czwartek, 11 września 2014

idziemy???



(Łk 6,20-26)
W owym czasie Jezus podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.

Mili Moi...
"Pierwszych razów" ciąg dalszy... Dziś pierwsza wizyta w myjni samochodowej. Prowadzili ją chyba Meksykanie, albo inni smaglolicy mężowie. Wypucowali mi auto za połowę tego, co w Polsce. A pociecha z tego taka, że są w Ameryce ludzie słabiej mówiący po angielsku ode mnie, a swoje biznesy mają :) Rzeczywiście trudno było się z nimi dogadać, ale kupon promocyjny sprowokował ich do deklaracji, że zrobią to, co na nim obiecane. Przynajmniej tyle zrozumiałem. Mój proboszcz (który udał się wraz ze mną, aby umyć swoje auto) spytał czy wiedzą kto ja jestem (bo w habicie rzecz jasna pojechałem). Na co szef myjni, z wyrazem zdecydowania i pewności na twarzy orzekł - tak, wiem, jesteś z... restauracji. I taka to rozmowa...

Potem pielgrzymowałem po sklepach sportowych. Wszak znanym sportowcem jestem, a moja postura świadczy dobitnie o tym, że sport to zdrowie, a ćwiczenia czynią cuda. Niemniej mimo że sklepy dwupiętrowe i ogromne, to Nordick Walking jest chyba sportem zupełnie nieznanym w Ameryce, bo kijaszki nie do kupienia... Ale sprzedawcy prawdziwie amerykańscy. To znaczy - nie dopuszczają do siebie myśli, że w ich kraju i w ich sklepie może czegoś nie być - więc każdy kierował mnie w inna stronę sklepu z wyrazem absolutnego przekonania na twarzy, że tam z pewnością znajdę to, czego szukam...

A wieczorem przecudna Eucharystia z oprawą muzyczną w wykonaniu wspólnoty Odnowy z naszej parafii. Uwielbienie prowadzone przez lidera... No serce rośnie. Na zdjęciu macie trzon grupy, z którym spotkaliśmy się po Eucharystii. Ludzie spragnieni modlitwy i działania, a ja na to... jestem gotów :) Każda środa należy do Odnowy. Planujemy różne formy. Ach... Doczekać się nie mogę. Wszak to moje życie. Coś, do czego sam jestem najgłębiej przekonany. A jeśli są ludzie, którzy chcą działać, to dla mnie nieprawdopodobne szczęście. Właśnie po to przyjmowałem święcenia kapłańskie - żeby służyć wszystkim, którzy tego potrzebują i oczekują. Wierzę, że to właśnie dziś spotkałem się ze źródłem mojej radości w tej parafii (oczywiście nie wykluczając wszelkich innych źródeł).

A w Słowie Pan pokazał mi dziś, że jest ze mną zawsze - a najbardziej w  moich kłopotach. Wówczas mam największe szanse na to, żeby być błogosławionym, szczęśliwym. A to tylko dlatego, że trudności rodzą częstokroć głód Boga. Chce się Go więcej i więcej. Im mniej trudności, tym więcej rozwiązań czysto ludzkich i tym większa szansa na "biada". Bo wszystko bardzo szybko się sypie. Zabawa, śmiech i sytość mają swoje granice, poza które wykraczając wchodzi się w jakiś męczący, opętańczy taniec, a głód wrażeń nieustannie rośnie i nie może być nigdy zaspokojony. Jezus mówi - przekraczaj... Przekraczaj to, co czysto ludzkie, co ograniczone logiką małości, co zamknięte w twoich sposobach myślenia. Wchodź w moją nieograniczoną logikę miłości... Wchodź i zabierz ze sobą innych... A będziesz błogosławiony...

A zatem moi Bridgeportczycy idziemy??? (I ty Stasiu, co tu przed pracą codziennie zaglądasz :) ? Idziemy...

środa, 10 września 2014

od - nowa...


zdj:flickr/WolfS♡ul/Lic CC
(Łk 6,12-19)
Zdarzyło się, że Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.

Mili Moi...
Dziś posługiwałem po polsku... A to oznacza różaniec o 6.30 z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, Eucharystię, a po niej Koronkę do Bożego Miłosierdzia, również z wystawieniem Pana Jezusa. Ludzi może nie ma zbyt wielu, ale gdzie dwaj, albo trzej... Dziś było 12 osób. Po liturgii zaś i wspólnym brewiarzu z braćmi, postanowiłem poćwiczyć nieco jazdę autem i juz zupełnie samodzielnie nawiedzić kilka miejsc. Na razie wszystko wokół wygląda dokładnie tak samo, ale mam nadzieję, że z czasem się to zmieni. Niemniej, wszystko się udało i z przyjemnością poznawałem okolicę. No i obiad w wykonaniu naszej pani Jasi, (którą dziś poznałem, bo przychodzi tylko trzy razy w tygodniu) - palce lizać :)

Przyszli Go słuchać i znaleźć uzdrowienie... Pierwsza rzecz to nauczanie. Ono rodzi wiarę i przywraca nadzieję. Wczoraj rozmawialiśmy z moim proboszczem o planach nabożeństwa czterdziestogodzinnego, poprzedzającego nasz odpust (św. Michała Archanioła). Stwierdziłem, że koniecznie musi być jakaś dobra katecheza i nabożeństwo uwielbienia. Z radością na to przystał, więc teraz tylko przemyśleć temat. Mój proboszcz to w ogóle oddzielny temat - piekna dusza. Wczoraj w południe przybiegł i zabrał mnie do biura, żebyśmy mogli z panią sekretarką... odmówić Anioł Pański. Ale, że rozmawiała przez telefon, to odmówiliśmy modlitwę z tą osobą po drugiej stronie słuchawki :)

Przyszli, żeby słuchać... A mnie Pan Bóg powołał w Kościele do głoszenia. Może więc i tu, w Bridgeport, przyjdą, żeby słuchać Słowa, które ma moc... Ale uzyskiwali też uzdrowienie ze swoich słabości i to wydaje się być naturalną konsekwencją głoszenia Słowa. Dlatego cieszę się, że wczoraj wieczorem zostałem złapany przez przedstawicieli Odnowy w Duchu Świętym z naszej tutejszej parafii, którzy w ostatnim czasie nieco przycichli, ale wierzę, że znów wrócą do działania. W imię Boga. W mocy Ducha. Wierzę, że Pan zaprasza ich i mnie do ogłaszania Jego wielkich dzieł współcześnie. Bo przecież On tak jak wówczas, tak i dziś chce uzdrawiać i lubi to robić przez charyzmatyków. Jutro wieczorem więc pierwsze spotkanie organizacyjne, a od przyszłej środy ruszamy z konkretem...

Cieszę się, że Pan Bóg mnie znów posłał do duszpasterstwa. Odnajduję się w tej opowieści o powołaniu. Bo tak w istocie jest. Wezwał mnie na nowo. W nowe miejsce. Do nowych dzieł. Pośród nowych ludzi. I na tę chwilę dobrze mi z tym. To mi wystarcza... Ważne, żeby z Nim...

poniedziałek, 8 września 2014

życie zamar(z)ło...


zdj:flickr/Tom Gill./Lic CC
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. (Mt 1, 18-23)

Mili Moi...
No dziś dzień kilku "pierwszych razów". Po raz pierwszy od siedmiu lat odprawiłem Eucharystię po angielsku. Teksty w Mszale amerykańskim nieco się różnią od tych w irlandzkim, ale jakoś się udało. Tak przynajmniej twierdziło sześć Polek, które znalazły się pośród ośmiu osób obecnych :) Podobno mój akcent jest niezły :) Najważniejsze, że mnie ktoś zrozumiał. Potem był pierwszy kurs samochodem, z proboszczem siedzącym obok, żeby doradzał gdzie skręcać. Automatyczna skrzynia biegów sprawia, że trzeba wyłączyć z działania lewą nogę i prawą rękę :) Dotarliśmy szczęśliwie na zakupy, zatankowaliśmy - wszystkiego muszę się nauczyć... A potem przez resztę dnia pucowałem swój pokój i zbierałem po całym domu różne meble, które wreszcie znalazły swoje miejsce :) Jest skromnie i pustawo. I to mnie cieszy... Teraz popijam popołudniową kawkę i oczekuję na Eucharystię wieczorną, którą dziś również sprawujemy z okazji święta.

