środa, 13 sierpnia 2014

szkodliwe wakacje...

zdj:flickr/purpleslog/Lic CC
 
Mili Moi...
Bardzo dużo wydarzyło się w te dni kilka. W  niedzielę wyruszyłem na pielgrzymi szlak i cały poniedziałek maszerowałem dziarsko z naszą, franciszkańską grupą. Pięknie było, choć nie tak łatwo. Oczywiście nie padało dwa tygodnie, ale ostatniego dnia musiało. Ojciec Majk rzecz jasna nie wziął żadnego płaszcza przeciwdeszczowego, więc zmókł jak kura i było mu dość nieprzyjemnie w ociekającym wodą habicie. Ale kiedy chlapać zaczęło, powiedziałem - jeśli Ty chcesz, żebym zmókł, to i ja tego chcę. Wszak byłem na pielgrzymce tylko jeden dzień, musiałem więc doświadczyć jakiegoś trudu i wysiłku. Deszcz zawsze skutecznie dewastuje moje stópki, więc i tym razem nie było inaczej. Od dwóch dni więc poruszam się raczej powoli. Ale ogromnie ucieszyłem się, że mogłem być choćby przez chwilę. Pomodlić się, zaczerpnąć z tego ducha...

Wróciłem, odpocząłem i jestem już dziś u Leszka, mojego przyjaciela, który lideruje wspólnocie, dla której jutro zaczynam głosić rekolekcje. Pod drodze do niego nawiedziłem dziś przedobre siostry klaryski w Elblągu, za które odprawiłem Eucharystię w ich wspólnocie. Trochę "interesownie", bo poprosiłem je o modlitwę za mnie, zwłaszcza w najbliższym czasie, kiedy będę rozpoczynał pracę w nowym miejscu. Tym bardziej, że zamiast trzech, będzie nas tam na razie dwóch. Więc pracy pewnie będzie więcej. A tu, gdzie jestem teraz, doświadczam takiej prostej rodzinności. Tego nam, kapłanom, bardzo potrzeba, i błogosławię Pana, że są takie domy jak u Leszka i Moniki, domy, w których można pogadać o wszystkim, a jednocześnie wszyscy klękamy i odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia, jak dziś to już uczyniliśmy... Dużo dobra czerpię i odpoczywam...

A dziś znów Pan  przypomina zasady upominania braterskiego. pomyślałem sobie najpierw o pewnej wrażliwości na Jego napominanie. Trzy ostatnie dni to podróże i brak medytacji. Poczułem się wprost okradziony (oczywiście przez samego siebie, tudzież przez okoliczności, którym pozwoliłem zaistnieć). Tak łatwo zrezygnowałem z czegoś, co przecież dla mnie tak ważne, co jest swoistym zawiasem dla mojego życia. Przecież codzienna porcja Słowa jest dla mnie głównym źródłem napomnień Bożych. Jak mógłbym wiedzieć czego On ode mnie oczekuje, ku czemu mnie prowadzi, jaki ma dla mnie plan na każdy dzień, gdybym, nie słuchał tego, co On do mnie mówi. Codzienna medytacja jest absolutną podstawą i dziś zasiadłem do niej z głodem spotęgowanym kilkudniowym postem.

Po wtóre zdolność usłyszenia Boga w słowach drugiego człowieka. I to nie człowieka, którego słucham chętnie, który jest dla mnie jakimś autorytetem, który ma dla mnie znaczenie, tudzież ma jakąś władzę i muszę go słuchać. Chodzi o takiego człowieka, którego On sobie sam może wybrać, a mnie się to wcale nie musi podobać. Chodzi o takiego człowieka, wobec którego cisną mi się na usta słowa - a co ty mi tu będziesz opowiadał, zrób najpierw porządek w swoim życiu... Czy przez takiego człowieka, którego ja wcale nie chcę słuchać nie może do mnie przemówić Bóg? Biorąc pod uwagę Jego zwyczaje, myślę że może. A moim zadaniem jest usłyszeć, co, przyznacie sami, prostym nie jest...

