środa, 27 stycznia 2021

łąka...


(Mk 4, 1-20)
Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej, na jeziorze, a cały tłum stał na brzegu jeziora. Nauczał ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce: "Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno ziarno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na grunt skalisty, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz powschodzie słońca przypaliło się i uschło, bo nie miało korzenia. Inne padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i wydawały plon, wschodząc i rosnąc; a przynosiły plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny". I dodał: "Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!" A gdy był sam, pytali Go ci, którzy przy Nim byli, razem z Dwunastoma, o przypowieść. On im odrzekł: "Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, dla tych zaś, którzy są poza wami, wszystko dzieje się w przypowieściach, aby „patrzyli uważnie, a nie widzieli, słuchali uważnie, a nie rozumieli, żeby się nie nawrócili i nie była im odpuszczona wina”. I mówił im: "Nie rozumiecie tej przypowieści? Jakże więc zrozumiecie inne przypowieści? Siewca sieje słowo. A oto są ci, którzy są na drodze: u nich sieje się słowo, a skoro je usłyszą, zaraz przychodzi Szatan i porywa słowo w nich zasiane. Podobnie zasiewem na gruncie skalistym są ci, którzy gdy usłyszą słowo, natychmiast przyjmują je z radością, lecz nie mają w sobie korzenia i są niestali. Potem gdy nastanie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamują. Są inni, którzy są zasiani między ciernie: to ci, którzy wprawdzie słuchają słowa, lecz troski tego świata, ułuda bogactwa i inne żądze wciskają się i zagłuszają słowo, tak że pozostaje bezowocne. Wreszcie zasiani na ziemię żyzną są ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny".

 

Mili Moi…
Pokój Wam… Wybaczcie, że długo mnie nie było… Ale kiedy powstają rekolekcje, to reszta świata się zatrzymuje. Zwłaszcza kiedy powstają „od zera”, są obszerne i nie ma na to zbyt wiele czasu. Rekolekcje, które „rodzę” (bo chyba tak ten proces ośmielę się nazwać – bóle są solidne) dotyczą męki Pana Jezusa i jej znaczenia dla naszego, konsekrowanego żywota. Adresatkami, przypomnę, są siostry zakonne. Temat sprawia, że proces jest podwójnie trudny, bo pełen bolesnych odkryć również w moim osobistym życiu. Wszak tak być powinno – rekolekcjonista winien być pierwszym słuchaczem słowa, które zamierza wygłosić. A to obecnie przygotowywane boli… Boli swoją prawdziwością, obnażającą moje zakłamanie – takie proste, codzienne, małe zakłamanie, które podpowiada „nie trzeba więcej, już wystarczy”. Gdyby Jezus posłuchał tych słodkich kłamstw, cała sprawa zakończyłaby się już na pustyni, jeszcze zanim zaczął publiczną działalność.

Boli, kiedy konfrontuję Jego uniżenie, które świadomie wybiera i od momentu Wcielenia do chwili Krzyża konsekwentnie realizuje, niezależnie od emocji i uczuć, które Nim z pewnością targają, z Jego miłością, która o tej konsekwencji decyduje. Nie punktową miłością, obejmującą tego, czy owego człowieka, tudzież zamieszkującą ówcześnie ziemski padół ludzkość, ale miłością trwałą, nieskończoną, wieczną, która dotyka mnie dziś tak samo mocno i prawdziwie, jak dotknęła Jana pod krzyżem.

Boli, kiedy widzę wierność Maryi, która przyjmuje pod krzyżem za swoje dzieci również tych, którzy wówczas i dziś odrzucają Jej Syna, Jezusa. Wszak oni też byli i są Jej dziećmi, za które będzie się modlić i współcierpieć ze swoim Synem podczas każdej Eucharystii, w której uobecnia się Jego męka.

Po prostu boli…

A oprócz tego? Zawsze tak jest, że kiedy planuje sobie pracę i zamierzam do niej usiąść, to „pół Poznania” potrzebuje spowiedzi. A ten może tylko o 10.00, a ów wyłącznie o 17.00. No i tak kleję ten czas przy biurku uprawiając slalom w drodze do rozmównicy, bo remont w naszym sanktuarium przeniósł się na korytarze klasztorne i łatwo wpaść na jakąś maszynę, tudzież robotnika z workiem kleju do glazury na ramieniu…

Wczoraj pewna Boża dusza zapytała mnie – a gdyby ojciec otrzymał pytanie: czy w Bożym planie jest miejsce na nasze, ludzkie marzenia, to co ojciec by odpowiedział? Dziś rano, nad Słowem pomyślałem sobie, że skoro On kocha nas tak mocno, to nasze marzenia mają dla Niego wartość. On ich słucha, widzi je i z pewnością wiele z nich chce wypełnić. Tym bardziej, że Bóg nie jest niewolnikiem swoich planów – On jest wszechmocny i może nas uszczęśliwić na milion sposobów. W Nim wszystkie drogi prowadzą do szczęścia.

Niemniej jednak, kiedy przeczytałem znów o chwastach zagłuszających Boże Słowo w nas, to zdałem sobie sprawę, że czasem w pespektywie marzeń, których realizacji domagamy się od Boga powołując się na Jego miłość, warto by samego siebie spytać o własną miłość do Niego. Czy jest to miłość, która byłaby gotowa zrezygnować z marzeń ze względu na Niego i Jego pragnienia wobec nas? Czy też obiekt marzeń jest tak ważny, że rodzi upór wykluczający wszelką ofiarę, a nawet gotowość do jej poniesienia?

Co ma większy priorytet w moim życiu – Bóg, czy moje marzenia? Z niezaspokojonymi marzeniami chyba da się żyć, bez Boga – absolutnie nie. Kiedy więc z delikatnością perswaduje mi, że moje marzenia raczej mnie od Niego oddalą, niż zjednoczą, może warto posłuchać i karczować chwast, który być może kwitnie ładnie, ale owocuje nijak…

sobota, 16 stycznia 2021

walcząc...


(Mk 2, 13-17)
Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: "Pójdź za Mną!" Ten wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Wielu bowiem było tych, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: "Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?" Jezus, usłyszawszy to, rzekł do nich: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników".

 

Mili Moi…
Walka trwa… Jaka? Taka codzienna. Ze zniechęceniami, zmęczeniem, znudzeniem pewną powtarzalnością czynności, które trzeba wykonywać. Pracuję nad rekolekcjami dla sióstr i doświadczam swoistego napięcia. Bo z jednej strony widzę jak wiele jest do powiedzenia i często to Jezusowi mówię – tak wiele chciałbym o Tobie jeszcze opowiedzieć. A z drugiej strony – kiedy mam się zabrać za pracę, za mozolne zbieranie myśli, za napisanie jakiegoś konspektu konferencji, za późniejsze napełnianie go treścią – to robi mi się zielono przed oczami… Dlaczego zielono? Bo taki kolor ma narzuta na moim łóżku. A zbyt intensywne wpatrywanie się w nią kończy się zwykle bardzo źle dla procesu twórczego. W tym tygodniu ruszyłem z miejsca. To cieszy. Ale z rozmiaru wykonanej pracy nie jestem za bardzo zadowolony.

Pisze o tym również w kontekście świętego Berarda i Towarzyszy, pierwszych męczenników franciszkańskich, których właśnie dziś wspominamy. Ich walka zakończyła się oddaniem życia dla Chrystusa i to w sposób, który dziś nie zyskałby raczej aprobaty. Oni udali się do Maroka wiedząc dobrze, że jeśli będą tam głosić Ewangelię, to z pewnością zginą. Nie było innej opcji. Muzułmanie wówczas byli bezlitośni wobec innowierców, którzy ośmielili się na ich terenie „obrażać” Proroka fałszywymi, według nich, naukami. Czy to nie było więc samobójstwo? Czy nie szafowali zbyt łatwo tym najcenniejszym przecież Bożym darem, jakim jest ludzkie życie?

Ale czy Jezus w dzisiejszej Ewangelii nie robi czegoś podobnego, tylko w wersji soft? Idzie do grzeszników, znajduje się na ich terytorium, jest nimi otoczony, oddaje im samego siebie. Trudno spodziewać się, że wszyscy uczestnicy uczty u Lewiego mają pozytywny stosunek do Mistrza. Być może rzeczywiście Jezusowi nic nie grozi – gwarantuje Mu to gospodarz, który już odpowiedział na Jego wezwanie do nawrócenia. Ale przecież dzieje się tam dokładnie to, co w życiu Berarda i Towarzyszy. Jezus niesie Prawdę Ewangelii tym, którzy są od niej bardzo oddaleni, których życie w żadnym wypadku nie jest z nią zgodne i którzy być może wcale nie mają ochoty jej przyjmować.

Dziś nie, ale przecież ostatecznie Jezus również umrze z ręki grzeszników. Odda życie na znak prawdziwości tej Dobrej Nowiny, którą przyniósł, którą był On sam. To w Jego ślady pójdą pierwsi franciszkanie i tak wielu, wielu innych w historii Kościoła. Może więc zamiast pytać, czy to nie zbyt wielkie ryzyko, czy należy wystawiać się na takie niebezpieczeństwo, czy „gra jest warta świeczki”, należałoby zapytać co to za miłość, którą pozwala człowiekowi na takie szaleństwo i jak wielka musi być troska o drugiego, o jego wieczne zbawienie, że uczeń Chrystusa jest gotów pokonać naturalny lęk przed śmiercią i wejść w paszczę lwa?

Myślę o priorytetach, kiedy dziś wspominamy pierwszych naszych męczenników… Myślę o priorytetach zanim jeszcze przeczytam garść nowych wiadomości o tych, którzy się nie zaszczepia, bo „chcą jeszcze trochę pożyć”; o tych, którzy musza koniecznie zjeść coś w restauracji, albo poszusować na stokach, do tego stopnia, że gotowi są kłamać i „obchodzić” obostrzenia; o tych, którzy dla treningu na siłowni gotowi są zaciągnąć się do polskiej reprezentacji saneczkarskiej… Świat wciąż żyje po swojemu... Świat żyje dla samego siebie... Świecie mój, ilu Berardów odda jeszcze życie, żebyśmy przypomnieli sobie z czyich rąk wyszliśmy i czyje ręce przyjmą nas z powrotem? Żebyśmy przypomnieli sobie, co naprawdę jest ważne…

poniedziałek, 11 stycznia 2021

usłyszeć Boga...


(Mk 1, 14-20)
Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: "Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!" Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: "Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi". A natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim. Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni, zostawiwszy ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi, poszli za Nim.

 

Mili Moi…
Dziś kolejny dzień z cyklu „cudowne”. Moim noworocznym postanowieniem jest bardzo troskliwie zadbać o comiesięczny dzień skupienia, do którego zobowiązują nas nasze zakonne dokumenty. Dziś był właśnie pierwszy tegoroczny. A spędziłem go u gościnnych sióstr klarysek w Pniewach. Cisza, spokój, cały dzień bez telefonu. A za ścianą możliwość nieustannej adoracji Jezusa. Spacer do sióstr urszulanek i do grobu świętej matki Urszuli Ledóchowskiej. A w tle dzisiejsza Ewangelia i List do Hebrajczyków, którego lekturę podjąłem. No i okazało się, że ten dzień był zdecydowanie za krótki, bo nie wszystko zdążyłem z Panem omówić. Ale i tak sporo spraw uporządkowałem. Zeszyt i długopis to jednak znakomite wynalazki – pozwalają zobaczyć to, co kłębi się w głowie.

A najbliższe dni to już musi być konkretna praca nad rekolekcjami dla sióstr, bo to nigdy nie idzie szybko. A jedne już potwierdziły termin, na który jesteśmy umówieni w lutym. Domy rekolekcyjne wprawdzie nadal nie przyjmują gości, ale dzieje się tak, jak działo się w maju ubiegłego roku, kiedy wszystko powoli budziło się z letargu. Otóż wówczas rekolekcje siostry organizowały w większych domach swoich zgromadzeń. Nie było to rozwiązanie idealne, ale na tamten czas możliwe. Dziś chyba też nie będzie inaczej. Przynajmniej na razie. Tak czy owak – przygotowania czas zintensyfikować.

Dziś zaś rozmyślałem o tym, czy można wezwanie Jezusa potraktować rozłącznie. Pójdźcie za mną. Sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. I niestety chyba można. Przeakcentowanie któregoś z elementów zwykle prowadzi do mniejszej lub większej katastrofy. Kiedy bowiem człek skupi się nadmiernie na „łowieniu ludzi”, to może się okazać, że po jakimś czasie już nie dla Jezusa pracuje, ale dla swoich własnych ambicji, dla pieniążka, albo dla realizacji wewnętrznych wizji, które są znacznie prawdziwsze niż Ewangelia, lub to, co głosi Kościół. Jeśli zaś „chodzenie za” staje się absolutnym priorytetem, to może się okazać, że jakiekolwiek „zatrzymanie się” Jezusa jest niezwykłym dyskomfortem dla Jego naśladowcy. Innymi słowy – jestem tu już trzy miesiące, wszystko jest takie banalne, powtarzalne – nudne po prostu. Idźmy już gdzie indziej…

Tymczasem On każdego dnia, ciągle na nowo wzywa – pójdź za mną, a ja cię uczynię… I chcę o tym pamiętać i słyszeć to każdego poranka, kiedy z szacunkiem wciągam na siebie habit. Wiedzieć kim jestem i po co jestem. To możliwe tylko wówczas, kiedy Jego słucham bardziej niż siebie. Kiedy Jego słucham dziś. Każdego dnia.

A na koniec jeszcze małe zaproszenie…



środa, 6 stycznia 2021

Kateri Tekakwitha!!!


(Mt 2,1-12)
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”. Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela”. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: „Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon”. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny.

 

Mili Moi…
Dziś cudowny dzień… 5045 dzień mojego kapłaństwa… A dodatkowo Objawienie Pańskie, co jak wiecie, w naszym zakonie jest również połączone z losowaniem patronów na cały rok oraz sentencji, które maja nas w jakimś duchowym sensie prowadzić, czy pouczać w najbliższych miesiącach. W tym roku zaopiekuje się mną… Święta Kateri Tekakwitha (macie ją na zdjęciu). Chyba nigdy nie ucieszyłem się z patrona tak bardzo, jak tym razem… Ameryka znów tak blisko… Sentencja zaś, pochodzi chyba z pism o. Wenantego Katarzyńca, bo na jego setnej rocznicy śmierci opiera się tegoroczna idea – Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak się bierze niewidomych i dzieci…

Poza tym, doświadczyłem w minionych dniach, jak to Pan Jezus odpowiada na nasze modlitwy. Właściwie błyskawicznie. Przez kilka dni mówiłem Mu na adoracjach, że chciałbym Mu dać coś więcej z siebie, że wydaje mi się, że marnuję czas, a jest we mnie jakiś dynamizm, który może warto byłoby wykorzystać. No i nie czekałem długo. Najpierw telefon od mistrzyni postulatu urszulańskiego z Pniew, czy nie wziąłbym małego dnia skupienia dla postulantek i nowicjuszki (ten odbył się wczoraj) a dwa dni później telefon od siostry prowincjalnej sióstr franciszkanek z prośbą o skupienie dla sióstr juniorystek (to odbędzie się w niedzielę). A oprócz tego od jutra wizyta w Radio, w sobotę spotkanie formacyjne z małżeństwami on line. No i w międzyczasie trochę sportu (bo i tu staram się regularności przestrzegać, niezależnie od pogody). Zatem nudy nie ma…

Dziś w nocy Pan zaprosił do domu naszego współbrata Michała z Gdyni. Przeżył na ziemi 62 lata. Polecam go Waszej modlitwie. Trzy miesiące może minęło od diagnozy nowotworowej. To po raz kolejny mi uświadamia, że trzeba żyć szybko i mądrze. Jest tak wiele do zrobienia i szkoda tracić czasu na banał. Niech Pan mu da niebo…

A w Ewangelii dziś dwie grupy ludzi… Herod i mieszkańcy Jerozolimy, którzy boją się dziecka. Herod nie dziwi, bo to zaburzony psychicznie król, który wszędzie węszy spisek na swoje życie. Morduje nawet w tym kontekście swoje dzieci. Ale mieszkańcy Jerozolimy? Ci, którzy za Herodem nie przepadali (mówiąc najdelikatniej)? Być może zadziałał mechanizm – lepszy znany wróg niż zupełnie nowy. Tak, czy owak – Jezus nie ma wśród nich miejsca.

