niedziela, 12 stycznia 2014

szczęściu nie zamkniesz ust....


zdj:flickr/jonas_foyn/Lic CC
Mili Moi...
2790 dzień mojego kapłaństwa. No tak siedzę i się uczę... Już drugi dzień... Wiem, wiem, w niedzielę nie powinienem się tym zajmować... Ale jest tego tak dużo, że... Jutro test z angielskiego. Taki duuuuży :) Od początku roku. A ja oczywiście nic nie umiem :) I mimo tego, że nic od tego nie zależy, to ja już jestem za stary, żeby się tak całkowicie zbłaźnić... Po prostu nie wypada. Ale czasem mam też wrażenie, że jestem już za stary na naukę. To wszystko już nie wchodzi tak łatwo, jak dawniej :) Tak, czy owak, siedzę murem w chałupie i coś próbuję...

Nie sposób dziś nie pomyśleć o własnym chrzcie... To ciągle jakoś nieodkryty sakrament w moim życiu. To szczególnie dziwne, bo śluby zakonne, którymi żyję są rozwinięciem tej łaski, tego daru. Stanowczo za mało nad tym medytuję. Ale 29 marca 1980 jest dniem moich narodzin dla wiary i wspólnoty Kościoła. Pomógł mi w tym śp. x. Atanazy Kubica, szafarz mojego chrztu, za którego dziś się modlę...

Chrystus bliski... Tak bardzo bliski, że staje w jednym rzędzie z ludźmi, z biedakami. Jak bardzo trzeba kochać, żeby wejść pośród tych, którzy Nim pogardzą, którzy Go odrzucą, którzy Go nie rozpoznają... To mnie nieodmiennie zdumiewa. Dziś moja myśl pobiegła do tak wielu nieochrzczonych, czyli innymi słowy - wciąż nieobdarowanych. Niewierzący, obojętni, członkowie sekt... Wielu szyderców, bluźnierców, wojujących ateistów... A On pokornie, jak wówczas, tak i dziś, wchodzi do wody... Stanowczo, konsekwentnie... Umieszcza tam, w wodzie, najcenniejszy dar - dar Ducha, dar życia, dar dziecięctwa... Od tej pory zwykła woda i wezwanie Jego imienia będą wprowadzały człowieka w zupełnie nowy wymiar życia. Pojąć ten dar... Pojąć jego konsekwencje... Zachwycić się tym i żyć tajemnicą chrztu...

Przecież chrześcijanin to ktoś inny, niż wszyscy niechrześcijanie żyjący wokół niego... Jawicie się jako źródła światła w świecie... Nie dlatego, że sami jesteście tacy cudowni, ale dlatego, że przeziera przez was wieczność, to ostateczne i fundamentalne ludzkie powołanie do całkowitego przemienienia, przywrócenia pełni Bożego obrazu i podobieństwa... Świecisz??? Bo powinieneś... Bardzo jasno... Ogrom światła, które Bóg w tobie złożył podczas chrztu, wystarcza na całe życie. Nie tylko dla ciebie. Dla tych wszystkich, którym możesz rozświetlić ich ciemności. Po prostu ich uszczęśliwić... Ale czy ty sam czujesz się szczęśliwy z tego powodu, że należysz do Jezusa, że jesteś chrześcijaninem? Czy ty jesteś naprawdę szczęśliwy właśnie z tego powodu??? Bo jeśli tak, to co cie powstrzymuje, żeby o tym szczęściu mówić innym... Prawdziwemu szczęściu nikt nie jest w stanie zamknąć ust... Czy ty rozumiesz rolę światła w świecie??? Tam naprawdę jest ciemno. I nikt, nikt poza należącymi do Boga, nie wprowadzi tam światła... Pycha ludzka szczyci się jego pozorami, ale tam, gdzie nie ma Boga, nie ma żadnego światła... Nie ma!!!!

