poniedziałek, 18 kwietnia 2016
niedziela, 17 kwietnia 2016
i tęsknie...
zdj:flickr/Patryk/Lic CC
(J 6,55.60-69)
W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: Ciało moje jest prawdziwym pokarmem,
a Krew moja jest prawdziwym napojem. A spośród Jego uczniów, którzy to
usłyszeli, wielu mówiło: Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? Jezus
jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: To was
gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był
przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam
powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie
wierzą. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto
miał Go wydać. Rzekł więc: Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść
do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca. Odtąd wielu uczniów Jego odeszło
i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie
odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa
życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.
Mili Moi…
Dni płyną, a my
jeździmy… Już słabo mi się robi na widok samochodu… Setki mil przejechane, ale
i wrażeń nie brakuje… Niagara obejrzana, także z kanadyjskiej strony. Ostatnio widziałem ją stamtąd 10 lat temu. Znacznie ciekawsze wrażenie, niż od
strony USA. Przejście przez granicę… Cóż… Do Kanady średnio miło, ale z
powrotem, wręcz przeciwnie. Może to zasługa pana Zawistowskiego, który nas
odprawiał. Miły młody człowiek, który już niestety nie mówi po polsku, ale… aż
chciało się wracać…
Środa to dolny
Manhattan. Muzeum 9/11, które zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Najpierw trochę
ruin i kiedy już zacząłem się zastanawiać co w tym ludzie widzieli, że
niektórzy mi tak zachwalali, wówczas weszliśmy w ekspozycję dotycząca zamachu
minuta po minucie… Wszystkie nagrania… Głosy ludzi… Treść ich telefonów do
rodzin… Skaczący z okien… Wstrząsające… Ale chyba najbardziej poruszyły mnie
nagrania… odprawy zamachowców na lotnisku. Nigdy wcześniej tego nie widziałem…
Zwyczajni ludzie… W białych koszulach. To jakoś szczególnie uzmysłowiło mi, że
śmierć czasem nadchodzi z zupełnie niespodziewanej strony. Z zaskoczenia…
Czwartek to już
amisze i Lancaster. A po drodze nazaretański uniwersytet w Philadelphii. Pogoda
nam się zrobiła iście wiosenna, więc z wielką przyjemnością spacerowaliśmy. Na
mnie znów największy wrażenie zrobił cmentarz sióstr. Bardzo ich tam wiele, a
prawie wszystkie nazwiska polskie. Żyły, modliły się, pracowały dla Jezusa. I
tam ich prochy czekają na zmartwychwstanie. Każda miała swoją historię, każda zaniosła
przed tron Pana jakieś dobro uczynione… Piękne miejsce. A wieczorem…
Przedstawienie „Samson” (którego trailer u dołu zamieszczam. W ubiegłym roku
widziałem w tym samym teatrze sztukę „Józef”, ale muszę przyznać, że ta
podobała mi się jeszcze bardziej. Poruszające… I cenne refleksje. Jak choćby ta
– łaska jest jak włosy – możesz zdecydować, że je obetniesz, ale one i tak
odrosną. Chwała Najwyższemu za to miejsce, gdzie Biblia staje się tak prawdziwa…
Piątek to już
spokojny kurs statkiem wokół Manhattanu i leniwy spacer po mieście.
Najważniejsze miejsca odwiedzone. Można myśleć o następnym tygodniu wypraw… A
dziś pochowałem kolejnego, odwiedzanego przeze mnie chorego. Joseph w lutym
skończył 100 lat. Dziś odszedł po zasłużoną nagrodę. Polski weteran. Pięknie zabrzmiał
nasz hymn śpiewany na koniec Mszy… Siostry dziś w gościach, a ja nadrabiam
tygodniowe zaległości. Wszak nie mam urlopu i proboszczowanie trwa…
A dziś, kiedy
słyszę Pana mówiącego – wśród was są tacy, którzy nie wierzą, to moje serce
drży. Bo natychmiast nasuwają się kolejne pytania – ilu ich jest? No i chyba
naturalnie – którzy? Jak to dobrze, że Bóg nie daje mi wglądu w ludzkie serca i
tylko On zna poziom wiary innych. Ale za to dał mi możliwość spoglądania w moje
własne. Tam szukam wiary, tam ją znajduję, tam ją chcę budować. Innymi mam się
zajmować tylko służąc im pomocą w ramach moich ludzkich możliwości. Cała reszta
zależy od Ojca, który tak wielu z nas dał łaskę – włączył nas przez chrzest do
tej wspólnoty zbawienia, jaką jest Kościół. A co my na to? O tym może powiem
kilka słów jutro… Postaram się…
Dziś, po
zakończonych uroczystościach 1050 rocznicy chrztu Polski chcę tylko wyrazić
wdzięczność mojemu Panu. Za to, że wierzę i że ta wiara nadaje sens mojemu
życiu. Za to, że nie wyobrażam sobie mojego życia bez Niego. I za to, że wciąż za
Nim tęsknię… Baaaaardzo…
wtorek, 12 kwietnia 2016
a po co?
