Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go
nauczał. A przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego na komorze
celnej, i rzekł do niego: "Pójdź za Mną!" Ten wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników
siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Wielu bowiem było tych, którzy szli
za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z
grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: "Czemu On je i pije z
celnikami i grzesznikami?" Jezus, usłyszawszy to, rzekł do nich: "Nie
potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale
grzeszników".
Mili Moi…
Dużo delikatności słysze dziś w słowach Jezusa, choć z pewnością nie
aprobaty. Zauważcie, że przyszedł uleczyć chorobę, a nie ją zaakceptować i uznać…
że nie jest chorobą. Nie poklepywał grzeszników po ramieniu i nie wmawiał im,
że nic nie musza zmieniać w swoim życiu. Jego osobowość była tak niezwykła, że
oni jakby sami zdawali sobie sprawę, że nie mogą zostać w tym samym miejscu.
Sami pragnęli stawać się lepszymi. A On przyjmował tę ich wolę i jej ufał – jak
do dziś czyni wobec każdego w konfesjonale. Wystarczy, że zadeklarujemy nasze
pragnienie walki z grzechem, a przebaczenie jest na wyciągnięcie ręki. Najpierw
jednak doświadczenie własnej kruchości, biedy, choroby… Zdrowi nie szukają
lekarza. Zdrowi? Czy raczej ci, którym wydaje się, że takimi są?
Przedwczoraj wróciłem do Polski… Te rekolekcje dla sióstr były wyjątkowe
pod wieloma względami. Przede wszystkim to dość niezwykła wspólnota – rzadko przeżywają
rekolekcje wspólnie siostry, które razem mieszkają i pracują (poza siostrami
klauzurowymi). Zwykle są różne terminy i zjeżdżają się na zaplanowane w nich
rekolekcje siostry z różnych domów. Tam, w USA, mogłem obserwować wspólnotę,
która żyje ze sobą na co dzień. I było trochę tak, jak w dobrej rodzinie. Kiedy
wchodzę do domu, w którym ludzie się naprawdę kochają, wyczuwam to dzięki
bardzo drobnym słowom, gestom, które wobec siebie wykonują, prostej
życzliwości. Nie muszą wisieć na sobie i zapewniać się nieustannie o swoim
wzajemnym oddaniu. W tym klasztorze było podobnie. Drobne gesty, postawa służby
wobec siebie nawzajem przekonywała mnie, że te siostry naprawdę żyją ze sobą w
jedności. Nikt nie narzekał… To coś bardzo dziwnego…
I nikt, nigdy mnie tak nie żegnał… Wyjazd o. Michała o 6.40, wszyscy
zaproszeni do kaplicy. Siostry przyszły, pomodliły się gorliwie o mój bezpieczny,
powrót, a potem wszystkie wyszły na dwór, żeby mi pomachać, kiedy wsiadałem do
samochodu i odjeżdżałem na lotnisko. To było naprawdę urzekające.
Jedna z nich, siostra już mocno sędziwa, bardzo chciała mi dać coś od
siebie. I przyniosła mi na pożegnanie… dwa długopisy. Jeden z piękniejszych
prezentów, który w ostatnim czasie otrzymałem. Z ubóstwa osobistego i
wdzięczności… Ojcze, mam osiemdziesiąt dziewięć lat i nigdy nie byłam na Mszy,
którą ktoś by tak sprawował. Nawet nie wiedziałam, że może być tak pięknie…
Takie chwile zawsze dodają skrzydeł…
Powrót całkiem przyjemny… I choć mamy psa w klasztorze (który zawsze się
cieszy, kiedy wracam do klasztoru), miałem pewność, że i bracia moim powrotem się
ucieszyli. Życie zakonne jest naprawdę cudowne w wielu, bardzo wielu wymiarach…
A dziś rano pogrzeb Tomka… Przyjaciel mojej młodości. Śpiewaliśmy wspólnie
w chórze. Pokonała go choroba. Miał czterdzieści dziewięć lat. Pozostawił żonę
i trójkę dzieciaków. Proszę, westchnijcie za niego…
A wieczorem rozpocząłem rekolekcje dla dobrych sióstr Elżbietanek w
Puszczykowie. Dwadzieścia dwie kobiety będą się przez najbliższy tydzień
wsłuchiwać w słowo. A ja mam zaszczyt im je głosić. Pan Bóg jest naprawdę dla
mnie bardzo dobry…