sobota, 25 stycznia 2014

cud Jego obecności...


źródło - You Tube
Mili Moi...
 Nieopatrznie wyszedłem dziś na zewnątrz. Niby nic... Osiemnaście stopni mrozu, to nie chicagowskie trzydzieści sześć... Ale jednak. Zdominowało mnie marzenie o ciepłym kocyku i kubku gorącej kawy w dłoni... I teraz, kiedy siedzę w ciepłym pokoju i patrzę za okno na wirujące delikatnie płatki śniegu, myślę sobie o tym, jak wielu trosk Pan mnie pozbawił w moim życiu... To wciąż kontynuacja mojej długiej już medytacji nad uczciwością mojego życia. Czy ono jest rzeczywiście całkowicie Jemu poświęcone? Bo to byłoby uczciwe... Nie muszę się troszczyć o dach nad głową, nie martwię się o to, co rano będzie w misce, nie drżę z niepokoju jak zapłacę za gaz w kolejnym miesiącu... O to wszystko nie muszę się troszczyć... No więc o co się troszczę? Co stanowi obiekt moich życiowych zabiegów. Bo to muszą być sprawy Boże - inaczej nie jestem uczciwy... Jak by to powiedział święty Franciszek - jestem złodziejem... Korzystam z pracy innych, nic nie dając od siebie... Nazywał takich "braćmi muchami". Musiał już wówczas widzieć wielkie niebezpieczeństwo takich braci, kapłanów, którzy przychodzili do zakonu "się urządzić". Bo można... Jak wszędzie... Uczciwość... Mocne słowo. Zwłaszcza współcześnie...

Dzisiaj zakończenie Markowej Ewangelii... O znakach, które towarzyszyć będą wierzącym... Poczułem znów ogromne pragnienie, żeby Pan mi ich udzielił... Do służby... Żeby docierać, przedzierać się przez obojętność świata, prowadzić ludzi do Jezusa... Marzy mi się wiara traktowana jako coś najnaturalniejszego na świecie. Bez jakiegokolwiek zadęcia, bez nabudowywania nad nią wszelkich towarzyskich baldachimów, bez nieśmiałości i skrępowania... Tak po prostu... Ufnie, przed Jezusem... Jeśli ktoś przychodzi do mnie ze swoją troską, to nie czekam na lepszy czas, nie obiecuję modlitwy, którą zaniosę kiedyś przed tron Boży, nie pocieszam go teologicznymi formułami o transcendentnej obecności Boga, który jest zawsze... Nie. Biorę go po prostu za rękę, staję z Nim przed Jezusem, przytulam do serca i w duchu najprawdziwszej miłości zanoszę go do Najczulszego... Tak to sobie wyobrażam... Ale wciąż sam tak nie potrafię... Uczynić z wiary nie element doklejony do reszty życia, ale treść, na której cała reszta jest nabudowana, z której cała reszta wypływa...

Dwie rzeczy, moim zdaniem, są do tego niezbędne... Otwartość i bezgraniczne zaufanie Jezusowi. I w jednym i drugim widzę jeszcze sporo braków. Dlatego pewnie to, co powinno być moją codziennością, to, o czym tak intensywnie marzę, dokonuje się tylko okazjonalnie, choćby na takich rekolekcjach jakie ostatnio przeżyliśmy z "moimi dzieciakami" w Gdańsku... Tam zaufania nie brakowało, a i otwartość z mojej strony (ale nadto z ich strony) była wielka... Działy się cuda... I do dziś się dzieją, co wynika z tych informacji, które od nich samych otrzymuję... A największym cudem jest trwałe zanurzenie w Jego miłości... Żadne branie węży do rąk nie może się z tym równać... A jakiekolwiek inne cuda, do tego największego mają prowadzić - do odkrycia Boga, jako Miłującego...

Trzeba marzyć... Bo marzenia zmieniają się w rzeczywistość.... Bardzo często. Dlatego ufam, że przyjdzie jeszcze kiedyś taki dzień (może całkiem niedługo), w którym bez jakiegoś większego zażenowania, bez niespokojnych uśmieszków, bez obawy złapię właśnie ciebie za rękę i z tobą stanę przed Jezusem... I oboje (obaj) doświadczymy cudu. Cudu Jego obecności...

