niedziela, 7 sierpnia 2022

powrót...


(Łk 12, 32-48)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę. Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie". Wtedy Piotr zapytał: "Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?" Pan odpowiedział: "Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w sercu: Mój pan się ociąga z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; surowo go ukarze i wyznaczy mu miejsce z niewiernymi. Ów sługa, który poznał wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie poznał jego woli, a uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele powierzono, tym więcej od niego żądać będą".

 

Mili Moi…
Urlop zakończony… To znaczy jego pierwsza część. Zostało mi jeszcze kilka dni, które w październiku połączę z rekolekcyjnym wypadem za Wielką Wodę. Na razie jednak koniec relaksu… Spędziłem kilka bardzo wypoczynkowych dni w Sztumie. Głównie spałem i czytałem. Myślę, że na urlopie to nie grzech. Ale codzienne dziewięć kilometrów z kijaszkami też było, więc mam poczucie, że fizycznie nie gnuśniałem. Musiałem przepracować te trzy kilogramy, które przywiozłem na sobie (w sobie, ze sobą) z Rzymu. I prawie się udało je całkowicie pożegnać. Może nie będzie wielkiego wstydu przy najbliższym spotkaniu z moją dietetyczką. A spotkania z nią zawsze miłe – nade wszystko bardzo motywujące… A o to w tym procesie przecież chodzi…

W piątek doświadczyłem czegoś miłego… Nazwałbym to „odnalezieniem”. Otóż odezwał się do mnie baaardzo dawno nie „czytany” człowiek, mój dawny parafianin z Irlandii, który w pewnym sensie ratował mi tam życie. Był bowiem niewyczerpaną kopalnią pomysłów na inicjatywy, które w jakiejś mierze przekonywały mnie wówczas, że mój pobyt tam ma jakiś głębszy sens… Dużo dobra udało nam się wspólnie zdziałać, nawet jeśli były to rzeczy drobne… Kontakt urwał nam się dawno temu, a tu proszę… Dawno się tak nie ucieszyłem w perspektywie relacyjnej. Świadomość, że on i jego żona gdzieś tam ciągle są, pamiętają, czasem wspominają okazała się dla mnie bardziej znacząca, niż mógłbym przypuszczać. Wiele moich dobrych wspomnień wróciło…

A dziś druga radość… Powrót do domu. Niektórzy moi współbracia się temu dziwią, ale ja naprawdę lubię mój klasztor i moją wspólnotę i wracam do niej z przyjemnością. Trzy tygodnie mnie nie było. I dziś zdałem sobie sprawę jak bardzo… brakowało mi kaplicy. Posiedziałem godzinkę z Jezusem i prosiłem Go, żeby moja radość z powrotu była najlepszą formą uwielbienia. Jaka to jest łaska – mieć Go na wyciągnięcie ręki, zejść piętro niżej i oprzeć czoło o tabernakulum. Cicho i spokojnie. A za oknami dźwięki miasta, gwar aut, życie, którego nie byłoby, gdyby On nie pozwolił mu się toczyć… Dotykanie tajemnicy…

Dziś podobnego „dotyku tajemnicy” doświadczyłem nad Słowem. Przeczytałem w jakimś komentarzu, że najtrudniej jest robić to, co powinno i musi być zrobione. W kontekście czuwania i oczekiwania na przyjście Pana ma to niebagatelne znaczenie. Bo to nasz kontekst – codzienność. Powtarzalne i, bywa, nudne obowiązki, brak jakichś nadzwyczajnych doznań. Tak łatwo uciec w marzenia. Tak łatwo wyobrażać sobie, że gdyby tylko… Mam taką tendencję, jak pewnie wielu z nas… Podbudową dla niej staje się niepokój – nie zmarnować życia. Mówię sobie czasami – chłopie, połowa życia za tobą, co dobrego zrobiłeś? I wierzcie mi – to nie kokieteria. Ja naprawdę mam wrażenie, że to wszystko mało, że chciałbym więcej – być jednocześnie w tylu miejscach, robić mnóstwo rzeczy. A chodzi o proste „tu i teraz”. To co proste, bywa jednak najtrudniejsze…

Nie zmarnować życia. Wykorzystać każdą chwilę, którą dostałem od Jezusa. Nie wiem, ile ich jeszcze przede mną. Na tym polega czuwanie – na tej właśnie niewiedzy. I na zaufaniu – że mój Bóg nie chce mnie zaskoczyć po to, żeby złapać mnie na niewierności. Chce mnie natomiast z pewnością zaskoczyć w perspektywie miłości. Jego powrót będzie niespodzianką… Wierzę. Jestem przekonany, że miłą… Niech Jego miłość dzisiejszego wieczoru Was przepełni i przekona, że warto… Robić to, co powinno być zrobione. Co musi być zrobione. Choć to czasem nudne. Ale wcale nie mało ważne w perspektywie historii zbawienia…

wtorek, 2 sierpnia 2022

radości...


26 
W szóstym miesiącu9 posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, 27 do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida10; a Dziewicy było na imię Maryja. 28 Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona11, pełna łaski, Pan z Tobą, ». 29 Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. 30 Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. 31 Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. 32 Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. 33 Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca». Łk 1, 26-33

 

Mili Moi…
W piątek szczęśliwie dotarłem do Krakowa, skąd odebrali mnie przyjaciele i dowieźli do Bytomia. Podróż taka sobie, głównie z powodu niepewności. Godzinne opóźnienie, które znane było już o poranku w dzień wylotu, nie nastrajało optymistycznie. No ale na szczęście wszystko przebiegło dobrze. Niemniej cieszę się, że zagraniczne wojaże już za mną…

W niedzielę wziąłem udział w czymś, czego na północy naszego kraju nigdy nie spotkałem, mianowicie w „ślubowanej pielgrzymce”. To taki zwyczaj pielgrzymowania po parafialnym odpuście do pobliskiego sanktuarium. My zdążaliśmy do Piekar Śląskich, do maryjnego sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej. Droga niedługa, bo zaledwie siedem kilometrów. Pogoda trudna – zimno i deszczowo. Uczestników garstka – w sumie 11 osób (ale i werbistowska parafia w Bytomiu liczy zaledwie 160 dusz!). Niemniej było pięknie…

Od wczoraj zaś odpoczywam w Sztumie. Mam jeszcze kilka dni urlopu, więc czytam, śpię, chodzę z kijkami, modlę się i przygotowuję się do najbliższych rekolekcji maryjnych, które już za kilka dni w Toruniu.

Dziś czytamy fragment Ewangelii o Zwiastowaniu. W naszch, franciszkańskich kościołach mamy święto Matki Bożej Anielskiej, zwane Świętem Porcjunkuli. Pomyślałem sobie, że właśnie znalazłem się w moim Nazarecie. To przecież tu, w tym małym miasteczku, Bóg przemówił do mnie i zaprosił mnie do tak wielkich rzeczy, że jestem nimi nieodmiennie zdumiony. Nie wracam tu z wielkim entuzjazmem – nie znajduję tu nic co przypominałoby mi dawne czasy. A jednak z wdzięcznością myślę o tym mieście, które wiele lat nazywałem domem.

Znalazłaś łaskę u Pana… To słowa, które i ja usłyszałem… Michał znikąd… Michał z małego krańca świata… Michał z niepełnej rodziny… Michał bez żadnych ludzkich umocowań. Po prostu taki sobie Michał. Zawsze, kiedy o tym myślę, zdumiewa mnie dobroć Boga i to, że On potrafi przeprowadzić swoje plany zupełnie poza, a nawet wbrew ludzkim wyobrażeniom czy oczekiwaniom. To rodzi we mnie pragnienie, żeby Mu tak całkowicie, jak Maryja, zaufać. Żeby nie wkradały się do mojego serca myśli typu – wiesz Panie Boże, byłoby lepiej, gdyby… Tak wiele jeszcze we mnie dobrych pragnień, chęci, a nawet energii do ich realizacji…

Byle tylko iść za Nim, wpatrywać się w Niego… Wówczas pojawia się i radość… Duuuuużo radości. I nawet anioł nie musi mnie do niej zachęcać…

czwartek, 28 lipca 2022

ku prawdzie...


(Mt 13,47-53)
Jezus powiedział do tłumów: Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare. Gdy Jezus dokończył tych przypowieści, oddalił się stamtąd.

 

Mili Moi…
Kolejny raz w dość zabawny sposób przekonałem się, że Pan naprawdę wysłuchuje mnie zawsze… Przedwczoraj bracia zaprosili mnie na pożegnalną kolacyjkę i powtórzyłem im coś, co w dzień wypowiedziałem Jezusowi na modlitwie – w zasadzie jestem już bardzo zmęczony i gdyby mi ktoś powiedział „wracaj do Polski” to nawet bez żalu za Asyżem mógłbym to zrobić…

Wczoraj więc, na godzinę przed wyjazdem na stację kolejową, kiedy już walizeczka zamknięta oczekiwała na mnie na środku pokoju, zadzwonił telefon i o. Jerzy, mój asyski gospodarz mówi do mnie – Michaś, mamy w domu potwierdzony Covid wśród braci, nie chciałbym cię narażać… I ja siebie nie bardzo chciałem narażać, więc otworzyłem walizkę, przebookowałem bilet i jutro zamierzam wrócić do Polski. Choć kto wie jakie przygody mnie czekają z przewoźnikiem, którego nazwa przypomina jako żywo nazwę proszku do prania, po użyciu którego już bielsze nie będzie…

Dziś tak sobie myślę, że Pan nie bał się mówić o czymś, o czym my boimy się mówić w sposób przejrzysty… Dobre ryby i złe ryby. Ale to przecież tylko obraz – opisuje nam ludzi. Podobnie jak pszenica i chwast. Jedno ma wartość, drugie nie… Wzdrygamy się wobec wypowiedzenia na głos słów, że człowiek może nie mieć wartości – bo przecież przywykliśmy do prawdy, że ma w oczach Bożych wartość nieskończoną. I to prawda. Ale czy nie może jej stracić? Czy nie może się jej wyrzec? Czy nie może zaprzepaścić? Bóg nie przestanie na niego patrzeć z miłością, ale nadejdzie czas, kiedy pozostanie naga prawda – twoje życie nie ma wartości – jesteś złą rybą, chwastem zaledwie… I na tym etapie już nic na to nie poradzimy…

Jest to całkowicie wbrew politycznej poprawności epoki współczesnej. A jednak przekaz Ewangelii jest niezmienny. Dziś jest czas reakcji, działania, zmiany. W ostatniej godzinie napotkasz sąd, który będzie nieubłaganie prawdziwy… To mnie zawsze zdumiewa i niepokoi. Bo kto stoi, niech baczy, żeby nie upadł. I na próżno wówczas będziemy wołać – Panie, czy nie uzdrawialiśmy mocą Twego imienia i na ulicach naszych nauczałeś i znamy Cię… I na próżno przyzywać miłosierdzia w tym naiwnym rozumieniu, że nie liczy się nic, bo Pan i tak wpuści do nieba wszystkich… Dzisiejsza Ewangelia jest wprost zaprzeczeniem wobec takich przekonań…

PS. A gdyby ktoś chciał, żebym jeszcze jutro zawołał do Pana w Jego intencjach na grobach Apostołów Filipa i Jakuba (bo niemal bezpośrednio nad nimi mieszkam) to śmiało – dajcie znać w komentarzu, albo w prywatnej wiadomości…

środa, 27 lipca 2022

Cudowny Medalik...


(Mt 13, 44-46)
Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść: "Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją".

 

Mili Moi…
Mój rzymski etap podroży dobiega powoli końca… Ileż ja tu potu zostawiłem… Jest rzeczywiście niesłychanie gorąco. Ale w końcu wakacje, więc jak ma być? Kościołów nawiedziłem moc… Ale dzięki temu znalazłem drugie, moje ulubione miejsce w Rzymie, które znajduje się bardzo blisko naszej Kurii Generalnej, gdzie stacjonuję. Pierwsze to oczywiście Bazylika Świętego Krzyża z grobem Antonietty. Ale drugie, odkryte tym razem, to kościół św. Andrzeja delle Fratte. To wyjątkowe i szczególne miejsce dla czcicieli Maryi, a szczególnie dla Rycerzy Niepokalanej. Tu bowiem w 1842 roku Maryja objawiła się Żydowi, a właściwie ateiście, Alfonsowi Ratisbonnowi, który, jak sam wspomina, wszedł do kościoła niewierzącym, a wyszedł jako człowiek głębokiej wiary…

Jeśli nie znacie tej historii to załączam ją za Posłańcem Serca Jezusowego z grudnia 2004 roku…

Alfons Ratisbonne urodził się w 1814 r. w Strasburgu w rodzinie żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. Uczył się w królewskiej szkole w Strasburgu, gdzie poczynił większe postępy w korupcji serca niż w wykształceniu umysłowym – jak wyznał po swojej konwersji. Dalsze nauki odbywał w zakładzie protestanckim, który ukończył ze stopniem bakałarza. W Paryżu studiował prawo i został adwokatem.

Ciosem dla rodziny Ratisbonne była konwersja starszego syna Teodora na wiarę katolicką, a następnie – mimo usilnych próśb i rozpaczy bliskich – przyjęcie przezeń święceń kapłańskich. Decyzja i działalność kapłańska brata wzbudziły w Alfonsie narastającą nienawiść do katolicyzmu i wszystkiego co katolickie. Zerwał z bratem wszelkie stosunki, gdy tymczasem ks. Teodor modlił się wytrwale o nawrócenie swoich bliskich.

Alfons jeszcze jako chłopiec stracił matkę, a kilka lat później także ojca, bankiera, po którym odziedziczył znaczny majątek. Ojca zastąpił Alfonsowi wuj, patriarcha rodu, bezdzietny finansista i bankowiec. Wuj odwołał z Paryża ukochanego bratanka do Strasburga, czyniąc go wspólnikiem domu bankowego Ratisbonne. Alfons jednak nie lubił bankowości –interesy go niecierpliwiły, powietrze biurowe dusiło, marzył tylko o zabawach i uciechach i oddawał się im namiętnie. Nie praktykował judaizmu ani w domu wuja, ani u swoich braci i sióstr. Nie wyznawał żadnej religii – nie uważał się za wierzącego w Boga. Był Żydem tylko z nazwy. Wyznał jednak: Pustka była w moim sercu i nie byłem wcale szczęśliwy wśród obfitości wszystkiego. Czegoś mi brakowało.

Wielką radość sprawiało mu narzeczeństwo z młodziutką, 16-letnią bratanicą. Z powodu zbyt młodego wieku narzeczonej rodzina odłożyła ślub, a do tego czasu Alfons miał odbyć długą podróż zagraniczną.

Pod koniec listopada 1841 r. wyjechał do Neapolu. Zimę zamierzał spędzić na Malcie, aby z kolei udać się do Konstantynopola i na Wschód. W dzienniku z podróży wyrażał swą nienawiść do religii, do księży, zakonów, zwłaszcza do jezuitów, do swego brata księdza; dopuszczał się wielu bluźnierstw przeciw katolickiej wierze. Nienawidził Rzymu jako miasta pamiątek chrześcijańskich, a jednak w sposób trudny do wyjaśnienia znalazł się w nim 6 stycznia 1842 r. Tu przypadkowo spotkał przyjaciela ze swego dzieciństwa Gustawa de Bussières. Lecz częściej spotykał się z jego starszym bratem Teodorem de Bussières, który z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm i odznaczał się niezwykłą gorliwością. Ten w sposób nieprawdopodobny namówił Alfonsa do zawieszenia na szyi Cudownego Medalika. Co więcej, namówił go do odmawiania rano i wieczorem znanej modlitwy św. Bernarda: Pomnij o najdobrotliwsza Panno Maryjo. Ratisbonne uległ tym namowom, ale bez najmniejszej motywacji religijnej, z ironią i wybuchem szyderczego śmiechu, traktując całe to zdarzenie jako nieprawdopodobną przygodę. Nazajutrz stwierdził jednak, że słowa modlitwy tak żywo owładnęły jego umysłem, że nie mógł się od nich oderwać; ciągle doń powracały, a on powtarzał je jak muzyczną arię. Mimo to w dalszym ciągu naśmiewał się ze spraw religijnych, co przeradzało się w piekielny ogień bluźnierstw, o których nie śmiem myśleć dziś, tak jestem przerażony nimi – wyznał po swoim nawróceniu.

20 stycznia Teodor de Bussieres poprosił Alfonsa Ratisbonne, by zaczekał na niego w powozie przed kościołem San Andrea delle Frate. Sam oddalił się, by w zakrystii załatwić sprawy związane z pogrzebem zmarłego hrabiego Alberta da La Ferronays, znanego w Rzymie z wielkiej pobożności. Parę dni wcześniej Teodor poprosił hrabiego, aby modlił się o nawrócenie Alfonsa. Ratisbonne w czasie nieobecności Teodora wolał obejrzeć kościół, w którym był wystawiony katafalk zmarłego. O tym, co się tam wydarzyło niech relacjonuje sam Alfons: Kościół św. Andrzeja jest mały, ubogi i odludny. Zdaje mi się, że byłem w nim sam; żaden przedmiot sztuki nie zwracał uwagi. Bezmyślnie prowadziłem wkoło wzrokiem, nie zatrzymując się myślą na niczym Przypominam sobie czarnego psa, który kręcił się przede mną i podskakiwał... Wkrótce pies ten zniknął – cały kościół zniknął. Nie widziałem już nic..., a raczej, o mój Boże, widziałem jedną rzecz! W innym źródle czytamy: Nagle owładnęło mną jakieś niewysłowione wzburzenie. Uniosłem wzrok w gorę. Budynek zniknął mi z oczu. Tylko jedna kaplica jakby skupiła całe światło, a pośrodku tego promieniowania ukazała się, stojąc na ołtarzu, wielka, świetlista, pełna majestatu i słodyczy Najświętsza Panna Maryja, taka jak na medaliku. Jakaś nieodparta siła popchnęła mnie ku Niej. Maryja dała mi dłonią znak, bym klęknął. Zdawała się mówić: “Tak jest dobrze”. Nie mówiła do mnie, ale ja wszystko zrozumiałem. W kościele tym nie było żadnego wizerunku Matki Bożej, tymczasem Alfons wyznaje: Całowałem z wylaniem wizerunek Najświętszej Panny promieniejącej łaskami. Och, to była ONA!

Niepokalana Matka Boża z niedowiarka uczyniła nieoczekiwanie gorliwego wyznawcę Chrystusa. Wyrzekł się wszystkiego, co nie jest Chrystusem: Miłość mojego Boga zajęła miejsce wszelkiej innej miłości. (...) To szaleństwo jest dzisiaj moją mądrością i moim szczęściem.

Pierwsze słowa porażonego cudowną mocą i nawróconego Alfonsa były wyrazem wielkiej wdzięczności dla śp. de La Ferronays: Ach jak ten człowiek za mnie się modlił – wyznał później – chociaż nie umiał powiedzieć, w jaki sposób się o tym dowiedział, jak i o wielu prawdach wiary. Zasłony spadły mu z oczu i znikły kolejno i szybko jak śnieg, błoto i lód pod palącymi promieniami słońca.

Alfons nie wrócił już do Neapolu i nie kontynuował zaplanowanej podróży. Znalazł się w rzymskim domu neofitów św. Ignacego Loyoli i w jezuickim domu profesów na rekolekcjach, przygotowujących go do przyjęcia Chrztu. Ceremonia ta odbyła się w kościele del Gesu 31 stycznia 1842 r. Trwała trzy godziny. Przewodniczył jej kardynał Patrici. Na Chrzcie Alfons przyjął dodatkowo imię Maria dla uczczenia Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej od Cudownego Medalika. Wtedy też przyjął sakrament bierzmowania i Pierwszą Komunię świętą. Wkrótce został przedstawiony papieżowi Piusowi IX przez generała jezuitów. Po szczególnym zbadaniu sprawy konwersji, na podstawie zeznań dziewięciu wiarygodnych osób, cudowny charakter tego nawrócenia potwierdził kardynał wikariusz Patrici dekretem z dnia 3 czerwca 1842 r.

Kiedy patrzy się na obraz Niepokalanej umieszczony w kaplicy zjawienia, rzeczywiście powstaje wrażenie, jakby Maryja miała za chwile wyjść z tego płótna i stanąć przed modlącymi się… Doświadczyłem w tym miejscu głębokiego pokoju i radości. Miałem okazję tam długo posiedzieć i wierzę, że jeśli gdzieś w Rzymie wrócę, to właśnie tam…

A dziś Alfons wraca mi w pamięci jako człowiek, który doskonale zrealizował dzisiejszą Ewangelię. Zostawił wszystko, wyrzekł się ziemskich skarbów (nie tylko w znaczeniu materialnym), aby zyskać pełnię Chrystusa. Pytam dziś samego siebie – co ja dziś oddaję, czego się wyrzekam dla Chrystusa? Bo jak długo można odwoływać się do decyzji sprzed lat dwudziestu dwóch? Zresztą i wówczas nie miałem poczucia, że wstępując do zakonu coś szczególnego porzucam czy ofiarowuję. Dziś jednak wiem dobrze, że impuls nie przyjdzie z zewnątrz – nie ma bowiem nic, co zachęcałoby mnie do jakiejkolwiek ofiary czy wyrzeczenia. Mentalność "mieć ciastko i zjeść ciastko" jest tymczasem niesłychanie silna. Dlatego dziękuję Bogu za to dzisiejsze Słowo, bo ono wprowadza mnie w ostatni etap tej mojej eskapady – chyba najbardziej refleksyjny i rekolekcyjny. Po południu bowiem ruszam do Asyża, żeby u grobu świętego Franciszka spędzić kilka dni i utwierdzić w sobie decyzje o tym, kim chcę być… A kim?

FRANCISZKANINEM… I nikim innym… I nikim więcej…



sobota, 23 lipca 2022

wola Boża...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.

 

Mili Moi…
Kiedy wylatywałem z Dublina było 13 stopni Celsjusza… Gdy wylądowałem w Rzymie było ich 37. Tu naprawdę jest lato… Dostałem się pod gościnny dach naszej Kurii Generalnej, gdzie mój współbrat z roku, a zarazem serdeczny przyjaciel, Tomek, pełni urząd Sekretarza Generalnego. Mam swój mały, klimatyzowany pokoik i zasadniczo zajmuję się łażeniem po mieście. Mógłbym dodać, że właściwie bez celu, czyi tak, jak najbardziej lubię…

Ludzi jest mrowie. Temperatury ekstremalne. Jedzenie i picie fantastyczne. Czego chcieć więcej od wakacji w Rzymie? Dziś odwiedziłem moją serdeczną Przyjaciółkę, Służebnicę Bożą, Antoniettę Meo. Spóźniłem się nieco na jej rocznicę śmierci, która była 3 lipca, ale mimo wszystko posiedzieliśmy w serdecznej ciszy. Na pewno nie była to moja ostatnia wizyta u niej…

Ale oczywiście wydarzyło się coś znów dla mnie zaskakującego… W Bazylice św. Jana na Lateranie podeszła do mnie urocza młoda kobieta z pytaniem – czy brat to ten z You Tuba, co głosi rekolekcje? Bo my całą rodziną słuchamy i… No i tu zaczęły się serdeczne i miłe słowa zwieńczone prośbą o wspólne zdjęcie… Ja się wciąż nie mogę do tego przyzwyczaić… I nie chciałbym się chyba przyzwyczajać, bo to jest wciąż uroczo zaskakujące. Tym razem miejsce docierania naszych filmików to Szkocja. Serdeczności dla wszystkich, którzy nas tam (i gdziekolwiek indziej) oglądają.

A dziś pomyślałem sobie, że bez Jezusa naprawdę nic nie mogę, a z Nim… całkiem sporo. Ten wyjazd upływa mi pod hasłem „woli Bożej” w najlepszym tego słowa znaczeniu. Modle się, żebym potrafił ją pełnić i żeby Pan przekonał mnie, że tam, gdzie jestem teraz i w tym, co teraz robię jest dobrze i tak ma być… Najlepiej, rzecz jasna, gdyby powiedział mi to wprost i bezpośrednio, ale to się nie dzieje. Tymczasem jest sporo małych znaków… Nawet to dzisiejsze słowo. Z winnej latorośli rodzą się tylko winogrona. I choć chciałbym rodzić też wiśnie, albo pomidory (to znaczy być wszędzie i robić wszystko), to tak się po prostu nie da. Bogu jestem potrzebny jako dostawca winogron. Niby wszystko głową rozumiem, a wahań całe mnóstwo… Na szczęście w zakonie są przełożeni, którzy ostatecznie decydują o moim losie. Dziś, pod dachem Kurii Generalnej, za nich Bogu niech będą dzięki…

środa, 20 lipca 2022

Dublin...


(Mt 13, 1-9)
Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: "Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!"

 

Mili Moi…
21 lipca 2007 roku ówczesna Delegatura Generalna Anglii i Irlandii naszego Zakonu, przejęła opiekę nad niezwykłym miejscem – klasztorem franciszkańskim w Wexford w Irlandii. Przekazali nam go bracia „brązowi”, bo ich liczebnie zmniejszająca się irlandzka prowincja postanowiła wycofać się z tego miejsca. A miejsce starożytne, bo zainicjowane przez braci dwadzieścia lat po śmierci św. Franciszka. Zamysłem naszego zakonu było utworzenie drugiego miejsca w Irlandii (bo byliśmy obecni tylko w Dublinie, gdzie do dziś prowadzimy parafię) jako klasztoru określanego mianem „come and see”. Miał on mieć szczególny charakter powołaniowy, ale również miał służyć wraz z kościołem jako miejsce duszpasterstwa polonijnego w diecezji Ferns. Pierwszym duszpasterzem tamtejszej Polonii zostałem ja i miałem okazje uczestniczyć w uroczystości przekazania tego klasztoru w naszą posługę…

Dziś, w przededniu piętnastej rocznicy tego wydarzenia, moja noga znów stanęła w Wexford. Tak, jestem w Irlandii. To pierwsza część mojego urlopu, którego losy ważyły się właściwie do ostatnich chwil. Kiedy wydawało się, że jednak nie pojadę, okoliczności ułożyły się w sposób sprzyjający i oto jestem. Mieszkam u naszych gościnnych braci w Dublinie, eksploruję od poniedziałku miasto, a dziś właśnie odbyłem wycieczkę do Wexford.

Było to niezwykle ciekawe doświadczenie… Po pierwsze, właściwie nie znalazłem dziś żadnych śladów polskości w tym miejscu. Nawet polski sklep, w którym wieszałem pierwsze ogłoszenia o polskich Mszach już nie istnieje. Nie znalazłem tam nic z siebie… Moje serce nie zabiło żadnym żywszym uczuciem. I choć spędziłem tam rok i znam to miejsce, to dziś czułem się tam całkowicie obco. Nawet w klasztorze nikogo nie zastałem, żeby powiedzieć „hallo”. Podziękowałem Bogu za 2007 rok w Wexford i wyjechałem stamtąd bez cienia żalu, wiedząc, że prawdopodobnie już nigdy więcej tam nie wrócę…

Ziarna rosną, dojrzewają, ale najpierw obumierają… Moja irlandzka przygoda umarła dawno temu. Czy wydala jakieś życie? Siedząc dziś w naszym kościele, słyszałem organistę Przemka, słyszałem czytającego Tomka (serdcznosci dla Ciebie - chyba jako jedyny z "tamtych" tu zaglądasz), widziałem Agnieszkę i Sebastiana, Przemka i Iwonę, Justynę i Mariusza i tak wielu innych. Wówczas to miejsce tętniło życiem. Dziś chyba dużo się zmieniło…

Wszyscy poszliśmy dalej… A Pan cierpliwie sieje w naszych sercach. Tam, gdzie jesteśmy. Tam, gdzie nas życie zaniosło. Tam, gdzie się starzejemy i wspominamy…

A jutro ostatni dzień w Dublinie i w piątek skok do gorącego Rzymu… 

sobota, 16 lipca 2022

w drodze...


(Mt 12,14-21)
Faryzeusze wyszli i odbyli naradę przeciw Jezusowi, w jaki sposób Go zgładzić. Gdy się Jezus dowiedział o tym, oddalił się stamtąd. A wielu poszło za Nim i uzdrowił ich wszystkich. Lecz im surowo zabronił, żeby Go nie ujawniali. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Oto mój Sługa, którego wybrałem; Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie prawo narodom. Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą.

 

Mili Moi…
Wybaczcie długą nieobecność… Ale właśnie dziś zakończyłem trwające tydzień rekolekcje dla Sióstr Orionistek w Zduńskiej Woli… Niedawno wszedłem do domu. To były szóste rekolekcje dla nich wygłoszone na przestrzeni minionych trzech lat. I tym razem ostatnie. Konieczna jest przerwa, żeby im samym nie znudził się jeden gadający ksiądz. Tym bardziej, że dobrze gadających jest naprawdę wielu. Te ostatnie rekolekcje były wyjątkowe również dlatego, że sióstr było niemal czterdzieści, a poza mną nie było zwyczajowego drugiego spowiednika. Wszak mamy czas urlopów. Pozostałem więc wiernym słuchaczem opowieści zakonnych, które absorbowały mnie bardzo czasowo, ale też powodowały, że kiedy docierałem wieczorem do własnej celi, to miałem już tylko jeden plan – trafić do łóżka. Pisać. Czytać. Myśleć. Nie… nie dawałem już rady…

Niemniej czas był piękny… Im dłużej jestem zakonnikiem, tym pilniejszą potrzebę pogłębiania świadomości naszej konsekracji widzę. Jesteśmy obdarzeni w Kościele niezwykłym darem. To takie ważne, żebyśmy sami go dobrze rozumieli, potrafili się nim zafascynować i o nim świadczyć…

To świadectwo dziś stanęło mi przed oczami również w kontekście Ewangelii. Skonfrontowano w niej agresję i gwałtowność faryzeuszów z łagodnością i dobrocią Jezusa. Pomyślałem dziś czy ci agresorzy byli ludźmi szczęśliwymi? Czy chcieli się dzielić swoją fascynacją Bogiem i w ten sposób zapraszać do wiary innych, czy raczej byli mścicielami Prawa, którzy najlepiej czuli się wówczas, kiedy mogli złapać kogoś na potknięciu, albo jawnym grzechu? Człowiek szczęśliwy nie boi się, że cokolwiek straci, jest tak pochłonięty swoim doświadczeniem, że znacznie mniej interesują go słabości innych. A jeśli go interesują, to tylko dlatego, że chce się z nimi dzielić swoim szczęściem. Nie przymuszać i przytłaczać, ale świadczyć, zapraszać.

Taki był właśnie Jezus… Nie krzyczał, nie dyrygował, nie zmuszał, nie straszył. Szanował dynamizm każdego człowieka, etap jego rozwoju. Wiedział, że pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. A kiedy emocje sięgały zenitu, potrafił się również wycofać, nie szukać konfrontacji. Wzdycham, jako temperamentalny choleryk, do tego rodzaju łagodności i wyrozumiałości. Bo mnie, podobnie jak faryzeuszom, wydaje się często, że wystarczy powiedzieć raz, wytłumaczyć, przekonująco uzasadnić i… już. Tymczasem rozczarowaniom nie ma końca. A kiedy się na spokojnie zastanawiam, to dziękuję Bogu, że On nie działa wobec mnie tak impulsywnie, jak ja czasami chciałbym zadziałać wobec innych. I to mnie chyba często hamuje…

Przyjaciele… Nie wiem kiedy zajrzę tu znowu… Jutro mam jeszcze cudowną okazję wygłoszenia kazania podczas ślubów wieczystych s. Katarzyny, betanki, w Gościcinie. A potem ruszam na urlop… Przez trzy tygodnie będę się bujał tu i ówdzie i nie jestem w stanie przewidzieć dostępności internetu. Odezwę się, jak to tylko będzie możliwe. Najpóźniej za kilkanaście dni...