I wreszcie napominanie z mojej strony. O, z tym to pewnie nie ma problemu, prawda? Ano właśnie... Kiedy mam upomnieć kogoś w jakiś sposób ode mnie zależnego, albo dla kogo jestem autorytetem, albo kogoś,  o kim wiem, że nie wypada mu mojego napomnienia odrzucić... tak, wówczas jest łatwo. Dużo trudniej się robi, kiedy mam poczucie, że napomnienie ma dotyczyć kogoś, kto na przykład jest moim przełożonym, albo jest dużo starszy ode mnie, albo mnie na przykład nie lubi (co  więcej, ja go też nie lubię). Wtedy już napomnienie nie wypływa tak naturalnie. Tym bardziej, że i motywacja ma być ściśle określona - aby pozyskać brata. Czyli ni mniej, ni więcej - napominać można i należy z miłości...

I ja i  wy z pewnością czujecie jakie to trudne. Ale wierzę głęboko, że skoro Jezus tego oczekuje, to można się tego nauczyć. Od  Ewangelii nie ma wakacji... Ani od czytania, ani od wcielania w życie. Po prostu nie ma - bo takie wakacje są szkodliwe :)

niedziela, 10 sierpnia 2014

3000...


zdj:flickr/amanda tipton/Lic CC
Mili Moi...
Dokładnie dziś mija 3000 dni mojego kapłaństwa. Kolejna okazja do wyrażenia wdzięczności Panu Bogu, ale i ludziom, dla których i dzięki którym to moje kapłaństwo nadal się rozwija i jest przeze mnie przeżywane jako najcenniejszy mój skarb. Dlatego dziś sprawowałem Eucharystię za wszystkich modlących się za mnie, a nade wszystko za moje Margaretki, czyli tych wszystkich ludzi, którzy każdego dnia polecają moje kapłaństwo Bogu. Wielka moja wdzięczność dla Was.

W piątek pożegnałem Lublin. Ostatecznie moje rzeczy zostały przetransportowane do Elbląga, gdzie będą oczekiwać aż ktoś wpadnie na pomysł co z nimi zrobić. Tym kimś pewnie będę musiał być ja sam, ale tymczasowo będę pewnie zajęty innymi sprawami, a większość tych rzeczy nie będzie mi z pewnością potrzebna.

Wczoraj połączyliśmy w Elblągu Olę i Mariusza. Pobłogosławiłem ich związek z radością. Piękni ludzie. A Ola wiele lat pełniła posługę pielęgniarki na naszej pieszej pielgrzymce. Wytańczyłem się na weselisku tak, że dziś nie mogę ruszyć ręką, ani nogą, a poruszanie tymi kończynami jest dość istotne, ponieważ dziś w nocy przemieszczam się do Częstochowy, żeby dołączyć do naszej franciszkańskiej grupy, popielgrzymować choćby przez jeden dzień, no i wejść z nimi na Jasną Górę. Potem szybki powrót i zaczynamy serię rekolekcji...

Pomyślałem dziś o pięknie Bożego powiewu, powiewu Jego obecności. Zwłaszcza ostatnie dni, kiedy żar leje się z nieba, pozwalają sobie uświadomić jak ważny jest ożywczy powiew i jak wiele przyjemności może sprawić. Bóg, którego obecność sprawia przyjemność, niesie ulgę, łagodzi żar trudności, staje się czymś orzeźwiającym. Z jakim wielkim smutkiem słuchałem dziś ogłoszeń duszpasterskich, w których, jak co roku, była mowa o tym, że wkrótce uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej i mamy OBOWIĄZEK uczestniczyć we Mszy Świętej. Ja wiem, że to terminologia, pewien zwrot. Ale wiem również, że wielu chrześcijan właśnie to przekonuje - kategoryzowanie wiary za pomocą obowiązków. To chyba jakaś największa pomyłka, jaka może się nam przydarzyć...

Kiedy czytam o świętym Maksymilianie, który sugerował święte zawody w kochaniu Boga, dążeniu do Niego, gorliwości w wierze, polegające na tym, że każdy z nas będzie się starał bardziej, a pozostali zmotywowani jego przykładem, będą się starali być jeszcze lepsi... I tak dalej, w nieskończoność... Myślę sobie, że tymczasem wielu chrześcijan nie wychodzi poza to, co konieczne. Może właśnie dlatego, że Bóg kojarzy im się z wichrem, ogniem, czy burzą rozwalającą skały, gdy tymczasem On jest delikatnym powiewem. Doświadczenie tego powiewu wydaje się być rzeczą kluczową.

I pod tym kątem próbuję dziś zobaczyć moje kapłaństwo, jego 3000 dni... Ilu ludzi dzięki tej mojej kapłańskiej posłudze doświadczyło tego tchnienia, Bożego tchnienia? I niezależnie od tego, czy wyliczenia byłyby zadowalające, z całą pewnością jest jeszcze znacznie więcej osób, które nigdy tego ożywczego powiewu nie doświadczyło. Z tą myślą otwieram dziś kolejne 3000 dni... Z tą właśnie myślą...

środa, 6 sierpnia 2014

wybierz drzwi...


zdj:flickr/FrededericLepied/Lic CC
Mili Moi...
No właściwie mogę powiedzieć, że zakleiłem dziś ostatni karton. Czyli jestem spakowany. Jutro przybywa Pan Grzegorz, żeby ocenić jakich sił roboczych potrzeba do udźwignięcia tego mojego ubóstwa. To jest takie dziwne. Niby nie jestem zbieraczem, bo rzeczywiście bardzo skutecznie pozbywam się wszystkich bibelotów i moje półki są raczej ogołocone z wszelakiego rodzaju pamiątek i pamiąteczek. Ale... Mimo wszystko za każdym razem jestem zszokowany ile tego całego dobytku jest. Zawstydzające to...

A z radości? Wrócił Maciej, mój najlepsiejszy kolega ze studiów. Zastępował duszpastersko współbrata w Szkocji, a wczoraj dotarł do Lublina. Baaaardzo radosne spotkanie... Naopowiadał mi sporo - wielu rzeczy sam doświadczyłem podobnie, pracując w Irlandii. Jedna wspólna obserwacja po powrocie ze "zgniłego Zachodu". Maciej powiada - chodziłem przez miesiąc z "bananem na twarzy", bo ludzie się do mnie uśmiechali tylko i wyłącznie z tego powodu, że jestem. Wystarczyło wrócić do Polski i banan natychmiast zmienia się w podkowę, w reakcji na wszędobylskie ponuractwo i nieuprzejmość. Oj znam to doświadczenie, znam...

Tymczasem Pan dziś pokazuje, gdzie tkwi źródło prawdziwej pociechy. Spotykam się ostatnimi dniami ze Słowem, z którym przez wiele lat w te dni się nie spotykałem. Po prostu zwykle byłem w tym czasie na pieszej pielgrzymce, a tam, siłą rzeczy, nie medytowałem nad Słowem. Dziś za to widzę smutnych uczniów, którzy kilka dni wcześniej słyszą zatrważającą zapowiedź męki swojego Mistrza. To z pewnością nimi wstrząsa i rodzi mnóstwo bolesnych pytań. Jezus zabiera trzech na górę, po to, aby wprowadzić ich w ten świat, w którym tak naprawdę mogą doznać pociechy. On chce, żeby tego świata dotknęli, zobaczyli, usłyszeli. To ma być dodatkowe źródło siły na trudne dni...

Ale zamiast ich to pocieszyć, chyba jeszcze bardziej ich to przeraża. Ze strachu zaczynają wypowiadać słowa bez ładu i składu... Ale On nie dopuszcza, aby to doświadczenie ich oddzieliło od Niego. Podchodzi do nich, dotyka ich, przemawia serdecznie. Wycisza w nich to wszystko, co było porywem niepokoju. Ich ludzkie serca, całkowicie zanurzone w ludzkim sposobie myślenia i wartościowania nie są w stanie jakby otworzyć się na pociechę z nieba. Wydaje im się, że jeśli pocieszenie przyjdzie, to na pewno nie z nadprzyrodzonych wizji. Tymczasem...

