poniedziałek, 11 listopada 2013

tęsknota za ojczyzną...


zdj;flickr/FreeCat/Lic CC
Mili Moi...
No tak jakoś nostalgicznie mi się dziś zrobiło... A było to tak... Wyszedłem do miasta... I poczułem się obco... Zupełnie obco... Poczułem, że to nie jest moje miejsce na ziemi, że wszystko jest jakieś dalekie, zimne, nieprzystępne... Z jednej strony to dobrze. Bo to jest jakiś ewangeliczny sygnał. W życiu zakonnym tak już po prostu jest i w tym również naśladujemy Jezusa - nie ma ojczyzny, nie ma swojego miejsca, nie ma gdzie głowy skłonić. Ale z drugiej strony, tak czysto po ludzku... Czasem chciałbym się gdzieś poczuć "u siebie". A jak dotąd nie znalazłem takiego miejsca i wiem, że próżno go szukać. Nie mam domu, czyli miejsca, z którego wyszedłem i do którego z radością wracam. Każde miejsce jest takim domem na chwilę. Musi nim być... Nieustannie w drodze. Wierzę, że ta droga ma cel. I tym celem jest dom Ojca. Prawdziwa OJCZYZNA. Choć i tę ziemską, codzienną, moją, polską cenię i szanuję. Wszak wszystko, co najważniejsze w moim życiu dokonało się w Polsce i odczuwam wobec tego, mojego kraju wielką wdzięczność.

Dziś w tej mojej "bezdomności" wołam wraz z Apostołami - przymnóż nam wiary. Bardzo jej potrzebuję, przede wszystkim po to, żeby spokojnie i konsekwentnie zmierzać do mojej niebieskiej ojczyzny. Nie mając ziemskich korzeni, dać się przesadzić tam, gdzie On chce, abym rósł. Niczym morwa, która potrafi dożyć sześciuset lat, ale na słowo wypowiadane z wiarą, mogłaby przenieść się gdzie indziej. Wiem, że On we mnie wierzy i codziennie Go pytam, gdzie chce, abym rósł. Jego Słowo pełne mocy może mnie osadzić wszędzie. Bo tam, gdzie jest On, tam jest mój dom. A On jest wszędzie i zawsze ten sam. Tak wiele razy w życiu mówiłem Mu, żeby mną swobodnie dysponował, złożyłem ślub posłuszeństwa, który oznacza przecież ni mniej, ni więcej, tylko wypełnianie Jego woli zawsze, do końca... Czego mogę się więc spodziewać? Wszystkiego :)

Mój Pan jest dynamiczny... Nie kapryśny, ale dynamiczny. On wie gdzie, kiedy i komu jestem potrzebny. On wie, gdzie i jak długo ma być mój dom. On zna całą tę drogę, którą mam jeszcze do przejścia. On towarzyszy mi w drodze do ojczyzny... Dziś prosząc o wiarę, ponawiam moją deklarację dyspozycyjności. Tak, jak wiele lat temu, dziś znowu decyduję się na "bycie w drodze", a w konsekwencji na tymczasowość domu. I nawet gdyby miało to być czasem źródłem ludzkiego smutku, to wierzę, że Pan smutek ten zamieni w radość i przyjdzie taki dzień, w którym zamieszkam w domu Ojca, w OJCZYŹNIE...

niedziela, 10 listopada 2013

o cierpliwości...


zdj:flicr/ScotMcLeod/Lic CC
Mili Moi...
Kiedy dziś medytowałem nad Słowem, to przyszło mi do głowy, jak wiele cierpliwości musiał mieć Pan Jezus do swoich adwersarzy. Stają bowiem przed Nim ludzie, którzy "nie odróżniają swojej lewej ręki od prawej" (jak to Pan Bóg niegdyś opisał mieszkańców Niniwy), a wymądrzają się, jakby wszystkie rozumy pozjadali. Budują niesłychane konstrukcje myślowe, żeby złapać Go na jakimś słowie. Są przekonani, że wiedzą, a nauka, która stoi za nimi, jest w stanie uzasadnić i wyjaśnić wszystko. Pewni siebie i zupełnie pozbawieni samokrytycyzmu... A On z szacunkiem z nimi rozmawia. I choć bezlitośnie odkrywa ich fałszywe założenia i konsekwentnie i stanowczo sprzeciwia się ich krętactwom, to jednak czyni to z szacunkiem, dając dowód jak bardzo zależy mu na każdym człowieku.

Mało mam wokół siebie ludzi, z którymi musiałbym toczyć takie debaty jak Jezus. To znaczy, może ich nie brakuje, tylko niekoniecznie takie rozmowy ze mną wszczynają. Niemniej jest inna przestrzeń takich właśnie rozmów pełna. Internet... Ja z reguły nie czytam debat internautów, komentarzy pod artykułami, bo ciśnienie mogę sobie równie dobrze podnieść filiżanką kawki, a będzie to z pewnością sposób milszy i smaczniejszy. Ale czasem, nieopatrznie dam się w taką lekturę wciągnąć... A tam... Według zasady - nie znam się, to się wypowiem... Niesłychane bzdury wypisywane z radością i uzasadniane tylko tym, że mamy wolność wypowiedzi... Im mniej ludzie mają wiedzy, tym bardziej zdecydowane sądy wyrażają. Im bardziej są przypierani do muru konkretnymi faktami, które zaprzeczają ich sądom, tym większą rodzi to w nich agresję. Niesłychanie dynamiczny świat, w którym niestety dbałość o prawdę jest znikoma.

 O ile czasem dam się wciągnąć w lekturę, to nigdy w dopisywanie swoich opinii i komentarzy. Z pewnością brakuje mi cierpliwości. Ale również nie jeden raz zastanawiałem się, czy to ma w ogóle sens? Czy można przekonać człowieka ukrytego za internetowym nickiem, że białe jest białe, podczas gdy on uporczywie twierdzi, że jest inaczej...? Mam szczere wątpliwości. A te dziesiątki, setki tysięcy słów wrzucanych w tę przestrzeń, rozpływają się po łączach i nie odnoszą żadnego skutku...

Czy więc raczej szanować i ważyć słowa? Czy może reagować zawsze i wszędzie? Obawiam się, że w tej przestrzeni, którą jest internet słowo ma dużo mniejsze znaczenie, niż w realu. I o ile w kontakcie twarzą w twarz trzeba się czasem zmierzyć z najbardziej niedorzecznymi poglądami (jeśli już nie z innych względów, to przynajmniej z szacunku do człowieczeństwa rozmówcy), o tyle w sieci chyba nie zawsze jest to konieczne i wskazane. Próbuję sobie wyobrazić Jezusa na internetowym czacie, czy też wpisującego zawzięcie  komentarze zaczynające sie od słów - to nie tak... Jakoś wzbudzić taki obraz w wyobraźni nie jest mi łatwo...

Myślę sobie, że podobnie jak kiedyś, tak i dziś, wychodziłby raczej na ulice miast i próbował rozmawiać z ludźmi z twarzą i z imieniem, a nie z nickiem i avatarem. Bo z realnymi, nawet najbardziej dalekimi od prawdy łatwiej się porozumieć, niż z piewcami wolności słowa, którzy w hołdowaniu tej zasadzie upatrują wystarczających źródeł dla swojej mądrości. Mądrości, którą dzielą się ze światem nadobficie...

sobota, 9 listopada 2013

wybory, wybory...


zdj:flickr/Brad Stabler/Lic CC

Mili Moi...
 Nie ukrywam, że rozkoszuję się swoim własnym mieszkankiem. Wreszcie mam okazję spędzić w nim nieco więcej czasu, poczytać, wypić zieloną herbatkę. Czasem potrzeba tak niewiele do szczęścia. Ale tak to już jest z nadaktywnością - chętnie korzysta z chwil odpoczynku. Jestem więc niewzruszony na wszelkie wyjazdowe propozycje związane z tym weekendem, a kilka ich już było. Nie ukrywam, że wiąże się to również z pracami, które "wiszą nade mną". Wczoraj na przykład spreparowałem wywiad, o który prosił Pan Leszek, mój niegdysiejszy historyk i wydawca kwartalnika "Prowincja", który ukazuje się na terenach, z których pochodzę. W  sumie bardzo przyjemne doświadczenie, ale czasochłonne rzecz jasna. Więc pół dnia umknęło... A gdzie tu dzieła naukowe? Czas już na zrobienie dobrej i szczegółowej listy lektur, które należy zdobyć i przeczytać przed zabraniem się za pisanie rozprawy... Bożesztymój... Przerażające jest to dzieło na tym etapie :)

 A Pan Jezus dziś... występuje przeciwko systemowi. I to mocno. Z biczem w ręku. Jeśli oprzeć się na komentarzach do tej Ewangelii o oczyszczeniu świątyni, to większość rozgonionego przez Pana Jezusa towarzystwa była jakoś spokrewniona, czy spowinowacona z Arcykapłanem. Ekipa przyjaciół i znajomków, którzy pewnie za drobną opłatą cieszyli się przywilejem niewidzialności, a świątynia znajdowała się pod ich "okupacją". Nieuczciwi bankierzy, którzy wymieniali lokalną monetę na oficjalny pieniądz świątynny. Sprzedawcy żywego inwentarza ze swoją żywą czeredą. Hałas, zgiełk, interesy...

Jak bardzo przypomina to niektóre miejsca w dzisiejszej.... Ziemi Świętej. Wejście do Bazyliki Grobu Bożego, gdyby nie dach nad głową, mogłoby zostać zupełnie niezauważone. Gwar jest dokładnie taki jak an zewnątrz, a może jeszcze większy, bo potęgowany akustyką pomieszczenia. Gdzie jest Bóg? Czy o Niego tam chodzi? Czy ktokolwiek w takim hałasie jest w stanie się z Nim spotkać? Ja nie...

Ale wracając do systemu... Przecież i tu niewiele się zmieniło. Są zwykle dwie grupy. Jacyś "nasi" i jacyś "obcy". Ci "oni" muszą się dostosować do wszelkich zarządzeń, do litery prawa, która przecież nie może zostać złagodzona, nie ma dla nikogo taryfy ulgowej. No chyba, że dla tych "naszych". Wszak są dobrodziejami, a może po prostu przyjaciółmi. Nie, nie... My nie zmieniamy prawa. Ono jest dla wszystkich jednakowe. Co innego interpretacja. Ta pozwala nam na wiele. Dlaczegóż nie mielibyśmy okazać się bardziej przychylni dla "naszych", dlaczego nie przymknąć nieco oka? Niczym Arcykapłan... Przecież korzyści sa obopólne...

Mam głębokie przekonanie, że wiele dziedzin naszego życia jest skażonych właśnie takim myśleniem. A osobowości takie jak Jezus przypominają przysłowiowy "kij włożony między szprychy". Rodzą agresję, bo demaskują nas swoją przejrzystością i uczciwością. Uderzając w układ niszczą przecież tak skwapliwie wypracowywane przez nas podziały na "my" i "oni". A komu to przeszkadza? Od zawsze tak było i na zawsze tak będzie... Układ... A Jezus się sprzeciwia. Dla Niego nie ma miejsca na układ nigdzie... Nigdzie... Ani w domu, ani w Kościele, ani w pracy, ani w szkole... Niech wasza mowa będzie "tak, tak" - "nie, nie", co nadto jest, od złego pochodzi. Od złego pochodzi...

Myślę sobie o opowieści przełożonej polskich elżbietanek z Betlejem, które prowadzą dom dziecka. Stała nie raz w kolejce z Palestyńczykami, aby przedostać się na żydowską stronę. Oni jej mówili - idź przodem, nie musisz stać, masz tu przecież szczególne prawa. Na co ona odpowiadała - chcę stać z wami, nie jestem w niczym lepsza, ani ważniejsza od was... To jest sztuka... Nie korzystać z przywilejów, bo inni z nich nie korzystają... To jest właśnie to, co jest całkowitą głupotą w oczach tego świata... Ale wielką mądrością w oczach Bożych... Wybór jak zawsze po naszej stronie... Układ, czy wolność?

