niedziela, 29 czerwca 2014

Jego Kościół - nasz Kościół...



Mili Moi...
No i wprowadziliśmy dziś pięć młodziutkich kobiet w czas nowicjatu... One są takie piękne w swojej gorliwości, świeżości, dziecięcej wręcz otwartości. Dziękuję dziś Bogu, że i ja mogłem w ich formacji uczestniczyć i, mam nadzieję, w jakiś najmniejszy sposób choćby przyczynić się do tego, że jeden etap, ten pierwszy, został zakończony. A rozpoczyna się nowe. Nowicjat to piękny czas. Bywa trudny, bywa okresem próby. Ale tyle łask, ile Pan w tym czasie zsyła na nasze, ludzkie dusze, to chyba nigdy i nigdzie... Wiem, że i one tego doświadczą. Choć dziś im powiedziałem (co spodobało się bardzo starszym siostrom), że postulat do nowicjatu ma sie tak, jak nożyk do obierania owoców do piły motorowej :) Mocny czas... Pożegnanie moje z  Kazimierzem i siostrami...

A wczoraj, jak wspominałem, dostałem z USA papiery wizowe, więc dziś pół dnia wypełniałem następne. Te, które trzeba wysłać do ambasady. To niesłychanie wyczerpujące. No, ale zdaję się, że jakoś się to wszystko udało... A jutro wielka podróż na północ. Do Sztumu. Na miesięczny urlop. Więc przed chwilą ukończyłem pakowanie i takie tam... Padam na ryłko...

A Słowo? Dawno temu, kiedy miałem 15 lat, w mojej rodzinnej parafii odbywały się rekolekcje ewangelizacyjne organizowane przez neokatechumenat. Poszedłem na pierwsze spotkanie. Wyszedł starszy facet i po kolei, każdego z nas, zaczął pytać - kim jest dla ciebie Jezus Chrystus? Każdy jakoś próbował odpowiadać...

W podsumowaniu on powiedział - nie, Jezus Chrystus jest rzeczywistością, w której ty żyjesz...

Zeźlił mnie okrutnie i więcej nie poszedłem, bo stwierdziłem - skoro ty wiesz lepiej, to po się mnie pytasz. Dziś wiem, że facet popełnił karygodny błąd ewangelizacyjny, ale nie o tym chcę mówić. Ta sytuacja tak bardzo wyryła mi się w pamięci, ponieważ ta odpowiedź dziś jest moją odpowiedzią. Mogę uczciwie powiedzieć - Jezus jest rzeczywistością, w której żyję... Ale do tego przekonania prowadziła mnie moja własna, długa droga...

Każdy z nas ma swoją. Każdego z nas Pan prowadzi indywidualnie w jego własnym tempie, ale cel mamy wspólny - poznać Go i z Nim całkowicie związać swoje życie. A właściwie poddać Mu to życie, wierząc, że On najlepiej wie, co z nim zrobić.

Im bardziej wczytuję się w historię dzisiejszych patronów, tym głębsze mam przekonanie, że Bóg doskonale wie po co nas stworzył i jaki cel każdemu z nas wyznaczył. To nie jest tak, że Pan powołuje nas do istnienia, a potem dopiero się zastanawia, co by tu z nami zrobić...

Już Jeremiasz usłyszał od Pana -
4 Pan skierował do mnie następujące słowo:
5 "Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię,
 nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię,
 prorokiem dla narodów ustanowiłem cię".

Tak jest z każdym z nas. I niezależnie od wyznaczonych nam zadań, Bóg, który nas stwarza, chce nas uszczęśliwić. A to szczęście wcale nie musi się realizować według światowych i ludzkich kryteriów.

Kiedy patrzymy na Piotra i Pawła, to po ludzku rzecz biorąc nie byli wielkimi szczęściarzami. Piotr miał chwile wzlotów i upadków, owszem doświadczył obecności Jezusa, wiele sie od Niego nauczył, ale po Jego odejściu do nieba został na ziemi z zadaniem, które z pewnością po ludzku absolutnie go przerastało.

Kiedy już wyszedł w mocy Ducha do świata, kiedy zaczął głosić, kiedy powstawały pierwsze wspólnoty, musiał się mierzyć z problemami, których nigdy wcześniej nie napotkał w swoim życiu, musiał szukać rozwiązań, których jako rybak nie znał.

