czwartek, 30 stycznia 2014

logika daru...


zdj:flickr/JMC Photos/Lic CC
Mili Moi...
No u mnie właściwie bez zmian :) Wciąż czekam na tę godzinę upokorzenia, która ma nastąpić jutro o 18.00.  Jest jak zwykle... Czyli patrzę na tezę i... próbuję związać z nią jakiekolwiek treści. A tam... czarna dziura... Hasła "teologiczne podstawy ewangelizacji", "przepowiadanie w kontekście dechrystianizacji", "biblijne paradygmaty nowej ewangelizacji", czy "typy ewangelizacji" - mówią wam coś? Nie??? No nic dziwnego... Wam nie muszą :) Najgorsze, że ja jestem dokładnie w tej samej drużynie, co wy... Do mnie też nie mówią... A ja będę musiał o nich mówić... Już jutro... Oczywiście trochę żartuję... Uczę się, robię co w mojej mocy, efekt zna tylko Pan, ale ufam, że juro objawi go mnie i całej reszcie świata...

A dziś medytowałem nad tą lampą wniesioną do pomieszczenia. Pokorna musi być... Bo co to za lampa, która powiedziałaby - za mało tu ludzi, nie świecę... Bo ja zaczynam świecić od czterdziestu osób obecnych. Przy mniejszych grupach nie ma to sensu. Co to za lampa, która powiedziałaby - nikogo tu nie ma, szkoda mojego światła, jest zbyt cenne. Co to za lampa wreszcie, która byłaby tak skupiona na swoim świetle, tak dumna ze zdolności świecenia, tak wpatrzona w siebie, że to ona decydowałaby kiedy sie włączy i z jaką intensywnością będzie świecić... Bezużyteczność... Takie lampy nadają się tylko do schowania do piwnicy. W najciemniejszy kąt. Ale nie do oświecania domu...

Chcąc być lampą, podejmując tę misję, trzeba wejść w logikę straty... Lampa świeci czy ktoś jest w domu, czy nie; świeci dla jednego i dla pięciuset; świeci wówczas, kiedy trzeba, a nie wtedy, kiedy sama o tym zdecyduje... Do tego nikt nie jest zdolny sam z siebie. Bo poczucie własnej wartości i ułuda bycia "kimś" nieustannie osłabiają blask... Prawdziwie może świecić tylko ktoś "podłączony" do Jezusa. Bo On naprawdę wyprowadza z logiki egoizmu. Rozdał wszystko... Nawet w ostatniej chwili, kiedy wisiał na krzyżu - dał Matkę, oddał szatę, oddał tchnienie, dał przebaczenie... Wszystko. Ten blask trwa do dziś i nigdy nie przeminie. Każdy, kto decyduje się świecić Jego światłem musi wejść w Jego logikę. W logikę straty...

To nie ja decyduję kto zyska... To nie ja decyduję kiedy... Siewca sieje hojnie... Lampa świeci jasno... Taka jest jej misja, takie powołanie. Niezależnie od tego, gdzie ją postawią, ma świecić. Nie zastanawiać się co to za miejsce, nie oceniać wartości oświecanych, nie koncentrować na sobie, nie urządzać "festiwalu światła", ale pokornie służyć w mocy Tego, który ją zapalił...

To, według notatek, które studiuję przed jutrzejszym egzaminem, nazywa się mentalnością ewangelizacyjną. Świecenie bowiem (ewangelizacja) nie jest jakimś dodatkiem do mojego życia (i życia tych wszystkich, którzy decydują się świecić) - ono jest jego istotą... Logika daru - darmo otrzymałeś, dawaj darmo, dawaj chętnie, dawaj zawsze... Logika daru, logika miłości, logika światła...

środa, 29 stycznia 2014

wybieraj...


zdj:flickr/Muffet/Lic CC
Mili Moi...
No u mnie nuda... Uczę się... Ale opracowałem dobry system... Uczę się blokami. To znaczy - cztery minuty sie uczę, a potem sześć minut odpoczywam przy komputerze :) To daje znakomite efekty. Zdążyłem dziś przeczytać notatki... raz... prawie... No weeeeeeźźźźźccccciiiiieeeee... Jakoś to chyba będzie nie??? A może profesorowi zamarznie to i owo (na przykład płyn do spryskiwaczy) i zaliczy nam jakoś... telefonicznie, albo co...

W każdym razie, to co najważniejsze, czyli spotkanie ze Słowem się dokonało jak zawsze. A od jutra wprowadzam kolejną odsłonę mojego niecnego planu wobec własnego organizmu. To znaczy budzik zostaje nastawiony kolejne piętnaście minut wcześniej. Po to, żeby mieć więcej czasu na Słowo, żeby czytać bez pośpiechu, żeby spotkać się z komentarzem. Skracam czas na sen w dłuższych odstępach czasu, żeby nie doznać szoku :) W każdym razie doskonale wiem, że nie spotkam się ze Słowem w ciągu dnia. I muszę to zrobić rano. Zresztą jest wówczas tak cudownie cicho... Więc od jutra pobudka o 5.00 :)

 Dziś szczególnie zatrzymał mnie fragment o ziarnie Słowa, które padło na glebę skalistą. Nie zakorzeniło się, bo gleby mu brakowało... Tak znana przypowieść. Co z niej jeszcze można wycisnąć? Ja pomyślałem dziś o wielu ludziach, których spotkałem na swojej drodze i którzy naprawdę z wielką ochotą przyjęli Słowo. Niektórzy uczynili to z udziałem wielkich emocji (co nie znaczy, że pod ich wpływem), niektórzy przeżyli to dużo spokojniej. Ale zdecydowali się przyjąć Słowo. Jezus znalazł w nich dom... Na chwilę...

Nie przyszły na nich straszne prześladowania, nikt nie groził im śmiercią, nie zapadli na jakąś egzotyczną chorobę, nie ukąsił ich wąż. Nie... Po prostu zetknęli się z realiami życia i okazało się, że relacja z Jezusem wymaga. Niewiele, ale jednak - czasu, pamięci, zaangażowania... Tego "paliwa", które stało się ich udziałem, wystarczyło na chwilę. Niczym pięć panien z innej przypowieści nie zadbali o jego uzupełnianie i... Stracili smak. Stracili smak rzeczy Bożych. Bo, proszę ojca, wtedy jak byliśmy na tych rekolekcjach, to wszystko było takie cudowne, porywające, wydawało się takie proste... A dziś już tak nie jest... Szukam tego poczucia, ale go nie odnajduję. Moja modlitwa jak "suche rąbanie razowca", moje czytanie Pisma... hmmm... no nie ma czasu, moje pytanie o wolę Bożą - nie za bardzo... Wszystko zniknęło... Jest jak dawniej...

Trochę już takich smutnych historii przerobiłem. Co do przyczyn - one bywają bardzo różne. Ale zbiegają się zwykle w jednej - braku konsekwencji. Wyobraźnia podsuwa nam czasem przekonanie, że coś w naszym życiu duchowym "zrobi się samo". Tymczasem fakt, że wszystko jest łaską, nie oznacza, że z tą łaską nie trzeba współpracować. Przyjąć i odpowiedzieć na nią każdy może i musi osobiście.

Sam to tylko chleb pleśnieje... Ja musze wybierać. Albo Słowo, albo 15 minut dłużej śpię... Albo Słowo, albo oglądając telewizor zasypiam przed nim. Albo Słowo, albo idę na kręgle szósty raz w tym tygodniu. Albo Słowo, albo pijemy w sobotę... Albo Słowo, albo... (usłysz w swoim własnym sercu tę alternatywę).

I... wybieraj!

wtorek, 28 stycznia 2014

marzenia...


zdj:flickr/Krasava/Lic CC
Mili Moi...
Normalny człowiek budzi się raz... No na przykład rano, kiedy ma przystąpić do przeżycia nowego dnia. Budzi się, przeżywa dzień, a wieczorem kładzie się znowu. Ja dziś budziłem się... trzy razy! Wszystko to za sprawą sesji i niesłychanie kojąco - usypiających notatek. To jest w ogóle jakiś koszmar... Ja już jestem za stary na naukę :) No nie wchodzi... I na pewno nie zdam w piątek :) No ale jeszcze walczę... Jeśli nie zasnę jutro, to pouczę się znowu :)

Dziś Pan przyszedł z niesłychanie dobrą nowiną. To nic, że nie żyłem w Jego czasach, to nic, że nie mogę być na przykład Jego kuzynem i nie ma znaczenia, że urodziłem się dwadzieścia wieków później. On mówi mi dziś, że mogę być w dużo bliższej, dużo bardziej zażyłej relacji z Nim, która wynika... z mojego wyboru. jeśli tylko zechcę wypełniać wolę naszego Ojca, natychmiast staję się prawdziwym bratem Jezusa (tę relację wybieram spośród "bratem, siostrą i matką"). Potrzeba tak niewiele, a można być tak blisko...

Co jednak z tą wolą Bożą? Trzeba się czasem trochę natrudzić, żeby ją odkryć. Co więcej, można się pomylić. Tak jak dziś, zdaje się, pomyliła się Maryja z rodziną. Przecież oni przyszli powstrzymać Jezusa, bo słyszeli, że coś złego sie z Nim dzieje. Wydawało im się... No właśnie... Wydawało im się, że to oni mają rację. A Jezus udzielił im dość bolesnej lekcji. Wola Ojca jest najważniejsza. Ona nie gwarantuje świętego spokoju, ona nie wprowadza w błogość cichego i spokojnego żywota. Ale zawsze, ale to zawsze, niesie ze sobą pokój...

Święty Maksymilian mówił, że my w zakonie mamy z wolą Bożą dużo łatwiej. Bo mamy przełożonych, którzy nam tę wolę obwieszczają. I nie było w tym cienia ironii. On był do tego głęboko przekonany. Ale może właśnie dlatego utarło się o "woli Bożej" mówić w życiu zakonnym wówczas, kiedy przychodzi nam zmierzyć się z czymś trudnym, wymagającym, czymś, na co sami byśmy się nie zdecydowali. Najczęściej w takim kontekście słyszę określenie "wola Boża". Towarzyszy temu często jakaś rezygnacja. Poza zakonem nie jest inaczej. Ilekroć z kimś rozmawiam o woli Bożej, to najczęściej w kontekście walki, zmagania, trudności...

Niezwykle rzadko przychodzi nam do głowy powiedzieć że taka wola Boża, kiedy czujemy się szczęśliwi, kiedy zrealizowały się nasze marzenia, kiedy mamy w sercu radość. Nie przypominam sobie, żebym słyszał wówczas - tak, taka jest wola Boża, Pan chciał mnie uszczęśliwić. I to wydaje mi się być podstawowym błędem. Wola Boża naprawdę jest źródłem naszego uszczęśliwienia. I nie zawsze musi by związana z jakimś wyzwaniem, z kosztami, z walką. Twoje marzenia są czasem również Jego marzeniami. A Jego marzenia mogą stać się twoimi. Jeśli zechcesz... I to dopiero jest prawdziwy cud :)

Bóg spełnił bardzo wiele marzeń w moim życiu. Stało się to źródłem wielkiego szczęścia dla mnie i staram się tym dzielić obficie. Wiele z Jego wymagań było dla mnie trudnych, niektórych do dziś nie rozumiem. Ale i one mnie uszczęśliwiły, co widzę z czasem coraz wyraźniej. Martwi mnie tylko, że być może czasem z tą Jego wolą się rozminąłem, nie podjąłem jakichś wyzwań, w których oczekiwała kolejna porcja szczęścia, nie zawsze łatwego szczęścia, ale Bożego. A ono zawsze jest prawdziwe...

Kto pełni wolę Ojca... Ten mi jest bratem... Nawet te marzenia, których nie zaspokoili ludzie (mieć ojca, mieć brata) zaspokaja mój Pan... Dlatego jako świadek rekomenduję Jego wolę... Według mnie - nie ma nic lepszego! :)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

kiedy rozum śpi...


zdj:flickr/Kekka/Lic CC
Mili Moi...
No to weekend się skończył, zaczynamy się uczyć. Tak właśnie sobie powiedziałem... Otworzyłem notatki i... obudziłem się dwie godziny później. Ach, jakie to... studenckie :) Dopadają mnie wszystkie sesyjne zmory... Jak mawiają studenci, w sesji nawet ściany są ciekawe... Ale dzięki Bogu egzamin dopiero w piątek, więc może się jakoś ogarnę do tego czasu. Mam taką nadzieję...

Nie lubię krzykaczy... Nie ufam im... Z moich doświadczeń wynika, że im głośniej ktoś krzyczy przeciwko komuś, tym bardziej chce odwrócić uwagę od siebie, tym więcej sam ma do ukrycia. W takim świetle widzę dziś oskarżycieli Jezusa. Robią sobie panowie wycieczkę z Jerozolimy tylko po to, żeby mu powiedzieć, że działa pod wpływem złego ducha. Dlaczego krzykacze? A, to trzeba zobaczyć na własne oczy... Semici nie mają w zwyczaju zachowywać się powściągliwie, zwłaszcza kiedy stawiają zarzuty. Przekonałem się o tym wchodząc do synagogi przy Ścianie Płaczu w dzień szabatu... Kłótnie były absolutnie nie do zniesienia, mnóstwo gwałtownych gestów. Jak twierdzili ci, którzy byli tam ze mną, a znają nieco tamten język, chodziło... a jakże - o to, co wolno, a czego nie wolno w szabat... Ale dziś nie o tym. Raczej o tym, że grupa krzykaczy poddaje najbardziej absurdalny zarzut wobec Jezusa, jaki sobie tylko można wyobrazić. Belzebuba moc... To właśnie dlatego wyrzuca złe duchy...

Jezus jest zbyt delikatny, aby bronić się poprzez ukazywanie swojego dotychczasowego działania. Nie zamierza się odwoływać do swoich dokonań. Przywołuje raczej proste zasady logiki, które powinny tę sytuację wyjaśnić. Jak możliwe jest, że demon występuje sam przeciwko sobie? A że egzorcyzmy były realne i NAPRAWDĘ dochodziło do wyrzucania demona, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jak to więc możliwe? Być może to proste wyjaśnienie trafiło do prostych słuchaczy, ale czy do krzykaczy?

Wątpliwe... Oni bowiem byli tak zajęci obmyślaniem w jaki sposób zaszkodzić Jezusowi, że nie zważali na logikę. I być może wcale nie zauważali, że pod największym wpływem wspomnianego Belzebuba są oni... Kierując uwagę na Jezusa, odwracali ją od siebie. Ale uwagę tłumu? Nie... Swoją własną. Skupieni na Jezusie, nie musieli się już mierzyć z własnym sumieniem, które pewnie nieustannie im powtarzało - to nie jest w porządku. Musieli zająć czymś swoje myśli, musieli zająć czymś samych siebie, musieli na coś skierować swój wysiłek... A demon znakomicie nimi rozgrywał. Kolejne fale zawiści, przeradzającej się w nienawiść zalewały ich powoli, ale skutecznie. Skończyło się to fatalnie... Dla Jezusa... Ale jeszcze bardziej dla nich. Jestem przekonany, że demon nie mogąc świętować triumfu nad Jezusem zabrał się za swoich dotychczasowych, bardziej, czy mniej świadomych przyjaciół. Ale to tylko moje domysły. Nikt nie musi iść za nimi...

Obserwując jednak rzeczywistość, nabieram przekonania, że krzykaczy nie brakuje, absurdalność zarzutów stawianych w różnych kontekstach i różnym ludziom, jest zbliżona do tej dzisiejszej, ewangelicznej, a poziom nienawiści, który temu towarzyszy jest zadziwiający. Nie podaję konkretnych sytuacji, bo ich ocena nie jest wcale prosta. Chodzi mi raczej o styl uprawiania dyskusji (chciałem napisać dialogu, ale to niestety nie ma z nim nic wspólnego), chodzi o sposób podejścia do człowieka, chodzi o całą tę napastliwość i agresywną emocjonalność. Częstokroć wystarczy przywołać najprostsze zasady logiki i cała argumentacja wali się jak domek z kart. Wystarczy? No właśnie nie wystarczy... Bo krzykacze nie kierują się zasadami logiki. Przecież nie chodzi w tym wszystkim o logiczność zarzutów. Przecież chodzi o to, żeby zniszczyć, dokopać, pognębić (czyli dokładnie o to samo, o co idzie demonowi wobec człowieka od zarania dziejów).Krzykaczy logicznie, spokojnie, kulturalnie nie można przekonać. A kiedy rozum śpi, budzą się...  demony. W nas...


niedziela, 26 stycznia 2014

sztafeta trwa...


zdj:flickr/ressaure/Lic CC
Mili Moi...
Z cyklu - jest mi dobrze, bo... Ciepło w pokoiku i kawka na biurku... Spotkanie z braćmi dziś z okazji zaległych imienin Mariusza (z prowincji krakowskiej). Bez pośpiechu przeżywany dzień - może trochę bezproduktywnie, ale z pewnością w duchu odpoczynku i świętowania niedzieli...

 Dlaczego tak? Nie piszę tego po to, żeby kogokolwiek drażnić. Nie chcę wzbudzać w nikim (a zwłaszcza w tych, którzy nie mogą się tym wszystkim ucieszyć) żadnych trudnych emocji... Nie. Chodzi raczej o to, że wielu z nas takie właśnie oczekiwania ma względem życia z Jezusem. Czy nie o tym bowiem marzymy - żeby było ciepło, cicho, bezpiecznie, łagodnie... Żeby wszystko jakoś się udawało, układało, trwało... Najlepiej, żeby się nie wychylać, żeby nikt sobie o mnie specjalnie nie przypominał, żeby wieść życie ciche i spokojne... Oczywiście nieco wyolbrzymiam i przejaskrawiam. Może nie do końca o to nam chodzi, ale...

Kiedy czytamy o początkach działalności Jezusa, to właściwie trochę się tak zapowiada. Bo nie ma tam wielkich tąpnięć. Poza nazaretańską porażką, właściwie jest sympatycznie, miło i przyjemnie... Chodzi sobie po Galilei, tu kogoś uzdrowi, tam kogoś powoła... Nie ma jeszcze sporów, kontrowersji. Lud idzie za nim jak zaklęty. Patrzą na Niego z podziwem, chcą znaleźć się w Jego obecności. Chcą się Go dotknąć. Chcą, żeby to właśnie im wyświadczył jakąś łaskę... I komu to przeszkadzało? Dlaczego właściwie to się skończyło? Gdyby nie ta jego konfrontacyjność, gdyby nie chciał tak wiele osiągnąć od razu, gdyby miał więcej cierpliwości, gdyby działał rozważniej, gdyby...

Ale On wiedział co i jak ma czynić. I na nic nie zdadzą się te wszystkie "gdybania", bo nasze pomysły z pewnością nie są lepsze, tylko dlatego, że są nasze... Co z tego wynika? Ano przede wszystkim to, że uczestniczymy w wielkiej sztafecie, w której nie będzie wcale lekko, łatwo i przyjemnie... Dlaczego? Bo nasz Pan szedł po takiej drodze... Bo Prawda kosztuje... Bo trzeba dać coś z siebie... Można pewnie mnożyć powody. Rzecz w tym, że wielu w tej sztafecie zginęło. Niezależnie od tego czy była to sztafeta na etapie zapowiedzi (Jan Chrzciciel), czy sztafeta na etapie realizacji (prawie wszyscy Apostołowie). Udział w tej sztafecie bowiem wiąże się z uczestnictwem we WSZYSTKICH misteriach Jezusa. Nie tylko w tych łatwych, miłych, sympatycznych; nie tylko w tych związanych z aplauzem tłumu; nie tylko z tymi pełnymi wzruszeń... Ale również z tymi związanymi z pogardą, odrzuceniem, upokorzeniem, osamotnieniem, brakami wszelakimi... I pewnie nic dziwnego, że zbyt wielu chętnych na WSZYSTKIE misteria Jezusa nie ma... Raczej wolimy tkwić w tym, co lubimy, co sprawia nam przyjmność, co daje nam poczucie bezpieczeństwa...

Z tym większą wdzięcznością myślę dziś o tych Nauczycielach, którzy podjęli bieg w tej sztafecie niezależnie od konsekwencji. Wczoraj i dziś... Są, biegną, uczą, przewodzą... Z wdzięcznością myślę o Jezusie, który znając naszą słabość zostawił nam samego siebie jako pokarm, źródło siły w tym biegu... Swoją drogą, jakiś czas temu dostałem zapytanie od "nieśmiałej zszyfki" dotyczące Eucharystii i jej rozumienia. Pytanie opiera się na przesłaniu Cataliny Rivas, której wizja Eucharystii jest wielu z was z pewnością znana. "Zszyfka" pyta, czy ona, prosta katoliczka bez teologicznego wykształcenia, może tak przeżywać Eucharystię... "Zszyfko" droga, śmiem twierdzić, że znacznie łatwiej TAK przeżywać Eucharystię ludziom prostym, niż tym, którzy usiłują Boga teologicznie dookreślić i ponazywać. Oczywiście strzegąc się wszelkich uogólnień (bo wszak i serce teologa może zachować pokorę i prostotę) trzeba powiedzieć wprost - im prostsi jesteśmy przed Panem, tym głębszego poznania samego siebie nam On udziela. Im biedniejsi i stęsknieni jesteśmy podczas Eucharystii, tym szerzej Jego serce dla nas się otwiera... Trzymaj ten kierunek - pragnij, tęsknij, proś... I przeżywaj sercem te spotkania, które są podstawą dla naszego biegu ku świętości, Niech one staną się dla ciebie i dla nas wszystkich źródłem siły do wejścia we WSZYSTKIE misteria Chrystusa. Bo jeśli zdecydowaliśmy się za Nim iść, to ze wszystkimi konsekwencjami... A On nas nie zostawi i nie opuści... Nigdy... Sztafeta trwa... Więc... Podaj dalej...

sobota, 25 stycznia 2014

cud Jego obecności...


źródło - You Tube
Mili Moi...
 Nieopatrznie wyszedłem dziś na zewnątrz. Niby nic... Osiemnaście stopni mrozu, to nie chicagowskie trzydzieści sześć... Ale jednak. Zdominowało mnie marzenie o ciepłym kocyku i kubku gorącej kawy w dłoni... I teraz, kiedy siedzę w ciepłym pokoju i patrzę za okno na wirujące delikatnie płatki śniegu, myślę sobie o tym, jak wielu trosk Pan mnie pozbawił w moim życiu... To wciąż kontynuacja mojej długiej już medytacji nad uczciwością mojego życia. Czy ono jest rzeczywiście całkowicie Jemu poświęcone? Bo to byłoby uczciwe... Nie muszę się troszczyć o dach nad głową, nie martwię się o to, co rano będzie w misce, nie drżę z niepokoju jak zapłacę za gaz w kolejnym miesiącu... O to wszystko nie muszę się troszczyć... No więc o co się troszczę? Co stanowi obiekt moich życiowych zabiegów. Bo to muszą być sprawy Boże - inaczej nie jestem uczciwy... Jak by to powiedział święty Franciszek - jestem złodziejem... Korzystam z pracy innych, nic nie dając od siebie... Nazywał takich "braćmi muchami". Musiał już wówczas widzieć wielkie niebezpieczeństwo takich braci, kapłanów, którzy przychodzili do zakonu "się urządzić". Bo można... Jak wszędzie... Uczciwość... Mocne słowo. Zwłaszcza współcześnie...