środa, 6 listopada 2013

co dźwigać???


zdj:flickr/slimmer_iimmer/Lic CC
Mili Moi...
No powoli się wdrażam... Trzeba się bowiem nieco przestawić. Rano już nie krótkie spodenki i czapeczka, a potem zwiedzanie, ale kurteczka, torba i na uczelnię :) Dobrze... Normalnie... To mnie cieszy... Zresztą sama uczelnia dba, żebym nie doznał szoku. Dziś przepadły nam na przykład cztery godziny wykładowe :) Jak to ktoś kiedyś powiedział - studia doktoranckie to nie wykłady - to biblioteka... No więc książka w dłoń i do dzieła...

Ale zanim... Dziś pan nas konfrontuje z tajemnicą podejmowania swojego własnego krzyża. Ustawia codzienność w kategoriach "miłować - nienawidzić". Oczywiście wiele razy powiedziano już, że nie chodzi o to, co my dziś rozumiemy pod pojęciem nienawiści, ale jako że język którym posługiwał się Jezus nie miał czegoś takiego jak stopniowanie, to mamy dziś takie "kwiatki", które niektórych wprowadzają w zakłopotanie. Jego słowa są jednak proste w swej wymowie - nic nie może być ważniejsze ode mnie, a to, co jawi ci się jako trud i cierpienie ma  w moich oczach wielką wartość, bo dzięki temu uczysz się kochać, dzięki temu możesz wyjść poza siebie, dzięki temu widzisz, że jesteś elementem większej całości... Swoją drogą spotkałem wczoraj w konfesjonale mądrego księdza, który mi powiedział - jesteś trybikiem w większej całości. To nie znaczy rzecz jasna, że nie jesteś ważny, ale konstruktor wie jak to działa i On ma wszystko zaplanowane. Ważne, żeby tylko w ten plan wejść i go realizować. Zaufać Mu... On wie, co robi(ć)...

Niemniej, jeśli jakiekolwiek decyzje są w mojej mocy, to należy je właściwie rozeznawać. Niczym król ruszający na wojnę z mniejszą armią, niż przeciwnik, czy też niczym budowniczy, który musi wiedzieć, czy uda mu się dokończyć budowę... Czasem można to przewidzieć łatwo, a czasem... No właśnie... Czasem trudniej, a decyzje podejmować trzeba.

W ramach lektury duchowej czytam książkę Thomasa Mertona "Wspinaczka ku prawdzie". jest to dzieło poświęcone św. Janowi od Krzyża i jego przesłaniu, które Merton próbuje w sposób możliwie klarowny przedstawić czytelnikom. I dziś czytałem właśnie o roli rozumu w życiu mistycznym zwłaszcza na etapie "ciemnej nocy". Przypomina on światła samochodu, które oświetlają tylko najbliższy fragment drogi, podczas gdy cała reszta spowita jest ciemnością. Pozwalają one utrzymać się w pasie ruchu i jakoś, czasem powoli i z trudem, poruszać się do przodu. Parafrazując - bywa, że nasze rozeznawanie przypomina taką jazdę w ciemnościach i mgle. Powoli i ostrożnie, a czasem bardziej na wyczucie, niż z pewnością. Niemniej nieustannie do przodu. Z zaufaniem, że prowadzi mnie ktoś, kto wie, co na końcu tej drogi jest. I to w Nim jest ukryte moje poczucie bezpieczeństwa. I to z Niego mam je zaczerpnąć. Bo jestem trybikiem w większej całości, którą nie zawsze jestem w stanie całkowicie ogarnąć. Muszę więc zrobić co w mojej mocy, musze zrobić co do mnie należy... A resztę zostawić Jemu... On poprowadzi...

Tylko ten krzyż, który trzeba wziąć... Nie przeraża mnie jego obecność. Raczej martwi fakt, że nie mogę go w swoim życiu dostrzec. Co ja mam dźwigać Panie Jezu??? Co brać na swoje barki i dźwigać???

poniedziałek, 4 listopada 2013

hojnym być...


zdj.flickr/Caucas'/Lic CC
Mili Moi...
I tak to Ziemia Święta stała się wspomnieniem... Wróciłem dziś o drugiej w nocy do Lublina po dość nieprzyjemnym locie. Jeszcze chyba nigdy dotąd tak mną nie wytrzęsło. Przez dużą część lotu była zapalona sygnalizacja "zapiąć pasy", bo przelatywaliśmy przez strefę turbulencji i rzeczywiście szarpało. A w małym samolocie wszystko odczuwa się podwójnie. Wylecieliśmy czterdzieści minut opóźnieni, stąd tak późny powrót do domu, ale moi bracia jak zawsze niezawodni - samochodem pod lotniskiem...

 Ciekawe miejsce to lotnisko w Izraelu. Najpierw tysiące pytań o to gdzie, z kim, po co byliśmy. Potem skanowanie bagażu. Połowa grupy jeszcze na dodatkowe spytki co mają w środku, po co i dlaczego? Potem check in. Trafiła mi się urocza blondynka, która nie tylko poleciła mi się nie przejmować nadbagażem, ale również odpowiedziała z uśmiechem na moją prośbę o miejsce z większą przestrzenią na moje kopyta, że chętnie posadzi mnie przy wyjściu awaryjnym, żebym tego miejsca miał dużo... Potem kontrola bezpieczeństwa, co było jedną wielką farsą. Nie kazano mi zdejmować nawet tych rzeczy, które zwykle trzeba (na przykład saszetka na szyję spod habitu), można przewozić płyny w dowolnych ilościach (głównie wino i oliwę, ale na moją wodę mineralną nikt nie mrugnął okiem). Generalnie wszyscy są zblazowani i kontrolują powierzchownie (choć podobno bywa też inaczej). Potem kontrola wizy, potem jeszcze paszport. I nareszcie z tego "raju na ziemi" można się wydostać...

Po raz kolejny przeżyłem jakiś "pierwszy raz" na lotnisku. Otóż nigdy dotąd nie prowadziłem na lotnisku... nabożeństwa nałożenia szkaplerza. A wczoraj mi się zdarzyło... Ludzie z naszej grupy zakupili szkaplerze w ostatniej chwili i nie było czasu wcześniej, żeby im nałożyć. Zrobiliśmy to na lotnisku ku ogólnej radości. W ogóle z wielką radością o nich myślę. Co ludzie naprawdę byli pielgrzymami. Pobożni, wytrwali, spragnieni spraw duchowych, słuchający... Jak dobrze się do takich głosi... Dobrze, że są... Już mi ich brakuje...

 Oczywiście zapewniam, że powierzone mi intencje omodliłem. Było ich bez mała 14 stron. Starałem się je codziennie czytać wzbudzając często modlitwę z myślą o nich. Gdzie się dało, starałem się je również symbolicznie złożyć. Wyglądałem trochę jak hindus (u nich jest swoista teologia dotyku - jak dotkniesz garścią różańców świętego miejsca, to one są też świętsze). A więc składałem wasze intencje w różnych świętych miejscach, ufając, że Pan na nie wejrzy z miłością. Choć w ten sposób mogę spłacić ten wielki dług, który mam wobec Jego dobroci - służyć moim braciom.

Dziś ogarniam sprawy, które zebrały się podczas mojej nieobecności, ale jak każdy dzień, tak i dzisiejszy rozpocząłem od Słowa. Pan skierował do mnie dziś wezwanie do hojności i nie spodziewania się wdzięczności za to, co robię. Oczywiście łatwo to przyjąć intelektualnie, ale... No właśnie. Zdałem sobie sprawę, że jestem już nieco zepsuty... Zepsuty wdzięcznością i pochwałami, które nieustannie docierają do mnie od dobrych ludzi. I choć staram się tego nie spodziewać, to jak każdemu, mnie również jest miło, gdy mnie chwalą. Jak bardzo stanęło mi przed oczami dziś, że jedynym, od którego winienem spodziewać sie pochwały, jest mój Pan. On mnie zna... Ludzie tylko odrobinę. Nie wiedzą o mnie tak wielu rzeczy, które wie On... Dlatego tylko Jego pochwała może być prawdziwie wiarygodna. Inne są miłe, ale nie mogę im uwierzyć za bardzo. Kiedyś mawiałem, że gdybym wierzył we wszystko, co mówią do mnie ludzie, to nic, tylko odwiesić habit na kołek i iść robić karierę. Nie tędy droga. Cieszą mnie miłe słowa, ale jeszcze bardziej cieszy mnie, gdy uda mi się zrobić coś dla kogoś, komu nawet do głowy nie przychodzi pochwalić. Bo wówczas nagroda jest odłożona w niebie, bo wówczas nie jest jak z faryzeuszami, którzy częstokroć już na ziemi odbierali swoją nagrodę w podziwie i wdzięczności ludzkiej... Nie jest to łatwe, ale warto powalczyć, bo za takimi niechwalonymi czynami łatwiej można doszukać się czystej miłości... która nie dba o wdzięczność.

