścią różańców świętego miejsca, to one są też świętsze). A więc składałem wasze intencje w różnych świętych miejscach, ufając, że Pan na nie wejrzy z miłością. Choć w ten sposób mogę spłacić ten wielki dług, który mam wobec Jego dobroci - służyć moim braciom.

Dziś ogarniam sprawy, które zebrały się podczas mojej nieobecności, ale jak każdy dzień, tak i dzisiejszy rozpocząłem od Słowa. Pan skierował do mnie dziś wezwanie do hojności i nie spodziewania się wdzięczności za to, co robię. Oczywiście łatwo to przyjąć intelektualnie, ale... No właśnie. Zdałem sobie sprawę, że jestem już nieco zepsuty... Zepsuty wdzięcznością i pochwałami, które nieustannie docierają do mnie od dobrych ludzi. I choć staram się tego nie spodziewać, to jak każdemu, mnie również jest miło, gdy mnie chwalą. Jak bardzo stanęło mi przed oczami dziś, że jedynym, od którego winienem spodziewać sie pochwały, jest mój Pan. On mnie zna... Ludzie tylko odrobinę. Nie wiedzą o mnie tak wielu rzeczy, które wie On... Dlatego tylko Jego pochwała może być prawdziwie wiarygodna. Inne są miłe, ale nie mogę im uwierzyć za bardzo. Kiedyś mawiałem, że gdybym wierzył we wszystko, co mówią do mnie ludzie, to nic, tylko odwiesić habit na kołek i iść robić karierę. Nie tędy droga. Cieszą mnie miłe słowa, ale jeszcze bardziej cieszy mnie, gdy uda mi się zrobić coś dla kogoś, komu nawet do głowy nie przychodzi pochwalić. Bo wówczas nagroda jest odłożona w niebie, bo wówczas nie jest jak z faryzeuszami, którzy częstokroć już na ziemi odbierali swoją nagrodę w podziwie i wdzięczności ludzkiej... Nie jest to łatwe, ale warto powalczyć, bo za takimi niechwalonymi czynami łatwiej można doszukać się czystej miłości... która nie dba o wdzięczność.