A kiedy myślę dziś o świętym Józefie, to wchodzę jakoś w tajemnice współodczuwania z nim. Bo myślę, że jemu naprawdę zawalił się świat, kiedy dowiedział się o Maryi... Wszystkie plany, marzenia, ułożona i przemyślana przyszłość. Poczucie bezpieczeństwa? Przekonanie, że ma wszystko pod kontrolą? Stabilność? Wierność? Honor? Wszystkie te słowa zbladły i straciły jakoś na znaczeniu...

Próbowałem sobie w jakikolwiek sposób wyobrazić podobną sytuację w swoim życiu. Ale niewiele przychodziło mi do głowy. Zarówno, kiedy myślałem o teraźniejszości, jak i o przeszłości. Może o przeszłości bardziej. Kiedy dokonywały się moje wybory. Przecież wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Czasem błędy, które człek popełnia, przynoszą ze sobą poważne konsekwencje. Bywa, że na całe życie. Ale przecież Józef nie popełnił żadnego błędu. A może po prostu wziął sobie zbyt młodą żonę? A może trafiła mu sie jakaś... Człowiek - różne myśli... Wszystko zamar(z)ło...

On naprawdę potrzebował anioła, który ocali to małżeństwo, który mu wyjaśni, wytłumaczy, a nade wszystko wyzwoli z lęku, który jest najgorszym doradcą przy podejmowaniu ważnych decyzji. Anioł przyszedł. I Józef mu uwierzył. W coś, co całkowicie przekracza ludzkie możliwości zrozumienia. Józef postanowił wierzyć wbrew wszystkim domysłom, przypuszczeniom, a nawet faktom, opierając sie na czymś tak ulotnym jak sen... Jak bardzo musiał kochać Maryję. Jak bardzo musiało mu zależeć na ich wspólnym życiu...

Józef to chyba dobry patron tych, którym zawalił się świat... Może warto się z nim zaprzyjaźnić...

odpowiedzialni...


zdj:flickr/Helen K/Lic CC
(Mt 18,15-20)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy [przeciw tobie], idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.

Mili Moi...
Jako że jestem w innej strefie czasowej, a pisać mam zwyczaj pod wieczór (kiedy zwłaszcza czytelnicy w Polsce smacznie już śpią), co więcej, mam zwyczaj odnosić sie do Słowa dnia, zdecydowałem się zamieszczać czytanie biblijne, do którego się odnoszę. Robię to, aby Czytelnikom ułatwić orientację, z którego dnia wpis pochodzi. Zdaje sobie sprawę, że to nieco wydłuży wpisy, ale mam nadzieję, że nie utrudni to Czytelnikom kontaktu z moim blogiem...

Pierwsze dni za mną... Dziś już było nieźle jeśli chodzi o sen. Obudziłem się wprawdzie o 4 rano, ale udało mi się dospać do 6. Jest sukces :) O 7 pierwsza polska Msza, na której zostałem powitany, a która odprawiał mój poprzednik, o. Michał, który dziś nas opuścił, bo jutro już wylatuje do Kenii (tak, tej w Afryce - może to miejsce w tę stronę właśnie ukierunkowuje :). O 9 Msza po angielsku, na której byłem z siebie niezwykle dumny, bo udało mi się przemówic po angielsku. To duże wydarzenie, bo przemawianie publiczne w tym języku stanowczo mnie stresuje. Ale nie unikniemy tego... Już jutro pierwsza Msza po angielsku. Muszę się dobrze przygotować. A i pobożność moja pewnie wzrośnie, bo bez Ducha Świętego nic się nie da zrobić :) Ja sam sprawowałem dziś liturgię o 11. Sporo ludzi, niesłychanie pięknie... śpiewających. Organista Amerykanin, ale kantorzy Polacy, więc wszystko idzie jak w zegareczku. Poświęciliśmy dziś dzieciakom tornistry, a po Mszy, zwyczajem amerykańskim, witałem się z wszystkimi wiernymi. Niezwykła życzliwość ludzi. Ręka boli od potrząsania, gęba od uśmiechów. Ale doświadczyłem dziś dużo radości, bo stwierdziłem, że znalazłem się we wspólnocie, która zna wartość kapłaństwa. Piękni ludzie...

A po południu... Muszę wyznać, że pojechaliśmy załatwiać telefon, bo bez niego niestety trudno tu funkcjonować, a nasz ekspert od telefonów mógł właśnie dziś... Ale za to kontynuując serdeczne przywitania, pojechaliśmy z proboszczem na... dożynki :) I kiełbaska z grilla była, i wątróbeczka, i napoje typowo polskie :) Kapela przygrywała, słonko świeciło. Sporo miłych, dobrych ludzi... Karmili, poili, tańczyli...

Podkreślam tę ich serdeczność, bo dziś stanął mi przed oczami temat odpowiedzialności, ku której zmierza wszelkie upominanie braterskie. Odpowiedzialność za siebie nawzajem, która całkowicie sprzeciwia się teoriom tego świata, a zwłaszcza teorii tolerancji, która jest ściśle rzecz biorąc teorią skrajnego egoizmu. Tolerancja według myślenia tego świata to obojętność, która nie liczy się z dobrem innych. Co najwyżej z moim  własnym. Bo dopóki nie wchodzisz mi w drogę, nie depczesz mi po odciskach i nie wtrącasz się w moje życie, to żyj sobie jak chcesz, nic mnie to nie obchodzi. Jesteś mi doskonale obojętny. Jezus zaś przeciwnie, mówi o rzeczywistości grzechu, czyli czegoś, co nie służy człowiekowi, co go niszczy, a z upomnienia czyni narzędzie, aby pozyskać brata, aby go odnowić, aby go uratować od śmierci, z którą grzech nieodłącznie się wiąże. Wszystko to zaś w imię miłości i jedności, która ma dominować we wspólnocie uczniów.

Będę się pewnie jeszcze bardzo długo uczył wspólnoty uczniów Jezusa w Bridgeport. Ale przyjęcie, jakie mi zgotowali, przekonuje mnie, że drzemie w nich wielka życzliwość i dobroć, którym należy tylko pozwolić się objawić... Niech więc dobro się rozlewa szeroką strugą...

PS. Jutro nasz franciszkański świat Prowincji Gdańskiej żyje sprawą trudnej sytuacji naszych braci na Litwie, którzy zmagają się z władzami, próbując odzyskać nasz klasztor. Modlimy się także i tu, w Bridgeport, o zwycięstwo łaski... Wieczorna adoracja i Eucharystia będą zwieńczeniem tych modlitw. Zapraszam i Was Drodzy Czytelnicy, do dołączenia się do naszych wołań, choćby krótkim Zdrowaś Mario...

sobota, 6 września 2014

jestem gotowy...



Mili Moi...
No to stanęła ma noga na ziemi amerykańskiej. Wczoraj wyruszyłem z Gdańska do Berlina. Nie ukrywam, że z pewną obawą, ponieważ samolot wyglądał mało przekonująco... Jakieś dwa śmigła imitujące silniki :) No i nie wzniósł się jakoś wysoko. Ziemia jakby na wyciągnięcie ręki. Dobrze, że lot trwał niecałą godzinę, bo jak to w takich maluchach lotniczych - każdy ruch sterów czuć znacząco. A w Berlinie? Odprawa celna i miła pani, która po polsku życzyła mi przyjemnego lotu. A potem wiadomość, że opóźnienie lotu co najmniej godzinę... Ścisk, płacz dzieci, brak miejsc do siedzenia - duże rozczarowanie lotniskiem. Ale kolejna arcymiła pani, która zawołała najpierw posiadaczy złotej karty linii Airberlin, żeby się załadowali do maszyny, a zaraz potem wezwała... o. Misia :) Patrzyłem na nią z niedowierzaniem, obracałem się trzy razy, poinformowałem ją, że na karcie pokładowej mam kategorię C (co oznacza - ładować w trzeciej kolejności), ale pani okazała się nieczuła na moje tłumaczenia i z uporem wartym lepszej sprawy kazała mi wsiadać. Tym sposobem bez ścisku i tłoku umieściłem się w maszynie. Ale już całkiem oczom nie wierzyłem, kiedy obok mnie nikt nie usiadł. To już zasługa arcymiłej pani w Polsce, którą poprosiłem o miejsce przy wyjściu awaryjnym ze względu na moje okazałe gabaryty. Te miejsca już były zajęte, ale pani ze swojej inicjatywy znalazła mi takie, które dawało odrobinę więcej komfortu. Ludzie są naprawdę dobrzy... Wytrzęsło nas znacząco nad Kanadą, pod koniec lotu. Jedyną modlitwą, która przychodziła mi wówczas do głowy to - Duchu Święty, ale tak nie robimy... No w każdym razie jakoś się dokulaliśmy do New Yorku. Wyszedłem w 27 stopniowy wilgotny upał i spotkałem szczęśliwie pana Roberta, który zaoferował się, że mnie odbierze z lotniska, bo pracuje w NY i akurat może to zrobić. W przemiłej atmosferze dojechaliśmy do Bridgeport...

Spać szedłem o 3 rano :) Rzecz jasna według polskiego czasu. Bo tu była zaledwie 21. A pobudka? Klasycznie... 3.45... według czasu miejscowego. I żadnych szans na "dospanie". Ach, ta zmiana strefy czasowej... Od wczesnego rana więc czytam, modlę się, piję kawkę. Na śniadanie portugalskie placki z cebulą i polski schabowy, no i bułka z dżemem :) Takie to początki...

Ale doświadczenie pokoju mnie jakoś dotknęło. Choć wcale nie zanosi się, że będzie lepiej, niż się spodziewałem (to znaczy przewiduję duży wysiłek pod każdym względem) to jednak mam od wczoraj takie przekonanie, że to się może udać, że powoli to wszystko się jakoś ogarnie, a ja oswoję się z nową sytuacją. Modlę się o to szczerze, a dzisiejsze Słowo wychodzi mi jakoś na przeciw. A zwłaszcza stwierdzenie Jezusa - Syn Człowieczy jest Panem szabatu. Zdałem sobie wyraźnie sprawę, że Syn Człowieczy jest Panem... wszystkiego. Absolutnie wszystkiego, co z moim życiem związane. I skoro przysłał mnie tutaj, to z pewnością przewidział też wszystko - radości i trudności, kłopoty i zwycięstwa. Ufam, że obroni mnie skutecznie przed moimi obawami, podobnie jak skutecznie bronił swoich uczniów przed agresją faryzeuszy. Wrogów zewnętrznych na razie nie ma (i oby nie było ich zbyt wielu), ale wewnętrznych mam całe mnóstwo. A ta wściekłość demona na człowiecze poddanie się woli Bożej jest tak wielka, że uruchamia całe zastępy "straszaków", którym od dłuższego czasu muszę sie przeciwstawiać. Mam jednak potwierdzoną dziś, skuteczną odpowiedź - JEZUS JEST PANEM!!!

A jeśli tak, to... z Nim jestem gotów.... na wiele... A może na wszystko?

PS. Na zdjęciu mój nowy dom :)

środa, 3 września 2014

zrób ten krok...

zdj:flickr/Patrizio Cuscito/ Lic CC
Mili Moi...
Kiedy dziś obudziłem się rano, uświadomiłem sobie, że... to już pojutrze. Pojutrze wylatuję do Ameryki. Wciąż do wyjazdu było daleko i daleko, a nagle zrobiło się jakoś niesłychanie blisko. Ale to dobrze. Dobrze dlatego, że męczy mnie powoli czekanie i trwanie w jakimś zawieszeniu. Czas już brać się do dzieła, jakimkolwiek ono będzie. Ta zagadka zostanie właściwie rozwiązana dopiero na miejscu.