sobota, 2 listopada 2013

co z tą wiarą???



Mili Moi...
Jak tu nie błogosławić Pana, kiedy można dotknąć kamienia, w którym osadzony był Jego krzyż. Dziś odwiedziliśmy bazylikę Grobu Bożego. Byliśmy tam bardzo rano, co pozwoliło nam uniknąć kolejek. Kto był, wie o czym mówię :) W każdym razie przeżycie niemałe. I taki skupiony wyszedłem z tej bazyliki na ostatnie właściwie zakupy, na które udaliśmy się całą grupą. Weszliśmy do jednego sklepiku (a są one jeden przy drugim). Sąsiad tak się zdenerwował, że nie kupujemy u niego, że z kijem i wielkim krzykiem zaczął nas przepędzać spod swojego kramu... Niesamowity obraz wściekłego Araba. Demoniczny... Cały mój wewnętrzny pokój prysł, bo rzeczywiście zrobiło się niemiło i chwilami nawet jakoś groźnie. Odeszliśmy, bo, jak stwierdził nasz przewodnik, nie będziemy się z koniem kopać...

Potem Wieczernik... Niezwykłe miejsce dla kapłanów i... charyzmatyków :) Nie mogliśmy w spokoju wysłuchać opowieści Szymona, który czyta Słowo i omawia każde miejsce, ponieważ w środku była właśnie grupa hinduskich charyzmatyków. Zapewniam was, że najbardziej "odjechane" polskie grupy charyzmatyczne, przy Hindusach to prawdziwe ciche baranki. Takich wrzasków i takich przedziwności, to jak długo jestem z Odnową Charyzmatyczna związany, w życiu nie widziałem... Przede wszystkim niesamowity zgiełk i hałas, no i wszędobylskie padanie... Zrozumiałem Pawła, który pisał z obawą o tych, którzy wejdą na spotkanie takich charyzmatyków z przysłowiowej "ulicy"... Będą przerażeni... Nawet ja, który widziałem już niejedno, czułem się nieswojo...

Ściana Płaczu... Dziś szabat, więc nie wolno robić zdjęć, bo to praca, a jej zakaz w żydowskich miejscach obowiązuje każdego... Weszliśmy nawet do synagogi zlokalizowanej tuż przy ścianie. I znów nieswojo się poczułem, choć tym razem z zupełnie innych względów. Patrzyli na nas czujnie, choć chyba nie wrogo. Jeden tylko, stosunkowo młody Żyd, przechodząc obok mnie, popatrzył na mnie wzrokiem zawierającym mieszaninę litości i gniewu i krzyknął mi w twarz - wrong (mylisz się). Uśmiechnąłem się do niego i poszedłem dalej. Ale te dzisiejsze spotkania przekonały mnie, że z  pewnością mieszkać bym tu nie mógł... Nie wystarczyłoby mi cierpliwości...

Były jednak i miłe spotkania... Z rodziną Hindusów chociażby. Pomijając zdjęcia, które koniecznie chcieli sobie ze mną zrobić, każdy z nich pochylił się z szacunkiem i poprosił o błogosławieństwo... No i wieczorem grupa... Która mnie zaskoczyła... Swoim dojrzałym dzieleniem i szczerymi podziękowaniami, które usłyszałem. piękni ludzie... Przeżyli ten czas naprawdę duchowo...