No właśnie. Pan wie najlepiej kiedy, z czym i do kogo przyjść. Jedno jest pewne.. Jego żywym zainteresowaniem jest nas pocieszać i On zna "metodę" na każdego z nas. Warto Jego zapytać, a właściwie nawet poprosić o pociechę, zwłaszcza wówczas, kiedy jej po ludzku potrzebujemy. Częstokroć bowiem okazuje się, że ludzkie sposoby pocieszania są zawodne, a życzliwi ludzie wokół nas, choćby i chcieli, nie potrafią nas pocieszyć. On zawsze wie jak... Czule, delikatnie, łagodnie, serdecznie... Ze spotkania z Nim nie wychodzi się takim samym, jakim się na nie weszło... Jezus zaprasza do nieba. Już tu na ziemi...

Ale tuż obok drzwi z napisem "Niebo" są inne drzwi, które mogą nas wprowadzić w zupełnie inną rzeczywistość. Nie twierdzę, że koniecznie i natychmiast niebu przeciwną, ale z pewnością bardzo niebezpieczną, a z pociechą nie mającą nic wspólnego. Myślę o tym dziś i wspominam, bo wczoraj otrzymałem wiadomość o odejściu ze zgromadzenia pewnej znajomej siostry zakonnej. Nie była mi jakoś szczególnie bliska, ale znałem ją i zawsze w takich chwilach przeżywam jakieś wielkie poczucie straty. Ona wybrała nie te drzwi... I obawiam się, że pocieszenia tam nie znajdzie... Z pewnością jednak potrzebuje naszej modlitwy, bo taki gest jest zawsze oznaką dużego zagubienia. I zamiast ocen, lepiej posłać jej nieco modlitwy... Niech Pan ją pocieszy... Gdziekolwiek ona obecnie jest...

wtorek, 5 sierpnia 2014

no comments...


zdj:flickr/CarbonNYC/Lic CC
Mili Moi...
To pakowanie trwa stanowczo za długo. Ale tylko dlatego, że sam je tak zaplanowałem. Najlepiej takie akcje robić w dwa dni, a nie rozciągać na cały tydzień. W czym problem? Ano choćby w tym, że dziś przypomniałem sobie, że nie wyjąłem z jednej teczki pewnych niezbędnych kwitów. Ale w którym kartonie jest teczka? Otworzyłem pięć, zanim znalazłem właściwy. Rzecz jasna właśnie w takich kontekstach nagle, nieoczekiwanie potrzebuję spinacza, kartki samoprzylepnej, albo czegoś podobnego, a to wszystko Bóg wie gdzie pochowane. Najlepiej jest spakować się i wyruszyć z bagażami w nieznane... To już w piątek...

A dziś skończyło się jedno "życiowe Eldorado" :) Otóż mój telefon nie działa już na opcji "bez limitów". Właśnie dziś przeszedłem na wariant "na kartę" i oswajam się z faktem, że każda minuta kosztuje, a internetu jednak lepiej w telefonie nie używać. I tak będzie przynajmniej przez najbliższy miesiąc, zanim nie stanę na ziemi amerykańskiej.

Dzisiejsze Słowo mi przypomniało dlaczego na moim blogu nie znajdziecie właściwie żadnych komentarzy dotyczących sytuacji bieżącej - politycznej, społecznej, kościelnej... Niejeden raz usłyszałem to jako prośbę, a czasem wręcz jako zarzut - dlaczego ojciec nie komentuje? Dobrze byłoby znać ojca zdanie na temat taki, czy inny...

Świat nieustannie nas uczy komentować. Komentuje się dziś wszystko i wszystkich, a najwięcej mają zwykle do powiedzenia ci, którzy nie maja pojęcia o czym mówią. Wczoraj włączyłem telewizor i musiałem chwile poszukać kanału, na którym nie komentowano by choćby sytuacji pewnego znanego księdza z diecezji warszawsko - praskiej... A każdy następny komentarz swoją absurdalnością stanowczo przekraczał absurdalność wypowiedzi wspomnianego prezbitera.