Paweł, po ludzku w jeszcze gorszej sytuacji, bo nie znał Jezusa za Jego ziemskiego życia. Poznaje Go w tajemniczym i dość bolesnym widzeniu, ale Jezus nie ukrywa od samego początku, że czekają go bardzo trudne zadania okupione nie tylko dużym wysiłkiem, ale i krwią...

Obaj w codzienności doświadczają ile kosztuje pójście za Jezusem, bo pomijając zwykły trud i pracę, napotykają na prześladowania, które dla zwykłego, szarego zjadacza chleba wydają się nie do uniesienia...

Ale w ten sposób stają się bardzo podobni do swojego Mistrza. Bardzo podobni...

Zobaczcie tę dzisiejszą scenę wyzwolenia Piotra z więzienia. Ona jako żywo przypomina scenę z życia Jezusa. To scena zmartwychwstania. Piotr otoczony żołnierzami, zakuty w kajdany - to podkreśla bezradność i niemożność zastosowania żadnych ludzkich rozwiązań. Piotr ma zostać wydany, ma zginąć. Ale o tym kiedy i gdzie zdecyduje sam Pan.

On interweniuje. Anioł przychodzi i uwalnia go w sposób cudowny. Tak cudowny, że sam Piotr ma wątpliwości, czy dzieje się to naprawdę. A o strażnikach i ich porannych minach nawet nie chcę myśleć. Co to wszystko znaczy?

Pan daje Piotrowi do zrozumienia - jestem, to ja panuję nad rzeczywistością, nie musisz się niczego obawiać, to ja decyduję o wszystkim. Ty zajmij się tylko tym, co ci polecam. Nie rozpraszaj się. I przede wszystkim - nie bój się!

Paweł również dziś o swojej śmierci, która ma nastąpić mówi z zupełnym spokojem, bez lęku. Ponieważ cały jest w sprawach Pana. Wszystko oddał Jemu i to Pan będzie źródłem jego nagrody w świecie nieprzemijającym. To wszystko, co ziemskie i tak trzeba zostawić, porzucić, odejść. Liczy się to, co Boże...

Kościół... Taki jest... Pełen świętych, odważnych, niezwykłych. Pełen cudów, znaków, doświadczeń. Pełen grzeszników, słabych, dźwigających się co dzień. Pełen Obecności... Jego Kościół, do którego należę ja i Ty. Kościół Jezusa, Piotra, Pawła, Michała, Agnieszki, Beaty, Krzysztofa, Dariusza... Nasz Kościół...



sobota, 28 czerwca 2014

zgubiłeś???


zdj:flickr/horizontal.integration/Lic CC
Mili Moi...
Właśnie zakończyłem modlitwę wstawienniczą nad sześcioma młodymi kandydatkami do życia zakonnego, nad postulantkami betańskimi i nad nowicjuszką. Modliliśmy się dziś o nowe napełnienie ich Duchem Świętym i było to zwieńczenie naszych rocznych, ewangelizacyjnych dni skupienia. Jestem niezwykle szczęśliwy, że mogłem im posłużyć również w ten sposób. Prosiłem Jezusa, jak czynię to zawsze, aby przez moje kapłańskie ręce i moją kapłańską modlitwę posyłał Ducha do serc tych, którzy Go proszą. Jaki to niezwykły dar. Kapłaństwo. Najcenniejszy jaki mam i mogę nim posługiwać. Dziewczyny prosiły o dary, które znakomicie korespondowały z ich życiową sytuacją, co oznacza, że przyłożyły się do modlitwy wcześniej i dobrze rozeznawały wolę Bożą - o co prosić... To mocno cieszy. I wierzę, że żadna dziś nie wyszła z kaplicy uboższa. A ważny to wieczór również z tej przyczyny, że jutro pięć z nich rozpocznie roczny nowicjat, w który również ja będę miał tę radość je wprowadzić. Otrzymają nowy strój, niektóre również nowe imiona. Piękny poranek się zapowiada...

Ja natomiast ucieszyłem się dziś z jeszcze jednej nowiny. Otóż z USA otrzymałem dokumenty, które pozwalają mi już zwrócić się do ambasady w Warszawie z prośbą o wydanie wizy. Nie opisuję tu całych skomplikowanych procedur, ale są naprawdę mocno zagmatwane, a wydaje sie, że powoli lądujemy z tym tematem. Kiedy będę miał już wizę w ręku, będę się czuł znacznie spokojniej :)

A Słowo dzisiejsze to swoisty instruktaż - co robić, kiedy zginie ci Jezus. A że Go czasem gubimy? No skoro nawet Maryi się to zdarzyło, to, nie oszukujmy się, i nam się zdarza. Być może był na tyle dojrzałym dzieckiem, że rodzice okazywali Mu duże zaufanie i dlatego nie rzucili się do poszukiwań od razu. Choć i potem, te ich poszukiwania były takie klasyczne, ludzkie (ale też i jakie miały być?). To znaczy - zaczęli od miejsc według nich najbardziej prawdopodobnych. I tak stracili trzy dni... Znajomi, rodzina, pielgrzymi, Jerozolima i dopiero na końcu świątynia. Tam dopiero doznali ulgi... On nie rozumie. Jak to możliwe, że nie wiedzieliście, że powinienem być w sprawach Ojca? Oni nie rozumieją. Jak to możliwe, że nie pomyślałeś o naszym lęku, niepokoju? Faryzeusze i uczeni nie rozumieją. Jak to możliwe, że ten dzieciak jest taki mądry? Dużo zdziwienia, ale tylko o jednej osobie jest mowa, że zachowywała te sprawy i rozważała je. Być może wszyscy o sprawie szybko zapomnieli. A może przez następnych osiemnaście lat, do których nie mamy wglądu, Jezus wytłumaczył Maryi dlaczego tak, co wówczas oznaczało Jego zachowanie... Tak, czy owak, doświadczyła pierwszy raz miecza, który miał przeniknąć Jej serce według słów Symeona...

Mam wrażenie, że Maryja chce nam dziś powiedzieć jedną szalenie ważną rzecz. Jeśli zgubisz Jezusa, nie trać czasu na szukanie Go tam, gdzie może być. Idź od razu tam, gdzie jest na pewno. Idź do domu Ojca. Tam Go zawsze znajdziesz. Nie wahaj się patrzeć na Jezusa, obserwować Jego relacji z Ojcem. Ucz się jej. Żebyś Go więcej nie zgubił. A jeśli zgubisz, żebyś natychmiast potrafił znaleźć. Nie trać czasu, energii, nerwów. Nie szukaj wśród ludzi. Idź do Ojca. I powiedz - Tatusiu, zgubiłem Jezusa. Tylko Ty możesz mi pomóc Go znaleźć. Zobaczysz Go u boku Ojca. On bowiem pozwala się znaleźć tym, którzy Go szukają. Nie ukrywa się.

Bądź jednak przygotowany na jeszcze jedno ważne pytanie - czemu mnie szukasz? Pamiętaj - to musisz wiedzieć...

piątek, 27 czerwca 2014

ukryty w sercu Jezusa...


zdj:flickr/Lawrence OP/Lic CC
Mili Moi...
Jezus zrobił mi dziś wielki prezent... Zaprosił mnie na godzinną adorację. Już dawno mi się nie zdarzało wystawiać Najświętszego Sakramentu tylko dla siebie. Kiedyś bywało tak częściej. Zwłaszcza u początku mojego kapłaństwa. A dziś znów, na bazie tego zaproszenia, które od kilku już ładnych dni odczuwam, pozwoliłem sobie patrzeć na Jezusa, i Jego prosiłem, aby patrzył na mnie. Jakie to jest niezwykłe uczucie, kiedy jesteśmy sami w kaplicy - ja i On. Za oknem głośny świat, jakiś koncert, którego dźwięki ranią uszy i cisza Jego obecności. Czas się zatrzymał. Godzina minęła w mgnieniu oka. Pan mi dziś przypomniał tak bardzo realnie jak wiele czerpałem z adoracji i jak wiele mogę zaczerpnąć. Dziś zanurzyłem się w Jego sercu. Tak, jak potrafiłem...

Nieprzespana noc... Ból i gorączka pozwoliły zaledwie na krótkie drzemki, przerywane długimi okresami czuwania. Bez złości - z intencją... Dla ratowania grzeszników. I poranne spotkanie ze Słowem - przyjdźcie do mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni... Dawno już nie byłem tak utrudzony jak po dzisiejszej nocy. A On tak delikatnie przywołuje i zapewnia, że nie będzie szczędził pociechy. Dobry mój Jezus...

Stawiałem Mu dziś pytanie - co w moim życiu oznacza być cichym i pokornego serca? Bo nie do końca chyba rozumiem. Temperamentalnie jestem raczej gwałtownikiem. Pewnie wszędzie mnie pełno. Grozi mi raczej nadaktywność. Emocje mają dla mnie duże znaczenie. Głośno, gwarno, ruchliwie... Jak w tym wszystkim być cichym i pokornego serca? I bardzo mocno Pan dziś zwrócił moje spojrzenie na nadprzyrodzoność. Pokazał mi, że intensywność przeżywania wielu spraw w moim życiu byłaby mniejsza, gdybym nie zapominał o nadprzyrodzonym spojrzeniu. Innymi słowy - mniej energii traciłbym na zmaganie się z różnymi trudnościami, gdybym pamiętał, że Bóg panuje nad wszystkim. A jeśli On panuje i o wszystkim wie, to po co ja miałbym się złościć, gniewać, niepokoić, czy zadręczać? Jaka oszczędność energii, a, co ważniejsze, mądre oddanie steru Jemu... Uczcie się ode mnie - mówi Pan. A On jest cały w Ojcu, w Jego sprawach. Zna Ojca i objawia Go innym. Dziś pomyślałem, że to nadprzyrodzone spojrzenie na świat ma wymiar głęboko ewangelizacyjny. Jest bowiem prawdziwym świadectwem przynależności do Jezusa. I rodzi pytania - dlaczego tak? Nie nerwowo, nie gwałtownie, nie agresywnie, ale z najgłębszym zaufaniem do Pana nieba i ziemi, który objawia swoją mądrość tym, których świat uznaje za głupców; który przychodzi do najmniejszych, prostaczków...

Bo sam jest prosty. Przypomniał mi o tym dziś swoją kruchością i białością. Kiedy wpatrywałem się w Niego, widziałem Prostego, który niczego nie chce utrudniać, który chce objawiać, tłumaczyć, uczyć. Potrzeba tylko tych, którzy będą gotowi Mu zaufać i oddać swoje serce do tej szkoły, która z hardego uczyni je cichym, a z pysznego - pokornym. Trudna to szkoła, ale edukacja najwyższej klasy. Dziś, u progu wakacji, uświadamiam sobie, że od tych lekcji - pokornego (nadprzyrodzonego) obcowania z rzeczywistością, wolnego nie chce sobie robić... Za dużo jeszcze nieodrobionych lekcji...

czwartek, 26 czerwca 2014

moje Światło...


zdj:flickr/Lawrence OP/ Lic CC
Mili Moi...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny... Takie mam wrażenie... Od samego rana, do tej chwili. Bez zmian. Wytrwale. Konsekwentnie. Bezrefleksyjnie. Ciężkie chmury spowijają niebo. Wszystko płynie jakby wolniej. Oczy się zamykają... Trudno uwierzyć, że to koniec czerwca. Siedzę sobie obolały, z lekką gorączką. Ale to minie. Z racji na wrześniowy wyjazd zdecydowałem się zabrać za długo odkładane korekty zdrowotne. Drobne sprawy, ale domagające się kilku bolesnych zabiegów. I dziś jeden z nich... Wzbudziłem jednak ważną intencję i ufam, że to moje drobne cierpienie nie pójdzie tak całkiem na marne, ale Pan posłuży sie nim jako darem dla ratowania grzeszników.

Ostatnie przygotowania również do wyjazdu na wakacje. Od poniedziałku Sztum. Ale w weekend jeszcze dobre siostry betanki i młodzież zakonna, która w niedziele zostanie wprowadzona do nowicjatu, a ja będę im w tym towarzyszył. Wiele różnych drobiazgów domaga sie uporządkowania. Choćby numer telefonu, który chcę zachować, ale musze zmienić taryfę. Przeboje z operatorami są arcywesołe... Tłumaczę, że interesuje mnie opcja na kartę z minimalnym doładowaniem rocznym w kwocie pięciu złotych. A pan mi na to, że ma znacznie korzystniejsza ofertę - abonament za dziesięć złotych miesięcznie. Mówię - panie, jak pan to liczysz...? Pan się gubi, jąka, używa ogólników. Kurtyna... No ale się ostatecznie udało. I takich drobiazgów jest całkiem sporo...

Ale jest na szczęście Słowo, które codziennie świeże, niezależnie od pogody, mi towarzyszy. Fundamenty... Wiele myśli w tym temacie, ale jedna mocno mnie przykuwa. Wiele mam działań zewnętrznych, wiele aktywności, ewangelizacja traktowana priorytetowo. Ale Pan mnie ciągle pyta o... adorację. Jak wiele czasu spędzam z Nim. Tylko z Nim. Bez nadmiernego obmyślania, medytowania, szeptania wargami. Tak po prostu - wpatrując się w Niego. Tracąc dla Niego czas. Bardzo mocno wybrzmiały mi dziś słowa Matki Teresy, która bardzo wytrwale zachęcała kapłanów do godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu dziennie. Na jednym ze spotkań wstał pewien zapracowany proboszcz i powiedział z wyrzutem - Matka nie zdaje sobie sprawy jak wiele zadań musimy podejmować każdego dnia, jak liczne obowiązki na nas ciążą. Godzina, to zbyt trudne. To niemożliwe. Matka Teresa miała odpowiedzieć - ma ksiądz rację, w księdza przypadku to powinny być dwie godziny. Proste. Im więcej zajęć, tym głębiej muszą być wykopane fundamenty i tym większą uwagą budowniczego muszą się cieszyć. Bo jeśli fundamenty będą właściwie położone i zadbane...

Nikt z nas nie jest wolny od życiowych tąpnięć. Trudności, kłopoty, tragedie, są tak samo wpisane w nasze życie, jak deszcz padający za oknem. Czasem pada długo. Czasem grozi to powodzią. Czasem burze, które się z tym wiążą niosą ze sobą niebezpieczeństwo rozpaczy. Można jej uniknąć tylko w jeden sposób. Dbając o fundamenty. Pamiętam jak na pogrzebie mojej mamy zebrała się cała rodzina i jeden z moich niewierzących wujków, obserwując mnie, wówczas szesnastolatka, stwierdził z niemałym zdziwieniem - ale ty to wszystko przeżywasz jakoś inaczej... Nie umiał tego nazwać. Nie umiał wypowiedzieć. Ale była w tym również nuta zazdrości. Wytłumaczyłem mu bardzo szybko skąd płynie ta siła... Czy zrozumiał? Wątpię... Może jeszcze kiedyś... Dziś jestem grubo po trzydziestce... Nie wiem czy przeżyłem jakieś trudniejsze doświadczenie. Wszystkie późniejsze wyglądają dość blado. Tak, ale nie brakowało różnych małych, czy większych problemów. Fundament jednak był jeden. Zawsze ten sam. Jezus. I nie chcę w żadnym razie pozwolić, aby fundament się zmienił. Absolutnie... Muszę i chcę tylko więcej na Niego patrzeć... Być... dla... Niego także. Nie... Dla Niego przede wszystkim!

wtorek, 24 czerwca 2014

szczęściodajnia...


zdj:flickr/Rickydavid/Lic CC
Mili Moi...
Tyle dobrych spotkań w dniach minionych... W Niepokalanowie czekała na mnie dobra siostra Ann Mary, która zawiaduje tamtejszym archiwum. Ta kochana kobieta nieustannie o mnie pamięta i wyławia mi co ciekawsze kąski dotyczące św. Maksymiliana. A dzięki jej pomocy znalazłem podczas mojej wczorajszej wizyty około 50 kolejnych książek, które mogą mi sie przydać w pracy. W Warszawie Beata, moja maltańska towarzyszka nauk językowych... Zaprzyjaźniliśmy sie w minionym roku. Dobrze sie spotkać, pogawędzić. Ona pokazuje mi takie restauracje w Warszawie, do których sam pewnie nie miał bym śmiałości wejść :) Ale ona ma jej za nas oboje. No i wciąż mnie przekonuje, że umiem mówić po angielsku... Jacek i Malwina, radiowcy z Radia Niepokalanów... Piękni ludzie, którzy są gotowi odłożyć nawet najpilniejsze zajęcia, żeby ze mną napić się kawy. I mają zawsze jakieś dobre słowo, dobrą radę... Siostra Anna, wspomożycielka dusz czyśćcowych z Sulejówka, która dziś w drodze do domu ofiarowała mi rzecz szalenie cenną w życiu studenta i podróżnika - wspaniały, domowy, własnoręcznie zrobiony obiad. A ja w zamian celebrowałem Eucharystię w ich domu, modląc się wraz z siostrami... To wszystko jest takie proste, drobne, ale urzekające. Tak sobie wyobrażam miłość, która nie szuka wielkich okazji, ale wyraża się w maleńkich sprawach codzienności. I za ten zastrzyk miłości wszystkim wymienionym jestem bardzo, ale to bardzo wdzięczny...

