sobota, 10 maja 2014

do kogóż pójdziemy??? my... Twoi kapłani...


zdj:flickr/Resio/Lic CC
Mili Moi...
Kiedy stawiałem dziś ostatnią kropkę w kazaniu hagiograficznym (o świętym, a konkretnie o świętym Maksymilianie), które powstało tuż po kazaniu ślubnym, w którym musiało się zawierać osiem aspektów (między innymi mistagogiczny, chrystocentryczny, eklezjalny, czy personalny), byłem z siebie naprawdę dumny :) Wykonałem po prostu kawał dobrej (nikomu pewnie nie potrzebnej) roboty... I nadgoniłem zaległości naukowe. Nie tylko naukowe zresztą. Bo zaległości zwykle idą parami. A może braki... W każdym razie sporo biegania na różne zakupy, usuwanie awarii odpływów w zlewach kuchennych, pranie, prasowanie... No takie szeroko rozumiane życie :) Większość czytelników doskonale rozumie o czym mówię, niemniej są to zjawiska, których w normalnym życiu parafialnym księdza próżno by szukać. Nasze, studenckie życie odbiega znacząco od tej normy, a ja wciąż się zastanawiam, czy to źle, czy dobrze...

Panie, do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia... Dziś pomyślałem o tak wielu, którzy odeszli... Odeszli, bo... I tu każda historia jest z pewnością inna. Jedno jest pewne - smutno było, kiedy odchodzili i smutno jest dziś. Tak obiektywnie smutno, bo to zawsze wiąże się z jakimś zdecydowanym zerwaniem więzi z Jezusem - przestali z Nim chodzić. Smutno również dlatego, że to zawsze jest jakieś pożegnanie - z tymi, którzy zostają. I takich pożegnań sporo już za mną... Myślę tu o braciach i siostrach, którzy najpierw odpowiedzieli na Boże wezwanie, a potem się wycofali... I to o tych, którzy wycofali się przyrzekając Mu najpierw, że na nich może liczyć...

Nie chce tu dokonywać żadnych ocen, ani tym bardziej wzniecać jakiejś dyskusji. Myślę dziś raczej o konsekwencjach tych wyborów, o tym, co nazywamy życiowym szczęściem, o kwestiach związanych z niepokojem sumienia, o jakiejś pustce w sercu, której nie da się niczym wypełnić, o tęsknocie... Jakoś trudno mi uwierzyć, że rezygnując z czegoś tak wielkiego, jak powołanie (podkreślam - rozpoznane i przypieczętowane ślubami wieczystymi, czy święceniami) można doświadczać pełnej satysfakcji. Nie dalej jak kilka dni temu czytałem świadectwo "byłego" kapłana, który opowiada w nim, że minęło już wiele lat od jego odejścia, a jemu wciąż zdarza się, że wchodzi do kościoła podczas mszy i... płacze. Wydaje się, że wszystko ma - żonę, dzieci, dobrze prosperującą firmę... Dlaczego więc?

Pamiętam pierwszy wstrząs. Kiedy byłem na nowicjacie odeszła z zakonu pewna ważna dla mnie siostra zakonna, wcale nie młoda, co więcej na dość wysokim stanowisku. Nie udźwignęła różnych trudności. Pamiętam, że był to dla mnie wielki szok. Długo się z tym nie mogłem pogodzić. Potem takie przypadki zaczęły zdarzać się częściej. Ale ja nigdy nie przywykłem... Za każdym razem wiązało się to dla mnie z poczuciem jakiegoś bólu i wielkiej straty. I tak jest właściwie do dziś. Wielu z tych, którzy odeszli, było moimi bliskimi kolegami. Wzrastaliśmy razem. Snuliśmy marzenia na nasze kapłaństwo. I nagle pustka... Nie ma ich... Odeszli... Wybrali ponownie, tylko zupełnie inaczej...

W przededniu Niedzieli Dobrego Pasterza, który nas wszystkich powołał, wybrał, zaufał nam i powierzył wielką odpowiedzialność, staram się przekuć moje współczucie w modlitwę... Ono chyba we mnie dominuje... Współczucie. Nie złość, nie gniew, nie jakaś agresja. Ale współczucie. Bo wciąż brzmią mi w uszach słowa - Panie, do kogóż pójdziemy? Nie wierzę, po prostu nie wierzę, żeby było jakieś inne, lepsze miejsce. Nie wierzę, żeby istniał ktoś, kto mógłby równać się z Nim. Nie wierzę, żeby te nowe, zweryfikowane wybory niosły ze sobą szczęście i satysfakcję. Nie dam się przekonać. I będę współczuł... I modlił się... Także o gotowość przyjęcia trudnych słów... Od Jezusa... O gotowość dla nas wszystkich. Jego wybranych...

piątek, 9 maja 2014

niewyczerpane Jego współczucie... a nasze?


zdj:flickr/canonfather/Lic CC
Mili Moi...
Dzisiejszy dzień przeżyłem w wielkim dziękczynieniu za dar mojej wiary. Naprawdę... Dlaczego właśnie dziś? Pod wpływem Słowa, w którym Jezus znów stara się wytłumaczyć ważne rzeczy faryzeuszom, a oni znów nie rozumieją... Czasem ogarnia mnie takie wielkie współczucie wobec nich. jestem przekonany, że w tej grupie znalazłoby się całkiem sporo naprawdę uczciwych ludzi, którzy bardzo poważnie podchodzili do swojej religijności i wcale nie realizowali w swoim życiu stereotypu obłudnego faryzeusza, który dba tylko o własną wygodę nie starając się wcale o chwałę Boża. Byli wśród nich pewnie i tacy, którzy starali się zrozumieć Jezusa, ale... No właśnie. Zawsze było jakieś ale... Tak głęboko zakorzenieni w swoich religijnych zwyczajach i tradycjach, tak stanowczo broniący radykalnego monoteizmu, tak zatroskani o czystość religii, odpowiedzialni za innych... Nie umieli się przemóc. Nie umieli wejść w Jego sposób myślenia. Nie ze złej woli. Po prostu z biedy, takiej ludzkiej; biedy, która stała się ich najpilniej strzeżonym bogactwem...

Czasem sobie myślę - a gdyby tak Pan przyszedł dziś do nas i uderzył w pewien ustalony porządek, w coś, do czego jesteśmy tak przywiązani, w nasze schematy - dobre, a jakże, ale jednak schematy... Komu z łatwością udałoby się z nich wyjść? Kto podjąłby tak radykalne ryzyko...? Nam może łatwiej, bo my już spotkaliśmy Mesjasza i czekamy  na Jego powtórne przyjście w chwale, które będzie jasne dla wszystkich, którego nikt nie przeoczy, któremu nikt sie nie sprzeciwi. Ale Żydzi czekali na przyjście Pana. Różne mieli wyobrażenia, ale czekali (i większość z nich niestety czeka do dziś). Może ta czujność związana z czekaniem była szansą i problemem jednocześnie. Z jednej strony bowiem wyczulenie na znaki - każdy, który je czyni jest potencjalnie "podejrzany" o bycie Namaszczonym i trzeba mu sie bliżej przyjrzeć. Z drugiej strony, z tych samych przyczyn trzeba być bardzo ostrożnym, żeby się nie dać zwieść. Trochę patowa sytuacja. Myślę, że wielu z nich zawiesiło swój osąd. Nie będąc w stanie podjąć decyzji, stali z boku. Przyglądali się...

Mało o takich Ewangelie mówią, ale sądzę, że byli w tym tłumie... Ludzie uczciwi, ale niezdolni do pójścia konsekwentnie za swoją uczciwością. Iluż takich dzisiaj. Myślę o nich ze współczuciem. Takim braterskim współczuciem. Jak wielkiej cierpliwości potrzeba wobec nich. Bóg ją ma. A ja? Ja, którego serce Bóg porwał dla siebie we wczesnym dzieciństwie, który nigdy nie doświadczyłem żadnych zwątpień w wierze, który zostałem wyposażony w takie proste zaufanie wobec Jego Słowa, który nie odczuwam najmniejszej potrzeby roztrząsania jakichkolwiek kontrowersji, bo ich po prostu w moim życiu nie ma, który... I mógłbym tak jeszcze długo wymieniać rzeczywistości, które w żaden sposób nie są moją zasługą. Są najpiękniejszym darem, jaki mogę sobie wyobrazić na tym świecie. Wiara, którą On mi dał i która jest jedynym fundamentem w moim życiu. Absolutnie niezawodnym jak dotąd fundamentem. Stąd takie wielkie dziękczynienie dziś. Stąd tyle radości i wdzięczności wobec Dawcy. Stąd moje współczucie wobec tych, których serce nie doświadcza takiego porywu. Jak bardzo chciałbym się z nimi podzielić. Nie zawsze wiem jak. Nie zawsze mam cierpliwość. Nie zawsze się do tego przykładam. Ale dziś wieczorem wszystkich uczciwych, znanych mi i nie znanych faryzeuszy (bez pejoratywnych skojarzeń - raczej myślę o pragnieniu poszukiwania Boga) polecę Dobremu Ojcu prosząc o przełom... O odwagę pójścia za uczciwością, która ostatecznie musi doprowadzić do Jezusa. Musi... Prędzej, czy później...

A poza tym??? Piękna pogoda w Lublinie. A ja pracuję... Nadrobiłem dziś angielski i rozpocząłem nadrabianie zadań homiletycznych. Idzie dobrze, więc ufam, że w ten weekend się ze wszystkim uporam. A gdzie tu czas na mycie okien? Ale, ale... Kijaszki dziś wróciły do łask. I chyba staną się częstszym gościem mej codzienności. Otóż elektroniczne wskaźniki mojej wagi łazienkowej obwieszczają jakieś absolutnie kosmiczne wyniki, kiedy na niej staję... Liczby, przyznam się, dotąd mi nieznane :) Czas więc coś ze sobą zrobić, zanim będzie trzeba wzywać strażaków, żeby raczyli mnie przewrócić na drugi bok w moim własnym łóżku :)

czwartek, 8 maja 2014

ufam, że kiedyś...


zdj:flickr/L'Olio/Lic CC
Mili Moi...
No i zaczęło się nadrabianie zaległości... Ale jak mawia moja nauczycielka od angielskiego - jak sie chciało jeździć Bóg wie gdzie, to się teraz ma... No i rzeczywiście się ma :) Z sześć zadań domowych ze wspomnianego angielskiego i trzy solidne z zajęć homiletycznych sprawiają, że przede mną naprawdę "długi weekend"... Ale nie ma co się użalać nad sobą, tylko trzeba się brać do dzieła. Bo jak się okazuje, czas jest krótki... Dziś rzeczywiście zapachniało już wakacjami... Otóż na klasztornej kapitule (czyli takim braterskim spotkaniu, na którym omawiamy sprawy bieżące), pojawił się temat kto, gdzie, kiedy urlopuje. Niewątpliwy to znak, że rok akademicki zbliża się do kresu...  I z jednej strony to radość, ale z drugiej... Świadomość, że kolejny rok umknął tak szybko... A doktorat nie ruszony :)

Ale... Poza doktoratem są jeszcze inne kwestie... Znacznie ważniejsze... Dziś Jezus mówi o sobie, że jest Dobrym Pasterzem... I rodzi we mnie znów głęboką tęsknotę. Bo jeśli mam Go naśladować, to musze dziś przyznać, że daleko mi do bycia na Jego wzór - pasterzem dobrym... Zdałem sobie sprawę bardzo mocno, że nie ma we mnie miłości, która byłaby gotowa oddać życie za owce... A zatem nie pasterz, tylko najemnik... Być może najemnik z przebłyskami dużej serdeczności, ale jednak... Pomyślałem sobie, że czasem trudno mi nawet wejść w niewielkie ofiary dla owiec, a co dopiero mówić o umieraniu... Do rangi bohaterstwa urasta coś, co powinno być traktowane jako najzwyklejszy obowiązek - czasem człek wychodzi z konfesjonału po godzinie z poczuciem heroicznego trwania na posterunku... Aż tu nagle przychodzi myśl - no i z czego jesteś taki dumny? Że zrobiłeś coś, co jest twoim zakichanym obowiązkiem??? To jakiś przedziwny paradoks... Być dumnym z normalności... Do czego to doszło... Zawstydza mnie to czasem... Ale jednocześnie budzi tęsknotę za prawdziwym heroizmem, który, jak się okazuje, bardzo często jest związany z wielkim osamotnieniem, niezrozumieniem przez otoczenie, ostracyzmem nawet... On potrzebuje siły wewnętrznej, której nie ma nigdzie indziej, tylko w sercu Jezusa, Pasterza Dobrego... To tam moc do tego, żeby przekraczać normalność, żeby dawać z siebie wiele, jak najwięcej, wszystko...

I to nie tylko wobec owiec, które już są w owczarni... Bo to dość łatwe. Dlaczego? Ponieważ najczęściej związane z satysfakcją. Taką prostą, ludzką związaną z tym, że robi się coś potrzebnego, ważnego; ale również z tą nadprzyrodzoną, kiedy patrzy się jak kolejni ludzie są zapalani, zdobywani dla Jezusa. Są jednak ci spoza owczarni... I ci od zawsze są dla mnie problemem... Moim osobistym problemem... Chciałbym mieć do nich tyle cierpliwości, ile miał Jezus. Chciałbym umieć ku nim wychodzić i na nich czekać. Chciałbym umieć do nich mówić i ich słuchać. Chciałbym... Tyle różnych rzeczy bym chciał. I tak wielu mi wciąż brakuje...

Ale jeśli On mnie wybrał, jeśli On mnie powołał, jeśli On mi zaufał, to wierzę... Wierzę, że jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy z najemnika, pełnego sympatii i serdecznego najemnika, przemienię się w pasterza, który nie zawaha się zaryzykować... Wszystkiego... Z życiem włącznie. Dla tych, których On kocha. A ja mozolnie kochać się uczę...

wtorek, 6 maja 2014

o wojenkach...


zdj:wikimedia/Papphase/Lic CC
Mili Moi...
Oj, jak trudno jest wrócić :) Do zajęć, do codzienności, do obowiązków. Przecież ja na uczelni ostatni raz byłem prawie miesiąc temu. Oczywiście straty nie są aż tak znaczące, bo wiele zajęć przepadło z okazji świątecznych i okołoświątecznych, ale jednak... Dziś pierwsze wykłady, na których wytrwanie graniczyło wprost z heroizmem :) Tym bardziej, że za oknem piękne słonko, zieleń zachęcająca do spacerów w jej cieniu, no i generalnie atmosfera mocno rozprężona. A na dokładkę zaczęły się dni studenckie i zasadniczo po południu wszystkie zajęcia odwołano, tylko my, jako jedyni gorliwi, siedzieliśmy do 18 na uczelni :) Ale jaki profesor, tacy i uczniowie :) Jedyną pociechą jest fakt, że za dwa tygodnie kończymy zajęcia. Dużo wcześniej, niż wszyscy, ale to z powodu egzaminu licencjackiego, który pochłonie całkiem sporo naszych sił i czasu. Już to chyba kiedyś tłumaczyłem, że na teologii jest odwrotnie, niż na innych kierunkach i licencjat jest pomiędzy magisterium i doktoratem. Ten czas w moim życiu właśnie nadchodzi :) A biorąc pod uwagę porę roku i jej uroki, obawiam się, że kolejna porcja heroizmu stanowczo się przyda...

Kiedy dziś rano spotkałem się ze Słowem, moja uwagę zwrócił wyrzut Jezusa skierowany do Filipa - tak długo jestem z wami, a jeszcze mnie nie poznałeś? Nie dalej jak wczoraj na Facebooku natknąłem sie na kolejną jałową dyskusję o wierzę, w której ludzie obrzucali się złośliwościami i dowodzili swojej totalnej ignorancji, będąc jednocześnie przekonanymi, że pozjadali wszystkie rozumy. To nic nowego. Tak właściwie jest codziennie. Ale wczoraj jakoś szczególnie mnie to dotknęło, mimo że nigdy w takie debaty się nie włączam. Dlaczego? Z wielu powodów. Ale głównie dlatego, że dokonują sie one najczęściej bez udziału rozumu, za to z nadmiernym udziałem emocji, a jako takie do niczego dobrego nie prowadzą. Nie o tym jednak chcę pisać. Raczej o tym, że wciąż tak wiele osób, które mają głębokie przekonanie o swoim statusie jako osób wierzących, tak naprawdę nie zna Jezusa. Po czym wnioskuję? Po drobiazgach wokół których kręci się ich świat, drobiazgach, które urastają do rangi absolutnych priorytetów, dla których można podeptać rozmówcę, odsądzić go od czci i wiary, obrzucić wyzwiskami, traktować obelżywie i tak dalej... Polaryzacja świata dokonuje się wokół rzeczywistości drugorzędnych takich jak sposób zachowania się na liturgii, czy obecność gitary podczas Eucharystii. Prawdziwe batalie toczy się o to, czy księdzu z Irlandii wolno było zaśpiewać nieliturgiczną piosenkę podczas Eucharystii, a zakonnicy z Włoch wystąpić w wokalnym programie rozrywkowym. Są ci "po naszej stronie" i "nasi wrogowie"; ci, którzy mają "właściwy osąd sytuacji" i ci, którzy "nic nie rozumieją". Internetowe wojenki, które w moim odczuciu są dowodem powierzchownej znajomości Jezusa i selektywnego podejścia do wiary połączonego z przeakcentowaniem niektórych jej aspektów...

Przypomina mi się w tym kontekście opowieść o pewnej parze, która celebrując ślub w kościele, tuż po nim miała się przenieść na plac przykościelny, aby celebrować wesele. Ale że rozszalała się burza, wikary pozwolił im zostać i świętować w kościele. Po jakimś czasie nadszedł zaaferowany hałasami proboszcz i wielce się strapił zastaną sytuacją. Na słowa wikarego, że przecież i Pan Jezus bawił się na weselu, proboszcz odpowiedział - no tak, ale tam przecież nie było Najświętszego Sakramentu. Anegdota rzecz jasna... Ale pokazująca, że jeśli Jezusa odróżni się od Najświętszego Sakramentu, to wówczas pojawia się tysiąc problemów - z głębokością skłonu, z ilością świec na ołtarzu, z humorem podczas homilii, z... (tu każdy może dodać coś od siebie).

Czy to znaczy, że wszystko jest nieważne? Że można machnąć na to ręką? Skądże znowu... Chodzi raczej o to, żeby wsłuchać się w słowa Jezusa wobec Filipa - tak długo jestem z wami, a jeszcze mnie nie poznałeś? I warto uczynić to zanim zacznie się internetowe wojny dyskusyjne... A może... A może... zamiast...

poniedziałek, 5 maja 2014

to, co najważniejsze...


zdj:flickr/TylerIngram/Lic CC
Mili Moi...
Weekend w Koszalinie... Ślub przyjaciela Andrzeja przeżyty... Powrót z Koszalina koszmarny. Spędziłem wczoraj 11 godzin w samochodzie i zostałem zagorzałym przeciwnikiem tak zwanych długich weekendów. Niesamowity tłok i jazda w żółwim tempie. Co się Różańców naodmawiałem... I nawet nie straciłem cierpliwości, co bardzo mnie cieszy...

 A dziś już próba wejścia w obowiązki. Tyle czasu mnie tu nie było, sporo różnych spraw narosło. Nie mówiąc już o zadaniach domowych. Jeśli chodzi o nie, to nasi profesorowie są niezawodni. Dziś pisałem homilię maryjną według jakiegoś schematu, ważnego z cała pewnością. No i przygotowywałem prelekcję na temat jakiejś angielskiej szkoły nowej ewangelizacji... Co najweselsze, większość informacji o niej jest w internecie i po angielsku. A jak na złość właśnie dziś zaliczyliśmy pierwszą od dwóch lat awarię internetu. Na szczęście przybyli technicy i pomogli...

Szukaliście mnie bo jedliście chleb do sytości - mówi dziś Pan - troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki... Tak pomyślałem dziś o tym Słowie w kontekście wydarzeń minionego weekendu. O ślubie mówię... Wczoraj dzwonił do mnie Andrzej z takim świadectwem, że wraz ze swoją żoną odebrali w te dni wielką katechezę... Mianowicie bardzo wiele trudu włożyli w przygotowanie wesela. Kosztowało ich to wiele zachodu i pieniędzy. Wyszło, według jego własnych słów, tak sobie... Podczas gdy w ślub, w uroczystość kościelną włożyli proporcjonalnie znacznie mniej wysiłku, a wyszło bardzo pięknie. I, jak sam powiedział, dla niego po wyjściu z kościoła mogłaby się już cała uroczystość skończyć, bo to, co najważniejsze i najpiękniejsze już się dokonało...

Tak przez analogię pomyślałem sobie, że często mam tak samo... Trochę przeakcentowuję rzeczy mniej ważne, nie do końca doceniając te najważniejsze. Dopiero z czasem oczy mi się otwierają... Tak pewnie jest trochę choćby z ostatnim wyjazdem do Rzymu. Stoją mi przed oczami różne trudności, których z pewnością można było uniknąć, można je było wyeliminować, a jakoś mniej dostrzegam dobro, które się tam w tych dniach dokonało - w moim życiu i tych pielgrzymów, którym towarzyszyłem... To tylko rzecz jasna jeden, mały przykład...

A przecież jest ich więcej... Pełna miska, która liczyła się dla słuchaczy Jezusa i za która podążali tak naprawdę, czasem i w moim życiu zaczyna dominować. To znaczy - staje się ważniejsza, niż być powinna. Rzecz jasna pod tym hasłem kryje się całkiem sporo rzeczy - od przyjaciół, aż po poczucie bezpieczeństwa. Takie małe, ludzie, drobne często sprawy, które odbierają pokój i nie pozwalają usłyszeć prawdziwych Bożych obietnic... A On nieustannie, cicho powtarza - ja jestem Bogiem, ja się zatroszczę, ja dam ci wszystko, czego potrzebujesz... Jeśli tylko mi pozwolisz... Pozwól mi być Bogiem, twoim Bogiem... A bożkom nie pozwalaj tobą zawładnąć... Nawet tym najbardziej racjonalnym, "potrzebnym", "naturalnym"... Skup się na tym, co najważniejsze... Ja zadbam o resztę...

piątek, 2 maja 2014

małe i szare...


zdj:flickr/Klovovi/Lic CC
Mili Moi...
2900 dzień mojego kapłaństwa, dzień w którym jakoś szczególnie pojąłem jak ważny jest dom. Tak, taka prosta rzecz. Wróciłem do domu, do przystani, do własnego łóżka, łazienki, książek, zadań, obowiązków, zapachów, smaków... Ileż różnych rzeczy składa się na dom, w którym choć przez chwilę można nabrać sił. Nie zabawię tu długo, ale nie chodzi o to. Wszak sam Jezus mówił, że nie ma gdzie głowy skłonić. Nie chodzi o to, żeby osiąść, ale chodzi o to, żeby odzyskać równowagę, siły, żeby po prostu odpocząć. I staram się to czynić w ostatnich dniach. Uzupełniam niedobory snu, ale tez sprzątam, robię zakupy, a dziś spędziłem sporo czasu na przygotowywaniu kazania ślubnego na jutro. Mamy wspólną obserwację jako studenci homiletyki - im dłużej studiujemy, tym trudniej zabrać się za tworzenie kazania. Raz, że człowiek staje się coraz bardziej krytyczny, również wobec siebie, a dwa, wiedząc juz jak być powinno, nagle okazuje sie, że wszystko nie jest już takie proste jak dawniej... To dopiero ciekawostka :) W każdym razie cieszę się z tych kilku chwil w domu. A jutro o 4 rano w drogę do Koszalina... Ja się pytam - czy już dalej się nie dało? :)

Słowo mnie dziś urzeka mocą znaku... Okazuje się, że czasem on może sie okazać tak samo nośny, tak samo przemawiający, jak Słowo. Może budzić wiarę. Choć domaga się interpretacji. Może bowiem zostać źle zrozumiany. Widząc w Jezusie proroka, który przyszedł ich nakarmić, ludzie chcą Go obwołać królem. Tymczasem to jest totalne nieporozumienie. On owszem, jest królem, ale nie dlatego, że tłum tak zdecydował i nie w sposób, który według tłumu byłby najlepszy... Interpretacja. Co ciekawe, Jezus wcale jej nie dokonuje - usuwa się samotnie w góry. A może to jest najlepsza interpretacja znaku. Innym znakiem. On nie chce w ten sposób panować. On przyszedł, aby służyć...

Królowanie kojarzy się z wielkością, z dostojeństwem, z białymi mankietami i srebrnymi spinkami, z rządzeniem i wydawaniem rozkazów, okazywaniem łaski i wtrącaniem do więzienia, z wojnami i ważnymi decyzjami... A Bóg zdecydował się na małość. Z małych rzeczy wyprowadza wielkie. Co więcej, to właśnie dzięki temu jeszcze bardziej jaśnieje Jego królewska godność... Dotyczy to zarówno rzeczy, jak i osób. Paweł napisze, że niewielu mędrców, niewielu szlachetnie urodzonych pośród wybranych przez Boga. Głupstwo wybrał, aby mędrcom utrzeć nosa. Słabość, aby mocnych poskromić... Pięć chlebów i dwie ryby dla nasycenia tysięcy... Nasz Bóg może wszystko...

Uśmiecham się dziś do tych myśli, bo jeszcze przedwczoraj na lotniskach mogłem porównywać szarość mojego wygniecionego habitu  z najlepszymi garniturami biznesmenów, którzy z wyrazem niedowierzania spoglądali na mnie siedzącego pod ścianą niedaleko bramki, którą za chwilę wszyscy mieliśmy wchodzić na pokład samolotu. Uśmiechałem się do każdego z nich. Odpowiadali na ten uśmiech niepewni, czy lot z tym wariatem aby na pewno należy do bezpiecznych... A ja w sercu czułem tylko jedno - panowie, nigdy bym się z wami nie zamienił... Moja szarość mi pasuje, bo pozwala mi zasiąść na podłodze lotniska i dać odpocząć nogom, podczas gdy wy stoicie, żeby nie zagnieść waszych spodni... I tak jest dobrze... A jeśli mogę wam jakoś usłużyć, to w imię mojego Króla - jestem gotów...

On wybrał to, co małe... To, co szare... I uszczęśliwił :)

czwartek, 1 maja 2014

byłem tam...


zdj:flickr/Aleteia Image Partners/Lic CC
Mili Moi...
No i wróciłem na ojczyzny łono... Wybaczcie, że nie nadawałem przez te dni, ale mimo tego, że hotele były niezłe, to, albo nie posiadały wi-fi (sic!), albo było ono płatne i nie działało, albo miało jakiś wielce skomplikowany system zabezpieczeń. Poza tym, wyznam szczerze, byłem tak zmęczony, kiedy wracaliśmy do hotelu, że nie byłbym w stanie zebrać myśli.

Pielgrzymka była wspaniała, ale głównie za sprawą ludzi ją tworzących. Polonia amerykańska, bo o niej mowa, potrafi wytworzyć taki klimat polskości, jakiego próżno szukać gdzie indziej. Przekrój wiekowy był duży, bo od 10 do 80 lat, ale wspólnota zawiązała się szybko i była naprawdę rewelacyjna. Rzadko słyszało się jakieś narzekania, choć było na co, bo i tłok wszędzie niezmierny, i biuro pielgrzymkowe w kilku miejscach dało plamę. Ale ludzie znieśli to dzielnie.

Zwiedziliśmy wiele miejsc. Ale dla mnie nowe i najbardziej przemawiające były Manoppello i Lanciano. To był dzień, w którym zaznałem duchowego odpoczynku i zanurzyłem się w Bożym pokoju, bo o ten pokój w tych miejscach się bardzo modliłem. Dodam dla tych, którzy nie wiedzą, że w Manopppello znajduje się chusta, na której odbiło się oblicze Chrystusa, a w Lanciano cud eucharystyczny, w którym chleb i wino zamieniły się w widzialne Ciało i w widzialną Krew. Było tam mało grup, przeważnie polskie zresztą. I mieliśmy sporo czasu na osobistą modlitwę, co w innych miejscach było często niemożliwe. Padwa i Asyż, te nasze, franciszkańskie miejsca były zapchane niemiłosiernie, więc trudno mówić o modlitwie. W Padwie nawet nie dopchałem się do grobu św. Antoniego. Ale za to w Asyżu udało mi się powiedzieć homilię podczas mszy, co trochę mnie "rozładowało". Codzienne rozmyślanie kumulowało bowiem we mnie treści, którymi nie miałem się z kim podzielić. Homilii najczęściej nie mówiłem, ponieważ dołączaliśmy się z mszą do wielu innych grup, gdzie role były już podzielone. Z wami, czytelnikami też się nie dzieliłem i czułem, że chyba pęknie mi serce od nadmiaru Słowa, którego nie mogłem wypowiedzieć. To dla mnie było cenne odkrycie dotyczące intensywności charyzmatu głoszenia Słowa. Widzę wyraźnie, że to pożera mnie od środka, ta gorliwość o Słowo. Nie mogę za długo milczeć, bo po prostu czuję się chory, wewnętrznie chory... Ale kiedy te wszystkie treści się we mnie skumulowały, to możecie sobie wyobrazić homilię w Asyżu... Była tak dynamiczna, że bałem się, że odlecę (tak machałem łapkami :)

Wielkim darem od Boga była dla mnie o. Mariusz, przełożony generalny Franciszkanów Odnowy (Braci z Bronksu), który towarzyszył nam w drodze jako pielgrzym. Gdybym miał go jakoś określić, to powiedziałbym, że jest to człowiek "pokój i dobro". To nasze franciszkańskie zawołanie realizuje się w nim bowiem w sposób nieprawdopodobny. Sędziwy, bo 72 letni. Niegdyś ksiądz diecezjalny, proboszcz, odpowiedzialny za powołania w diecezji, rektor seminarium, wstępuje do zakonu, gdzie nalewa biednym zupę i chadza w nocy pod mosty rozdając kanapki i ciepłą herbatę. Piękna dusza. Polak w czwartym pokoleniu. Mieliśmy wspólne pokoje w hotelach,, więc nagadaliśmy się do woli. Nie słyszałem od tego człowieka słowa narzekania - na nic i na nikogo. W każdym szukał dobra i, co więcej, w każdym to dobro potrafił znaleźć. Udzielił mi wielu cennych rad, które schowałem głęboko w sercu.

Jestem szczerze zdziwiony, że fizycznie dałem radę... Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zarwanie nocy dla mnie to jakiś absolutny heroizm. A tak właśnie było w noc przed kanonizacją. Pojechaliśmy na plac o 2 w nocy, bez chwili snu, po całym dniu w Asyżu. Próbowałem się dostać do sektora dla księży, bo otrzymaliśmy wejściówki, ale nie udało się. Utknąłem w tłumie i nie miałem już w sobie dość determinacji, żeby szukać innej drogi. Stwierdziłem ponadto, że nie chcę przeżywać tej chwili w gronie obcych księży. Wolę być z bliskimi ludźmi. Zostałem więc z grupą. Staliśmy w parku pod Zamkiem Anioła. Niedaleko. Blisko stał telebim. Niewiele pamiętam, bo sen zamykał mi często oczy. Ale cieszę się, że tam byłem...

Ostatecznie dobry czas - służby, poznawania nowych, pięknych ludzi, bycia we wspólnocie, tej małej i tej wielkiej, wspólnocie Kościoła... A wczoraj powrót poopóźnianymi samolotami i nareszcie swoje łóżeczko. Do jutra jednak zaledwie, bo w sobotni poranek (bardzo wczesny poranek) czeka mnie eskapada na ślub Andrzeja i Klaudii do Koszalina. Andrzej towarzyszy mi od dawna, jako mój dobry przyjaciel. Był na wszystkich moich uroczystościach od 18 urodzin począwszy. Jest tak samo stary jak ja i muszę wyznać, że nie wierzyłem, że zatańczę na jego weselu. A tu proszę! Jednak!

No i jeszcze słowo o Słowie... Kiedy dziś patrzę na postawę Apostołów, to się w niej doskonale odnajduję. Oni są porwani entuzjazmem głoszenia. Zabronić im głosić, to jakby zabronić im oddychać. To jest właśnie to, czego doświadczyłem w ostatnich dniach! Niemożność głoszenia... Duchowe obumieranie... Wierzę, że to nie jest domena tylko i wyłącznie kapłanów. Znam wielu świeckich owładniętych przez Ducha, którzy głoszenie uczynili istotą swojego życia. Nie tylko jakimś dodatkiem, któremu oddają się w wolnej chwili, ale prawdziwym zadaniem życia, które ich pochłania i czyni niezwykle skutecznymi narzędziami. Sami słuchają Słowa i niosą je tak, jak się tylko da i gdzie się da. Podziwiam ich i modlę sie o więcej takich osób. Bo dzięki nim również wielu z nas, kapłanów, ma szansę się nawrócić...