Gdy raz Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się
do nich z zapytaniem: "Za kogo uważają Mnie tłumy?" Oni
odpowiedzieli: "Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią,
że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał". Zapytał ich: "A wy za
kogo Mnie uważacie?" Piotr odpowiedział: "Za Mesjasza Bożego".
Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I
dodał: "Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę,
arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia
zmartwychwstanie".
Mili Moi…
Przychodzą czasami takie proste chwile olśnienia… Jak dziś… Słowo wzbudziło
we mnie refleksję nad moimi oczekiwaniami. A te winny być ścisle związane z
Mistrzem, za którym podążam. Dlaczego więc miałbym oczekiwać szacunku od tego
świata, kiedy On sam jest wzgardzony i odrzucony? Dlaczego miałbym liczyć na
to, że w klasztorze będę miał samych przyjaciół, kiedy Jemu towarzyszył Judasz,
a w krytycznej chwili wszyscy uciekli? Dlaczego mam się spodziewać zrozumienia
dla moich wyborów i wsparcia w ich realizacji, kiedy On został sam właśnie
wówczas, kiedy było najtrudniej i kiedy najbardziej potrzebował innych? Dziś
tak wyraźnie stanęło mi to przed oczami – Ukrzyżowanego naśladujesz!!!
Ukrzyżowanego! Tego, którym tak bardzo zachwycił się Franciszek i ja przecież,
w swoim czasie również się Nim zachwyciłem. Zresztą, zachwyt nie minął. Jedynie
upływające lata stępiły młodzieńczy radykalizm. Niczego innego nie pragnę, jak
do niego wrócić. I o to proszę w rozpoczynającej się dziś Nowennie do św.
Franciszka.
Wróciłem wczoraj z moich amerykańskich wojaży. Na lotnisku w Nowym Jorku
kolejka do kontroli bezpieczeństwa była tak wielka, że miałem poważne
wątpliwości czy zdążę na samolot. Ale z dużym pokojem zacząłem odmawiać
Różaniec. Przy jego drugiej części, pracownik lotniska odciął kawałek kolejki,
w którym się znajdowałem i sprowadził nas dwa piętra niżej, gdzie uruchomiono
dodatkowe dwa stanowiska. Cześć Niepokalanej! Zdążyłem bez trudu. W samolocie
wygodnie – sąsiednie miejsce wolne, więc większa możliwość ruchu, a nocny lot,
to spanie przez całą drogę.
A po powrocie? Tysiąc spraw… A dziś jeszcze imieninowy obiad z udziałem
braci – nieco uprzedzający święto Archaniołów, ale to związane z moim wyjazdem
w sobotę na misje parafialne do Radziejowa. Ale zanim pojadę, to jeszcze wizyta
u Sióstr Pasterek, bo niewykluczone, że podejmę u nich posługę spowiednika.
Byłoby to kolejne trwałe zobowiązanie wiążące mnie z Poznaniem. Może i sporo
tego, ale… sen jest dla mięczaków.
Skądinąd, jet lag w pełnej krasie. Zasnąłem grubo po pierwszej w nocy i
strasznie trudno było mi się zwlec dziś o piątej. Ale kiedy już to zrobiłem,
kiedy zasiadłem nad Słowem, to przyszła myśl – hej, rodzice wstają do
niemowląt, niezależnie od swojej kondycji, a ty nie wstaniesz dla Pana?
Przecież do Niego należą twoje poranki. Zawstydziłem się… Ale z nadzieją ruszam w ten dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz