czwartek, 12 grudnia 2013

ślad...


źródło: You Tube
Mili Moi...
 No nie będę już narzekał na to, jak szybko płyną dni, bo to jest wszystkim doskonale wiadome :) Całe szczęście, ja właśnie zakończyłem z dniem dzisiejszym zajęcia przed świętami. Co oczywiście nie oznacza, że będę się nudził. Roboty jest sporo. Mogę nawet przebierać. Dziś jeszcze konferencja wieczorna dla sióstr betanek w Lublinie, w poniedziałek dla betanek w Kazimierzu, w czwartek dla nowicjuszy franciszkańskich w Smardzewicach. W przyszłą sobotę zaś wyjazd do Gniezna i kilkudniowe przedświąteczne spowiadanie. Niedługie wprawdzie, ale intensywne. W międzyczasie chciałbym przygotować rekolekcje dla młodzieży na styczeń, bo te "wolne" dni są jakimś prezentem i zachętą. A nie mówię już o kwestiach naukowych. Bo te wiszą nade mną jak "siekiera, która już do pnia jest przyłożona"... Życie zakonne z pewnością nie jest nudne, o czym pisałem już wiele razy :)

Niemniej Słowo prowadzi mnie od wczoraj konsekwentnie w jednym kluczu. Wczoraj Pan powiedział - przyjdźcie do mnie wszyscy utrudzeni... Do mnie. Czyli nie do kogo innego. Tylko do mnie. Mimo że łatwo to zrozumieć, wcale nie tak łatwo zastosować w życiu. Wszak tak często sam szukam pociechy w tym świecie. Nie, wcale nie w jakichś grzesznych jego wymiarach. Po prostu - wydaje mi się czasem, że  "bliższa koszula ciału" i może lepiej się zrelaksuję oglądając film w telewizji, niż idąc do kaplicy (może to trochę słaby przykład, bo akurat telewizji prawie wcale nie oglądam, ale lepszy mi nie przychodzi do głowy). Chodzi o taką postawę, którą nazwałbym jakąś nieufnością. Nie umiem zaufać do końca, że Pan może jedną myślą zadbać o mnie całkowicie i totalnie. Przypominam w tym trochę młode kobiety spragnione męskiego ramienia, którym w głowie się w ogóle nie mieści, że taką bliskość, o której one myślą, mógłby dać Bóg. Bo przecież chodzi o kontakt, o bliskość, o czułe gesty... Tymczasem On zapewnia - mogę to uczynić. Mogę to zrobić jeszcze lepiej, pełniej, piękniej... Jeśli tylko przyjdziesz i zechcesz przyjąć.

Ale domaga się to pewnej gwałtowności, o której słyszymy dziś. Gwałtownicy zdobywają Królestwo. Myślę sobie, że zanim nieco tej gwałtowności uruchomię w sobie celem zdobycia Królestwa, musze jej całkiem sporo użyć dla oderwania się od spraw tego świata. Potęguje się we mnie takie pragnienie bycia przeźroczystym, żeby On mógł być przeze mnie widziany. Dokładnie i wprost. Bez zakłóceń, bez zafałszowań, bez sprzecznych komunikatów. Tak przecież o nie łatwo. Mogę biegać w habicie dając wyraz tego, jak bardzo dobrze należeć do Boga, a swoją ponurą miną mogę temu jednocześnie całkowicie zaprzeczać. A im bardziej jestem zanurzony w sprawy tego świata, tym takich sprzeczności więcej. Dlaczego? Dlatego, że ja sam nie do końca wówczas rozumiem moją tożsamość... Nie da się jednocześnie tkwić z upodobaniem w tym świecie i w świecie Bożym. Ten wybór, ten dylemat od zawsze towarzyszył chrześcijanom. Paweł pisał - pragnę odejść bo to dla mnie lepsze, i zostać, bo to bardziej dla was konieczne...

Odejść w Boga, odejść ku Niemu, to jednocześnie jak najbardziej być w tym świecie, ale już na zupełnie innych zasadach. Nie będąc oblepionym jego sprawami, zyskuje się tę wolność, która jest niezbędna, żeby stać się mieszkańcem Królestwa. Mając wolne ręce, można ich używać do chwytania innych, do odrywania od spraw świata tych, którzy tego chcą, a sami nie mają siły. Ile wówczas można zrobić! Wolne i pełne pokoju oblicze może rodzić tęsknotę w tych, którzy zmęczeni blichtrem doczesności nie do końca wiedzą, gdzie szukać alternatywy. Wówczas przejrzystość objawia Boga samego. Wówczas spotkanie z takim wolnym człowiekiem zawsze jest przemieniające. Zostawia ślad. Żywy ślad...


