A może trzeba inaczej… To „ja też zostałem wybrany” i dołączony do nich. Do
tych ze mną i do tych przede mną i do tych, którzy jeszcze się nie narodzili, a
których już Bóg w swoim cudownym planie wybrał. Pokusa indywidualizmu i
czynienia wszystkich na swój obraz i podobieństwo nie omija pewnie żadnego
środowiska. Ale ja znam moje własne, więc mogę mówić o sobie. Nikt nie zrobi
tak jak ja, nikt nie powie tak jak ja, nikt nie jest ofiarny tak jak ja…
Uśmiecham się, pisząc te słowa, Bo jest to tak wyraźna głupota, że aż trudno
uwierzyć, że może powstać w głowie inteligentnego człowieka. A jednak powstaje.
W mojej.
Bronię się jak potrafię. Szukam lepszych. Szukam wzorców. Karcę samego
siebie i stawiam w szeregu. Ale pycha musi otrzymać jeszcze wiele ciosów. A ja
mam nadzieję, że ona umrze przede mną. „Najgorsze” w tym wszystkim jest to, że
często coś mi się udaje, wychodzi, zbiera dobre recenzje… Wszystko to ulotne i
kruche, ale pompuje, pompuje, pompuje… Jezus wybrał Dwunastu, a nie wyłącznie Piotra
z kolegami. Każdy z nich był Mu drogi i wartościowy w Jego oczach. Każdy był
wolny i robił użytek ze swojej wolności. Każdy będzie z tego sądzony. Ale przez
Niego, nie przeze mnie. A żyć razem
trzeba. Patrzeć na siebie z szacunkiem, przekazywać sobie znak pokoju, ale nie
jak piekarz z kominiarzem, szukać czegoś dobrego w drugim, choć na pierwszy
rzut oka to sprawa beznadziejna. Oj, wiele refleksji to słowo dziś we mnie
prowokuje. A przede wszystkim o tym, co ja sam zrobiłem z moim powołaniem? Co
robię? Czy realizuję je w maksymalnym wymiarze, czy mam może strefy cienia, w
które sam boję się wejść i udaję, że ich nie ma?
Dziś przeczytałam List księdza Szymika do młodszego brata w kapłaństwie.
Wywołał tak wiele kontrowersji, bo ksiądz Szymik zakwestionował dogmat
współczesności, że terapia potrzebna jest i basta. Bo ksiądz ma PRAWO do
słabości. Coraz bardziej absurdalnych praw bronimy. Pewnie, że słabości trzeba
pokonywać, wzmacniać i czasem leczyć na różnych drogach. Daleki jestem od
uproszczeń, ale będąc księdzem od dwudziestu lat, widzę swoistą modę połączoną
z naiwnym przekonaniem, że terapią da się załatać dziury, które mają zupełnie
inne niż psychologiczne źródła. Tak wiele dwuznaczności, tak wiele
połowiczności w tym naszym kapłańskim życiu, że to musi rodzić napięcie. Jeśli ktoś,
dla przykładu, więcej energii i czasu wkłada w kolekcjonowanie japońskich
mieczy, niż w życie Ewangelią i swoją własną posługę, to śmiem twierdzić, że
terapia niewiele pomoże. Co najwyżej uzasadni potrzebę tego fantastycznego
hobby. Temat szeroki, ale widzę, że
najskuteczniejszy sposób na zabicie wszelkiej ofiarności, to rozpocząć terapię.
Wówczas ludzie zaczynają „się szanować”, a „święty rower” dwie godziny dziennie
ma być źródłem rozwiązania ich napięć. Wtedy dopiero nabierają praw… Ksiądz
Szymik wie, że nie tędy droga. I wielu z nas czuje podobnie. Nie kwestionuję
przekonania, że niektórym z nas jest to bardzo potrzebne dla lepszego
zrozumienia samych siebie i poukładania sobie spraw w głowie i w sercu. Ale
dokumenty o życiu zakonnym (choćby Congregavit nos in unum Christi amor z 1994
roku), mówią bardzo jasno, że nadmierne zaufanie do tych narzędzi jest złudne.
Ja w ostatnim czasie zdążyłem poprowadzić sesję dla sióstr serafitek w
Rzeszowie na temat śmierci i rekolekcje zakonne dla braci kapucynów w Krynicy
Morskiej. Wygłosiłem dzień skupienia dla Braci Mniejszych w Poznaniu i
prelekcję o świętym Maksymilianie dla grupy studentów. Teraz zaś pilnie
przygotowuję pierwszy Maryjny Dzień Skupienia w naszym Sanktuariu, który już w
najbliższą sobotę. Kto odpowie i skorzysta z zaproszenia? Zobaczymy… Teraz już
lecę na adorację, bo, jak mówi ksiądz Szymik – jedynym, bez którego nie da się
żyć, jest Bóg…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz