wtorek, 26 listopada 2013

czekam...


zdj:flickr/amysept/Lic CC
Mili Moi...
No i pierwszy ciężki dzień tego tygodnia prawie za mną. Na koniec dnia przeżywaliśmy seminarium naukowe, na które miałem przygotować kontekst apostolski i duszpasterski, w którym działał św. Maksymilian, czyli miałem powiedzieć cos o Kościele polskim w dwudziestoleciu międzywojennym. Oczywiście nie zdążyłem tego zrobić wcześniej i musiałem dziś rano... Zarwałem trochę wykładów niestety, ale przygotowałem, co należało. Tak zwana "ostatnia chwila" wpływa na mnie raczej motywująco, ale to niestety mój słaby punkt. Oszczędziłbym sobie pewnie wiele nerwów, gdybym działał bardziej systematycznie. Niemniej samo seminarium to też zjawisko dość ciekawe. Musze powiedzieć, że moi koledzy - naukowcy badają takie tematy, że kiedy czytają fragmenty swoich prac, to... niby po polsku, a ja nic nie rozumiem. Przekonuje mnie to po prostu, że nie jestem jednak typem naukowca. Ale nie boleję nad tym faktem nadmiernie :) W każdym razie męczący dzień...

 Ale Słowo jak zawsze ożywcze. Zdałem sobie rano sprawę, że zwykle nie lubiłem tej końcówki roku liturgicznego, właśnie dlatego, że Słowo w te dni przywoływane jest bardzo trudne. Zapowiada bolesne wydarzenia, które staną się źródłem cierpienia dla wielu z nas... Ale dziś, po raz pierwszy od dawna, zdałem sobie sprawę, że rozważając te dramatyczne zapowiedzi, nie odczuwałem tej mieszaniny lęku i niepokoju, która zwykle mi w takich chwilach towarzyszyła. Wiele razy myślałem sobie - obym nie dożył tych czasów, w których będą się dokonywać te wszystkie znaki. Dziś jednak, strzegąc się swoistej naiwności, pomyślałem o tym wszystkim bez lęku. Oczywiście nie twierdzę, że przyszło mi to łatwo, bo wystarczy uruchomić nieco wyobraźni, żeby te wstrząsające obrazy zobaczyć przed oczami. Ale jakoś dotarło do mnie, że to są rzeczywistości, na które nie mam najmniejszego wpływu. I zamartwianie się nimi, ich nadejściem, ich przebiegiem i moją w nich rolą, jest całkowicie niepotrzebne. Z pewnością Panu nie chodzi również o to, żebym usiadł i powiedział sobie - skoro tak się rzeczy mają, to nic nie ma sensu... Ma... Wszystko ma głęboki sens, bo życie toczy się tu i teraz. Bo mam wiele rzeczy do zrobienia. Tych, które ten sam Pan mi zlecił i powierzył. Mam takie poczucie, że powinienem robić swoje z nadzieją, że wszystko, co się wydarzy, jest pod Boża kontrolą. A jeśli przyjdzie mi się zmierzyć z tymi sytuacjami, to przecież nie samemu, tylko z Nim. A jeśli z Nim, to czemu mam się lękać?

Perspektywa wieczności ku której zmierzam, Boży świat, który przeziera czasami do naszej ziemskiej rzeczywistości. On mnie upewnia, że lęk nie jest postawą właściwą dla chrześcijanina. Nie musze się bać mojego Boga, który ostatecznie panuje nad wszystkim i nie dopuści na mnie niczego, co nie byłoby z większą korzyścią dla mnie. Przecież kocha... A miłość chce zawsze dobra. Nawet wówczas, kiedy zadaje cierpienie - ono jest zawsze uzdrawiające, lecznicze, konieczne. Nie trwóżcie się - mówi nasz Pan. Nie bądźcie naiwni, nie dajcie się zwieść, ale nie trwóżcie się... Każdy włos na waszej głowie jest policzony. I największe trzęsienie ziemi nie sprawi, że spadnie choć jeden, jeśli ja tego nie zechcę. I ja wiem, gdzie jest chleb dla was przygotowany. Nie martwcie się więc głodem, który nastanie. I ja doskonale znam najmniejsze bakterie tego świata, bo ja je wszystkie stworzyłem i żadna z nich nie będzie dla was groźna, choćby największa zaraza spadła na ten świat. Jesteście w moim sercu... Ukryci głęboko. Ja już znam sposób w jaki wrócicie do domu... A ja będę tam czekał... Będę czekał... Czekam...

poniedziałek, 25 listopada 2013

odpoczniemy :)


zdj:flickr/JPod/Lic CC
Mili Moi...
Właśnie wróciłem do domu, po niesłychanie intensywnym weekendzie. Dawno już nie byłem taki zmęczony. Ale owoców sporo :) Przede wszystkim przybyła mi jedenasta Margaretka. Czyli kolejne siedem osób podjęło stała modlitwę za mnie. Niesamowity dar. Zawsze, kiedy jest mi z czymkolwiek ciężko, uświadamiam sobie, że są na świecie ludzie, którzy NA PEWNO za mnie się modlą. To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa i mocy w działaniu... Tym gdańskim śmiałkom więc z serca dziękuję...

Zaczęliśmy w czwartkowy wieczór, konferencją dla sióstr franciszkanek. Piątek niby wolny, ale to był dla mnie dzień spowiedzi. Niezwykłej, generalnej... Spowiedzi połączonej z modlitwą o uwolnienie od wszelkich wpływów złego ducha w moim życiu. W przeszłości i teraźniejszości. Mocne doświadczenie Bożej obecności i miłości. Dość wyczerpujące i dla mnie i pewnie dla spowiednika. Zaczęliśmy o 9 rano... Skończyliśmy o... 14.30 :) Ale to tylko tak strasznie wygląda :) To była taka spowiedź z instruktarzem, żebym sam mógł nią później posługiwać... Bo tej formy akurat trzeba się trochę nauczyć. W każdym razie - Panu Bogu chwała za to niezwykłe doświadczenie... Sobota to skupienie dla dziewcząt. Przybyło ich aż piętnaście... Bardzo dużo... Mówiliśmy o mądrej, wychowującej nas miłości Pana Boga. Przyznam szczerze, że myślałem już w zeszłym tygodniu, że nic więcej nie uda mi się "wycisnąć" z tematu "miłość Boża". Tak wiele o niej już mówiłem, tyle różnych konferencji... Nie chcę powiedzieć, że juz wszystko o niej powiedziałem. Raczej, że nic nie przychodziło mi do głowy, czego bym już nie mówił... Ale Duch Święty jest niezawodny i przyszło mi do głowy powiedzieć nieco o miłości Boga i jej przejawach w jakiś czas po pierwszym nawróceniu. Bo zwykle poznajemy z czasem tę miłość na nowo. Kończy się "miodowy miesiąc", a zaczyna ciężka praca, do której Pan nas zaprasza i którą chce prowadzić w nas. Ale o tym może kiedy indziej...
 A niedziela to już skupienie dla moich dorosłych przyjaciół... Za każdym razem przychodzi ich więcej, a dom sióstr jakby się rozrastał i wszystkich przyjmuje. Tym razem niemal trzydzieści osób... Mówiliśmy o kryzysie i o kierownictwie duchowym... Proste (choć nie łatwe) sposoby radzenia sobie z trudnymi sytuacjami zostały omówione i ufam, że ci piękni ludzie zdołają je podjąć w swojej codzienności... Wiele razy już o tym pisałem, ale napiszę jeszcze raz... Jestem z nich taki dumny. To dla mnie wielka łaska patrzeć jak rozkwitają. A teraz pojawia sie powoli nowy obraz - walki... Wielu z nich musi walczyć. Pojawiają się pierwsze kryzysy, zniechęcenia, pokusy odejścia... Wielkie rzeczy się ciągle w ich życiu dokonują. Ale Pan zaczyna też na nich liczyć... Trochę się jeszcze boją... Ufam jednak, że pokonają i to... Pójdą do przodu...

A dziś od rana jadę... Trochę śniegu, duży ruch, roboty (pod Lublinem korek na 40 minut). Ale już jestem w domku i próbuję jakoś zaplanować ten tydzień... Chociaż, jak zawsze, sam się planuje... Przed chwilą telefon - a dzień skupienia u nazaretanek w Ząbkach by ojciec poprowadził? A kiedy? No w tym tygodniu... No i weź człowieku odmów temu wwiercającemu się w mózg, cichemu, konsekrowanemu głosowi słyszanemu w słuchawce :) Odpoczniemy w... grobie :) Chociaż kto wie...

Chciałbym, jak ta uboga wdowa z dzisiejszej Ewangelii, umieć oddać wszystko i nie pytać skąd wezmę jutro... Niech więc się "samo planuje".

środa, 20 listopada 2013

przeciętniactwo? nie, dziękuję...


zdj:flickr/Mathew Knott/Lic CC
Mili Moi...
Nie ukrywam, że ta dzisiejsza Ewangelia o minach (czy podobna jej o talenach) jakoś mało w moim życiu do mnie przemawiały. Może dlatego, że wydawało mi się, że jestem bardzo mocno zaangażowany w sprawy Boże, a poza tym generalnie jakoś aktywny, więc nie bardzo potrafiłem na ich podstawie stworzyć sobie jakiegoś planu działania. Zawsze wydawało mi sie, że chodzi o podtrzymanie w sobie tej aktywności, o której niektórzy mówili wręcz, że jest nadaktywnościa i że należy ją raczej powściągać. Ale tak było dawniej... Kiedy byłem młody :)

Dziś zobaczyłem tę swoją aktywność w nowym świetle... W świetle przeszłości właśnie... Trochę żartuję z tym starzeniem się, o którym czasem tu piszę, ale nie jest to takie zupełnie nieprawdziwe. Dziś zobaczyłem, że ta moja aktywność, również w sprawach Bożych, jest inna od tej sprzed kilku lat. Nie wiem czy jest dojrzalsza i bardziej wyważona. Ale mam takie przekonanie, że jest dużo słabsza... I nawet nie chodzi do końca o to, co robię... Może chodzi o to, co gotów jestem zrobić :)