PS. Na koniec (a właściwie na sam początek) zamieszczam filmik... Ślad dawnych dni... Kiedy częściej śpiewałem na Jego chwałę :)

wtorek, 10 grudnia 2013

synu...


zdj:flickr/Malik_Braun/Lic CC
Mili Moi...
Właśnie wróciłem z zajęć, które rozpocząłem o poranku. Mam siłę tylko na to, żeby położyć się do łóżka i zasnąć... Ale chcę się z wami podzielić narracją... Takie małe ćwiczenie na zajęcia z teorii komunikacji. Narracja dotycząca przypowieści o synu marnotrawnym. Pisana z perspektywy ojca... A że dziś Ewangelia mówi nam o Bogu zatroskanym o każdą owcę, a zwłaszcza tę zagubioną, to mam poczucie, że owa narracja nie jest tak całkiem poza tematem...

Boże mój... A miałem nadzieję, że dziś się nie obudzę... To jest takie trudne. Zgasła moja radość. Nic mnie nie cieszy. Nie mam żadnej radości z tego poranka. Zawsze z taką chęcią i ochotą witałem nowy dzień. Zawsze... Do wczoraj. Jak to mogło się stać? Tyle razy kiwałem głową zdumiony nad losem innych. Mówiłem sobie - jak to możliwe? Jeśli dobrze wychowujesz syna, nie szczędzisz mu wsparcia i miłości, nie żałujesz karcenia i rózgi, to będzie on dla ciebie wsparciem i zadba o twoją starość. Nie mogłem się nadziwić, kiedy spotykałem starych ojców złamanych świadomością, że ich synowie odeszli, że układali sobie życie po swojemu, daleko od domu, nie troszcząc się o swoich rodziców... Dawniej tak u nas nie bywało. A wczoraj? Wczoraj ten sam sztylet został wbity w moje serce. I zrobił to ten, z którym tak wielkie plany wiązałem, którego tak kochałem, który był zawsze w moim sercu. Mój syn. Znów ocieram łzę. Znów widzę minuta po minucie wczorajszą sytuację. Daj mi moją część majątku... Poczułem się niczym żona Lota. Skamieniałem. Mój syn prosi mnie o majątek, aby po chwili powiedzieć, że odchodzi? Mój syn? Przecież miał tu wszystko. Przecież dbałem o nich, o niego i jego brata, jak nigdy o nikogo. Przecież moja żona nie jeden raz mówiła mi, że zbyt wiele czasu im poświęcam, że zaniedbuję inne obowiązki. Tak bardzo zależało mi, żeby byli zadowoleni, dobrze ubrani, wykształceni. Przecież... A on przychodzi i mówi mi, że to wszystko nie jest ważne, że dla niego to się nie liczy, że chce żyć po swojemu i na swój własny rachunek. Nigdy nie przypuszczałem, że spotka mnie coś takiego. I przecież nie chodzi mi o moją ojcowską dumę, nie chodzi nawet o ten majątek... Tu chodzi o niego. Co z nim będzie? Gdzie on się podzieje? Jest jeszcze taki niepoważny, niedojrzały. Jest chłopcem. Gdzie popełniłem błąd, w czym zawiniłem? Jak dziś rozpocząć ten dzień... Wczoraj wszyscy patrzyli z bólem na to, co się stało. Współczuli. A mnie było po prostu wstyd. Wstyd za moje dziecko, które tak wyraźnie powiedziało mi, że moja miłość nic nie znaczy. Boże, jak mi smutno. Po co mam żyć dalej? Po co dziś wychodzić z łóżka. Chyba tylko po to, żeby stanąć na drodze i patrzeć... Może wraca, może się zastanowił, może zrozumiał. Może... Wciąż słyszę w uszach płacz jego matki i rozdzierające serce słowa - synu, dlaczego nam to robisz? Widzę zaciśnięte wargi drugiego syna. Starszy, rozumie więcej, martwi się pewnie na swój sposób. Nigdy nie umiał mówić o tym, co czuje, więc nie mam mu za złe. Słudzy mojego domu, którzy wczoraj nie wiedzieli gdzie mają się podziać. Wszystkim robota leciała z rąk. Nasz dom jest pusty. Nasz dom jest smutny. Boże, musze wstać... A może wysłać za nim sługi... Może dogonią go, przekonają, opowiedzą o naszym cierpieniu. Może gdyby usłyszał od jakichś obiektywnych ludzi jak bardzo go kochamy... Boże, po co żyć, po co mieć dzieci? Pamiętam, kiedy w dzieciństwie zasiadał na moich kolanach. Zawsze był taki ciekawy świata, lubiany przez wszystkich, wszędzie wtykał swój mały nos, chętnie się uczył... Nie wiem czy cierpiałbym tak bardzo, gdyby umarł. Wtedy przynajmniej wiedziałbym gdzie jest, że nic mu nie grozi... A dziś? Gdzie spędził noc, czy nic mu nie jest, czy zjadł coś na śniadanie? Co z nim będzie? Co będzie z nami? Boże, muszę wstać... Cóż było robić? Dałem mu to, o co prosił. Z ciężkim sercem, ale dałem... Wszyscy się dziwili, pytali dlaczego? A ja nie chciałem zmuszać go do miłości. Do miłości nie można nikogo zmusić. Można ją jedynie proponować, można się nią dzielić. Tego ich zawsze uczyłem, moich synów. Żeby tylko spotkał dobrych ludzi, żeby go nikt nie okradł, nie wykorzystał. Żeby mu było dobrze. Boże, pomóż mu, zatroszcz się o niego, spraw, żeby wrócił... Nawet jeśli bez majątku, nawet jeśli ubogi, obdarty, upokorzony. Przyjmę go. Mój dom na zawsze jest jego domem. Nie umiem przestać kochać tego chłopaka. Nigdy nie przestanę go kochać. Boże, przyprowadź go do domu... Pomóż mi wstać... Muszę... Muszę iść na drogę. Będę tam wychodził każdego dnia. Tylko ta nadzieja trzyma mnie jeszcze przy życiu. Tylko nadzieja na to, że wróci. Muszę wstać i rozpocząć ten dzień. Pierwszy dzień Bóg wie jak długiego czekania... Muszę. Miłość nie umie inaczej.

niedziela, 8 grudnia 2013

cel jest tego wart!


zdj:flickr/Tom Haymes/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj wróciłem z Łodzi, gdzie uczestniczyłem w uroczystości złożenia ślubów wieczystych przez naszych pięciu młodszych braci. Uroczystość piękna. Przypomniałem sobie zaraz samego siebie leżącego na posadzce tego samego kościoła i ślubującego "Bogu żywemu i prawdziwemu, żyć na zawsze w posłuszeństwie, bez własności i w czystości". Lata mijają, a ja się wciąż tego uczę i mam nadzieję, że kiedyś osiągnę to, co nazywamy chrześcijańską doskonałością, czyli inaczej świętością.

Podróż do Łodzi była prawdziwym koszmarem. Jak to określił jeden z kierowców TIRa - jazda figurowa na lodzie. Było niesamowicie ślisko. Piaskarki oczywiście żadnej. Nie jeden raz przeżywałem emocje jak na loterii - zatrzymam się na czas, czy niekoniecznie (mimo że naprawdę posuwaliśmy się z prędkością 20 kilometrów na godzinę). Tym mniej było do śmiechu, im więcej samochodów, które zakończyły swoją jazdę w rowie mijaliśmy. No ale jakoś, po siedmiu godzinach dotarłem na miejsce. Jak się okazało nie byłem rekordzistą tego dnia. Niektórzy wyjechawszy w południe, dotarli do Łodzi nad ranem. Sentencjonalnie należałoby zakończyć - zima znów zaskoczyła drogowców...

A dziś ruszam do lubelskich nazaretanek, aby poprowadzić skupienie dla rodzin gromadzących sie przy ich klasztorze. Medytujmy nad tematem macierzyńskiej obecności Maryi. Dzisiejsza Uroczystość Niepokalanego Poczęcia, która dla naszego zakonu jest tak ważna (bo to franciszkanie od wieków tego przywileju Maryi bronili) motywuje do głębszego namysłu nad wydarzeniami z Jej życia. Dziś urzeka mnie przede wszystkim troska Boga o ludzkość, której nie jest w stanie zniweczyć nawet ludzki grzech. Tuż po grzechu pierwszych rodziców Pan zapowiada ostateczne wyzwolenie i realizuje je przy udziale tej młodej dziewczynki...