PS. Zamieszczam filmik, który znalazłem wczoraj... Dla mnie to 43 minuty miłości zamkniętej w dźwiękach... Nawet jeśli nie znacie angielskiego, warto tych dźwięków posłuchać...

piątek, 24 stycznia 2014

a co zrobiłeś dla mnie?


zdj:flickr/Niels Linneberg/Lic CC
Mili Moi...
Mróz taki, że nosa nie chce się wytknąć z ciepłego pokoiku... Ja się dziś dodatkowo rozgrzewałem żelazkiem :) Nie prasowałem co prawda rzeczy na sobie, ale ciepło mi się zrobiło... Pięć godzin oddawałem się temu zacnemu zajęciu... Ono ma jedną, ważną cechę, o której już chyba pisałem i która mnie w nim cieszy... Widać efekty... A chłopy już tak mają, że lubią je widzieć szybko...

Niemniej i na dworze dziś pospacerowałem... Kolega rocznikowy zaprosił mnie na sushi... Jak mogłem odmówić? Najlepsze jedzenie na świecie :) Ale żeby nie popaść w jakąś piątkową niepowściągliwość, połączyłem spacer z odprawieniem Drogi Krzyżowej... Przyznam szczerze, że z dużym rozbawieniem zauważam czasem wzrok ludu Bożego, który na mnie spoczywa podczas odprawiania tego nabożeństwa. Jest najczęściej pełen zdumienia. Pierwsze spojrzenie zatytułowałbym - po co ten chłop tak łazi po tym kościele i klęka co chwilę? Kiedy już widz ułoży sobie w głowie po co, wówczas następuje drugie spojrzenie pod tytułem - to już mamy Wielki Post??? Czyżbym czegoś nie zauważył?

A Słowo? Ono mnie dziś kieruje mocno ku mojemu powołaniu... Wybrał Apostołów, aby byli z Nim i aby mógł się nimi swobodnie posługiwać. Pomyślałem sobie dziś, że Pan naprawdę sporo we mnie zainwestował, ale czy może na mnie liczyć? Tak po prostu... Zawsze... W każdych okolicznościach... Te imiona Apostołów. Każde wymienione. Znak tego, jak każdy z nich jest ważny. Każdy ma swoje miejsce w tym Bożym planie. Każdy ma jakieś zadanie.. Każdy jest Mu jakoś potrzebny. I ja jestem... Tylko czy rzeczywiście daję z siebie wszystko???

Jakiś czas temu jeden z kolegów, który naprawdę jest obciążony wieloma obowiązkami, opowiadał mi, że jego kolega sąsiad, również kapłan, pojawia się czasem u niego a to w drodze na basen, a to w drodze na siłownie, a to w drodze ku jakimś innym atrakcjom i powtarza mu swoją złotą maksymę - za dużo pracujesz, powinieneś zrobić coś dla siebie... Emocji, jakie to wzbudza w adresacie, pozwolę sobie nie cytować... Pomyśleć o sobie, zrobić coś dla siebie...

To jest chyba jedna z wielkich pokus kapłańskich, które przed nami stoją. I groźne pewnie nie jest samo działanie służące relaksowi. On jest potrzebny każdemu, księdzu też. Ale chodzi raczej o zachwianie proporcji. Ponieważ "robienie czegoś dla siebie" może nagle stać się życiowym celem, wobec którego inne cele schodzą na plan dalszy. A wówczas to prawdziwa równia pochyła. I można by postawić pytanie o istotę powołania... Widzę Jezusa, który stoi przed każdym z nas, kapłanów i zadaje pytanie - a co robisz dla mnie? Tak po prostu dla mnie? Nie dla posługi, nie dla realizacji obowiązków, nie dla "haju" który odczuwasz, gdy duszpasterzujesz... Dla mnie...

I znów dziś pomyślałem, że to moje studiowanie, to tak trochę jednak dla siebie. Choć jest ono darem od Niego. Na pewno... Ale przeżywam je dla Niego? Chyba nie... Ileż rzeczy w swojej codzienności robię dla siebie, ze względu na siebie? Nawet jeśli robię dla innych, to przecież częstokroć również dla siebie... A ON?

Przypomniałem sobie świętą Teresę od Dzieciątka Jezus, która była skupiona w swoim życiu na robieniu małych przyjemności Jezusowi. Jeśli On mnie powołał, wybrał, tak bardzo umiłował, że chciał mieć tylko dla siebie, to czyż nie powinienem wszystkiego, absolutnie wszystkiego robić dla Niego? Tu jest naprawdę dużo miejsca na zapomnienie o sobie... Aby byli z Nim... Podstawowy motyw powołania! Aby byli z Nim... Nie sami ze sobą, dla siebie, ku sobie...

Zanim więc następnym razem zrobię coś dla siebie, chcę usłyszeć Jego pytanie - a co dziś zrobiłeś dla mnie??? Tak po prostu...

czwartek, 23 stycznia 2014

nie ma czasu :)


zdj:flickr/StevenW/Lic CC
Mili Moi...
Właśnie dobiega końca ostatni dzień studiowania w tym semestrze. Jakiś trudny był, choć niewiele dziś czasu spędziliśmy na uczelni. Ale wszędzie tłok. Nigdy tam nie ma tyle ludzi. Windy nie dają rady. Zacinają się. Na korytarzach tłoczno... Wszędzie studenci... I my, pomiędzy nimi... Dziś ostatnie wykłady na temat wykorzystania technik multimedialnych w duszpasterstwie... Ja tam raczej słaby w tym temacie jestem... Choć widzę ich wartość, to jednak zdecydowanie jestem zwolennikiem Słowa. Przekazać Słowo w sposób na tyle ciekawy, żeby nie trzeba było używać dodatkowych atrakcji... Jezus to potrafił, to i my potrafimy... I choć czasy mocno się zmieniły, to czy człowiek aż tak bardzo??? Te same lęki, te same pragnienia., te same trudności...

Dziś w Słowie odnajduję to za czym bardzo tęsknie, a czego aktualnie nie przeżywam. Taki normalny stan duszpasterski... Jezus w pełni zaangażowany. Nieustannie w drodze, wciąż wokół Niego pełno ludzi, którzy co prawda przychodzą do Niego po to, aby uwolnił ich od codziennego cierpienia, ale przecież On nie marnuje żadnej okazji do formowania... Jak Ewangelista powie w innym miejscu - przychodziło tak wiele osób, że nawet na posiłek nie mieli czasu... Jezus się nie oszczędza. Jezus służy... I to wydaje mi się normalnym stanem. Tak właśnie być powinno, jeśli swoje życie człowiek związał z Nim. Tak powinno być w moim życiu...

Coraz trudniej, musze to przyznać, uzasadnić mi przed samym sobą moje studiowanie. Bo choć oczywiście zdobywanie wiedzy ma znaczenie, ma sens, to jednak ja sam nie robię tego, co robić powinienem, do czego zobowiązuje mnie moje kapłaństwo. Co kocham robić!!! A, jak mawiał jeden z moich braci i jest to głęboka prawda - dusze giną... Wciąż zbyt mało jest tych, którzy całkowicie poświęcą się zdobywaniu ludzi dla Chrystusa... Wiele myśli w związku z tym krąży mi po głowie... Nie mogę sobie pozwolić na tracenie czasu, na tracenie jakiejkolwiek okazji... Oczywiście nie myślę o przerwaniu studiów, bo one również są jakimś planem Pana Boga na moje życie, ale... No właśnie, ale... Myślę o tym, co mogę zmienić i w jaki sposób ucząc się nadal, więcej mojego czasu oddać na służbę tym, którzy jej potrzebują... Są juz pewne projekty... Napisze o nich kiedyś, bo wyglądają bardzo realnie... Ale jeszcze nie pora..

 Wiem jedno... Kocham moje życie... Kocham Boga, który je sobie wziął... Kocham tych, do których On chce mnie posłać (choć pewnie kocham ich wciąż za mało). I niezależnie od tego, jak ta miłość jest odbierana (bo pierwsze czytanie mówi nam dziś o kwestii zazdrości, której nie sposób nie zauważyć, kiedy służy się gorliwie), chcę ją nieść tym, którzy są jej spragnieni... Tak cieszę się, że wciąż są tacy ludzie... A ta miłość niczym ciasto drożdżowe - nieustannie we mnie rośnie i rośnie... Nie umiem sobie z nią radzić... Przelewa się... Nie dlatego, że ja jestem taki wspaniały. Nie, nie... To On jest wspaniały... Bo On jest jej źródłem... A ja umiem się tylko zdumiewać i korzystać z okazji, żeby dawać... Chcę dawać... Nie chcę tracić czasu... Każda chwila jest ważna... Jezus nie uronił żadnej... Był dla... Cały dla...

środa, 22 stycznia 2014

lęk...


zdj:flickr/small world/Lic CC
Mili Moi...
Dziś doświadczyłem, że wszelkie dobro musi być jakoś okupione cierpieniem... Otóż obudziłem się dziś z... potwornym lękiem, lękiem o moją własną przyszłość. Dawno (o ile w ogóle kiedykolwiek) czegoś takiego nie doświadczyłem. Potężny ucisk w żołądku i ogromne przygnębienie. Zły sen? Może... Pokusa? Z pewnością... Tym pewniej, że poprzez cały dzień szedł ze mną wielki niepokój... Dookoła mnie. Na korytarzu uczelnianym atak paniki pewnej studentki przed egzaminem, krzyki, tarzanie się po ziemi, wizyta pogotowia... Jakieś nietypowe podenerwowanie jednego z profesorów... Nigdy wcześniej tak nie reagował, nie złościł się.... Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem... I ten ucisk w żołądku...

Rozważałem dziś rano Ewangelię o człowieku z uschłą ręką... I nic... Nie mogłem tam siebie odnaleźć. Słowo nie wybrzmiało mi pociechą... I ten ucisk w żołądku... Kiedy klęczałem w kaplicy przed modlitwami porannymi, wołałem do Pana - o co chodzi? Przecież nic się nie wydarzyło, nic od wczoraj się nie zmieniło w moim życiu. Skąd to jest? Pojawiło się. Nagle. Niespodziewanie...

Ale Pan nie zostawił mnie w tym samego. Pierwsze czytanie, z którym spotkałem sie dopiero na Eucharystii, czytanie opowiadające o zwycięstwie małego Dawida nad wielkim Goliatem, stało sie dla mnie prawdziwym źródłem nadziei. Idę z nim przez cały dzień. Przypominałem je sobie dziś wielokrotnie, a wraz z nim ten slogan, który wielokrotnie spotykałem, a dziś mi się naprawdę przydał - nie mów Bogu, że masz wielki problem, ale powiedz swojemu problemowi, jakiego masz wielkiego Boga... I Różaniec... Zanurzyłem się w tej modlitwie. Odmówiłem dziś dwie części... Mama jest najlepszym lekarstwem na wszystko...

I wieczorem pojawił sie pokój... Delikatnie, jakby nieśmiało, przyszła świadomość, że moje losy są w ręku Pana (Ps 31) i nie musze się obawiać... A wszystko, co próbuje mną chwiać, rozbijać wewnętrznie, niszczyć duchowo zanurzam w Nim... Trudny dzień... Ale wyraźnie czułem, że to jakaś moja ofiara. Że muszę ją ponieść, że to taka pieczęć nad tym, co się w minionych dniach dokonało... Widzicie te świadectwa? Piękne te moje dzieciaki... Odważne... Namaszczone Duchem Świętym... Konkretni, rzeczowi... Nie rozemocjonowani, choć zdumieni... I zachwyceni... A ja razem z nimi... Boży dar, tak wielki dar, wart jest, żeby trochę dla niego pocierpieć... Rodzić życie - to zawsze dokonuje się w bólu. Musi tak być... To, co mnie zachwyca, to fakt, że Pan nie stoi z boku. On jest zawsze z tymi, którzy Go potrzebują... Zawsze...

A jutro ostatni dzień studiowania w tym semestrze... I przerwa. Do 18 lutego... Aaaa... Zapomniałbym... Mam przecież jeden egzamin... Ale za to jaki trudny :)

A swoją drogą... Ile życia wniosły tu "moje dzieciaki". Wczoraj padł rekord... 329 wejść w ciągu dnia... No, no, no... :)

wtorek, 21 stycznia 2014

wychowany przez prawo, zbawiony przez łaskę...


zdj:flickr/nosha/Lic CC
Mili Moi...
Jak trudno jest wrócić, kiedy chciałoby się jeszcze zostać... Zdecydowanie za krótkie te rekolekcje. Zawsze mnie to zdumiewa. Jak to możliwe, żeby w tak krótkim czasie stworzyć taką więź, która broni się przed zerwaniem, która chce trwać? To musi być zasługa Jezusa. Wszak po ludzku więcej nas dzieli, niż łączy. Bo to i miejsce odległe, i wiek różny, i zajęcia którym się oddajemy... A jednak tej radości z przebywania razem nikt nam odebrać nie zdoła. Rozstanie jest koniecznością, co nie zmienia faktu, że już myślimy o następnym spotkaniu, a ja tak najzwyczajniej - już za tymi moimi dzieciakami tęsknię :) Mam chyba w sobie jakiś charyzmat założycielski... :) Bardzo mnie smuci, kiedy ludzie przychodzą i odchodzą (choć rozumiem, że tak musi być). Ale mam w sobie taką nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy przyjdą i... zostaną. Może da mi Pan Bóg tę łaskę, żeby zainicjować coś trwałego i dobrego w Kościele... W każdym razie zanurzam w Nim dziś tę tęsknotę za tymi Jego dziećmi, które w ostatnich dniach tak bardzo otworzyły się na Jego obecność i działanie...

 Do domu sie wczoraj bardziej doślizgałem, niż dojechałem. Osiem godzin. To długo jak na tę trasę. Ale były takie chwile, że musiałem walczyć z lodową taflą na szybie, przez którą świata nie widziałem. Dawno już tak ciekawej pogody na drodze nie przeżyłem. Ale na szczęście dotarłem bezpiecznie i mogę dziś spokojnie przystąpić do ostatniego tygodnia zajęć... A potem seeeeeesja... To brzmi złowieszczo :)

 Dziś zastanowiło mnie mocno postępowanie Apostołów. Wszak jako Izraelici musieli doskonale wiedzieć, że to, co czynią jest zakazane w szabat. Pomyślałem, że ich zachowanie jest co najmniej niefrasobliwe, jeśli nie wręcz prowokacyjne. Czyżby potwierdzali obiegową opinię o niewysokich kwalifikacjach moralnych galilejskich rybaków? Bo zdaje się, że nie są szczególnie przywiązani do przepisów prawa... A Jezus zdaje się sankcjonować właśnie takie ich postępowanie. Co więcej, generalnie, chyba nie bardzo lubi tych w prawo zapatrzonych. Czy nie wydaje wam się dziwne, że na swoich uczniów nie wybrał faryzeuszów, którzy przynajmniej starali się o doskonałość, którym bardzo zależało, którzy wkładali ogromny wysiłek w zachowywanie prawa? Nie ich wybrał, ale rybaków, którzy, jak widać, do prawa mają stosunek dość luźny...

Wszystko to przywodzi mi na myśl kwestię wolności, właściwie przywilej wolności. Bynajmniej, nie oznacza to, że prawo nie ma żadnego znaczenia. Ale z całą pewnością nie jest ono bóstwem pomocniczym, którym Bóg się posiłkuje, żeby zachować na ziemi porządek, bo innego pomysłu nie miał. Daleki jestem od postawy lekceważenia prawa, bo i do tego nigdy Jezus nie zachęcał, ale usiłował po wielokroć wyzwolić ludzi z niewoli prawa, czyli z takiego przekonania, że wystarczy zachować kilka(set) przepisów i jest się w porządku. Jezus głosił nie wolność od prawa, ale raczej wolność w prawie, która przede wszystkim znamionuje spojrzenie na żywego człowieka. Myślę, że nie bez przyczyny dzisiejsza Ewangelia jest skomponowana z pierwszym czytaniem z 1 Sm, w którym Pan mówi, że człowiek patrzy na to, co zewnętrzne, a Bóg patrzy na serce. My wprawdzie do serca drugiego człowieka nie mamy dostępu, ale może warto się czasem zastanowić, czy w tym sercu jest dokładnie to samo, co widzimy na zewnątrz. Bo być może są tam takie rzeczy, które nijak nie podlegają przepisom, które próbujemy zastosować do całego człowieka...

Czy to wszystko ma służyć "przymykaniu oka"? Chyba nie... Ale odstąpienie od zachowywania prawa może sie pewnie okazać czasem równie wychowawcze (zaryzykuję stwierdzenie, że nawet bardziej wychowawcze), niż jego zachowanie. Dostrzeżenie całej złożoności ludzkiej egzystencji nie jest wbrew prawu, choć czasem prowadzi do jego relatywizacji, do nowego przemyślenia czemu ono służy. I pewnie taki był zamysł Jezusa - wyzwolić z niewoli. Bo nie dla niewoli prawo człowiekowi zostało nadane, a rzeczy najważniejsze dokonały się bez niego... O czym mówię? O naszym zbawieniu, które jest całkowicie darmowym darem, zupełnie niezależnym od przestrzegania prawa

PS. Zapraszam do spojrzenia w komentarze pod poprzednim wpisem... Tam "moje dzieci" realizują swoje pierwsze zadanie ewangelizacyjne... Dają świadectwo. Każde z nich jest piękne. Bo płynie z serca żywego człowieka - przemienionego przez Żywego Boga (nie przez prawo) :)

niedziela, 19 stycznia 2014

żadnej okazji...


zdj:flickr/Nicole/Lic CC
Mili Moi...
 No i jestem w Gdańsku na rekolekcjach... Błogosławię Pana za ten czas. Ja po prostu odżywam, jak mam do czynienia z młodymi ludźmi spragnionymi Boga. A tacy właśnie tu przyjechali. I choć to młoda młodzież (bo głównie ze szkół średnich), to ich entuzjazm, z jakim chcą wchodzić w świat wiary mnie również porywa. W takich sytuacjach mógłbym rzeczywiście nie jeść i nie spać, byle ten ich głód Boga zaspokoić. Wtedy czuję się naprawdę narzędziem Jego mocy i łaski. Nie wtedy, kiedy siedzę w książkach i pisze nikomu niepotrzebne artykuły :) Narzędzie powinno pracować w rękach Stwórcy... I wczoraj rzeczywiście poczułem się spracowany...

Robimy tu taką ewangelizację w skrócie. Wczoraj dzień Miłości Bożej, jej dotknięć, dzień uzdrowienia. Wieczorem przeżyliśmy nabożeństwo, w którym błagałem cała mocą mojego kapłańskiego serca, żeby Pan Jezus dotykał ich zranionych serc. Przy czym po raz kolejny zobaczyłem jak bardzo każdemu z nas potrzeba być przyjętym, zaakceptowanym, ukochanym... Nasze serce zamienia się w wosk, kiedy słyszymy o tej niepojętej miłości samego Boga, z którą On ku nam wychodzi... Nie będę pisał o ich przeżyciach, jeśli zechcą to napiszą tu o nich sami. Ja natomiast jak zawsze przeżyłem to bardzo... Wszedłem w to całym moim wewnętrznym i zewnętrznym światem. Czułem niemal namacalnie jak ta Boża miłość przepływa przez moje dłonie. Czułem się wręcz porwany przez nią. Ona mnie wewnętrznie poruszała i prowadziła do fali nieprawdopodobnego współodczuwania z nimi tych cierpień, które mi przynosili. Po tym nabożeństwie, które przeżyliśmy wspólnie, ja czułem się jakbym przerzucił tonę węgla, jakbym zdejmował z nich wielkie ciężary i zanosił je Jezusowi, choć to raczej On je zdejmował, może przy moim niewielkim udziale... Wylanymi łzami można by pewnie napełnić niejeden flakon. Ufam, że były to potrzebne łzy uwolnienia i tęsknoty za Tym, który nigdy nie zawodzi i przychodzi zawsze, kiedy Go wzywamy...