Jestem już w domu, właśnie wróciłem z nordic walkingu (obliczyłem ostatnio rozrysowując to sobie, że niemal codziennie pokonuję siedem kilometrów w bardzo żwawym tempie - i świetnie się z tym czuję) i myślę sobie jak to dobrze, że mieszkam i studiuję w Lublinie, a nie na przykład w Warszawie. Moje 50 książek o Maksymilianie muszę skopiować i zabrać ze sobą za Ocean. Udałem się więc w tym celu na wycieczkę po warszawskich kserach... I skonstatowałem, że "warszawka jest stuknięta" - 75 gorszy za stronę. Prawie zemdlałem z wrażenia. Wróciłem dziś do domku i zleciłem to samo po 19 groszy za stronę... Jest jednak pewna różnica...

A w Słowie dziś podziwiam zdecydowanie i stanowczość z jaką rodzice Jana bronią woli Bożej dotyczącej jego imienia. Jan będzie mu na imię - mówią zgodnie oboje. Droga do poznania woli Najwyższego była dla nich dość długa i trudna, ale ostateczny owoc jest piękny. Bo kiedy oboje już zdają sobie sprawę, że to Pan zaplanował dla nich tego chłopca i przewidział wszystko w każdym calu, kiedy uświadamiają sobie, że nawet jego imię jest ważne przed Panem, wchodzą w tę tajemnicę całym sercem i... zyskują niezwykła radość. Przynajmniej u Zachariasza jest ona widoczna. Kiedy bowiem daje świadectwo prawdzie, tej woli Bożej, którą wreszcie rozpoznał i przyjął, natychmiast rozwiązuje się jego język i usta rozbrzmiewają hymnem uwielbienia. A wszystkich wokół ogarnęła bojaźń Boża i zastanawiali się czego stali się świadkami...

Izajaszowe słowo o powołaniu, które poprzedza narodzenie znów mi przypomina, że Pan Bóg nie stworzył mnie, a potem dopiero zastanowił się, co mógłby ze mną zrobić, ale stwarzając mnie, miał już całkowicie ukonkretniony plan wobec mojej osoby. Moje powołanie, które zostało przeze mnie rozpoznane, a przez Kościół potwierdzone, było i jest dla mnie źródłem szalonej radości. I choć moja droga nie była tak skomplikowana i napięta, jak droga Zachariasza, to jednak każda chwila, w której uświadamiam sobie kim jestem przed Panem i dzięki Panu, że jestem jego kapłanem, napełnia mnie radością wręcz euforyczną... I to moje powołanie, przeżywane w radości, ma moc, ma tę zdolność, aby innych prowadzić ku Bogu, budzić w nich tę świętą bojaźń, która objawia Jego dobroć, ale również Jego świętość, wszechmoc, potęgę... Moje powołanie, wola Boża, przeżywana w radości. Szczęściodajna... Jak u Zachariasza i Elżbiety...

Doświadczam...

Mogę ja... Możesz i ty... Tam, gdzie jesteś... W tym, co robisz... Tak, jak żyjesz...

niedziela, 22 czerwca 2014

ewangelizator zneutralizowany...


zdj:flickr/Imagens Cristãs/Lic CC
Mili Moi...
Chodzę sobie w ten weekend i szukam... natchnienia. Czas zabrać się do pracy, a ja poza ogólnym pomysłem, że chcę w sierpniu mówić o kobietach w Biblii, jeszcze niewiele wymyśliłem. Ale powoli, powoli... Ewa, Rahab, Zuzanna, Maria i Marta, Samarytanka, Maria Magdalena i Maryja będą prawdopodobnie stanowiły kanwę sierpniowych rozważań rekolekcyjnych dla sióstr nazaretanek. Każda z nich niesie co najmniej kila ważnych myśli do rozwinięcia, które staną się tematami poszczególnych konferencji. A potem już tylko usiąść i je wszystkie spisać... I jeśli komuś się wydaje, że to ot tak, godzina i zrobione, to... powinien kiedyś sam spróbować :) Czeka mnie wiele dni pracy... Ale to nic. Bo to taka praca, która po pierwsze cieszy, a po wtóre - raz zrobiona, nie przepada... Z moich rozważań wyrwała mnie dziś Joasia z Elbląga, która wyciągnęła mnie na spacer. Studiuje tu i okazjonalnie się pojawia. Miłe spotkanie. Dobry wieczór. Poważne tematy. A jutro w drogę... Niepokalanów czeka. I ostatnia już chyba wizyta w archiwum przed wylotem. Muszę zebrać tyle materiałów, ile tylko się da, bo przez najbliższy rok będę miał raczej utrudniony dostęp do tego składu bibliotecznego. Czeka mnie więc znów kilka dni pracy "grzebacza książkowego".