Zdumiewa mnie Jej dojrzałość. Wszak, jak mówią komentarze, Maryja ma 12-13 lat, bo to w tym wieku dochodziło do zaręczyn w ówczesnym Izraelu. Ja stary chłop, po kilkunastu latach formacji zakonnej, mam czasem dużo większy problem z dojrzała odpowiedzią na Boże zaproszenia, niż ta młodziutka dziewczyna. Piękna jest w tym swoim zmaganiu, które jest prawdziwe, którego nie ukrywa. Piękna jest w tej odpowiedzi, która jest pełna zaufania, w której zawierza Bogu całe swoje młode życie. To nie kapitulacja woli, to gest totalnego przylgnięcia do Bożej propozycji, tylko dlatego, że jest Boża. Nie dlatego, że anioł Maryi wytłumaczył wszystko, nie dlatego, że zważyła w sercu wszystkie "za" i "przeciw", nie dlatego, że miała pewność, że podoła... Nie. Tylko dlatego, że tego chce Bóg, a skoro On tego chce, to również On dopełni wszystkich braków, On poprowadzi, On wszystko przewidzi... ON, nie Ona...

 Tak bardzo chciałbym być świeży jak Maryja w obcowaniu z Bożym Słowem. Tak chciałbym wychodzić codziennie na nowo z tego gorsetu życiowego doświadczenia, który bywa wielkim ograniczeniem. Tak bardzo chciałbym wchodzić w tę Jego troskę o człowieka. Przecież Jego plan na moje życie, choć z pewnością nie tak znaczący, jak plan na życie Maryi, również objawia się stopniowo. Pan przychodzi każdego dnia i zaprasza. Buduje w ten sposób moją małą historię zbawienia i pozwala mi uczestniczyć w tej wielkiej. Na moim, przewidzianym przez Niego miejscu. W mojej, nadanej mi przez Niego roli. Ale nic nie dokonuje się bez mojej decyzji. Wielka historia zbawienia idzie do przodu, ponieważ Pan zrealizuje ją ze mną, czy beze mnie. Natomiast moja, życiowa historia zbawienia może utknąć w martwym punkcie. Kiedy? Właśnie wtedy, gdy uznam, że Bóg już nic nowego nie może chcieć ode mnie, że wyczerpała się Jego pomysłowość, że wszystko, co chciał mi powiedzieć, już powiedział, że decyzje, które miałem podjąć, już podjąłem...

Nie. Mój Bóg jest "nowy" każdego poranka. Mój Bóg jest dynamiczny. Mój Bóg działa. A ja słucham, dziwię się, niczym Maryja, stawiam Mu pytania, próbuje zrozumieć. Ale obym umiał decydować, obym nie zwlekał zbyt długo, obym rozpoznawał bezbłędnie godzinę mojego nawiedzenia. Bo Jego propozycje, choć trudne, są zawsze lepsze, niż mój "święty spokój", a droga z Nim jest fascynująca. Póki trwa podróż życia muszę być codziennie rano gotów, żeby znów wyruszyć... Cel jest tego wart!

piątek, 6 grudnia 2013

dziurawe serce...


zdj:flickr/Editor B/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj nie wiało... Ale Ksawery powolny, więc doleciał do nas dziś... Nawet jakimś śniegiem sypnął... A ja właśnie u progu podróży. Niedużej co prawda, tylko do Łodzi, ale zawsze. Jutro nasi młodsi bracia składają swoje śluby wieczyste. Jest pośród nich jeden, któremu posługiwałem, kiedy jeszcze pracowałem w Gdyni (Boże, jaki ja jestem stary - moje duchowe dzieci dochodzą już do ślubów wieczystych). A że mam chwilę czasu w ten weekend i mogę z nim być, to chcę i jadę.

Myślę nad dzisiejszym Słowem. I... czasem się boje usłyszeć - niech ci się stanie według twojej wiary. Czym ona jest? Moim najgłębszym przekonaniem? Na pewno tak... Od zawsze mam tak, że wielu spraw związanych z naszą wiarą nikt nie musi mi tłumaczyć. To nie znaczy, że je tak doskonale przejrzałem. Po prostu nie widzę takiej potrzeby w moim życiu. Wiara w nie jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym i prostym. Co więcej, czasem w  sercu się zastanawiam - jak to możliwe, że ktoś może nie wierzyć tylko dlatego, że nie rozumie (na przykład tajemnicy Trójcy Świętej)? Jak to możliwe, że ktoś może spędzać mnóstwo czasu na próbie pojęcia na przykład - jak ludzie się rozmnażali, kiedy tylko para została stworzona? Mnie tajemnica nie przeszkadza w wierzeniu. Nigdy nie przeszkadzała i poczytuję to za wielką łaskę od Boga. Nic w tym mojego... Oczywiście nie kwestionuję wartości poszukiwań, czy prób zrozumienia, nie. Żebym był dobrze zrozumiany.

Dalej, czy jest moją postawą życiową? Z pewnością tak. Staram się, żeby tak było. Staram się, żeby obejmowała wszystkie sfery mojego życia i... No właśnie. I tu zaczynają się schody. Bo chociaż Pan Bóg mnie tak zdecydowanie prowadzi, chociaż widzę tak wyraźnie Jego działanie, to czasem czuję się jak spękana cysterna, z której ta wiara gdzieś wycieka. Czasem mam takie wrażenie, że ja Mu nie wierzę. I wcale nie dotyczy to urwanej nogi, która ma komuś odrosnąć, bo i to dla Pana jest możliwe. Czasem dotyczy to znacznie mniejszych rzeczywistości mojego życia, z którymi choćby zmagam się już długo i nie widzę zmiany. Rodzi się we mnie pytanie - czy rzeczywiście Bóg może? Czy może? Dziś to pytanie On sam stawia, wydobywa je na światło dzienne. Pytanie, które chyba wielu z nas czasem towarzyszy. Czy wierzycie, że mogę to uczynić?

No właśnie - czy wierzycie? A oni tak entuzjastycznie i natychmiast odpowiadają - tak, wierzymy. I przecież nie chodzi im o jakiś zestaw prawd, nie chodzi o jakieś teorie, nie chodzi nawet o Pisma, do których nie mają dostępu, bo nie widzą... Chodzi o tę żywą osobę, którą słyszą i wyczuwają, która jest przy nich, która ma moc... Nie mogą oprzeć się na swoich oczach, czyli na tym, czym my się tak chętnie posługujemy - widzę działanie Boga, więc wierzę... Nie, oni nie widzą... Oni słyszą, oni czują, oni ufają, oni wierzą... na kredyt.

No więc mnie chyba powinno być łatwiej... A nie jest, jak się okazuje. Może właśnie dlatego, że za bardzo ufam wzrokowi... Owszem, widzę działającego Boga, ale widzę też masę trudności. I one mnie chętnie skupiają na sobie. Ba, lubią mnie nawet czasem zahipnotyzować, lubią wyglądać na większe, niż są w rzeczywistości, lubią przybierać straszne maski... A ja naiwnie sie na to łapię... A wówczas wiara leży w ciemnym kącie serca. Wiara, która mogłaby je oświetlić i ukazać we właściwych proporcjach, mogłaby je "odczarować", mogłaby niejedną z nich wręcz wyśmiać...

Niech ci się stanie według twojej wiary... Chwileczkę, zaraz jej poszukam. Gdzieś tu na pewno jest... Na pewno...

wtorek, 3 grudnia 2013

skomplikowani...



Mili Moi...
No i odhaczam :) Dziś profesor spytał nas, czy wszyscy już przeczytaliśmy nową adhortację papieską. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nawet po nią nie sięgnąłem, bo ciągle musze odrabiać jakieś zadania domowe :) Dziś całe popołudnie siedziałem nad - nagraniem przynajmniej pięciu minut tak zwanych "językołamaczy", czyli wierszyków ćwiczących dykcję (wspominałem już o tym), refleksją nad Ewangelia na najbliższą niedzielę według metody retorycznej (to na przedmiot - retoryka dla kaznodziejów). A na dydaktykę homiletyczną miałem scharakteryzować typ kaznodziei - teologa wraz z aparatem diagnozującym kleryków w seminarium, czy taki typ kaznodziejstwa będzie u nich przeważał i z propozycjami środków zaradczych. No bez mała trzy godziny nad tym spędziłem. I trochę mnie zaczyna irytować, że nie mam czasu na czytanie książek związanych ze świętym Maksymilianem. Ale taki to już los studencki - nigdy nie jest tak, jak powinno być :) Każdy student o tym wie... :)

Dość narzekania... Jutro jadę spowiadać młodzież zakonną u sióstr betanek w Kazimierzu, więc trochę powieje młodością i świeżością zakonnego ducha. Cieszą mnie te wizyty, bo widzę, że te młode dziewczyny mają naprawdę wiele zapału w sercu i wystarczy je właściwie ukierunkować, czasem coś podpowiedzieć, doradzić... Konfesjonał to piękne miejsce formacyjne...