Jesteś ty... I co ty na to??? Jesteś ochrzczony, czyli wyposażony we wszystko, co niezbędne. Obdarowany... Nie próbuj się wymawiać, bo przecież On wie, co ci podarował... Nie przekonasz Go, że czegoś ci brakuje :) Ożyj, zajaśniej, rozprosz ciemności... Odkryj tajemnicę twojego chrztu! Jesteś wielki i świat ciebie potrzebuje, właśnie ciebie i życia, które w sobie nosisz... Jesteś odpowiedzialny za dzielenie się nim ze smutnymi biedakami... Masz co dać!!!

piątek, 10 stycznia 2014

dziś...


zdj:flickr/.:[ Melissa ]:./Lic CC
Mili Moi...
Plany były niemałe na dzień dzisiejszy, ale... jak to z planami bywa. Zrealizowały się tylko częściowo. Zobaczyłem też swoją biedę. To właściwie dobrze. To intelektualna bieda... Ona co prawda związana jest z moim perfekcjonizmem, ale jednak bieda... Otóż przygotowywałem dziś konferencję pod tytułem - Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby (tytuł zresztą kradziony, ale adekwatny do tego, co chciałem powiedzieć). I okazało się, że przygotowanie jej od A do Z nie tylko zajęło mi wiele czasu (do czego już jestem przyzwyczajony), ale jeszcze całkowicie pozbawiło mnie energii na kolejne dzieło, którego realizację na dziś zaplanowałem, a mianowicie krótki referat na zajęcia na temat - w jaki sposób ewangelizować kulturę postmodernistyczną. Nie mam już na niego siły, więc chyba przejdzie na jutro... A jutro miał królować tylko angielski, bo w poniedziałek jakiś mega test... No ale... Poszukamy jakiegoś consensusu...

Są jednak rzeczy znacznie ważniejsze. Dziś spełniły się słowa Pisma, któreście słyszeli - powiedział Jezus do zebranych w synagodze mieszkańców Nazaretu. I to "dziś" mną mocno wstrząsnęło. Nie dalej bowiem jak wczoraj, mówiłem siostrom betankom w Lublinie konferencję, której elementem było dowodzenie jak bardzo ważna jest codzienna medytacja Pisma Świętego ponad wszelkimi innymi książkami. A dziś Pan potwierdził mi to, przede wszystkim dla mojego życia. Przed oczami stanęły mi wszystkie dotychczas słyszane stwierdzenia o tym, że Słowo jest każdego dnia nowe, świeże. Że wprowadza mnie w Boży świat, że uczy mnie patrzeć Jego oczami, że ono mnie czyta, że interpretuje rzeczywistość... I ja to wszystko wiem. Ale jakoś na nowo mnie uderzyło, że ono się realizuje, spełnia na moich oczach. Dziś.

Niegdyś spotkałem się z taką ciekawą propozycją rachunku sumienia, która miała polegać na wieczornej weryfikacji w jaki sposób Słowo z porannej medytacji wypełniło się w moim życiu. To bardzo trudna forma modlitwy, bo ona wymaga niesłychanie silnej zażyłości z Bogiem i takiego obcowania z Nim w każdej chwili dnia. Żeby nie przeoczyć, nie przespać godziny swojego nawiedzenia. Wszak Słowo może się zrealizować nietypowo, nagle, niemal niezauważalnie, czasem w sytuacji, do której nie przywiązałbym po ludzku żadnej wagi. Ale jeśli w ten sposób się przeżywa codzienność, to ona jest fantastyczną przygodą z Żywym Bogiem, którego działanie wówczas nie jest zasłonięte, ale całkiem widoczne. Jak mocno wpływa to na wiarę. Jak silna ona wówczas się staje. I można się nią dzielić...

Dziś wzmocniło się we mnie postanowienie, że zadbam o takie poważne i z prawdziwego zdarzenia comiesięczne dni skupienia dla samego siebie. Dni, które spędzę ze Słowem. Chcę dać Bogu czas. Codziennie, ale również w jednym dniu w miesiącu tak szczególnie, żeby On mógł do mnie mówić. Bo jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, o których mogę i chcę od Niego usłyszeć...

środa, 8 stycznia 2014

radości w małości...


zdj:flickr/A.Currell/Lic CC
Mili Moi...
No to machina ruszyła... Zajęcia angażują mocno, zadań domowych mnóstwo, zbliża się... seeeeesssssjjjjjaaaa :) Oczywiście studenci (czyli my) jak to studenci... Starają się, żeby obciążeń było jak najmniej. Czasem nam to wychodzi :) Powiem nieskromnie, że jesteśmy dość wyjątkowym rocznikiem, co zauważył ostatnio nasz kierownik katedry wyrażając głęboki żal, że nie ma z nami żadnych wykładów, bo podobno dawno takiego rocznika nie było :) Czasem na zajęciach mamy gości z innych kierunków, a oni, jak dziś na przykład, powiadają, że powinniśmy kabarety pisać... Nasi profesorowie, nawet ci najwytrwalsi i zdystansowani, pękają jak bańki mydlane... Taką terapię śmiechem stosujemy... Żeby świat był lepszy :) Przy okazji udaje nam się czasem coś ugrać... Ale i tak chyba z jeden poważny egzamin trzeba będzie zdać :) Tak, tak... wiem, co powiecie... Jeden??? No jeden, jeden, ale za to jaki :)

Kryteria małości... Od wczoraj taka myśl za mną chodzi w kontekście Słowa. Wczoraj zobaczyłem, że ta działalność Pana Jezusa zaczyna się tak bardzo prosto. Owszem - cuda i znaki, ale nade wszystko głoszenie Słowa i bardzo dużo miłości. Nie trzeba niczego więcej. On sam, pokorny i mały, nie na rydwanie ognistym, nie z wojskami anielskimi, nie w glorii i chwale, ale na własnych nogach, od wsi do wsi, obcując z najmniejszymi, najmniej ważnymi, niepozornymi, zapomnianymi przez ten świat... A oni Go słuchają, idą za Nim... W małych środkach, objawiają się wielkie rzeczy...

Dziś znów - wzruszony, bo patrzy na tłum, który nie ma pasterza, angażuje swoich Apostołów - biedaczków... Nie mają nic... I wiedzą o tym. Ale On im pokazuje coś niesłychanie ważnego - mają Jego. Jeśli w swojej małości odkryją Jezusa i moc, która jest w Nim, dokonają wszystkiego. Bo dla Niego nie ma nic niemożliwego. I dla nich - nic... nic niemożliwego... Nie mają udawać Słońca, nie oni są źródłem światła, nie mają sobą przesłonić Jego. Nie chodzi też o to, żeby bazowali na swoich ludzkich pomysłach i możliwościach, bo te bardzo szybko okazują się niewystarczające... Mają być łącznikami, świecić Jego światłem, rozdawać to, co jest Jego darem... Nie zważając na swoją niewystarczalność, nie dbając o swoją biedę, nie skupiając się na brakach... On to wszystko może pokonać jedną myślą, jednym błogosławieństwem, jednym zwróceniem oczu ku Ojcu...

Spełniać kryteria małości... dokładnie dziś przypada 120 rocznica urodzin świętego Maksymiliana Marii Kolbe. Coraz bliższy mi współbrat. "Specyfika działalności apostolskiej i misyjnej świętego Ojca Maksymiliana Marii Kolbego" - tak wstępnie ma brzmieć temat mojej dysertacji doktorskiej. Czytam, czytam, czytam... I coraz bardziej przekonuje się, że ludzie, którzy nie boją się małości własnej, a wszystkiego spodziewają się od Boga, dokonują cudów na ziemi. Maksymilian jest tego najlepszym dowodem. Rzucił się z przysłowiową motyką na Słońce i dokonał rzeczy niezwykłych. Udało mu się... Jemu? Z cała pewnością by zaprzeczył... Jemu nie... Niepokalanej - w nim i przez niego. Wielki podziw, wielki szacunek i wielka tęsknota za spełnianiem kryteriów małości... Ja nic nie mogę, ale wszystko może Ten, który działa we mnie... Z Nim mogę wszystko...

Pan sam daj okazję do ćwiczenia takiej postawy... Przed chwilą zadzwoniła siostra zakonna, która poprosiła mnie o poprowadzenie warsztatów powołaniowych dla referentek powołaniowych w całym ich zgromadzeniu... Jestem ekspertem??? Nie... Jestem biedakiem, który sam wie niewiele... Ale zgodziłem się... Tylko dlatego, że ufam, iż On przymnoży łaski i będę wiedział co mam im powiedzieć...

poniedziałek, 6 stycznia 2014

chrześcijanie niewidzialni...


zdj:flickr/Ark in Time/Lic CC
Mili Moi...
 No i nadeszło Objawienie Pańskie, ten dzień, który w życiu zakonnym lubię chyba najbardziej. Coroczne losowanie patronów i sentencji przewodnich na najbliższe 365 dni już za nami. W tym roku zatroszczy się o mnie kobieta i będzie to święta Agnieszka, dziewica i męczennica, którą wspomnimy wkrótce, bo już 21 stycznia. Sentencja zaś, jak mówią moi bracia, jest znakomita dla ekonoma (bo taką funkcję pełnię właśnie w naszym domu). A mianowicie - Tak bowiem jest: kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie. (2 Kor 9,6). To jedna z większych radości tego dnia, pomijając piękne słońce, które powitało nas o poranku...

Ale Słowo... Co ono dzisiaj mówi? Dwie kwestie stanęły mi przed oczami. Przede wszystkim zdecydowanie i konsekwencja, z którą mędrcy szukają dziecka. A jednocześnie wielka pokora towarzysząca im, kiedy już je znaleźli. Ta ciemność, w której podążają symbolizuje ciemność pogańskiego świata, w  którym Bóg rozbłysnął swoją gwiazdą. Oni zaufali i odnaleźli prawdziwe Słońce. Ono im dało wiele radości i niezwykły pokój, który zanieśli ze sobą. W kontraście do nich są przedstawieni mieszkańcy Jerozolimy, którzy odczuwają lęk i niepokój niczym król Herod. Trudno go jednoznacznie wytłumaczyć, ale oni nie widzą gwiazdy, nie chcą jej widzieć. Bo oni są przekonani, że już trwają w świetle. Ich Bóg już niczym nie może zaskoczyć. Przypominają mi się tu słowa Martina Bubera, żydowskiego filozofa z przełomu XIX i XX wieku. Mawiał, że jeśli Chrystus jest drogą do Ojca, to Żydzi jej nie potrzebują, bo oni już są z Ojcem.

I tę postawę widać wyraźnie w zachowaniu uczonych w Piśmie, z którymi konsultuje się Herod. On pyta ich gdzie narodzi się dziecię, oni mu odpowiadają. Ale nie rodzi to w nich żadnego zainteresowania. Żaden z nich nie dołącza do mędrców i nie idzie sprawdzić. Nic. Po prostu pustka spowodowana pewnością siebie. W ten sposób pozbawili się oni tego nieprawdopodobnego daru spotkania. Stracili szansę. Tu i teraz. Ona jeszcze się pojawi, kiedy Jezus rozpocznie publiczną działalność, ale już w innym kontekście. Konfrontacyjnym. Wówczas nie będą mogli Go zlekceważyć. Będą musieli zająć stanowisko.

Mam nieodparte wrażenie, że historia powtarza się dziś, na naszych oczach. Jest jakieś grono Herodów, którzy zioną nienawiścią do wszystkiego, co Jezusowe i coraz chętniej tę nienawiść wyrażają na zewnątrz. Jest wielkie grono obojętnych, którzy nie reagują. Czują się wręcz zażenowani, skrępowani sytuacjami, w których muszą zająć jakieś stanowisko związane z wiarą. Nie dostrzegają żadnej szansy, żadnej Bożej propozycji. Są bierni i opierają się na jakiejś nadzwyczajnej pewności siebie, która podpowiada im, że Bóg jest gdzieś głęboko w ich własnych sercach i tam powinni się z Nim spotykać. Wszędzie indziej stanowi On jakieś zagrożenie. Ponieważ do własnego serca można nie zaglądać, można zupełnie spokojnie obecnego tam Boga zlekceważyć. Tego obecnego na zewnątrz zlekceważyć trudniej. Trzeba włożyć znacznie więcej wysiłku, żeby nie widzieć... A zatem ci, którzy starają się usunąć wszelką obecność Boga z przestrzeni publicznej stają się sprzymierzeńcami tych obojętnych. Bo przecież to, czego nie widać, nie istnieje... Nie musimy o tym myśleć. A nade wszystko nie musimy nic zmieniać... Chrześcijanie niewidzialni... Niby wierzą, ale Bóg, którego, jak im się wydaje, zamknęli we własnym sercu, jest od nich nieskończenie daleko... Oni muszą poczekać na konfrontację, o którą On, prędzej, czy później, zadba...

Są wreszcie ci, którzy przypominają mędrców ze Wschodu. Widzą gwiazdę. Nie usiłują zamknąć oczu. Wręcz przeciwnie. Ona ich wabi, nie pozwala spocząć, motywuje do poszukiwań. Ci idą w głąb. Nie zadowalają się powierzchownością. Chcą spotkać Boga. Wszędzie. I wiedzą, że to jest możliwe. W najprostszych sytuacjach dnia, w najmniej oczekiwanych kontekstach, w miejscach, gdzie nikt by się Go nie spodziewał... On będzie na nich czekał. I oni Go spotkają. Szczęście, które w związku z tym odnajdą będzie tak widoczne, że stanie się źródłem zazdrości dla tych obojętnych. Konfrontacyjnej zazdrości. A ta zazdrość przemieni się albo w szczere nawrócenie, albo w nienawiść. Przyniesie albo życie, albo śmierć... Tak było, jest i będzie. Dopóki trwa ten świat. Bo on naprawdę kręci się wokół Boga - czy tego chce, czy nie. Czy o tym wie, czy temu zaprzecza. Czy się na to godzi, czy z tym walczy... Bóg jest!!! I na szczęście - dla Niego nie ma nic niemożliwego...

niedziela, 5 stycznia 2014

misja trwa...


zdj:flickr/BrentNelson/Lic CC
Mili Moi...
Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem skupienia dla rodzin. I choć tak naprawdę było to tylko kilka godzin po południu, to jednak dla mnie zawsze każde takie spotkanie to wydarzenie. Wszak spotykam się z słuchaczami, którzy chcą coś wartościowego usłyszeć... I nawet jeśli jest ich tylko sześcioro (bo tylu było dzisiaj), to trzeba ich potraktować poważnie i dać z siebie wszystko.

Misja Jana Chrzciciela trwa... To moja refleksja na dziś... Nieodmiennie i jak zawsze najbardziej przemawiają do mnie słowa z Prologu mówiące o tym, że Słowo przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli... Arogancja, obojętność, głupota??? Może wszystkiego po trosze... Nie bez przyczyny jednak pojawia się Jan. On woła głośno... On przygotowuje grunt... On wprowadza niejako Jezusa na scenę... I sam znika...

Gdyby Jan powiedział sobie - a jaką wartość ma to moje nawoływanie? Kto go słucha? Ta garstka z Jerozolimy i okolic... A reszta? A jednak zaczyna w mikroskali. Jakby znał Jezusową przypowieść o zakwasie, który kobieta włożyła w trzy miary mąki. I wszystko się zakwasiło... Nie można czekać na milionową publiczność. Trzeba zaczynać tu i teraz. Nie zapomnę chyba nigdy słów, które skierowała do mnie Pani Maria, kiedy byłem jeszcze bardzo młodym księdzem. Ta sędziwa, oddana Kościołowi kobieta powiedziała mi - ojcze, nie można zmarnować żadnej okazji - tam gdzie jest jakakolwiek garstka ludzi trzeba im jakoś powiedzieć o Jezusie...

 No i znów dziś refleksja nad konsekwencją. Czy moje usta są pełne Jezusa? Czy rzeczywiście KAŻDA okazja jest wykorzystana, żeby Go głosić? Bo może ja nie wierzę... Może nie wierzę w to, o czym nieustannie przekonuje nas tajemnica Bożego Narodzenia. Że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Nawet przyjście na ten świat i zamieszkanie pośród ludzi. Nawet to nie było niemożliwe, choć wszyscy tak właśnie sądzili... To niemożliwe!!! Bóg nie może być aż tak bliski...

Jest tak wiele niemożliwości w świecie ludzi dziś - to niemożliwe, żeby On mnie pocieszył po śmierci dziecka; to niemożliwe, żeby On zaspokoił moją potrzebę bliskości z drugim człowiekiem, którego w życiu nie mam; to niemożliwe, żeby zadbał o mój byt materialny, jeśli ja sam wszystkiego sobie nie wywalczę; to niemożliwe... A jednak... Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy... Bo wszystko możliwe jest dla Boga, w którego wierzy. I wówczas już nie waha się wołać głośno, niczym Jan! I wówczas już nie ma wątpliwości, że Jezus jest ostatecznym rozwiązaniem każdego ludzkiego problemu! I nie lęka się o Nim mówić innym, prowadzić ich do Niego, Jego wprowadzać w ich życie! I wtedy każda okazja jest dobra... Bo misja Jana Chrzciciela trwa... Bo świat wciąż nie poznał tej największej miłości, która do niego przybyła w tak niespodziewany sposób... Przyszło do swojej własności... A ta własność ciągle o tym nie wie... Nie chce wiedzieć...

sobota, 4 stycznia 2014

czyje te plecy???


zdj:flickr/Art4TheGlryOfGod/Lic CC
Mili Moi...
Rytm powrócił :) Jakiż piękny dzień... Wymodlony, wyspany - dziś pospałem do bólu, czyli do 6.00 :) Dokonałem wielkich porządków poświątecznych. Zdążyłem na spacer z kijaszkami. Spotkałem się z moim kolegą studentem Maciejem (obiad wspólnie zjedliśmy), a nawet napisałem konferencję na jutrzejszy dzień skupienia dla rodzin, który głoszę w klasztorze sióstr nazaretanek w Lublinie... I to wszystko w jeden dzień... Wydajność, którą chciałbym zachować w nowym roku, ale nie mam złudzeń :)

Maryja wychowawczynią rodzin. Takie zlecenie dostałem jako temat jutrzejszej konferencji. Przyznam, że dla mnie trudny. Pisałem już o tym, ze mimo mojej wielkiej miłości do Maryi, mam dużą trudność, żeby o Niej mówić. Może to związane ze skąpą ilością danych na Jej temat, które przekazuje Ewangelia. Nie bardzo chcę zmyślać, dopowiadać coś, czego nie ma. A z drugiej strony nie chcę popaść w teologiczny słowotok, z którego dla moich słuchaczy wynika tylko zniecierpliwienie i ból głowy. Zawsze u początku tworzenia pytam Maryję co Ona chce, abym o Niej powiedział... Efekt ocenią słuchacze. Jak zawsze :)

 Uderzyło mnie dzisiejsze pytanie Jezusa skierowane do uczniów Jana idących za Nim. Czego szukacie? Uderzyło mnie, bo pomyślałem, że tak długo już za Nim chodzę, że powinienem wiedzieć czego chcę. Czego tak naprawdę w życiu chce... Nie chodzi o jakieś marzenia, plany, czy tęsknoty, bo te mogą być każdego dnia inne. Chodzi o pewien fundament. Niezmienny i konsekwentnie realizowany. Od razu rachunek sumienia - czy nie próbuję łączyć Boga i świata w mojej codzienności? Czy nie inwestuję w coś, co Bogiem nie jest i nie da mi zbawienia? Czy nie tracę czasu zatrzymując się w drodze? I najważniejsze - czy te plecy przede mną, to wciąż plecy Jezusa? Bo tłoczno na tym świecie i może kto inny zajął Jego miejsce, a ja tego nie zauważyłem...

Nie bez przyczyny te pytania. Widzę po prostu, że czyha na mnie niekonsekwencja. Na każdym kroku. Bo moje słowa o tym, że On jest dla mnie najważniejszy czasem nijak się mają do rzeczywistości. Bo wiem, że jak dłużej poczytam tę książkę, to już nie wystarczy mi sił na wieczorne spotkanie z Nim. Bo wiem, że jeśli posłucham tej, czy tamtej rozgłośni radiowej, to będę pełen najgorszych myśli, a słowa cisnące się na moje usta nie są warte powtarzania. Bo wiem... I tak dalej i tak dalej... No to jest najważniejszy, czy nie? Umiem zapanować nad takimi "drobiazgami" jak mój czas, czy moje emocje? Bo jeśli nie... To czego ja tak naprawdę szukam? Czy ja wiem o co mi chodzi? Może utknąłem gdzieś na rozdrożu... A może plecy tego, za którym idę... A może te plecy... wcale nie należą do Jezusa...

piątek, 3 stycznia 2014

Jego imieniny...


zdj:flickr/bhsher/Lic CC
Mili Moi...
 Przepraszam, że nie zaglądałem tu przez tyle dni... Ale przeżyłem wstrząs :) Naprawdę... Wstrząs polegający na wyrwaniu się z mojej zakonnej codzienności. Moje wizyty w rodzinnym mieście są dla mnie coraz trudniejsze. Goszczę u cioci, która jest urocza i rozpieszcza mnie przede wszystkim kulinarnie. Ale... Na co dzień, w Lublinie, jestem sam... W cichym mieszkaniu, wśród książek, ze ściśle określonymi porami modlitw, z przejrzystym planem zajęć... W gościach jestem tego wszystkiego pozbawiony. Wszystko jest zaburzone, poprzestawiane, nie takie, jakie powinno... Powie ktoś - przesada; a może - starokawalerskie nawyki... Ha, nie takie to proste... Zaczynam chyba powoli rozumieć coś, co u początku życia zakonnego zupełnie nie mogło mi się zmieścić w głowie. Mianowicie - że zakonnik potrzebuje samotności, a porządek w jego życiu ma za zadanie zbliżać go do Boga. Nie kwestionując całej sfery zaangażowania duszpasterskiego, które przecież tak lubię, muszę sobie powiedzieć wprost - potrzebuję również chwil bycia sam na sam ze sobą... Coraz mniej sie ze sobą nudzę :) A w święta... No właśnie było wszystko, tylko nie ta samotność, co zaowocowało ogromnym zmęczeniem. Kiedy więc dziś stanąłem w progu mojego cichego domu, miałem ochotę pocałować z radości drzwi :) W tym właśnie kontekście odłożyłem również wszelkie pisanie - nie byłem w stanie się do niego zabrać...

 Wyjazd rozpoczął się od spowiedzi w naszym sanktuarium w Gnieźnie. Piękne doświadczenie obwieszczania Bożego przebaczenia i czasem ból serca, kiedy tego zrobić nie można... Potem Wigilia rodzinna... Co ciekawe, zrobiłem pewien eksperyment. Nie mogąc dostać się do domu z powodu zepsutego domofonu, zadzwoniłem do pewnej katolickiej rodziny w sąsiedztwie pytając, czy mają dodatkowe nakrycie i czy wpuszczą podróżnego... Nie byłem wielce zdziwiony, kiedy usłyszałem dźwięk odkładanej słuchawki... Taki nasz katolicki zwyczaj - pusty talerz na stole, który już dla wielu, a może dla większości nic nie znaczy... Pusty znak... Smutno... W święta podróże małe i duże - Puck, Chojnice, Gdynia... Wszędzie dobrzy, serdeczni ludzie... Piękne małżeństwa, piękne rodziny, kochający się prawdziwie ludzie... Zaczerpnąłem. Dobrze mi z nimi było. Cieszę się, że choć przez chwilę mogłem odetchnąć atmosferą ich miłości. W takich chwilach czuję jak te nasze, różne przecież powołania sie uzupełniają. Widząc ich szczęście i moje własne nie mam poczucia straty. Wręcz przeciwnie. Widzę, że rezygnując z tej wyłączności, na którą zdecydowali sie oni, zyskałem. Co takiego? Ano takie maleńkie współuczestnictwo w wielu rodzinach, domach, małżeństwach. W takim wymiarze, który nigdy nie mógłby być możliwy, gdybym miał własną rodzinę. Dzięki tym wizytom pogłębia się we mnie zrozumienie mojego powołania, coraz lepiej widzę jego sens. Cieszę się nim na nowo, jeszcze mocniej. A może i ja jestem im do czegoś potrzebny???

A dziś imieniny Pana Jezusa... Wspominamy Jego Święte Imię, Imię, na które zegnie się każde kolano, Imię, w którym jest nasze zbawienie. Właśnie w tym! W żadnym innym! Imię, które zrobiło karierę jako znakomity przerywnik, pytajnik, wykrzyknik, westchnienie, wyraz zniecierpliwienia, gniewu, czy Bóg wie czego jeszcze... Używane w tak przedziwnych kontekstach i okolicznościach. Najczęściej bezrefleksyjnie i bez szacunku. Ot tak, po prostu... Płynie... Ale ta nasza niefrasobliwość nie może Go w żaden sposób pozbawić Jego świętości. To zawsze będzie Imię, na dźwięk którego uciekają demony. W to Imię Kościół podnosi chorych, wskrzesza umarłych w grzechach. W to Imię rozpoczynamy wszystko, co ważne... Także ten nowy rok. Kolejny rok życia i zmagania się o świętość. Rozpoczął się w Imię Jezusa +