Dzisiaj zakończenie Markowej Ewangelii... O znakach, które towarzyszyć będą wierzącym... Poczułem znów ogromne pragnienie, żeby Pan mi ich udzielił... Do służby... Żeby docierać, przedzierać się przez obojętność świata, prowadzić ludzi do Jezusa... Marzy mi się wiara traktowana jako coś najnaturalniejszego na świecie. Bez jakiegokolwiek zadęcia, bez nabudowywania nad nią wszelkich towarzyskich baldachimów, bez nieśmiałości i skrępowania... Tak po prostu... Ufnie, przed Jezusem... Jeśli ktoś przychodzi do mnie ze swoją troską, to nie czekam na lepszy czas, nie obiecuję modlitwy, którą zaniosę kiedyś przed tron Boży, nie pocieszam go teologicznymi formułami o transcendentnej obecności Boga, który jest zawsze... Nie. Biorę go po prostu za rękę, staję z Nim przed Jezusem, przytulam do serca i w duchu najprawdziwszej miłości zanoszę go do Najczulszego... Tak to sobie wyobrażam... Ale wciąż sam tak nie potrafię... Uczynić z wiary nie element doklejony do reszty życia, ale treść, na której cała reszta jest nabudowana, z której cała reszta wypływa...

Dwie rzeczy, moim zdaniem, są do tego niezbędne... Otwartość i bezgraniczne zaufanie Jezusowi. I w jednym i drugim widzę jeszcze sporo braków. Dlatego pewnie to, co powinno być moją codziennością, to, o czym tak intensywnie marzę, dokonuje się tylko okazjonalnie, choćby na takich rekolekcjach jakie ostatnio przeżyliśmy z "moimi dzieciakami" w Gdańsku... Tam zaufania nie brakowało, a i otwartość z mojej strony (ale nadto z ich strony) była wielka... Działy się cuda... I do dziś się dzieją, co wynika z tych informacji, które od nich samych otrzymuję... A największym cudem jest trwałe zanurzenie w Jego miłości... Żadne branie węży do rąk nie może się z tym równać... A jakiekolwiek inne cuda, do tego największego mają prowadzić - do odkrycia Boga, jako Miłującego...

Trzeba marzyć... Bo marzenia zmieniają się w rzeczywistość.... Bardzo często. Dlatego ufam, że przyjdzie jeszcze kiedyś taki dzień (może całkiem niedługo), w którym bez jakiegoś większego zażenowania, bez niespokojnych uśmieszków, bez obawy złapię właśnie ciebie za rękę i z tobą stanę przed Jezusem... I oboje (obaj) doświadczymy cudu. Cudu Jego obecności...

PS. Zamieszczam filmik, który znalazłem wczoraj... Dla mnie to 43 minuty miłości zamkniętej w dźwiękach... Nawet jeśli nie znacie angielskiego, warto tych dźwięków posłuchać...

piątek, 24 stycznia 2014

a co zrobiłeś dla mnie?


zdj:flickr/Niels Linneberg/Lic CC
Mili Moi...
Mróz taki, że nosa nie chce się wytknąć z ciepłego pokoiku... Ja się dziś dodatkowo rozgrzewałem żelazkiem :) Nie prasowałem co prawda rzeczy na sobie, ale ciepło mi się zrobiło... Pięć godzin oddawałem się temu zacnemu zajęciu... Ono ma jedną, ważną cechę, o której już chyba pisałem i która mnie w nim cieszy... Widać efekty... A chłopy już tak mają, że lubią je widzieć szybko...