Kiedy zaczynałem pisać, postanowiłem, że ja komentować nie będę. Trochę w związku z tym, że tych komentarzy mamy dziś aż za wiele, ale również dlatego, że zajmując sie innymi, człek zwykle zapomina o sobie. Wczoraj, czytając wspominany "irlandzki dziennik" natknąłem się na słowa św. Piotra z Alkantary, które sobie wówczas zapisałem - wszyscy mówią o tym, jak zreformować zakon, a nikt nie mówi o tym, jak zreformować siebie... Zajmując się innymi, nie ma czasu na korektę samego siebie...

Dziś więc, kiedy Jezus powiada - zostawcie ich, to przewodnicy ślepi, przypominam sobie moje założenie. Nigdy nie miało ono charakteru pogardliwego. Nie komentuję cudzych słów, decyzji, wyborów, dlatego, że uważam, że nie są tego warte, ile raczej chodzi mi o to, o co chyba również Jezusowi w tej Jego wypowiedzi. Nie warto tracić czasu na "bicie piany", czy "dolewanie oliwy do ognia". Zauważcie, że w tych różnorodnych komentarzach wcale nie chodzi o prawdę, o rację, o rzeczywistość. Chodzi o to... żeby gadać. Miętosić temat dwa, trzy dni... I przejść do następnego. I w takim sensie nie warto. Bo to nic trwałego. Tymczasem Słowo Boga jest trwałe - wypowiedziane na wieki. I o nim warto rozmawiać, bo jutro jest tak samo prawdziwe, autentyczne, wiarygodne, jak dziś. I komentowania Słowa nigdy dość. Tym bardziej, jeśli siebie samego czyni się pierwszym Jego słuchaczem. Wówczas człek ma tak wiele podstaw do krytykowania i komentowania... samego siebie, że bliskie mu są dzisiejsze słowa Jezusa - zostawcie ich... Zostawcie. I zajmijcie się sobą...

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

idź... nie bój się...


zdj:flickr/kenmattison/Lic CC
Mili Moi...
Przeżyłem wczoraj cudowną niedzielę - spacerów po Warszawie, słuchania powstańczych piosenek na każdym kroku, a nade wszystko przemiłego towarzystwa Beaty, mojej maltańskiej szkolnej koleżanki. Te spotkania niezwykle inspirujące dla mnie. Szczera i przejrzysta kobieta. Inteligentna realistka. Świetny kompan do rozmów.

Dziś zaś z nowymi siłami wszedłem w nowy tydzień. Rozpocząłem od porannej wizyty na poczcie. Byłem absolutnie mokrusieńki, kiedy udało mi sie dotaszczyć wszystkie pakunki z naszego ostatniego piętra do samochodu i z samochodu na pocztę. Ale okazało sie, że wszystko dobrze wypełnione, zaadresowane, a pani w okienku arcymiła. Przeurocza i sympatyczna. Pożartowaliśmy. Podpytała gdzie i kiedy lecę. Życzyła powodzenia. Uśmiechnięta i zadowolona z życia. Po wyjściu z takiego urzędu aż chce sie żyć...

No więc zabrałem się za to życie dalej... Postanowiłem naprawić auto - jakiś czujnik w kole do wymiany, kontrolki sie świecą. Podróż na koniec miasta, samochód w warsztacie, powrót po franciszkańsku, autobusem... No i wielkie pakowanie czas zacząć. Tak się w nim zapamiętałem, że prawie skończyłem. Doświadczenie wielu przeprowadzek sprawia, że to chyba za każdym razem coraz łatwiejsze. Po południu odbiór wozu i wizyta w myjni. No i z grubsza dzień minął. Ale mięsień czuję każdy.