A dziś ucieszyłem się znów, że mogę w nim posługiwać. Ucieszyłem się moim kapłaństwem, ucieszyłem się życiem zakonnym. Jutro minie dziewięć lat od złożenia przeze mnie wieczystych ślubów, a dziś mija 2750 dzień mojego kapłaństwa. I pomyślałem sobie dziś, że otrzymałem te dary w sposób zupełnie niezasłużony, podobnie jak dar bycia chrześcijaninem. To niesłychana łaska, której mi Bóg udzielił. Bo moje życie jest bardzo kruche. Właściwie od samego początku. Nie ma we mnie nic szczególnego, czym mógłbym temu światu zaimponować. Jestem biedakiem... Materialnym i duchowym. Zawsze z głębokim doświadczeniem prawdziwości tych słów śpiewam piosenkę - O cuda, cuda dzisiaj niepojęte, cóż Ci się Jezu spodobało we mnie, żeś z tronu chwały zszedł w mej duszy ciernie? Tak właśnie jest...

Bóg sobie wybiera to, co głupie, małe, słabe w oczach świata i chce przez to działać, czynić niejednokrotnie wielkie rzeczy. Zachwyca mnie to, że Boże kryteria są tak bardzo różne od ludzkich. Zamiast światowej kariery, mogę robić tę Bożą, która polega na służbie. Czasem nie jest to łatwe, czasem mi się po ludzku nie chce, słabnę... Ale wówczas ktoś na przykład dzwoni i Pan pokazuj mi - zobacz, ten człowiek cię potrzebuje... I odżywam. I znów dostrzegam ogrom obdarowania... I "gorliwieję" :)

Dziś sobie znów uświadomiłem, że moje kapłaństwo ma wpływ również na tych, którzy juz odeszli. Skończyłem kolejną w moim życiu msze świętą gregoriańską, co oznacza, że według tego, jak wierzymy, człowiek, za którego się modliłem dziś opuścił czyściec. To dopiero jest wielka łaska... Sprowadzać Chrystusową łaskę tam, gdzie jest tak ogromna tęsknota za nią. A ilu już ludzi z czyśćca wyprowadziłem dzięki sprawowanym Eucharystiom. Bez obawy - doskonale wiem, że Chrystus ich wyprowadził, posługując się małym człowieczkiem ze Sztumu... Żadna w tym moja zasługa... Tylko łaska... Mam nadzieję, że kiedyś spotkam ich wszystkich w niebie i to oni będą wstawiać się za mną, kiedy ja tego będę potrzebował.

Wielkie to tajemnice... A Bóg objawia je prostym... Bo ci skomplikowani są ciągle zajęci czymś innym. Czym? Nie wiem... Pewnie czymś wielce skomplikowanym :)

niedziela, 1 grudnia 2013

zbudował ją po coś...


zdj:flickr/freefotouk/Lic CC
Mil Moi...
No i weszliśmy w nowy rok liturgiczny... A ja nawet weń wjechałem... na lawecie... Wczoraj o północy na Rondzie Jazdy Polskiej w Warszawie zepsuł mi się samochód. Po prostu zgasł. Nie działało absolutnie nic. Jakiś dobry człowiek zepchnął go ze mną na parking. Ale na szczęście pomoc drogowa przybyła szybko, więc już o 3.30 leżałem w swoim łóżku. Takie to "Andrzejki" :)

Wczoraj też minęło 17 lat od śmierci mojej mamy. Zdałem sobie sprawę, że dłużej już żyję na tej ziemi bez niej, niż żyłem z nią... Zastanawiam się na ile zdałem egzamin z życia, do którego zawsze starała się mnie przygotować. Ciekawe jak ona to ocenia... Może kiedyś się dowiem :) Jak co roku Eucharystia w jej intencji. Myślę, że w tym jej Pan Bóg bardzo pobłogosławił. Ta najprawdziwsza i najcenniejsza pomoc - Msza Święta - to rzeczywistość, która przynajmniej dopóki ja żyję, będzie dla niej wsparciem...

 A dziś najbardziej z tego fragmentu ewangelicznego uderza mnie zdanie, że za czasów Noego ludzie nie dostrzegli, że zbliża się potop, który ich pochłonął. Myślę sobie - jak trzeba żyć, żeby nie dostrzec potopu? To musiało być życie pełne beztroski i naprawdę oddane zabawie. Życie skupione tylko na swoich własnych sprawach, które utknęło w banalnej codzienności. Boże... Przecież dziś jest dokładnie tak samo... Te okoliczności są identyczne. Banał, zabawa, opętańczy taniec ze śmiercią, obłędna pogoń za zabawą i rozrywką, kult przyjemności, odurzenie hałasem... Pustka... Czy ci, na których zwalił się policyjny helikopter w Glasgow byli większymi grzesznikami, niż inni. Nie - mówi Pan, ale jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie? Jak? Nie zauważycie, że przyszła powódź, nie dostrzeżecie spadającego helikoptera, dachy zaczną walić wam się na głowę, a wy nie będziecie o tym wiedzieli, zbyt zajęci sami sobą, aby przejmować się czymkolwiek innym. Wasz świat się skończy bez was. A ogrom waszego zaskoczenia będzie niewspółmierny do przeżytych przez całe życie wrażeń...

Czy ulubionym zajęciem Jezusa jest straszyć? Kto zna choć odrobinę Jego przesłanie, zdaje sobie sprawę, że nie. Mówienie prawdy nie jest straszeniem. Wspominanie o piekle nie jest straszeniem. Rozważanie Bożego sądu nie jest straszeniem. Przewidywanie śmierci, czasem gwałtownej i niespodziewanej, nie jest straszeniem. Jest wyrazem opiekuńczej troski. Jest kolejnym podkreśleniem prawdy, że Bóg nie zbawi nas bez nas. Jest zapewnieniem o tym, jak wiele od nas zależy. Nie wiem, czy mogę powstrzymać powódź, która niechybnie nadchodzi, ale wiem, gdzie ja sam mogę się schronić. Pan dał mi arkę Kościoła. Nie po to, żebym na jej pokładzie zorganizował kolejną imprezkę i w opętańczym tańcu oczekiwał na nieuchronne. Ale po to, żebym znał wartość mojego życia, która nieskończenie przekracza wszystkie błahostki tego świata, abym miał czas przemyśleć tematy naprawdę ważne, abym mógł skupić się na celu, tak, bo moje życie go ma...

Zaczął się Adwent. To czas, w którym obsługa arki woła - przyjdźcie, jest jeszcze sporo miejsca, usłyszcie to - nadchodzi potop! Pomyśl dziś, gdzie będziesz, kiedy jego wody, które obmyją ten świat przetoczą się nad naszymi głowami. Pomyśl bez lęku, bo w arce drzwi wciąż otwarte. Ale pomyśl...

PS. Wiem, że Pan obiecał nie zsyłać więcej potopu na tę ziemię. Więc może to nie będzie woda. Ale to w tej całej sprawie ma akurat chyba najmniejsze znaczenie. Najważniejsze, że sam zbudował nam arkę... Uczynił to po coś!

piątek, 29 listopada 2013

Matko ma, Zakonie mój...


zdj.flickr/epSos.de/Lic CC
Mili Moi...
No jakoś szalenie pracowity ten tydzień. Zawdzięczam to moim studiom, które, jak już wspominałem nie raz, przypominają czasami bardziej szkołę podstawową. To znaczy, że dorównują jej z pewnością w ilości prac domowych. Niektóre mniejsze, niektóre większe, a niektóre całkowicie przedziwne, jak na przykład ta polegająca na nagraniu pięciominutowego językołamacza i przesłaniu jednemu z wykładowców. Arcypotrzebne z pewnością... Ale dla ciekawostki jeden taki, mój ulubiony już od dawien dawna wam tu załączę...

Niełatwa słów wymowa.
Ha, trudna na to rada!
Jeszcze trudniejsze słowa,
Gdy się je w całość składa.

Spójrz w przestrzeń w blaskach zorzy:
Gra życiem, skrzy srebrzyście;
A w drzewkach wietrzyk Boży
Splątane czesze liście.

Z otchłani mgła tchła obła,
Trzchnął trznadel, pstrąg głąb pruje,
Wybrnęła wydra z brodła,
Dżdżownica źdźbło dżdżu żuje.

Chrząszcz pszczołę wstrząsł w strzelinę,
Zaś pchła pchłę pchnęła w popiół,
Trwożnie brzmiał trzmiel w trzcinie,
Póki swego nie dopiął.

I ty dopnij, chociaż
Słów kształty krztuszą krtanie;
Co jednak umiesz, pokaż,
Ułóż to w płynne zdanie.

Parł wprzód wśród śrub
Przez złom zły w łzach,
Wplótł w plan plon klątw,
Kłuł go chłód w kłach.

Szedł wszerz przez wrzos,
w krok krak wron grał,
Nie szczuł psem pszczół
–- Psa pchła szał w szkwał.

W krąg grom brzmień brzmiał
W tle tlił lśnień blask
Wszczął pszczyć też deszcz
W czczy burzy czas.

W chmur zwrot wrył wzrok
Giez go gryzł zły
Z nerw drań darł darń,
Plótł trzy po trzy.

Odhaczam więc kolejne zadania z nadzieją, że dojdę do ich szczęśliwego końca, co jest mało prawdopodobne, bo na horyzoncie majaczą następne, a jak wiemy horyzont to taki punkt, do którego im bardziej się zbliżamy, tym on bardziej sie od nas oddala :) Niemniej już dziś zapraszam na adwentowe rekolekcje studentów homiletyki na portalu internetowym e-sancti. Będzie tam można nas poczytać... (to takie kolejne małe zadanie).
W naszym zakonie dziś święto Wszystkich Świętych Zakonu Serafickiego. Piękny dzień, bo pokazuje nam tych wszystkich braci i siostry, którzy dzięki naszemu, franciszkańskiemu ideałowi osiągnęli wieczne szczęście z Bogiem. Jest to także rocznica moich obłóczyn. Czternaście lat temu otrzymałem tę świętą szatę, której noszenie jest dla mnie chlubą i dumą. Ileż to razy, zakładając ją rano, myślałem sobie, że nie jestem godzien jej nosić. I mówię to zupełnie poważnie. To wielka łaska móc przynależeć do tego zakonu, który wydał tylu niezwykłych świętych, owładniętych Boża miłością, oddanych Kościołowi, braciom, misjom... To naprawdę zobowiązuje i motywuje.

A Słowo na dziś dla franciszkanów i tych, którym oni służą, to opowieść o bogatym młodzieńcu. Czytamy ją we wszystkich naszych kościołach. Sprzedaj, co masz i rozdaj ubogim, oni, jak mówił św. Augustyn, będą twoimi tragarzami - doniosą ci to wszystko do nieba. Pomyślałem dziś, że Jezus oczekuje ważnej rzeczy od swojego ucznia. Czegoś, co tu jest tylko zobrazowane wyrzeczeniem się bogactwa. Ale chodzi o coś więcej. Chodzi o zdolność do ryzyka, która bezpośrednio przekłada się na umiejętność powierzenia swojego życia Bogu. Jezus nie tłumaczy mu zasad od "A" do "Z". Zostaw wszystko i pozwól mi decydować o twoim życiu. Wszelkie twoje zabezpieczenia są tylko ciężarem, to wszystko, do czego jesteś tak przywiązany spowalnia cię w drodze, to wszystko, co tak bardzo cenisz i lubisz staje się dla ciebie niewidzialną i nieprzekraczalną granicą. Gdybyś tylko mi zaufał... Moglibyśmy zrobić rzeczy nieprawdopodobne! Gdybyś tylko pozwolił mi decydować o twoim życiu, poprowadzić cię. Gdybyś mnie uczynił jedynym twoim bogactwem, jedynym skarbem!

To chyba istota franciszkanizmu (ba, chrześcijaństwa nawet) i uczyć się tego trzeba nieustannie, bo samo nie przychodzi. A diagnozować samego siebie warto poprzez stawianie sobie prostego pytania - co jest moim skarbem, bogactwem, którego trudno mi się wyrzec? Może się okazać, że to całkiem dobre rzeczy... Ja na ten przykład dziś zobaczyłem wyraźnie, że moje głoszenie i sposób w jaki jest ono odbierane są moimi skarbami, które z całą pewnością musze Jezusowi powierzyć, bo inaczej staną się one sidłem dla mojej duszy. I dobre same w sobie, staną się przeszkodą dla prawdziwego naśladowania Mistrza. Ale tak całkiem Mu zaufać? Oddać bez zastrzeżeń? Pozwolić Mu decydować kiedy, komu, w jakich okolicznościach? Ale to ryzykowne... Bo przecież to takie cenne... A jeśli... No właśnie... Jeśli co?

Sejf ludzkiego serca jest niesłychanie żarłoczny. Pochłania coraz to nowe skarby, a wcale nie przynosi to lepszego samopoczucia. Może więc jednak uwolnić ręce, żeby i nogi zyskały wolność... Wypuść z rąk to, co w nich tak kurczowo trzymasz, a zaraz będziesz gotów ruszyć z miejsca. A twoje serce... Z radością zaśpiewa pieśń, której uczyliśmy się na nowicjacie - "Matko ma, Zakonie mój, dla Cię życie me, dla Cię prac mych znój. Matko ma, Zakonie mój, jam na wieki syn, jam na wieki Twój..."