Nie powiem jednak, że się tak zupełnie nudzę. Wczoraj i dziś spowiedzi furtek. Każda z nich to około trzech godzin solidnej duchowej pracy. Mam z tego ogromnie dużo radości, bo to taka przestrzeń, w której bardzo mocno widać moc kapłaństwa i jego wartość. Wczoraj też moja kochana Ela z Elbląga, zajrzała w moje zębiska. Ta zacna kobieta ma wielkie serce dla kapłanów i leczy nasze zęby niestrudzenie. Ogromnie ją lubię. Wczoraj też arcymiłe spotkanie z Tomaszem, moim duchowym dziecięciem, który od jakiegoś czasu biega w habicie redemptorystowskim. W takich sytuacjach widać jak się człek starzeje. Ten zacny człowiek właśnie złożył swoje pierwsze śluby zakonne i idzie do seminarium. A dziś... Pakowanie walizki. Bo jutro już nocleg w Gdyni, żeby w piątek o poranku zameldować się na lotnisku... Ehhh... Nie mogę w to uwierzyć... Dobrze, że tylu wspaniałych ludzi się za mnie modli. Wczoraj wieczorem spotkałem całkiem sporą grupę moich dobrodziejów duchowych w naszej, franciszkańskiej parafii w Elblągu. Wiem, że ich modlitwy mnie niosą... Bez nich byłoby znacznie trudniej...

Od dwóch dni widzimy Jezusa zmagającego się z demonem. Wczoraj wprost wypędził go z człowieka w synagodze. Dziś pośród licznych uzdrowień są wspomniane także egzorcyzmy. Jakoś szczególnie mnie to porusza, bo to takie biblijne potwierdzenie, że moje ostatnie dwudniowe zmagania, mieszczą się w kluczu naśladowania mojego Pana. Nie jestem egzorcystą, ale jestem Jego kapłanem, który może modlić się o uwolnienie od złego ducha, co też ostatnio czyniłem. To zupełnie niezwykłe zdać sobie sprawę, że do tej walki staje wraz ze mną Maryja, staje Michał Archanioł, stają inni święci i aniołowie. Pomieszczenie, w którym się to dokonuje, "jest pełne" posłańców Boga. A ci, którzy doświadczają takiego wewnętrznego wyzwolenia, nie mogą powstrzymać radości. A ta udziela się zwykle i mnie...

Dziś Jezus mówi - pójdźmy gdzie indziej... No to idziemy... Zarys ogólny mamy - od Niego - innym miastom również muszę głosić Dobrą Nowinę... Ale konkret jest dopiero przed nami. Nie znam szczegółów. Widzę, że w moim życiu Pan lubi działać właśnie tak. Nie tłumaczy mi wszystkiego, ale raczej zaprasza do uczynienia kroku w ciemność, w zaufanie... To niesłychanie trudne - podkreślam to, bo może niektórym wydaje się, że księdzu to jakoś zupełnie łatwo :) Nie miejcie złudzeń. Trudno. Jak każdemu. Może to wynika z miary zadań. Każdego Pan stawia przed takimi zadaniami, które są trudne właśnie dla niego. Czy nie w ten sposób się rozwijamy? Czy to nie dlatego właśnie Ewangelia zdobywa nowe serca? Tak było od początku, kiedy Jezus oczekiwał od Apostołów sporej odwagi. Dziś jest podobnie... Bardzo podobnie...

Ta odwaga jest wezwaniem dla każdego. Takim ogólnym. Ale dla jednego jej wyrazem będzie wyjazd do USA, dla innego wzięcie za rękę nieznajomej osoby i odmówienie za nią modlitwy, jeszcze inny okaże się odważnym idąc do kościoła wbrew despotycznemu mężowi, a ktoś inny znowu dowiedzie swojej odwagi wstając z rana z łóżka i po prostu nie rezygnując z życia... Tak wiele odcieni, tak wiele wyzwań, tak wiele możliwości... I jeden Duch, który jest zawsze chętny do tej wymiany: oddaj mi swój lęk, zdaje się mówić, a ja dodam ci odwagi... Może to dziś jest ten dzień, żeby zrobić ten krok... Może to dziś...