Jak to przy przeprowadzkach bywa, znajduj się różne starocie. I ja znalazłem. Mój "irlandzki dziennik". Pisałem go dla siebie niemal przez rok mojego pobytu na Zielonej Wyspie. Zasiadłem i czytam... I śmieję się ("zamówiłem dziś obiad w restauracji... w Mc Donaldzie - bo tylko tam umiem"; albo - "wizyta u naszych ulubionych babć -  zakonnic, ale chyba marni z nas goście - gwardian niemowa, Donald zmęczony i ja nie znający języka, popatrzyliśmy na siebie, a potem zaprosiły nas na serial - wtedy się zerwałem, bo TV to ja sobie mogę w domu pooglądać") i wzruszam ("Ania z Maćkiem mnie odwiedzili i przynieśli mi kartkę, w której napisali mi, że cieszą się, że tu jestem, i że jestem błogosławieństwem dla tego miasta"). Czytając, stwierdzam z niedowierzaniem, że Pan Bóg dał mi tam niezwykłych ludzi. Takich dobrych, czułych, serdecznych. Co parę chwil jest notka o zaproszeniu na obiad, na kolację, na spacer. Dlaczego pamiętam ten czas, jako wielkie osamotnienie? Nie wiem :) Ale dziś wspominam z rozrzewnieniem...

Może i ja wówczas zachowałem sie jak Piotr z dzisiejszej Ewangelii. Odważnie rzuciłem się ku falom, bo Jezus wzywał - do innego kraju, w nowe środowisko, w dużą odpowiedzialność... A kiedy fale stały się wysokie i kiedy to do mnie dotarło... zachłysnąłem się wodą... Może trzeba było poczekać. Może rok to za krótko, żeby "było dobrze". Próżno się nad tym zastanawiać. Choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że doświadczam "drugiej próby". Po latach podobne zaproszenie. Zobaczymy, czy tym razem odwagi będzie we mnie więcej.

Co wydaje mi się najważniejsze? Patrzenie Jezusowi w oczy. W chwili, kiedy człek skupia sie na sobie, na swojej kondycji, na falach wzbierających wokół, na tym, że to wszystko "jest niemożliwe" - w tej właśnie chwili zostaje "zdmuchnięty" i ostatecznie nie może złapać równowagi... Patrz w oczy Jezusa - cokolwiek robisz, zwłaszcza, jeśli robisz coś trudnego. Nie myśl o tym wszystkim, czego nie możesz, ale myśl o wszystkim, co możliwe jest dla Niego. Wszak On cię z tej łodzi wywołał i On doskonale zna niebezpieczeństwo tych fal. A Jego miłość nie przewiduje bezmyślnego wystawiania cię na niebezpieczeństwo. Jeśli więc z Nim jesteś bezpieczny, to ani przez chwilę nie bądź bez Niego. Oko w oko. Tylko Jego spojrzenie sie liczy. Nie fale. Nie burza. Nie wiatr. One nic nie mogą... A On może wszystko... Idź więc odważnie... Idź...

sobota, 2 sierpnia 2014

śmiej się... bo możesz...


zdj:flickr/Arnett Gill/Lic CC
Mili Moi...
Nie wiem co dzieje się za oknem, ale jakiś absolutny Armagedon. Wyszedłem dziś tylko na chwilę na obiad, ale natychmiast miałem ochotę wrócić do domu. Nie powiem, że tu wiele lepiej, ale przynajmniej jakiś wiatraczek. Nie ma co narzekać jednak, bo domyślam się, że wszyscy dziś przeżywamy to samo. No może za wyjątkiem plażowiczów - staramy się ciszyć pogodą wraz z nimi - a niech tam wypoczną sobie...

Niezwykle pracowity dzień. Ostatnia konferencja dla nazaretanek powstała - o obojętności, bylejakości i dwulicowości :) Przyznam szczerze, że jeszcze nigdy w takim tempie nie stworzyłem dwunastu konferencji, więc jestem Panu Bogu bardzo za to wdzięczny, mając jednocześnie nadzieję, że da się tego słuchać. A swoją drogą to właściwie dopiero teraz mogę powiedzieć, że mam wakacje. Bo już żadne intelektualne zadania nade mną nie wiszą.

