środa, 16 grudnia 2015

czy...???

zdj:flickr/Colin Kinner/Lic CC
(Łk 7,18b-23)
Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi.

Mili Moi…
Dopiero się zaczęły, a dziś już się skończą. Rekolekcje w naszej parafii. Ojciec Marcin głosi z mocą. Frekwencja nie najgorsza (choć oczywiście gdyby była lepsza, też byśmy nie płakali). Spowiedzi idą pełną parą. Święta widać już za rogiem. Choć muszę przyznać, że sam jeszcze ich nie czuję. Może to dlatego, że tuż przed nimi sam odrobinę popracuję. Od niedzieli bowiem rozpoczynam rekolekcje w Clifton, NJ, w naszej, franciszkańskiej parafii. Odetchnę od codziennych obowiązków, ale oddam się innym. Nie ukrywam, że głoszenie rekolekcji to chyba największa część emigracyjnej ofiary. Każdy pewnie za czymś tam tęskni. Ja najbardziej za sześcioma turami rekolekcji wielkopostnych do poprowadzenia…

Ale za to zawsze mogę sobie wyczyścić lichtarze w kościele… Dziś udałem się na poszukiwania środka do usuwania wosku. Coś tam nabyłem i pucowałem… To takie element duchowości franciszkańskiej. Zadbać o świątynię Pana, żeby była piękna… Kiedyś wzbudziłem tym niemałe zdziwienie w jednej z parafii, w której głosiłem rekolekcje adwentowe. Zima, na podłodze piaskownica. Chwyciłem więc za miotłę i obleciałem cały kościół. Radość, którą odczułem kiedy już wszystko zamiotłem była nieporównywalna z żadną inną… Czasem więc chwytam się za drobiazgi. Ale jest jeszcze kilka miejsc w naszej świątyni, które domagają się hektolitrów potu… Nikt tam nie sprzątał od czasów Kennedy’ego.

A dziś myślę sobie o tym niesłychanie ważnym pytaniu Jana – czy Ty jesteś Tym, na którego czekamy??? Dlaczego ono jest ważne? Ponieważ przy odpowiedzi twierdzącej zmienia się absolutnie wszystko. I może dlatego tak wielu z nas boi się to pytanie postawić. Bo wiemy, że gdybyśmy to zrobili, tak indywidualnie, osobiście, to odpowiedź Jezusa, która nie może być inna od tej, którą otrzymał Jan, musiałaby się wiązać z bardzo zdecydowaną zmianą naszego życia. No bo jak tu dalej przeżywać życie po swojemu, kiedy Mesjasz przyszedł? Jak dalej żyć tylko swoimi sprawami, kiedy On dokonuje takich dzieł? W jaki sposób bywać z Nim, kiedy On jest z nami nieustannie?

Co więc robimy? Nie pytamy… Żeby się nie narażać na odpowiedź… I dalej możemy przeżywać naszą wiarę jak film w kinie… Kiedy siedzimy przed ekranem, przeżywamy wszystko bardzo intensywnie, ale kiedy wychodzimy z kina, uświadamiamy sobie, że to przecież nas nie dotyczy… To nie nasze życie. Nasze jest poza budynkiem kina. A w kinie się tylko bywa… Mamy więc klasycznie podwójne życie… To „nasze” codzienne i to „z Bogiem”, w które wskakujemy od czasu do czasu. 

Skutki? Powierzchowne, uczuciowe doświadczenia, które mijają szybciej, niż się pojawiły, a działanie Boga w codzienności absolutnie niewidzialne…. Bo oczy nasze skupione na czymś innym… Na czym??? Tu każdy może sobie sam odpowiedzieć… Aby doświadczyć Boga działającego potrzeba odwagi… Odwagi zadania jednego pytania – czy Ty jesteś Mesjaszem??? Tylko uważaj!!! Bo stamtąd nie ma już powrotu… Nie będziesz już umiał żyć jak dotąd…

poniedziałek, 14 grudnia 2015

a tymczasem w kieszeni...

zdj:flickr/Mike Schmid/Lic CC
(Łk 3,10-18)
Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.

Mili Moi…
Piękna niedziela. Również dlatego, że mogłem słuchać. To dobrze robi mojej wierze. A zaczęliśmy dziś rekolekcje, więc czas słuchania w pełni. Sprawowałem poranną Mszę, po której natychmiast wsiadłem w  samochód i pojechałem do Westa Haven, na uniwersytet, gdzie w niedzielne poranki pan Kazimierz prowadzi polską rozgłośnię radiową. W zacnym gronie rozprawialiśmy dziś o najcenniejszych prezentach bożonarodzeniowych. Rzecz jasna moja obecność miała podkreślać duchowy wymiar świąt. Mam nadzieję, że on wybrzmiał…

Po powrocie kolejna Msza Święta, a po niej nieco odpoczynku. No i popołudniowe ćwiczenia… Bo w zdrowym ciele, zdrowe ciele. :) To taki nowy świat, który, jak już wspominałem, odkrywam. Na razie sprawia mi sporo przyjemności, choć niestety zabiera również sporo czasu. Ale zdrowy rozsądek podpowiada, że to czas właściwie zainwestowany. A dzisiejszy wieczór? Chyba spędzimy go z „Księgami Jakubowymi” pani Tokarczuk. Lektura zadana w naszym klubie książki. Choć jej grubość sprawia, że chyba tylko najwytrwalsi czytelnicy po nią sięgną. Może będę jednym z nich…

Tymczasem Słowo, zwłaszcza w wydaniu Jana, jest bardzo zdecydowane i konkretne. Nasz rekolekcjonista, który jest dla nas takim Janem Chrzcicielem na te dni, ukazał je dziś w całej prostocie i oczywistości. Jeśli Jan mówi – oddaj drugiemu suknię, jeśli masz dwie, to mówi ni mniej ni więcej, tylko daj połowę tego, co posiadasz… Skok na kasę? Nie… Dowód wiary w Boga, który się troszczy… Nasz Adwent ma być również czasem pytania siebie samych o naszą wiarę. Jaka ona jest? Czy w ogóle jest? Bo jeśli tak, to czy stać mnie na to, żeby zaufać tak mojemu Bogu, żeby zainwestować połowę tego, co mam w najuboższych, którzy nie mają? To jest konkret. Tu kończą się wszelkie rozważania teoretyczne i deklaracje. Słowa nic nie znaczą, jeśli nie są poparte czynami…. Na nic zda się również łagodzenie radykalizmu tej Janowej rady. Ona  brzmi tak, jak brzmi. Daj połowę… No i mamy problem. Bo to nie tak, że nie wierzymy w Boga, ale wcale nie mamy ochoty oddawać połowy. Ja mogę dać 3%, albo nawet 5%, ale 50%? Nikt mi nie będzie drenował kieszeni. Nawet Bóg.

A On tam siedzi w niebiesiech i uśmiecha się do tych naszych rozterek. Bo myślę, że Jego ulubionym zajęciem jest zaglądanie wraz z katolikami do ich kieszeni, kiedy stają przed Nim po śmierci. One są zawsze i nieodmiennie puste. A oni są zawsze tak samo zaskoczeni. A Pan Bóg? Pozwala im pewnie zajrzeć do swojej kieszeni, do której za życia  nigdy nie zaglądali. I dziwią się jeszcze bardziej… Bo nasz Bóg jest bogaty i uwielbia się dzielić…

niedziela, 13 grudnia 2015

proroków posyłaj...

zdj:flickr/Andrea Nissolino/Lic CC
(Mt 17,10-13)
Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.

Mili Moi…
Właśnie zakończyliśmy wigilijne spotkanie w polskiej szkole… Zawsze dużo radości przynosi mi patrzenie na dzieciaki, które zmagając się z zawiłościami języka polskiego, recytują strofy, czy śpiewają pieśni… Dziś też ich nie zabrakło… I jasełka były… Dobry wieczór w sympatycznym gronie nauczycieli i rodziców…

A wcześniej miałem okazję spędzić kilka chwil na spotkaniu dla osób konsekrowanych zorganizowanym na Uniwersytecie w Fairfield. Konferencję głosił młody franciszkanin, a była poświęcona Thomasowi Mertonowi i dlatego dla mnie wyjątkowo ciekawa. Merton nic nie utracił ze swojej głębi i świeżości. Bardzo lubię czytać książki tego amerykańskiego trapisty, a dzisiejszy mówca, odnosząc się do Adwentu, pokazał Mertona jako człowieka twardo stąpającego po ziemi, a jednocześnie całkowicie zanurzonego w sprawach Bożych…

Jutro zaś zaczynamy rekolekcje parafialne… O. Marcin już dotarł. Głosił nie tak dawno dzień skupienia dla małżeństw w naszej parafii i słyszałem głosy zadowolenia. Sam zresztą słuchałem z uwagą. Wierzę więc, że nasi parafianie skorzystają i nie będą zawiedzeni. Przywiązuję zresztą do głoszenia ogromną wagę, więc głosicieli dobieram starannie. Oczywiście jeśli to tylko ode mnie zależy…

A to dlatego, że Słowo ma niezwykłą moc… Dowodem na to Eliasz prorok, o którym mówi dziś Jezus. Porównuje On do Eliasza swojego poprzednika, Jana Chrzciciela. O ile jednak Eliasz był prorokiem nie tylko słowa, ale również nadzwyczajnego czynu, o tyle w posługiwaniu Jana nie pojawiają się znaki i cuda, ale za to słowo, które kieruje on do ludu ma moc przemiany… Tłumy, które przychodzą i proszą o chrzest nawrócenia… Niecodzienny widok ówcześnie… 

Dziś kluczem dla mnie stały się słowa Jezusa – postąpili z nim tak, jak chcieli… Myślę o moich prorokach, o tych, którzy głoszą wobec mnie, o tych, którymi Pan posługuje się, żeby skruszyć moje twarde serce. Co z nimi czynię Czy słucham? Czy ucinam im głowy? W sercu rzecz jasna, ale czasem to przecież równie skuteczne, jak w realu… A Słowo niezmienne… Prowokujące… Twarde… Prorocze… I ja wobec niego…  Zbuntowany i skruszony, opieszały i gorliwy, przemieniony i twardego serca. Cały ja… 

Proroku mojej codzienności! Nie omijaj mojego domu… Mimo wszystko…

środa, 9 grudnia 2015

małe i większe marzenia...

zdj:flickr/Flickred!/Lic CC
(Mt 11,28-30)
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Mili Moi…
Jakoś tak w ostatnich dwóch wpisach umknęła mi ważna rocznica… Czwartego grudnia stuknęło mi jedenaście lat ślubów wieczystych… Nie do wiary…. Każdy rok przybliża mnie do wieczystego przebywania z Bogiem. A zaczyna się ono już tu… Mam należeć do Niego całkowicie… Do nikogo i niczego innego… Mam nadzieję, że idę w dobrym kierunku…

A wczoraj kolejne muzyczne marzenie zrealizowane… Wieczorny koncert w Ridgefield. Na scenie Kenny G (na zdjęciu). A właściwie i na scenie i na widowni… Taki show… Ale co ten człowiek wyprawia z saksofonem… Prawdziwy wirtuoz. Niesamowicie dużo dobrej, muzycznej energii. Dobre towarzystwo. Sporo starych przebojów.

Oczywiście nie obyło się bez ciekawostki. Poczułem się wczoraj jak chrześcijanin pierwszych wieków. Byłem oczywiście w habicie. Podszedł do mnie pan z obsługi. Czarny garnitur, pełen profesjonalizm. Konspiracyjnym szeptem poprosił mnie, żebym pobłogosławił mu różaniec, który równie konspiracyjnym ruchem wsunął mi w rękę. Powiedział, że pracuje i zgłosi się po niego za chwilę. Gdy podszedł kolejnym razem, odebrał różaniec i poprosił, żebym i jemu pobłogosławił, bo od niedawna dopiero się modli na różańcu i jest tym bardzo przejęty… Jak dobrze być księdzem…

A dziś rano przybyła do mnie pani redaktor z lokalnej katolickiej gazety, aby przeprowadzić ze mną wywiad… Maglowała mnie dziewięćdziesiąt minut. A jaki jest twój ulubiony obraz Chrystusa? A kto miał największy wpływ na twoją wiarę? A co najbardziej cenisz w życiu zakonnym? A którego świętego zaprosiłbyś na lunch? I wiele innych pytań… Na ile zrozumiała, co do niej mówiłem, okaże się, kiedy przeczytam gazetę.

A potem wybrałem się zakupić gitarę. Od roku gram na pożyczonej, która zaszwankowała ostatnio poważnie, więc postanowiłem wreszcie zainwestować w sprzęt. Zabrałem eksperta i pojechaliśmy… Pewnie szybciej kupiłbym dom. Spędziliśmy w sklepie trzy godziny. Ale wyszedłem z pięknym, nowym instrumentem. Będę mógł wrócić do niedzielnych „homilii gitarowych”.

Wracając do pierwszej myśli, o przynależności do Pana, o której przypominają mi złożone jedenaście lat temu śluby, muszę dodać jeszcze słowo o pełnej zależności. Dzisiejsze Słowo przekonuje mnie, że w życiu chrześcijanina „im gorzej, tym lepiej”. Dlaczego? Bo wówczas wszystkiego możemy spodziewać się od Boga. I to dosłownie wszystkiego. Zwłaszcza tego, czego sami sobie nie możemy dać, ani czego sami nie możemy stworzyć. A On przecież nie pozwoli nam zginąć, ale udzieli nam tego wszystkiego, czego rzeczywiście potrzebujemy. I zwykle właśnie w takich sytuacjach, kiedy jest nam gorzej, doskonale widzimy czego tak naprawdę nam potrzeba. Okazuje się, że to w istocie niewiele… Pokrzepienie, którego źródłem jest Pan, może zastąpić wszystkie sztucznie rozdmuchane pragnienia, których zrealizowanie nadal pozostawia pustkę w sercu… On jest… A Jego jarzmo lekkie...

wtorek, 8 grudnia 2015

czekam na niebo...

zdj:flickr/Tommy Clark/Lic CC
(Łk 5,17-26)
Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj.

Mili Moi…
Od dziś dyscyplina… Zmieniłem godzinę wstawania… Z 4.30 na 4.00. :) Stwierdziłem, że poranki to jedyna pora dnia, w której jest szansa, na zrobienie czegokolwiek, na jakiekolwiek pisanie… Prawdopodobnie spać będę chodził po Dobranocce, :) ale co tam… Bylebym na własnych kazaniach nie zasypiał, to może jakoś damy radę..

Wczoraj po południu wizyta proboszczowska na „Mikołaju” organizowanym przez klub Biały Orzeł. To takie polskie miejsce w naszym mieście. Nie było to jednak wydarzenie szczególnie radosne z powodu bardzo małej frekwencji. Ale za to radość dzieciaków z otrzymanych prezentów – jak zawsze bezcenna. A wieczorem jeszcze konsultacje prawne w kwestiach umów o pracę… No bo teraz jestem pracodawcą… Co to się porobiło… Umowy, płace, urlopy… A ja w tym wszystkim niczym dziecko we mgle…

A dziś wycieczka z proboszczem seniorem do Clifton. Spożyliśmy lunch urodzinowy z jedną z tamtejszych sióstr i naszymi braćmi tam pracującymi. Dużo dobrych rozmów, serdecznych chwil… Potrzebujemy tego. Ja jakoś szczególnie w ostatnich dniach, bo świat ludzi ostatnio znów mnie zdziwił… Może taki mój los – po prostu się dziwić. I nie rozumieć… 

Ale lekarstwem na moje smutki jest dzisiejsza Ewangelia… I tych czterech ludzi, którzy przypominają mi o przyjaciołach niosących mnie w codzienności. Nie ma ich wielu (tych też było tylko czterech), ale są za to cierpliwymi tragarzami i mają w sercu wiele miłości… Do dwojga z nich wczoraj zadzwoniłem, bo jakoś bardzo potrzebowałem CZŁOWIEKA. I chłonąłem ich świat. Świat, w którym zawsze jest dla mnie miejsce. To mnie urzeka. Bo właśnie za nimi widzę Jezusa, który się do mnie zbliża i patrząc na ICH miłość i dobroć, dotyka mojego paraliżu… Sama świadomość, że oni tam gdzieś są i że poniosą mnie zawsze, daje mi dużo adwentowej nadziei… Czekam na niebo. Oni są jego zwiastunami…

sobota, 5 grudnia 2015

misja...