Dziś mamy dzień wyboru. Jeśli się zdecydują, to Pan wkroczy w ich życie z cała mocą, przemieni ich. Zawsze czyni to bowiem na podstawie naszej świadomej decyzji. Zdążyłem im już nakreślić piękne konsekwencje tej decyzji, nie kryłem też trudności na jakie napotkają, bo i te muszą znać. Obecnie medytują nad Piotrem, który był tak blisko Jezusa, a nie umiał Go wyznać, kiedy nadeszła jego pora. Mimo wcześniejszych szalonych i gorliwych deklaracji... W tym temacie bardzo pomocne okazują się świadectwa samych sióstr zakonnych, które opowiadają o tym, jak Jezus przemienił ich życie, kiedy Mu rzeczywiście zaufały. Nikt przeciez nie rodzi się zakonnikiem, czy siostrą zakonną. mamy swoją historię. Czasem dość burzliwą... Wiara rodzi się ze słuchania...

 Dziś natomiast j sam wpatruję się w Jana, który żył, aby zaświadczyć... Pomyślałem sobie ile okazji ja sam zmarnowałem, ile sytuacji, w których mogłem zaświadczyć. Moje życie przecież jest również życiem świadka. Zawsze mnie mocno śmieszy, kiedy ktoś mi życzy wszystkiego dobrego w życiu osobistym i zakonnym. Nie ma życia osobistego! Moje życie osobiste zostało oddane Jezusowi, On je sobie wziął, On mnie zechciał... Wczoraj oglądaliśmy film "October baby" o młodej kobiecie, która przeżyła nieudaną próbę aborcji i została adoptowana. kiedy się o tym dowiaduje, próbuje szukać swojej tożsamości. Piękny film, każdemu polecam... Pod koniec zwraca się do swojego adopcyjnego ojca - dziękuję... On pyta - za co? Ona zaś mówi - za to, że mnie chcecie... Ja dzisiaj to samo mówię mojemu Jezusowi - dziękuję Ci za to, że mnie zechciałeś, że wziąłeś dla siebie moje życie, że nadałeś mu taki, a nie inny cel, sens, kierunek...

Próbuję sobie wyobrazić radość Jana, kiedy odkrywa, że to Jezus jest Mesjaszem. Ile to musi rodzić w nim entuzjazmu, gorliwości... Nie marnuje już pewnie żadnej okazji, żeby o tym mówić. Wcześniej Go nie znał, ale poznał... A ja? Tak długo już Go znam, tak długo... I mam Go zanieść światu, który na Niego wcale nie czeka... Nie ma czasu do stracenia... Nie mogę zmarnować żadnej okazji... Żadnej!

czwartek, 16 stycznia 2014

dać się wypromować Jezusowi...


zdj:flickr/Cord Cardinal/Lic CC
Mili Moi...
Czasem naprawdę przedziwne dni pojawiają się w moim życiu... Wczoraj na przykład wyszedłem z domu o 9 rano, żeby wrócić do niego o 20. Taki układ zajęć się pojawił... Na szczęście jednorazowo, bo pewnie za długo bym w takim tempie nie uciągnął...
 Ale za to dzień zakończył się arcyzabawnym akcentem. Mianowicie w środowe wieczory mieliśmy taki wykładzik dotyczący pisania prac doktorskich. Jak to robić i tak dalej... Co dwa tygodnie te spotkania się odbywały, ale jakoś tak niefortunnie się złożyło, że byłem tylko raz w tym semestrze. Nie dlatego, żebym unikał. Przeszkody były jakieś realne. Wczoraj mieliśmy zaliczenie, a jako że musiało być z oceną, to i profesor musiał przygotować jakiś teścik. Rozbawił nas już na samym początku, kiedy sie przedstawił i przypomniał jaki to wykład prowadził przez ten semestr. Przywitał wszystkich, a w sposób szczególny tych, którzy są po raz pierwszy :) A potem test... Oczywiście nie bardzo miałem pojęcie (jak większość moich kolegów) jakie są odpowiedzi na banalnie proste pytania - na przykład - co to są badania naukowe? jaki jest cel badań naukowych? co to jest problem badawczy? i tak dalej... Tworzyliśmy w każdym razie nowe zręby nauki... Oczywiście profesor doskonale wstrzelił się w potrzeby grupy czytając jakieś ważne pisma, a nawet wychodząc w pilnej potrzebie na czas jakiś :) W każdym razie wychodząc poprosiłem go, żeby nigdzie nie ujawniał tych naszych odpowiedzi, bo to mogłoby zrujnować naszą karierę naukową, na co on z serdecznym uśmiechem odpowiedział, że obowiązuje go ustawa o ochronie danych osobowych :)