Ale za to pojawiła się praca fizyczna. Dziś spakowałem 60 kilogramów książek. Tyle mniej więcej ich wysyłam. Robota to żmudna. Bo najpierw trzeba owinąć w papier (rzecz jasna po kilka sztuk), potem każdą paczuszkę zaadresować, włożyć do worka, oplątać sznurkiem i przyczepić jeszcze na zewnątrz kartkę z adresem. Zajęło mi to dużą część dnia, ale szczęśliwie mogę powiedzieć, że i to dzieło zostało zakończone. Jutro więc w nagrodę wycieczka do Warszawy. A w poniedziałek zabieramy się za poważne pakowanie :)

Dziś słucham słów - nie lękaj się, raduj się, znalazłaś łaskę u Pana... Przeżywamy dziś wielkie zakonne święto maryjne - Matki Bożej Anielskiej. To taka chyba najbardziej franciszkańska Matka Boża jaką mamy :) Ale w związku z tym, czytamy Ewangelię o Zwiastowaniu. I te trzy wezwania anioła wybrzmiewają dziś we mnie głośno.

No bo kiedy stoi się u progu nieznanego, to mam ochotę powiedzieć aniołowi Gabrielowi - łatwo ci powiedzieć. Nie bój się... Jak tu się nie bać, kiedy zmiana, która przede mną, jest całkowicie zakryta całunem niewiedzy. Nie jestem w stanie nic przewidzieć, zaplanować, przygotować. Muszę pójść w ciemność, nie myśląc o konsekwencjach. A jak się w takiej sytuacji radować? Może za rok. Może wówczas będę się śmiał z tych wszystkich niepokojów. Może będę mówił - ależ byłem głupi... Po co było się obawiać? Ale dziś? A jeszcze do tego, powiadasz Gabrielu, żeby nie zapomnieć, że zostałem wybrany, że przede mną zadanie, że to właściwie tak naprawdę wszystko się zaczyna... No, spore te oczekiwania...

Ale tak naprawdę to nie są oczekiwania. To jest Boży dar, który Bóg kieruje do Maryi u progu tej niezwykłej przygody. To jest dar, który Bóg chce ofiarować każdemu, kto stoi wobec ważnych wyborów, decyzji, jakichś zmian w swoim życiu, które wiążą się z czymś nowym. Ten dar jest dla mnie i dla ciebie...

Nie bój się - bo nie musisz. On jest. A jeśli On jest, to cóż może ci grozić. W jaki sposób mógłbyś stracić, jeśli On jest z tobą, a ty jesteś z Nim. Nic ci nie grozi. Tylko trzymaj się Go i wiedz, że od tego zależy powodzenie całego dzieła. Raduj się - bo to, co przed tobą, jest wielkim powodem do radości. Niezależnie od emocji i uczuć, które będą ci towarzyszyły. Bo może wcale nie będzie "tak różowo". Ale sam fakt, że On to zaplanował i On to wraz z tobą, z twoim ważnym udziałem przeprowadza, jest powodem do radości. Bo nawet jeśli tej emocjonalnej ci zabraknie, On przymnoży ci tej duchowej. A ponadto jest jeszcze wieczność. Bóg jest gwarantem, że radości ci nie zabraknie. No i w związku z tym, warto, żebyś miał świadomość wybrania. Znalazłeś łaskę u Niego. Posyła właśnie ciebie do zadania, do którego nie posłał nikogo innego. Zaufał ci i ma plan.

Nie musisz już obgryzać paznokci. Usiądź i uspokój się. Wszystko, co przed tobą jest w ręku Boga. W silnym ręku Boga. Uspokój się. Oddychaj. Uwierz, że nie zostaniesz z tym sam. Jeśli On planuje, jeśli On wybiera, jeśli On zaufał, to dzieło, w które wchodzisz musi się udać. Jesteś skazany na sukces... Usiądź... Odetchnij pełną piersią... I podziękuj. Masz za co :)

piątek, 1 sierpnia 2014

do siedmiu razy sztuka...


zdj:flickr/VISION Vocation Guide/Lic CC
Mili Moi...
Stworzyłem dziś jedenastą konferencję, a jutro, choćby się waliło i paliło, muszę uczynić dwunastą. I będzie finał zjawiska, które kosztowało mnie bardzo, ale to bardzo dużo. Mam tylko nadzieje, że efekt będzie do zaakceptowania. Dziś pisałem o Samarytance - kobiecie, której Jezus pomógł wsłuchać się w... pragnienia. Taki ciekawy moment jej życia - szósta przygoda miłosna. Tej właściwie nie można już nawet nazwać małżeństwem. Wielkie poszukiwanie czegoś, czego na tej drodze znaleźć nie można. Cyfra sześć, to cyfra człowieka - w tym przypadku mówi o bezsilności, biedzie, nieumiejętności, głodzie miłości. Ale przed Samarytanką jeszcze jedna szansa. Wszak do siedmiu razy sztuka. Ten siódmy też chce być jej "mężem", chce ją zaprosić do wyjątkowej relacji, do więzi i bliskości, która zaspokoi wszystkie jej wewnętrzne potrzeby. I Samarytanka usłyszała... I pozwoliła się pokochać temu dziwnemu Żydowi, który nie pozwolił jej w tej rozmowie uciec w banał...

Ale nie zawsze łatwo usłyszeć. Czasem to nie wychodzi. Z różnych przyczyn. Niejednokrotnie wyjątkowo absurdalnych. Czyż absurdem nie jest to, co dziś przydarzyło się mieszkańcom Nazaretu? Ich działanie opiera się na decyzji - nie będziemy cię słuchać, bo... cię znamy. Jak się okazuje, nawet znajomość z Jezusem może stać się motywem zakwestionowania Jego Słowa. No bo przecież co On nam tu będzie opowiadał? I ojca znamy, i matkę znamy, i dalszą rodzinę... I przecież taki mały z pieluchą w zębach tu biegał. I kamyki liczył przy drodze. I z tymi deskami za ojcem biegał... No nie... To nikt szczególny. To ten nasz Jezus... Jak On jest kimś wyjątkowym, to kaktus mi na dłoni wyrośnie... Rośnie? Nie... No widzisz sam... On jest jednym z nas, on musi tańczyć jak my mu zagramy, on nie powinien wychodzić przed szereg...

Wspólnota, która dba o odarcie człeka z indywidualizmu - żeby mu się nie wydawało. A przy okazji bardzo często odziera go z indywidualności - z tej jego wyjątkowości, która czyni go innym. Nie. On ma się wtopić w nijaką papkę społeczności. Jeśli on nie będzie odstawał, to nikt nie będzie odstawał. Wówczas będziemy prawdziwie wspólnotą - bezkształtną masą bylejakości, w której każdy będzie się czuł równie byle jak... Przejaskrawiam? Może nieco... Ale obawiam się, że jest to bolączka wielu wspólnot. Sukcesy jednych są skwapliwie przemilczane przez innych. Pochwały wypowiadane o kimś ze wspólnoty przez ludzi spoza wspólnoty, są często kwitowane przez innych jej członków słowami - tak, ale... Każda inicjatywa jednostek wychodzących poza ramy bywa interpretowana jako zamach na świętą tradycję, zwyczaj, charyzmat wspólnoty. A jeśli nawet to nie pomaga, to pozostają jeszcze argumenty ad personam - kimże ty jesteś, żebyś miał nam radzić, nas pouczać... Nie zamierzamy cię słuchać...

I nie słuchają... I trwają te wspólnoty, żyją, działają nawet - niczym mieszkańcy Nazaretu po tym spotkaniu z Jezusem. Ale szansa, czasem wielka szansa przeszła obok. A takie szanse zwykle nie wracają. Podobnie jak Jezus do Nazaretu... Kara? Tak... Najbardziej naturalna z kar, a właściwie konsekwencja. Taka wspólnota nie rodzi życia. Taka wspólnota umiera w długim częstokroć konaniu... I jeszcze jedno -  cudów w takiej wspólnocie próżno się spodziewać.