A Słowo? Ono dziś pokazuje taki wspólny mianownik ewangelizacyjny. Boża prawda, odważnie głoszona, zawsze napotka sprzeciw. Nie zabraknie ludzi, którzy będą się jej sprzeciwiali. Pokazuje to zarówno przykład proroka Jeremiasz, jak i zapowiedź Jezusa, którą kieruje do swoich uczniów. Wiedząc o tym, trzeba mieć naprawdę mocny motyw, żeby się za to głoszenie zabrać. I Pan go dziś wskazuje - zbawienie braci. Wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej - napisze św. Paweł w Liście do Rzymian, a dziś słyszymy o innych konsekwencjach grzechu. Wielki brak - ta jest jednak największa. Brak tej chwały, którą Bóg dla nas zamierzył i którą chce przywrócić poprzez swego Syna. O tym mamy zapewniać świat, o tym opowiadać, to właśnie z mocą głosić. Bóg nic nie chce zabrać. On chce wszystko dać...

Dobro braci, miłość do ludzi, Jego dzieci - to musi być naczelny motyw wszelkiego głoszenia. I wówczas nie ma "życia zakonnego" i "życia osobistego" (ten podział rozśmiesza mnie do łez, kiedy bywa przywoływany w różnorakich życzeniach - a podwójnie śmieszny jest w ustach duchownych) - jest jedno życie, "życie głosiciela Ewangelii". I wówczas nie ma czasu do stracenia. I wówczas odpowiedzialność za własne i cudze zbawienie nie pozwala odpoczywać. Bo nie ma czasu. A On ma nas... Nas, którzy sami, z własnej i nieprzymuszonej woli, odpowiedzieliśmy na Jego wezwanie i daliśmy Mu siebie do dyspozycji... A ta decyzja o "byciu dla" domaga się potwierdzania każdego dnia. Podejmując ją nie można czekać "aż przyjdą", "aż się zainteresują", "aż będą chcieli słuchać". Trzeba iść z nadzieją, że to Słowo dotrze. Ale również ze świadomością, że może być odrzucone. Trzeba iść. Nie można czekać...

I nie wolno dać się zneutralizować. Świat nieustannie do tego dąży. Nie zawsze bardzo złymi metodami. Czasem zupełnie neutralnymi. Wprowadza nas w ślepe ulice, z których bardzo trudni się wydostać. Nauka, hobby, podróże, książki, relacje - wszystko może stać się pułapką, która zatrzyma nas w drodze. Kapłan zneutralizowany - zajęty wszystkim, tylko nie głoszeniem Ewangelii. Przykry widok. Smutny obraz.

Tymczasem potrzeba niejednokrotnie tak niewiele... Odrobinę konsekwencji. Wczoraj czytałem wywiad z jednym z założycieli wspólnoty Franciszkanów Odnowy w Nowym Jorku. W ich Konstytucjach mają zapis zobowiązujący ich do noszenia habitu. Mały znak - wielki znak. Często nieczytelny w USA - bywali brani za muzułmanów. Ale jednocześnie znak, dzięki któremu odbyli miliony rozmów, bo ktoś chciał z nimi rozmawiać. Znak, którego oddziaływanie sprawiło, że z ośmiu pierwszych założycieli, dziś ta wspólnota rozrosła się do 120 braci. I możemy oczywiście zaklinać rzeczywistość i bredzić nadal, że nie szata czyni zakonnika, ale faktów nie zmienimy. Dał Pan prosty znak do ewangelizacji i przez prostotę tego znaku działa. Mamy go... w szafie. A przecież to tylko jedna z wielu możliwości, które można uruchomić. Tak wiele możliwości. Ale najpierw musi być motyw... Najpierw trzeba pokochać ten świat miłością serca Jezusowego...

Niezależnie od tego, czy jesteś kapłanem, zakonnikiem, czy świeckim. Zadanie - wspólne - ewangelizacja. Niebezpieczeństwo - takie same - neutralizacja. Motyw - jeden jedyny - miłość wobec Jego dzieci. Metody? Tych tysiące... Nigdy Ci ich nie zabraknie... Spróbujesz???

piątek, 20 czerwca 2014

co klei się do oka?


zdj:flickr/... marta ... maduixaaaa/Lic CC
Mili Moi...
Co za intensywny dzień... Rozpocząłem go Eucharystią z dobrymi siostrami dominikankami. Czasem do nich jadę na koniec Lublina. Prowadzą mały dom dziecka. Cieszę się zwłaszcza mogąc przemówić do nich w krótkim słowie, a i one dają wyrazy swojej radości właśnie z tego powodu. Dziś chyba ostatni raz... Ale tym piękniej było... A potem? Mycie okien... Od dawna miałem się za to zabrać, ale zawsze były rzeczy ważniejsze. Dziś wreszcie się udało. Namęczyłem się okrutnie, a konstruktorowi przyznałbym Nobla. Tak bezmyślnie zaprojektowanych okien w życiu nie spotkałem. A ilość szczelin w samej ramie (w których rzecz jasna brud znalazł swoje miejsce) przyprawia o zawrót głowy. Potem już tylko prasowanie i zakupy. A wieczorem kijaszki (ostatnio niemal codziennie). I właściwie padam na pyszczek. Najgorsze w tym wszystkim, że jeszcze nie ruszyłem rekolekcji dla sióstr w sierpniu. Ale od jutra...

Pan zetknął mnie dziś z tematem prawdziwego i jedynego skarbu. Przypomniał mi co wybrałem. Z własnej woli i z najgłębszego przekonania. I ten wybór domaga się codziennego potwierdzania. Wiem to na pewno. Bo każdy dzień niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Na imię mu - zahipnotyzowanie. Można się dać zahipnotyzować żądzą posiadania. Można utkwić wzrok w rzeczach materialnych i wówczas nie ma już miejsca na podziwianie prawdziwego skarbu. On traci swój blask, staje się mało atrakcyjny. Świat klei sie do oka...

Przeżyłem już w swoim życiu taką fazę fascynacji rzeczami. Wydawało mi się, że jak będę miał to, czy owo - będę szczęśliwszy. Oczywiście w mistrzowski sposób oszukiwałem samego siebie poddając wielce szlachetne motywacje - dla większej skuteczności duszpasterskiej, aby docierać szerzej i tak dalej, i tak dalej... Oczywiście ta "żądza" rozlała się w moim życiu w takiej mikroskali wobec możliwości światowych. Bo jakimiż środkami może dysponować zakonnik? Chodzi jednak o mentalność, o sposób podejścia. Pamiętam jak święta Teresa od Dzieciątka Jezus wspominała o swoim przywiązaniu do jakiegoś grzebyka i dzbanka... Można dać się zahipnotyzować małym rzeczom. Można popaść w niewolę czegoś tak małego jak osobisty kubek do kawy, czy ręcznik z wyszytymi inicjałami... Można...

Jak powiadam, faza rzeczy została gdzieś za mną... Nie łudzę się, że raz na zawsze... Te pokusy zawsze wracają. Niemniej próbując otaczać się rzeczami (pewnie głównie o książkach mowa) zrozumiałem bardzo szybko, że wcale nie czuję się z tym dobrze. Tym bardziej, że budziło to często moją frustrację - książek bowiem przybywało, a ja i tak ich nie czytałem... Nie było na to czasu... Inne rzeczy też nie dawały mi satysfakcji. Ale wówczas przyszedł Pan z przypomnieniem, że powołał mnie do wolności. Tej wewnętrznej również. Od rzeczy. Przekonał mnie znów, że więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu... I zacząłem trochę odchudzać mój świat. Zaczęło się od szafy z rzeczami, a najbliższy wyjazd pomoże również odchudzić półki... Wolność...

Żeby ją zyskać trzeba odkleić oko... Od rzeczy tego świata. I skupić je na skarbie jedynym. Wtedy w życiu robi sie jaśniej, czyściej. Znika mnóstwo rzeczy, na których po prostu osiadał kurz. Robi się przestrzenniej, bo niejedna przeszkoda, o którą człek sie potykał, nagle się usuwa. A jeśli do tego umyje sie okna... Robi sie naprawdę przytulnie. W świecie ducha jest dokładnie tak samo...

Słowo wybudza z hipnozy. Słowo odkleja oko od rzeczy tego świata. Słowo jest nauczycielem skromności. Tej skromności, która jest źródłem prawdziwej radości...