A Słowo dzisiejsze (bo rozważaliśmy tajemnicę Zmartwychwstania Pana) skłoniło mnie do refleksji nad "utknięciem". Wydaje się bowiem, że Piotr utknął między życiem i śmiercią. Wraca od grobu do domu i... nic. Ani nie szuka Jezusa, ani nie podejmuje żadnej innej aktywności. Pomyślałem sobie, że my jesteśmy naprawdę w bardzo podobnej sytuacji. Chodzimy, dotykamy, oglądamy... a jutro wracamy do domu. To, co zrobimy z tym doświadczeniem, jest już naprawdę w naszych rękach... Bo może ono w żaden sposób nie wpłynąć na naszą wiarę, a może przemienić nas całkowicie, tak jak przemieniło Jana. Wszak i my weszliśmy dziś do grobu. Albo uwierzymy z nową siłą dzięki temu, co ujrzeliśmy, albo... no właśnie... albo co? Jaka jest alternatywa???

piątek, 1 listopada 2013

prorok Gomułka...



Mili Moi...
Zbliżamy sie powoli do lądowania, ale dzisiejszy dzień był szczególnie męczący. Bo o ile wczoraj wiele czasu spędziliśmy w autobusie odwiedzając między innymi Jerycho, Qumran, czy zażywając kąpieli w Morzu Martwym, o tyle dziś... Jerozolima złażona... Od Ogrójca, po kościół Piana Koguta... Eucharystię sprawowaliśmy w kościele Biczowania. Piękne miejsce, a my dziś przy tajemnicach Wielkiego Czwartku i Piątku. Tuż po Mszy więc wyruszyliśmy na ulice Jerozolimy w Drodze Krzyżowej. I to jedno z najmocniejszych przeżyć jak dla mnie, bo zdałem sobie sprawę, że za czasów Jezusa było podobnie. Kramiki otwarte, nikt nie zwracał na nas większej uwagi, co więcej, czasem próbowano nam coś nachalnie sprzedać... Rozważania brałem " z głowy" i muszę wyznać, że Duch sobie z tym poradził... Bo sam byłem zaskoczony przemyśleniami, które wypowiadałem... Chwała Najwyższemu... Drugie poruszające spotkanie z  Panem miało miejsce w Sanktuarium Agonii, zwanym inaczej - sanktuarium Dobrej Decyzji. Tam Pan spotkał mnie z dwoma wielkimi lękami mojego życia i pokazał mi, że nie są one wcale takie straszne. Czułem się naprawdę poruszony, kiedy wszedłem do kościoła, a tam odpowiedź na dwa pytania związane z tematem, który aktualnie rozeznaję... Pociecha...

O lękach mówiłem dziś podczas Eucharystii, bo Pan postawił mi je przed oczami już podczas porannej medytacji. Wszak lęk jest podstawową przeszkodą w doświadczeniu Bożej miłości. Bo przecież Pan Bóg w swojej złośliwości przychodzi poprzestawiać moje życie... Czy rzeczywiście? Czy w takiego Boga wierzymy? No raczej nie... Przynajmniej ja nie... On chce przyjść z miłością nawet w tym, co bardzo trudne, ale nie przekracza blokad na siłę, a lęk jest najgorszą z nich. Dlatego, kiedy Jezus klęczy przed uczniami i umywa im nogi, o czym my dziś czytaliśmy w Ewangelii, w ten sposób pokonuje ich lęk wobec wydarzeń, których nie rozumieją. Zachowuje sie nieracjonalnie, ale wprowadza w ich serce doświadczenie bliskości i miłości, która staje sie dla nich pociechą w chwilach ciemnych, które są tuż przed nimi...

Byliśmy dziś na cmentarzu... Modliłem się na grobie Oskara Schindlera i polskich żołnierzy, którzy umarli w Jerozolimie i tam są pochowani... Piękne chwile dla nas wszystkich, bo przecież nasi bliscy dziś na cmentarzach, nad grobami innych bliskich, którzy przed nami spotkali siostrę naszą śmierć cielesną...

A z ciekawych spotkań - spotkałem dziś arcywesołego, żydowskiego przewodnika, który przedstawił mi się - jestem Józio, do Ziemi Świętej posłał mnie prorok Gomułka...