Niemniej i na dworze dziś pospacerowałem... Kolega rocznikowy zaprosił mnie na sushi... Jak mogłem odmówić? Najlepsze jedzenie na świecie :) Ale żeby nie popaść w jakąś piątkową niepowściągliwość, połączyłem spacer z odprawieniem Drogi Krzyżowej... Przyznam szczerze, że z dużym rozbawieniem zauważam czasem wzrok ludu Bożego, który na mnie spoczywa podczas odprawiania tego nabożeństwa. Jest najczęściej pełen zdumienia. Pierwsze spojrzenie zatytułowałbym - po co ten chłop tak łazi po tym kościele i klęka co chwilę? Kiedy już widz ułoży sobie w głowie po co, wówczas następuje drugie spojrzenie pod tytułem - to już mamy Wielki Post??? Czyżbym czegoś nie zauważył?

A Słowo? Ono mnie dziś kieruje mocno ku mojemu powołaniu... Wybrał Apostołów, aby byli z Nim i aby mógł się nimi swobodnie posługiwać. Pomyślałem sobie dziś, że Pan naprawdę sporo we mnie zainwestował, ale czy może na mnie liczyć? Tak po prostu... Zawsze... W każdych okolicznościach... Te imiona Apostołów. Każde wymienione. Znak tego, jak każdy z nich jest ważny. Każdy ma swoje miejsce w tym Bożym planie. Każdy ma jakieś zadanie.. Każdy jest Mu jakoś potrzebny. I ja jestem... Tylko czy rzeczywiście daję z siebie wszystko???

Jakiś czas temu jeden z kolegów, który naprawdę jest obciążony wieloma obowiązkami, opowiadał mi, że jego kolega sąsiad, również kapłan, pojawia się czasem u niego a to w drodze na basen, a to w drodze na siłownie, a to w drodze ku jakimś innym atrakcjom i powtarza mu swoją złotą maksymę - za dużo pracujesz, powinieneś zrobić coś dla siebie... Emocji, jakie to wzbudza w adresacie, pozwolę sobie nie cytować... Pomyśleć o sobie, zrobić coś dla siebie...

To jest chyba jedna z wielkich pokus kapłańskich, które przed nami stoją. I groźne pewnie nie jest samo działanie służące relaksowi. On jest potrzebny każdemu, księdzu też. Ale chodzi raczej o zachwianie proporcji. Ponieważ "robienie czegoś dla siebie" może nagle stać się życiowym celem, wobec którego inne cele schodzą na plan dalszy. A wówczas to prawdziwa równia pochyła. I można by postawić pytanie o istotę powołania... Widzę Jezusa, który stoi przed każdym z nas, kapłanów i zadaje pytanie - a co robisz dla mnie? Tak po prostu dla mnie? Nie dla posługi, nie dla realizacji obowiązków, nie dla "haju" który odczuwasz, gdy duszpasterzujesz... Dla mnie...

I znów dziś pomyślałem, że to moje studiowanie, to tak trochę jednak dla siebie. Choć jest ono darem od Niego. Na pewno... Ale przeżywam je dla Niego? Chyba nie... Ileż rzeczy w swojej codzienności robię dla siebie, ze względu na siebie? Nawet jeśli robię dla innych, to przecież częstokroć również dla siebie... A ON?

Przypomniałem sobie świętą Teresę od Dzieciątka Jezus, która była skupiona w swoim życiu na robieniu małych przyjemności Jezusowi. Jeśli On mnie powołał, wybrał, tak bardzo umiłował, że chciał mieć tylko dla siebie, to czyż nie powinienem wszystkiego, absolutnie wszystkiego robić dla Niego? Tu jest naprawdę dużo miejsca na zapomnienie o sobie... Aby byli z Nim... Podstawowy motyw powołania! Aby byli z Nim... Nie sami ze sobą, dla siebie, ku sobie...

Zanim więc następnym razem zrobię coś dla siebie, chcę usłyszeć Jego pytanie - a co dziś zrobiłeś dla mnie??? Tak po prostu...