(Mt 9,35-10,1.6-8)
Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. Tych to Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!

Mili Moi…
Musze przyznać, że każdego dnia wieczorem siadam przed komputerem i kapituluję… Zmęczenie bierze górę i odkładam pisanie na następny dzień… Tyle się dzieje… Wspominałem, że w czwartek objechaliśmy kilka domów opieki, gdzie nasi parafianie… I tu właśnie zastanawiam się co napisać… Żyją? Czekają na śmierć? Wegetują? To taki przykry widok… Nie nowy dla mnie, ale jednak zawsze poruszający… Stanley, który w zabrudzonej koszuli nocnej czeka aż ktoś go przebierze…. Helen, która kieruje do nas tylko jedno pytanie – kiedy zabierzecie mnie do nieba? Teraz każdego miesiąca będę się z nimi, czy może nad nimi raczej modlił. Większość z nich niestety nie ma już świadomości tego, co się dzieje… Ale należeli do naszej parafii… Chcemy być z nimi do końca.

Piątek to rzecz jasna kolejne odwiedziny chorych i bieganie wokół wielu różnych spraw… Święta idą, bo wszędzie jakieś szalone kolejki… Szał kupowania się rozpoczął… Wieczorem natomiast obejrzałem dokument poświęcony naszym braciom Michałowi i Zbyszkowi, którzy dziś zostaną beatyfikowani… Ależ to dziwnie brzmi… Pisać o tym jak o najzwyczajniejszym fakcie pod słońcem… A przecież to absolutnie nadzwyczajne wydarzenie. Nasi współbracia, franciszkanie, pierwsi polscy misjonarze męczennicy. Wczoraj, dzięki temu dokumentowi, poznałem ich odrobinę lepiej… Ta ich bezradność wobec duchowej biedy ich parafian… Stawiane pytania – po co ja tu jestem? I odpowiedzi – przecież Ty Panie umarłeś i dla nich… Ty wiesz po co tu jestem…

To stało się we mnie znów źródłem przemyśleń dotyczących najgłębszego sensu mojego życia… Kiedy patrzę na ich pracę, ich zaangażowanie, ubóstwo, gorliwość, na potrzeby, którym starali się sprostać… Myślę sobie o swoim życiu, które dziś wiąże się z wypełnianiem różnych kwitów, chodzeniem na różne spotkania, bieganiem wokół spraw banalnych… Oczywiście taki jest moment mojego życia… Tu tez postawił mnie Pan. Jestem tego pewien… Ale rozmawiam od wczoraj z Nim na poważnie… A gdybyś Panie Boże zechciał czego innego??? Czegoś, co mi się dziś w głowie wcale nie mieści? Tak na przykład – jedź na koniec świata, żyj bez prądu, bez samochodu, bez bieżącej wody, bez przyjaciół, bez… Jestem gotów? Dla Ewangelii? Dla mojego Jezusa??? To też przypomina mi o upływającym czasie… Życie mija. I na ile ono jest owocne, twórcze? A przede wszystkim na ile służy Boże sprawie? Bo tylko w tym jest jego sens…

Szczególnie dziś to słyszę, kiedy Słowo bardzo jasno wspomina o misji… A ja należę do zakonu misyjnego… Wszak Franciszek jeden cały rozdział Reguły misjom i misjonarzom poświęcił. Czy wystarczy powiedzieć – tu i teraz, dziś jest moja misja? A może trzeba wejść jeszcze w głębiej w słuchanie… Może trzeba podjąć jeszcze jakieś większe ryzyko… Może trzeba się okazać szalonym… Nawet we własnych oczach… Czekam. Ufam, że On przemówi…

A dziś od rana trwamy na warsztatach dla małżonków i rodzin, które zorganizowaliśmy w naszej parafii. Ponad 20 par, które w serdecznej atmosferze zdobywają wiedze i doświadczenie. „Dlaczego moje dziecko mnie nie słucha?” To temat… Mam nadzieję, że owocnie spędzimy ten dzień…

środa, 2 grudnia 2015

okruchy...

zdj:flickr/Dean Shareski/Lic CC
(Mt 15,29-37)
Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze. Na to rzekli Mu uczniowie: Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba żeby nakarmić takie mnóstwo? Jezus zapytał ich: Ile macie chlebów? Odpowiedzieli: Siedem i parę rybek. Polecił ludowi usiąść na ziemi; wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.

Mili Moi…
No i już połowa tygodnia… I trudno powiedzieć, żebym wymierne owoce swojej pracy obserwował… A wiele się oczywiście dzieje… Wczoraj cały dzień spędziłem w Bostonie, w towarzystwie starego przyjaciela Roberta, z którym w Polsce od lat nie mogliśmy się spotkać, a tu – proszę bardzo… Dawne dzieje… Wspólne pielgrzymowanie do Częstochowy… Wówczas to była ekipa… A dziś – Robert, doktor habilitowany, żona, dwójka dzieci, stypendium w Californii, konferencja naukowa w Bostonie. Miło, że w ogóle chce jeszcze ze mną, szarakiem gadać… :) Ale tak na poważnie to był bardzo miły czas… Okazuje się, że po latach wciąż tematów nie brakuje, a rozmowy całkiem świeże, a nie tylko „o starych, dobrych Polakach”.

A dziś od rana walka z internetem, telefonami, telewizją… Postanowiliśmy pozałatwiać kilka niedokończonych spraw. A że mieliśmy dziś wyjątkowo eksperta w domu, który się na wielu tych rzeczach zna i nam podoradzał, to prawie wszystko udało się zrobić. Ale kosztuje to ogromnie dużo czasu… Jeden telefon w sprawie naszej sieci komórkowej zajął nam niemal dwie godziny… Koszmar… 

A kolejne dni nie przyniosą szans na zmiany… Pierwszy piątek w perspektywie… Muszę wesprzeć proboszcza seniora, bo z mojej grupy chorych zostało już niewielu. On zaś ma wciąż tłumy… Moi jakoś szybciej są zapraszani do domu… W sobotę dzień skupienia dla małżonków. Jedno, co cieszy, to adwentowe, poranne Roraty. W tym roku mam jakieś głębsze doświadczenie wędrowania w ciemnościach… :)

Myślę sobie o tej misji Jezusa, z którą przyszedł na ten świat. Ona jest tak wyraźnie dziś w Słowie ukazana. A ja mam w niej swój udział. Po pierwsze przychodząc do Niego i czerpiąc z tej miłości, którą wciąż przynosi. Jestem szczęściarzem, bo Pan dał mi łaskę to zrozumieć. Wielu wokół mnie podobnych szczęściarzy. Ale jeszcze więcej tych, którzy, jak mówi Pismo, „nie odróżniają prawej ręki od lewej” i nie mają pojęcia, że ich Zbawiciel umarł dla nich i pozostawił im takie zasoby łaski, że mogą być niebiańsko szczęśliwi już tu, na ziemi.

Trzeba ich przekonać, powiedzieć im, pokazać… I tu się zaczynają schody… Bo często pojawia się argument – ale co ja mogę??? Przecież to niewiele, które mam, nie nakarmi tysięcy… Czyżby? Gdybyśmy tylko uwierzyli, że nasze okruchy mogą, pobłogosławione przez Pana, stać się pożywnym chlebem dla tłumów, to działyby się cuda na naszych oczach i z naszym udziałem…. Gdybyśmy tylko uwierzyli, że to „mało”, które mamy w zupełności Bogu wystarczy, bo On może to wszystko dzielić między innych w sposób nadobfity… To takie moje marzenie… Samemu wierzyć i mieć wokół siebie wierzących w tę prawdę… Wtedy potrząśniemy tym światem… A właściwie On nim potrząśnie, przy naszym współudziale…