poniedziałek, 1 września 2014

zwyczajni prorocy..

 
zdj:flick/saffron100_uk/Lic CC
 
Mili Moi...
Przepraszam, że ostatnio dość nieregularnie się tu zjawiam, ale zarówno z dostępem do internetu nie najlepiej, jak i fakt, że ostatnie dni w Polsce są nader intensywne to sprawia. W sobotę wizyta u rodzinki we Władysławowie i mile spędzony czas. A wczoraj... Moja ukochana Gdynia - "pierwsza miłość". Jakoś tak dziwnie się układa, że żegnam się z Gdynią, kiedy na dłużej wyjeżdżam za granicę. Tak było, kiedy jechałem do Irlandii, tak jest i dziś :) Choć oczywiście pożegnanie pożegnaniu nierówne... Wówczas żegnałem się z ludźmi, dziś raczej z miejscami... Ale... Przede wszystkim wczorajszy dzień to spowiedź furtek, czyli spowiedź połączona z modlitwą o uwolnienie. Jedna dusza, mam nadzieję, od wczoraj nieco wolniejsza... A potem dwa urocze spotkania, bardziej już towarzyskie... A na mszy misjonarz z Afryki, który dał mi jedną dobrą radę przed wyjazdem - niczym się nie przejmuj i miej luz nawet jeśli ci coś nie będzie wychodziło :) Nie ma to jak misjonarze... A dziś dzień spędzony w lesie na moim ulubionym zajęciu - zbieraniu grzybów. I nawet nieźle się udało :)

Takie to wydarzenia dni ostatnich... Zwyczajne właściwie. I to jeszcze nie koniec Jutro i pojutrze kolejne spowiedzi furtek, kolejne ważne spotkania, chyba takie pożegnalne właściwie, choć nie lubię tak o nich myśleć... Zwyczajność. Dokładnie taka, jak Jezusowa, kiedy przyszedł do Nazaretu i jak zwykle wszedł do synagogi. Czytał, komentował. Nie trafiło. I nawet On był nieco zaskoczony. Prorok i ojczyzna - te dwa słowa nie są specjalnie zaprzyjaźnione. I co w związku z tym?

Czy raczej prorok winien ojczyznę zmienić, czy może ojczyzna przychylniejszym okiem spojrzeć na proroka? Właściwie oba warianty są możliwe. Każdy "prorok" doświadcza tego samego w swojej skali i w swojej "ojczyźnie". Z pewnością niektórzy z was mogą przywołać choćby przykład swoich własnych rodzin, które przypominają nazaretańskich słuchaczy. Ja właśnie taką mam i wiem, że jeśli nawrócenie przyjdzie, to raczej z zewnątrz. Ja nie mam tu nic do powiedzenia... A więc zmiana ojczyzny? No spróbujemy tego wariantu... Zarówno jeśli chodzi o pozostawienie mojej rodziny daleko za sobą, jak i pozostawienie ojczyzny w sensie kraju, który uważam za swój...

Czy Pan zechce wzmocnić moje słowo? Czy weźmie pod uwagę mój wysiłek, żeby stawać się bardziej skutecznym dla Niego? Tego nie wiem... Wiem jedno... Mam szczerą wolę poddać Mu się całkowicie. I jeśli zaprasza mnie do innej ojczyzny (gdziekolwiek i czymkolwiek ona jest) to jestem gotów. Bo tu, jestem głęboko o tym przekonany, chodzi jednak o coś więcej, niż o mnie samego. I niezależnie od tego jakie wątpliwości mną targają, czy jakie obawy miewam - trzeba iść, bo On zaprasza (w to nie wątpię w najmniejszym stopniu). A po co??? Tego, ufam, dowiem się wkrótce...

Prorok i ojczyzna... To Ty i ja... To miejsce i ten czas... Ten sam Jezus i Jego odwieczne Słowo... Odwagi!!! Takiej "zwyczajnej - niezwyczajnej"...