zdj:flickr/Alessandro Grussu/Lic CC
(J 6,22-29)
Nazajutrz po rozmnożeniu chlebów lud, stojąc po drugiej stronie jeziora,
spostrzegł, że poza jedną łodzią nie było tam żadnej innej oraz że Jezus nie
wsiadł do łodzi razem ze swymi uczniami, lecz że Jego uczniowie odpłynęli sami.
Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie spożyto chleb po modlitwie dziękczynnej
Pana, przypłynęły od Tyberiady inne łodzie. A kiedy ludzie z tłumu zauważyli,
że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do
Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu,
rzekli do Niego: Rabbi, kiedy tu przybyłeś? W odpowiedzi rzekł im Jezus:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli
znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten
pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn
Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli
do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając
rzekł do nich: Na tym polega dzieło /zamierzone przez/ Boga, abyście uwierzyli
w Tego, którego On posłał.
Mili Moi…
Dziś kilka słów ze
szczególnego miejsca… Z moimi gośćmi trafiliśmy nad Niagarę. Nie pierwszy już
raz oglądam wodospad, ale za każdym razem coraz większe rozczarowanie. Dziś
spowodowane remontem, który sprawia, że właściwie niczego nie da się zobaczyć.
Ale, jako że dotarliśmy tu późnym popołudniem, to ufam, że nadrobimy wszystko
jutro, bo dziś wszelakie atrakcje były niedostępne. Poza tym pogoda „pod
zdechłym Azorkiem”, więc z radością delektujemy się już hotelowym spokojem…
Oczywiście podróżowanie
z dwiema siostrami zakonnymi musi nastręczać niemało wesołych sytuacji. Wczoraj
w Nowym Jorku podszedł do nas po dłuższym czasie obserwacji niejaki Mark, który
koniecznie chciał nam zafundować deser i kawkę, bo siostry uruchomiły w nim
falę wspomnień. Chodził swego czasu do katolickiej szkoły, mama była
katoliczką, on sam nieco odsunął się od wiary… Bardzo miły człek… Miał
wprawdzie pomarańczowe okulary, niebieską kurtkę i różową torbę na zakupy, ale…
Dziś natomiast przeżyłem mój kolejny „pierwszy raz”. Wiele razy zastanawiałem
się kiedy to nastąpi, a tu dziś… Zostałem zatrzymany przez policję… Na drodze
rzecz jasna… Pan podszedł i zapytał czy wiem za co… Oczywiście wiedziałem.
Troszkę za szybko chciałem nad tę Niagarę dotrzeć… Ale pan policjant zamiast na
moje prawo jazdy, zaczął zerkać do wnętrze samochodu… Wyraz jego twarzy… Do tej
chwili nie wiem jak go opisać… Młody człowiek… Ale gdybym miał podać przykład
na „opad szczęki do ziemi” to już chyba zawsze ten policjant będzie moim
punktem odniesienia. Zgiął się wręcz w pół i zaglądał, zaglądał, zaglądał… W
końcu się ocknął i wziął moje prawo jazdy… Obejrzał je niedbale i zapytał – a ty
jesteś księdzem? Skwapliwie potwierdziłem (bo wiem, że mój habit nie jest
jednak wystarczająco czytelnym znakiem dla wielu). Na co pan uśmiechnął się,
oddał mi prawo jazdy i powiedział – to zwolnij trochę, dobra? Wesoło nam było ze
trzy godziny…
Poza tymi wesołymi
przygodami, modlimy się wspólnie i gawędzimy… Dziś towarzyszy mi myśl o motywacjach
poszukiwania Jezusa. One mogą być takie różne. Ale zastanawiam się czy w ogóle
jakieś są? Czy my je sobie uświadamiamy? Po co my do Niego przychodzimy? On ma
tylko jedno pragnienie. Dziś o nim mówi. To zresztą również pragnienie Ojca.
Abyście uwierzyli…
Rzecz jasna nie
chodzi o intelektualny fakt. Ten jest najłatwiejszy z całego aktu wiary. Chodzi
o przeżywanie wiary jako relacji z Kimś, kto sam stał się chlebem. Nie tylko po
to, żeby głód cielesny w nas zaspokoić, ale nade wszystko, aby wypełnić najgłębsze,
duchowe pragnienia naszego serca.
Po co nam więc ta świadomość
motywacji? Bo jeśli nie będziemy wiedzieli po co do Niego przychodzimy, to z
cała pewnością nasze głody nie zostaną zaspokojone. Byłoby to bowiem ze szkodą dla nas. Nie zauważylibyśmy działania naszego Boga. Nie skorzystalibyśmy tak
naprawdę. Wzięlibyśmy coś, czego wartości nie zdołalibyśmy ocenić. Perły wobec…
Dlatego tak bardzo nam potrzeba świadomości. Tego, co Bóg może i tego, co
pragnie dla nas uczynić… A potem dzieją się cuda… Bo już wiemy o co prosić w
modlitwie…
niedziela, 10 kwietnia 2016
w Jego Kościele...
zdj:flickr/barnyz/Lic CC
(J 21,1-19)
Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli
razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej,
synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do
nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i
wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus
stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus
rzekł do nich: Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: Nie. On
rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili
więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra
ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to
jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i
rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z
rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko - tylko około dwustu łokci. A kiedy
zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz
chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili.
Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu
pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała.
Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się
zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus
przyszedł, wziął chleb i podał im - podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak
Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. A gdy spożyli
śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz
Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.
Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego:
Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię
kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie,
synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci
powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty
wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę,
powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś.
Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i
poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią
uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną!
Mili Moi…
W piątek odebrałem
cenną przesyłkę z Polski… Siostry zakonne doleciały szczęśliwie i zaczęła się
ich amerykańska przygoda. Wczoraj o poranku opowiadały o sobie dzieciakom w
Polskiej Szkole, a w południe pierwszy wyskok do Nowego Jorku. Pogoda
przeokrutna. Kilka stopni powyżej zera i padający przez cały dzień deszcz.
Okazało się, że najgorzej ubranym z tego towarzystwa… byłem ja… Zmarzłem
strasznie. Ale zobaczyliśmy mnóstwo rzeczy. Oczywiście nie zabrakło iście
amerykańskiego, klasycznego wydarzenia. W katedrze świętego Patryka podszedł do
nas czarnoskóry wielkolud, dobrze ubrany. Rozłożył ramiona i poprosił, żebym go
uścisnął. Mówię, że jestem cały mokry od deszczu. On na to, że to holy water…
Uściskaliśmy się serdecznie, potem wyściskał siostry. Powiedział nam jak
strasznie się cieszy, że nas w tej katedrze widzi. I poszedł dalej. Siostry
mówią – skąd się znacie? A ja na to – pierwszy raz chłopa na oczy widzę… Ale
już dawno nikt nie cieszył się na mój widok jak ten człowiek. Nie pamiętam też
tak szczerego i nieudawanego powitania… Takie rzeczy tylko w Ameryce… :)
A dziś myślę sobie
o „miejscu w Kościele”. Zobaczcie, że zarówno Jan, „umiłowany uczeń”, jak i
Piotr mają swoje zadania we wspólnocie. Zdumiewa mnie, że to przewodniczenie
wspólnocie nie zostało ostatecznie powierzone Janowi. Wszak Jezus mógł
powiedzieć – no dobra, Piotrze, chciałem cię zrobić szefem, ale zawiodłeś na
całej linii. Podczas gdy ty mnie zdradzałeś, Jan stał pod krzyżem, jemu
powierzyłem swoją Matkę, jemu więc również zawierzę przewodzenie w moim
Kościele. Nic takiego nie nastąpiło… Jan miał inne zadanie – miał poprowadzić
Kościół w głąb. Miał Mu pokazać w co wierzy i miał objawić najgłębsze poruszenia
serca Jezusa. Piotr zaś… jego misja trwa. Nawet grzech i ludzka słabość nie
mogła jej zniweczyć. Serce Piotra uwolnione przez przebaczającą miłość Jezusa
jest w stanie na nowo zmierzyć się z zadaniami jemu powierzonymi. On ma swoje
miejsce w Kościele…
A Ty? A ja? Co do
Ciebie Pan powiedział podczas śniadania wielkanocnego? Co Ty zobaczyłeś stojąc
pod krzyżem w Wielki Piątek? Jaka jest Twoja misja? Bo przecież nie chodzi
tylko o kilka groszy wrzuconych do koszyka na ofiarę. Bo przecież nie chodzi
tylko o to, żeby przyjść do kościoła i coś tam zaczerpnąć. Chrześcijanin jest
dawcą. Przede wszystkim dawcą. Bóg chce się posługiwać Tobą. Ty jesteś dla
Niego ważny. Nie tylko Twój grosz. Dlatego jeśli siedzisz w kościelnej lawie i
masz jakiś talent, wiesz jak coś zrobić, coś tam umiesz, to nie czekaj aż Cię
poproszą, ale idź i powiedz – jestem, gdybyście mnie potrzebowali. Nie mów „nie
mam czasu”, „to nie dla mnie”, „niech inni zrobią”. Bez Ciebie Kościół jest
niepełny. Bez Twojego zaangażowania i podjęcia świadomej odpowiedzialności za
tę wspólnotę, w której Bóg chce Cię zbawić... Nie czekaj... Pokaż Jezusowi jak
Go kochasz – w Jego i Twoim Kościele… W Twojej parafii….
piątek, 8 kwietnia 2016
wznieś się...
zdj:flickr/Bob Lockwood/Lic CC
(J 6,1-15)
Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.
Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.
Mili Moi…
Z wielkim niepokojem patrzę na to jak rzadko udaje mi
się tu zajrzeć… Naprawdę chciałbym częściej, bo refleksji nie brakuje. Ale
kiedy jedyne chwile dnia, w których mógłbym napisać kilka słów nadchodzą, to jestem
już zwykle tak zmęczony, że padam na pyszczek… A atrakcji wiele…
Wczoraj na przykład popsuł mi się samochód. I
błogosławię Pana, bo jest dobry. Czy to nie opatrznościowe, że właśnie wczoraj,
czyli właściwie tuż przed naprawdę długimi trasami? Popsuł się solidnie, co
sprawi, że naprawa pochłonie półtora mojej miesięcznej, proboszczowskiej
pensji. Ale co zrobić? W tej rzeczywistości bez samochodu ani rusz. A jak
wspominałem odbieram dziś z lotniska cenną przesyłkę – dwa wielebne naczynia konsekrowane
w postaciach sióstr zakonnych, z którymi czeka mnie w najbliższych tygodniach
sporo mil przejechanych. Ufam, że bezpiecznie i z dużą dozą radości.
Wczoraj też bardzo piękne spotkanie małżeństw na temat
– jak traktuję Boga w moim życiu? Cieszy mnie, że utrzymuje się dość stała
liczba osób. Ale to, co cieszy mnie najbardziej, to fakt, że te nasze spotkania
zaczynają mieć taką formę, o jaką od początku mi chodziło, a mianowicie –
zaczyna się jakaś rozmowa między nami. To już nie jest tylko przekaz
jednokierunkowy, ale pojawiają się pytania, a niektórzy nawet pokusili się o
wyrażenie swoich myśli. To dużo… Bo z tą otwartością nie jest wcale tak łatwo. I
ja to rozumiem. Tym bardziej się cieszę z każdego kroku, który udaje nam się uczynić
wspólnie.
Takim motywem, który nam wczoraj towarzyszył, był Bóg,
który może wszystko i jest naprawdę zainteresowany relacją z nami… Dziś, jakby
na potwierdzenie tych intuicji, widzimy Jezusa, który karmi głodnych. Każdy
człowiek w tym tłumie ma dla Niego znaczenie, każdy jest Mu drogi, wobec
każdego chce okazać miłosierdzie. Ludzi jest tak dużo, że Pan decyduje się
zatroszczyć się o nich w sposób nadprzyrodzony. Czyni tak, bo może. Ma moc i
władzę. A Apostołom brakuje na tę nadprzyrodzoność otwartości…
Mam takie wrażenie, że to dość powszechna postawa, zwłaszcza
w naszej modlitwie. Stajemy przed Panem, prosimy… i nie spodziewamy się, że On mógłby
na nasze prośby odpowiedzieć, że mógłby nas wysłuchać. Żyjemy nadal po swojemu,
wytężając wszystkie siły, żeby uzyskać to, o co jeszcze przed chwilą Jego
prosiliśmy – oczywiście czynimy to według naszych, ziemskich pomysłów i
rozwiązań. Zwykle się nie udaje. I co robimy? Przypominamy sobie, że prosiliśmy
Boga, przychodzimy do Niego i wyrażamy nasze pretensje, że nas nie wysłuchał.
Interesujące… A wszystko dlatego, że my nie wysłuchaliśmy Jego… Bo kiedy chciał
nam powiedzieć na jakiej drodze otrzymamy to, o co prosimy, w jaki sposób
będzie chciał nam tego udzielić, nas już na tej modlitwie nie było… Nie
mogliśmy spędzić z Nim zbyt wiele czasu, bo przecież trzeba działać… I tak
kręcimy się w kółeczko, a życie mija… Może czas zacząć Go słuchać…
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
cywilizacja życia...
(Łk 1,26-38)
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł.
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł.
Mili Moi…
Przeżyliśmy wczoraj piękną Niedzielę Miłosierdzia. W
naszym kościele ona zawsze jest świętowana okazale. Trzygodzinna adoracja
Najświętszego Sakramentu, zakończona nabożeństwem do Miłosierdzia Bożego o
godzinie 15.00. Już wczoraj sobie myślałem ile tego miłosierdzia światu
potrzeba, temu światu, który szczyci się swoim rozwojem, tej cywilizacji, która
pod pozorem wrażliwości jest jedną z najbardziej niewrażliwych w historii…
Bo dziś Dzień Świętości Życia… Jan Paweł II, który
widział jasno walkę cywilizacji życia z cywilizacją śmierci ustanowił ten dzień
po to, żeby przypominał, zwłaszcza katolikom, że wierzą w Boga, który jedyny
jest Panem życia i śmierci. Jedyny!!! Od kilu dni rozgorzała na nowo dyskusja o
aborcji. Te same, do znudzenia powtarzane argumenty, to samo „bicie piany”,
oklaski dla „mądrych księży”, którzy oczywiście w swojej mądrości dystansują
się od orzeczeń episkopatu, gromy na tych wszystkich, którzy ośmielają się
dowodzić, że człowieczeństwo i jego początek to nie kwestia światopoglądu… Nie
zamierzam włączać się w tę dyskusję. Jest już wystarczająco dużo słów w tym
świecie. Zamierzam się modlić. Bo coraz głębiej przekonuje się, że cywilizację
śmierci może pokonać jedynie modlitwa – pokorna i pełna miłości… Od wielu lat
jestem zaangażowany w Duchową Adopcję Dziecka Poczętego. Dał mi Pan Bóg tę
łaskę, że jako ksiądz mam większe możliwości, żeby ją szerzyć, gdzie tylko się
pojawiam. W ubiegłym roku w naszej parafii ponad pięćdziesiąt osób podjęło to
zobowiązanie modlitewne. Mam nadzieję, że w tym roku będzie ich więcej. W
praktyce bardzo leży mi na sercu los samotnych matek, bo sam jestem synem
jednej z nich. Pomagam, jak potrafię, także materialnie, jeśli to tylko jest
możliwe. Ale jedno wiem – walka między cywilizacjami trwa i się radykalizuje, a
zamieszanie w sercach i umysłach jest dla mnie najlepszym dowodem, że demon
jest naprawdę przyparty do muru i rzuca na szalę wszystkie swoje siły…
W tej konfrontacji wiem jeszcze jedno… Wiem, po której
stronie chcę stać, niezależnie od tego, ile miałoby to kosztować. Jestem za
życiem i nie ma we mnie zgody na to, żeby ktokolwiek decydował czy i jak długo
ono ma trwać niezależnie od poziomu desperacji i dramatycznych okoliczności.
Nie zamierzam nikogo potępiać, ani odsądzać od czci i wiary, ale w konfesjonale
spotkałem dziesiątki kobiet, które zdecydowały się zabić swoje dzieci i nikt
mnie nie przekona, że to najlepsze rozwiązanie, nikt mi nie wmówi, że ono jest
dobre. Matka dokonująca aborcji nie przestaje być matką. Jest matką zabitego
dziecka, do którego śmierci się przyczyniła i musi z tym żyć. A kiedy dociera
to do jej świadomości, i kiedy wypłacze już wszystkie łzy, musi się zmierzyć z potężnym
smutkiem, któremu zaradzić może tylko Boże Miłosierdzie. Ale wtedy już przy
niej nie ma tych, którzy tak bardzo zachwalali to „proste rozwiązanie”.