Dziś ruszam natomiast do Gdańska, aby poprowadzić rekolekcje dla młodzieży u sióstr nazaretanek. Nazbierały 20 osób, czym jestem mocno zdziwiony. Na wskroś pozytywnie rzecz jasna. Będziemy mówić o tym jak ważny powinien być Jezus w życiu chrześcijanina i czy my rzeczywiście Go znamy? Cieszę się na ten czas, choć jeszcze kilka rzeczy do przygotowania na przyszły tydzień na uczelnię, bo nie wszędzie jest tak łatwo jak na wczorajszym zaliczeniu (chwała Bogu zresztą!!!). Ale mam nadzieję, że jakoś się zepnę i zdążę po powrocie. Nie wiem jak tam będzie z internetem. W razie czego proszę o cierpliwość. Odezwę się, kiedy to tylko będzie możliwe :)

A dziś dwie rzeczy mnie poruszają mocno. Z jednej strony są to słowa trędowatego - jeśli chcesz, możesz... One budzą we mnie motywację ku zaufaniu... Bo ostatnio dałem się chyba zahipnotyzować jednemu z moich problemów. Wcale nie jakoś ważnemu, ani dotkliwemu, co więcej, nie mającemu żadnego znaczenia dla mojego zbawienia. Ale jako że pracuję nad tą kwestią od lat, to czasem zaczynam tracić nadzieję, że cos jeszcze da się z tym zrobić... Chodzi o moją znajomość angielskiego. Tak, wiem, pisałem już o tym niejednokrotnie. Niektórzy nawet próbowali mi udzielać twórczych rad, za co dziękuję. Ale nie sam problem jest ważny i gama uczuć, które on we mnie wywołuje, ile raczej ta kołacząca się we łbie świadomość - jeśli chcesz, możesz... W jednej chwili ten (i wiele innych moich problemów, znacznie ważniejszych) może ustąpić, jeśli Pan zechce... Od długiego już czasu trwam zresztą na takiej nieustającej nowennie do Ducha Świętego i staram się ufać... Ale.. No właśnie... Dlatego te pełne przekonania słowa trędowatego kruszą to moje "ale". Wszystko jest łaską... Moja uczciwa praca może w każdej chwili zostać pobłogosławiona... Może po prostu należy jeszcze odrobinę poczekać...

 Druga rzecz... Jezus na pustkowiu... Nie może spokojnie wejść do miasta, bo trędowaty okazał się gadułą... Ciekawą interpretację jego gadulstwa poddaje A. Grun. Wywodzi ją z surowego nakazu Jezusa wobec tego człowieka, aby nic nie mówił... Tak jakby Pan wiedział, że nie będzie umiał trzymać języka za zębami... Dlaczego??? Czy tylko z radości??? Benedyktyn twierdzi, że Jezus przywraca trędowatemu jakieś poczucie własnej wartości, bo trąd, ta okrutna choroba, z cała pewnością go tego pozbawiła. Ale ów człowiek nie czuje się pewnie i poprzez swoje uzdrowienie usiłuje znaleźć się w centrum zainteresowania. Mówienie o tym przyczynia się do tego, że wreszcie jest słuchany, że wszyscy na niego patrzą, a niektórzy może i go dotykają z niedowierzaniem... Stał się kimś...

Może i tak było... Niemniej, Jezus pozostaje na pustkowiu... I tam znajdują Go ludzie. I to mnie uderza... Świętość życia, i serdeczność wobec ludzi nie domaga się promocji... Ludzie kogoś takiego znajdą, choćby ukrył się na pustyni... To chyba ważne dla nas duszpasterzy, dla mnie... dać się wypromować Jezusowi. To znaczy tak bardzo upodobnić się do Niego, żeby ludzie nie szukali mnie, ale Jego we mnie... Wówczas znajdą mnie nawet na końcu świata... I żaden plakat nie będzie potrzebny :)