A po drugiej stronie mędrcy, którzy nie tylko mają wiedze, ale i doświadczenie, co sugeruje, że to już raczej starsi panowie. Nie tylko maja otwarte umysły, ale nadto jeszcze dużo gotowości w sobie na wchodzenie w nieznane, na podejmowanie przygody życia. Wyruszają w niebezpieczna i męcząca podróż po to, żeby paść na twarz przed dzieckiem. Idą za jakimś zjawiskiem nadnaturalnym, które wskazuje im drogę i TEN dom. Doświadczają radości. Jakby byli w zupełnie innym wymiarze. Ani nadęci, ani egocentryczni. Mądrzy po prostu…

Ale w tle są jeszcze ci, którzy zawsze są w tle, którzy nie musza być wspominani, żeby o nich pamiętać – OBOJĘTNI. Która gupa jest Twoja? W tę uroczystość można uroczyście zawołać – WYBIERZ SOBIE!

czwartek, 31 grudnia 2020

co przed nami?


(J 1,1-18)
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: „Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

 

Mili Moi…
No i 2020 rok powoli dobiega końca… Wielokrotnie o tym pisałem, ale napisze jeszcze raz. Dzisiejszy dzień nigdy nie miał i pewnie nie będzie miał dla mnie jakiegoś szczególnego znaczenia. Ani wielkich podsumowań, ani planów na przyszłość nie czynie. Choć jak każda chwila przełomu, jest on okazją do rzutu oka na dni minione.

Kończę ten rok z czterdziestu dwu przeczytanymi książkami. Trochę jestem rozczarowany, bo rok wcześniej było ich więcej, ale może tegoroczne były grubsze. 2020 rozpoczął się „Listami o kapłaństwie” kard. Mullera, a zakończył „Wieśniakiem znad Garrony” Maritaina. Ale nie tylko religijna lektura mi towarzyszyła… „Cieniom Treblinki” Czarkowskiego, czy „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” Bauma, „Płytkie groby na Syberii” Krupy, czy „Rozmowy z katem” Moczarskiego, to inne lektury tego roku… Podkreślam jak zawsze motto Umberto Eco – Kto czyta, ten żyje dwa razy… To najprawdziwsza prawda…

Wygłosiłem w tym roku dwadzieścia osiem serii rekolekcji. Też słabo… Ale to głownie z przyczyn pandemicznych… Mam tak wielką nadzieję, która dzieliłem się dziś z Jezusem na adoracji – żeby dał mi pracować jeszcze więcej. Żeby nie tracić czasu… Tyle jest jeszcze o Nim do opowiedzenia. A ja mam tego czasu z każdym dniem coraz mniej… Jak mawiał święty Maksymilian – raz się żyje, nie dwa razy. Chciałbym to moje życie wykorzystać naprawdę dobrze… Maksymalnie skupiając się na sprawach ważnych…

A przede wszystkim? Dziś w Ewangelii mówi do mnie zdanie – Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę. W tłumaczeniu Biblii pierwszego Kościoła to zdanie brzmi nieco inaczej – To Słowo, pełne łaski i prawdy, ciałem się stało i swój namiot postawiło wśród nas. I ZACZĘLIŚMY OGLĄDAĆ JEGO CHWAŁE. To jest chyba coś, czym chciałbym się zajmować w nowym roku – wpatrywać się w chwałę Pana. Nie w kłopoty, nie w trudności – nie chce dać im się zahipnotyzować. Ale w jasność mojego Boga, która nie oślepia, ale pociąga i fascynuje, krzepi i nasyca nadzieją, zaprasza i sama ku mnie się zbliża…

Tego również Wam z całego serca życzę… Niech to, co przed nami będzie pełne Boga. A z całą pewnością wszyscy będziemy bezpieczni +

sobota, 26 grudnia 2020

polecieć...?


(Mt 10,17-22)
Jezus powiedział do swoich Apostołów: „Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić. Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony".