Więc jako przedstawiciel ciemnogrodu i zacofanego, niemedialnego
kapłaństwa, chce dziś wołać do mojego Pana, Jezusa Chrystusa, który jest
Miłością samą, aby przytulił do serca te wszystkie moje siostry, którym ktoś,
kiedyś zrobił ogromną krzywdę i które z tym smutkiem i cierpieniem muszą żyć.
Jezu ożyw obumarłe serca… Ożyw do życia, które w Tobie nigdy się nie kończy,
ale trwa na wieki. I pozwól im spotkać kiedyś ich dzieci – pełne radości i
życia… Przebaczające…
piątek, 1 kwietnia 2016
w drogę???
zdj:flickr/Dakota/ Lic CC
(J 21,1-14)
Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli
razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie
Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: Idę
łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do
łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na
brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do
nich: Dzieci, czy macie co na posiłek? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich:
Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z
powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń,
którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan,
przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i rzucił się w
morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu
bowiem nie było daleko - tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd,
ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do
nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon
Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu
trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich
Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu
pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął
chleb i podał im - podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się
uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.
Mili Moi…
Niech święto trwa
bez końca… Oktawa Wielkanocna sprawia, że każdego dnia na nowo spotykamy się z
prawdą o Zmartwychwstaniu. Rozmyślam sobie o jej znaczeniu w moim życiu i wciąż
widzę, że tak wiele spraw, które są niesłychanie ważne, domaga się
wskrzeszenia. Proszę o to Jezusa całym sercem, bo tak wiele ideałów się we mnie
zatarło. Pęd życia je zmiótł… A może tylko zweryfikował… Nie wiem sam, ale widzę
wyraźnie, że jest we mnie wiele tęsknot za świętością, która wciąż wydaje mi
się odległa. Tyle rzeczy z nią wygrywa. Tyle spraw okazuje się w codzienności ważniejszych.
W Wielkim Poście
oddawałem się lekturze Wczesnych Źródeł Franciszkańskich. Wpatrywałem się w
Świętego Franciszka i jego ideał ewangelicznego życia, który mnie przecież
kiedyś pociągnął i nadal zachwyca. Nie dziwi mnie, że nasz zakon po ośmiu
wiekach istnienia okrzepł i próbuje się jakoś odnaleźć w zmieniającej się
rzeczywistości, a przez to chyba ma spore trudności w realizacji ideału. Tak
najszerzej, instytucjonalnie. Ale przecież franciszkaninem można być także
wówczas, kiedy instytucja troszkę słabnie. Nie ma najmniejszych przeszkód. A
jednak okazuje się to trudne. A zwłaszcza w Ameryce…
Czasem tak bardzo
tęsknię za wędrowaniem… Jak pierwsi franciszkanie. Ubogo i z pełnym zaufaniem
do Opatrzności. Kiedy rano zapalam świecie w kościele, do którego prawie nikt
nie przychodzi ( z największym szacunkiem do tych kilku osób, które jednak są),
to myślę sobie czasem – tylu ludzi czeka na Ewangelię i naprawdę nie ma im kto
jej zanieść. Co by zrobił święty Franciszek? Czy porwany Boża miłością nie
ruszyłby z miejsca? Dziś? Teraz? Natychmiast? Nie samochodem… Ale pieszo… Od
miasta do miasta… Głosząc wonne słowa naszego Pana… Nie da się? Eee tam…
Wszystko się da…
Ale się rozgadałem… O tęsknotach. Ale to dlatego, że myślę sobie, że moje życie
musi być przemienione prawdą o Zmartwychwstaniu. Nawet jeśli jestem „przywiązany”
do miejsca, nawet jeśli Pan postawił mnie w tej „Ziemi Świętej”, mam być
człowiekiem zmartwychwstania. Nie zapomnieć o ideale, nie tracić zapału, nie
wahać się wobec odrobiny szaleństwa… Niczym Piotr z dzisiejszego Słowa,
wskoczyć do wody i wpław, natychmiast, jak najszybciej zbliżać się do Jezusa.
Każdy sposób jest dobry, żeby być z Żyjącym i pozwalać Mu się ożywiać. Niech On
wskrzesza wszystkie moje dobre pragnienia i używa ich tu i teraz, tak jak On tego
chce…
Subskrybuj:
Posty (Atom)