Mili Moi…
Jak tam Wasze świętowanie? U nas jak zawsze… Między ołtarzem, a konfesjonałem… Dziś jednak miałem wolne popołudnie, więc postanowiłem odbyć… pielgrzymkę. Tak to sobie nazwałem, bo wybrałem się na… lotnisko. A w zasadzie głownie do kaplicy na lotnisku. Pomyślałem sobie, że mało jest takich miejsc, gdzie Pan Jezus będzie dziś tak samotny jak tam. Postanowiłem więc z Nim tam posiedzieć. Tym bardziej, że samotność w święta to moja specjalność – mam wypraktykowane, więc wiem jakie to uczucie. Razem zawsze raźniej. Piękna pogoda, zimno, więc oczywiście wyruszyłem pieszo. Nawigacja pokazuje, że to osiem kilometrów i czterysta metrów od naszego domu. Dotarłem w dobrym czasie, poadorowałem Pana. A potem… Okazało się, że autobusy na lotnisko dziś nie jeżdżą. Zatem… To była prawdziwa pielgrzymka. Właśnie wróciłem. Zmęczony, ale szczęśliwy.

Jutro ruszam na północ. Świętować również inne wydarzenia – rzecz jasna w cieniu Bożego Narodzenia. Bliscy mi ludzie wkraczają w dorosłość – kończą czterdzieści lat. Postanowiłem być z nimi w tej trudnej dla nich chwili. Ja to szczęśliwie mam już za sobą, więc mogę służyć radą i wszelką pomocą 😊. Ale to tylko dwudniowa eskapada. Potem trzeba wracać i zabierać się za rekolekcje zakonne. Od lutego rozpoczynamy sezon (przy założeniu, że cokolwiek z zaplanowanych spotkań się odbędzie). Gotowym być trzeba…

A dziś Szczepan i przeznaczona na jego święto perykopa ewangeliczna, przypomniały mi, że wiara to dar, który kosztuje. I to nie Bóg żąda zapłaty – On rozdaje za darmo. Zapłaty oczekuje świat. Jakby mówił – nie chcesz być „nasz”, to musisz płacić… Czasem ostracyzmem, czasem oziębieniem relacji, czasem złamaną karierą, czasem stratą finansową. Wreszcie – bywa, że i własnym życiem. Taki haracz, który w zasadzie jest nieunikniony. Gdybyście byli ze świata – powie Jezus – świat by was miłował… Ale jako, że nie jesteście – nienawidzi was, jak mnie pierwej znienawidził… I kiedy się o tym słucha, to nie boli… Gorzej, kiedy po haracz przychodzą do nas…

To trzeba mieć przećwiczone… Jak żołnierze, którzy na poligonach ćwiczą różne warianty działań zbrojnych, żeby w razie realnego starcia działać niemal automatycznie. Wierność wyznawanej prawdzie domaga się ćwiczenia. Wówczas godzina próby nie będzie straszna i paraliżująca. Będzie okazją do zwycięstwa. A stawka niebagatelna – życie wieczne.

wtorek, 22 grudnia 2020

ubłoceni...


(Łk 1, 46-56)
W owym czasie Maryja rzekła: "Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, zbawicielu moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego imię jest święte. Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją. Okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich. Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swe miłosierdzie. Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki". Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.

 

Mili Moi…
Najpierw uwaga techniczna… Bywa, że niektórzy z Was kierują do mnie różne pytania. Bywa, że czynią to w komentarzach, które ja przed zamieszczeniem zatwierdzam. Dostaję więc prostą informację – Anonimowy (bo często nie podano nawet imienia) skomentował twój wpis (i tu pada pytanie). Nie umieszczam tych komentarzy na blogu, bo jedyną możliwością odpowiedzenia na wspomniane pytanie byłoby… napisanie kolejnego komentarza. Odpowiedź miałaby charakter publiczny, a niektóre pytania z pewnością powinny zyskać odpowiedź raczej prywatną. Dużo lepszą formą ich zadawania jest kontakt przez Formularz kontaktowy (macie go po prawej stronie). Tam podajecie swojego maila i wówczas wiem, gdzie skierować odpowiedź. Zachęcam do podpisania się chociaż imieniem, bo naprawdę trudno pisać do kogoś nie wiedząc nawet czy jest mężczyzną czy kobietą.

Moje przedświąteczne dni, to doroczna robota… Przede wszystkim spowiadanie. W tym roku nieco inaczej – nie spowiadamy w konfesjonałach przez cały dzień. Taka decyzja naszego przełożonego. Ale na brak penitentów nie narzekam. Dni są raczej wypełnione. A w międzyczasie szukam chwili na (choćby) napisanie kartek świątecznych. Dziś ostatecznie i to zadanie sfinalizowałem. Dni skupienia w klasztorach sióstr w minionych dniach wygłoszone. Stajenka (mój pokój) wysprzątana. Można będzie świętować… Oczywiście wszystko w międzyczasie – pomiędzy Mszami, w które najbliższe dni będą obfitować.

Dziś, musze przyznać, byłem świadkiem przykrego zdarzenia. Jadąc po godzinie 15 do sióstr, słuchałem jakiejś rozgłośni radiowej. Zadzwoniono w niej do chłopca (młodego mężczyzny), który zgłosił się do jakiejś formy radiowej zabawy, która, jak zrozumiałem polegała na pomocy ludziom w nawiązywaniu zerwanych więzi. Chłopiec w swoim zgłoszeniu podał, że zerwała z nim dziewczyna, ponieważ przesadził podczas seksu. Na antenie dwoje dorosłych ludzi (mężczyzna i kobieta) nastawali na niego, żeby powiedział co tez takiego się stało (cały Poznań na to czeka). No więc po 15, jadąc autem dowiedziałem się, co ów chłopiec (młody facet) chciał, żeby zrobiła mu jego dziewczyna, czemu ona mu tego nie chciała zrobić, co robiła w zamian i że on jej zabrał „zabawkę”, a ona się obraziła i on dwa dni nie zadzwonił i ona go rzuciła, a byli ze sobą… już dwa miesiące.

I żebym był dobrze zrozumiany – ani łatwo się nie gorszę, ani to dowód jakiejś pruderii. Miałem tylko wrażenie, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Dwoje dorosłych ludzi wypuszcza szczeniaka, żeby na antenie opowiadał ze szczegółami o swoich ekscesach seksualnych wczesnym popołudniem. Nachalnie domagają się, żeby opowiedział co tam „tak naprawdę się stało”. W drugiej części miał nastąpić telefon do zainteresowanej, która, jak mniemam, miała się wypowiedzieć w tym samym temacie. A potem „radiowcy” mieli zobaczyć, czy coś się z tym da zrobić. Nie słuchałem już jednak. To było dla mnie zbyt wiele. Doświadczenie „zoologiczne”. Właściwie, w czasach, kiedy próbuje się człowieka sprowadzić do roli nieco bardziej rozgarniętego zwierzęcia, może nie powinno mnie to dziwić. A jednak ciągle dziwi… Nawet nie umiem powiedzieć czy oburza. Po prostu wciąż zdumiewa i dziwi. Kiedy czasem słyszę, że ktoś osiągnął „dno dna”, to nagle okazuje się, że pojawia się ktoś inny, kto dowodzi, że można się przebić jeszcze głębiej.

I w tym kontekście patrzę dziś na Przeczystą Dziewicę, która prowokuje mnie do postawienia sobie pytania o „oazy uwielbienia”. Czy w takim splugawionym świecie, gdzie wszystko jest wystawione na widok publiczny, nie należałoby szukać miejsc, gdzie przebywają ludzie gorliwie wielbiący Boga. Skromni, prości, ale zakochani w Nim. Dlatego, kiedy zadzwoniły wczoraj siostry klaryski z Pniew prosząc o kolejne rekolekcje ucieszyłem się niezmiernie. Kilka dni pośród takich ludzi. A przecież to nie jedyne miejsce. Odtruwajcie się, drodzy. Szukajcie takich miejsc. Szukajcie ludzi, z którymi będziecie mogli uwielbić Boga, bo inaczej zaleje nas muł i szlam, przysłaniając to, co prawdziwe i piękne…