Bo każdy rok życia przynosi ze sobą coraz częściej pomysły na "święty spokój". W jakim sensie? Ano właśnie... Żeby pomnożyć minę otrzymaną od Pana, trzeba wyjść z domu. To znaczy ruszyć się z miejsca i poszukać innego, w którym ten "pieniądz" się pomnaża. Trzeba się spotkać z człowiekiem, z ludźmi. Nie ma co wiele myśleć o nadzwyczajnym wypoczynku, bo prawdziwy inwestor nie ma czasu na wakacje. Trzeba być zdolnym do ryzyka, może nawet do realizacji pomysłów szalonych, takich, które siedzącym w domu nie przychodzą do głowy. Trzeba szukać nowych rozwiązań, przecierać nowe szlaki, zdzierać buty... Trzeba się uczyć, nieustannie rozwijać, być "na bieżąco"...

No i właśnie taki byłem dawniej... Była szansa na dziesięć min. A dziś? Pomyślałem z obawą, że może już jednak tylko na pięć... Bo niby niewiele się zmieniło, ale... Każdy pomysł rozważam trzy razy, zastanawiam się nad swoimi siłami i możliwościami, staram sie przewidzieć wszystkie możliwe warianty... No i tych szaleństw jakoś mniej. I ta skłonność do ryzyka nie taka pewna. I szybkość reagowania zdecydowanie nie maklersko-giełdowa. No chyba starość mi zagląda przez ramię... :)

Jedna moja pociecha w tym, że nie ma we mnie na to zgody. I jeszcze ciągle walczę. Chcę słuchać poleceń Pana, chcę wchodzić w Jego szalone pomysły, chcę zachować świeżość, chcę nieustannie iść do przodu, nie zatrzymywać się w drodze... Ciepłe kapcie i bujany fotel jeszcze nie dla mnie. Pięć min to nie szczyt marzeń. Przeciętniactwo? Nie, dziękuję. Mina w dłoń i ruszamy... Gdzie? To Ty Panie mi powiedz...

wtorek, 19 listopada 2013

odwagi M!!!


zdj:flickr/Rob_/Lic CC
Mili Moi...
 Najpierw chcę napisać coś, o czym zapomniałem ostatnio... Mianowicie w sobotę odprawiłem Eucharystię w intencji wszystkich moich Margaretek (a dziesiąta przybyła mi podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej) i wszystkich tych dobrych ludzi, którzy ofiarowują swoją modlitwę za mnie. Również tą drogą informuję, bo wiem, że niektórzy tu zaglądają i zależy mi, żebyście wiedzieli, że udział w tej Eucharystii macie... Ufam Waszej modlitwie i z całego serca za nią dziękuję...

Dni płyną (dziś 2736 dzień mojego kapłaństwa). Sporo się dzieje... Rozgrzebuję coraz to nową robotę (bo spraw wciąż nie brakuje) i żadnej nie mam czasu skończyć. Wiem, że to nie najlepiej, ale taki system wdrożyłem w swoim życiu już w dzieciństwie :) a dziś trudno go zmienić. Kończę, kończę, tylko z "wywalonym językiem" i najczęściej na ostatnią chwilę. Niemniej dziś wyruszam na warsztaty homiletyczne do lubelskiego seminarium. Mamy tam zajęcia na temat "Temperament, a style przepowiadania". Dowiem się więc jak moje osobiste cechy przekładają się na sposób przepowiadania. W czwartek zaś ruszam na Północ... Trzy dni w Gdańsku to skupienie dla sióstr Franciszkanek, powołaniowe dla dziewcząt i dla naszej modlitewnej grupy przyjaciół. Przy okazji jeszcze inne spotkania, wymiana opon i co tam jeszcze się zmieści... Wypoczywał jednak nie będę... :)

A dziś Słowo mnie wysłało w przyszłość... Mianowicie zastanawiałem się jak wyglądał następny dzień życia Zacheusza po spotkaniu z Jezusem. Kiedy Jezus poszedł dalej, kiedy Zacheusz nie odczuwał już tak intensywnie i mocno Jego obecności. Skłonił mnie do tego list od M, młodego chłopaka, który podczas wakacji miał okazję doświadczyć wielkiej Bożej miłości, obecności Jezusa. A wczoraj skarżył mi się, że to zniknęło i nie może do tego wrócić, że nie ma wokół siebie ludzi, którzy by mu w tym pomogli, że sam nie potrafi tej obecności Jezusa odnaleźć na nowo... Zacheusz też został sam... Wokół ludzie, którzy go nie rozumieli i nie mieli dostępu do jego doświadczenia. Zobowiązania, które na siebie przyjął pod wpływem Jezusa, a które należało co prędzej zrealizować. Mieszkańcy Jerycha, którzy z pewnością mieli niemały problem, żeby uwierzyć w jego szczere nawrócenie (czyż to nie problem powszechny?). A Jezus poszedł dalej...

Myślę jednak, że to doświadczenie Zacheusza, które było czymś bardzo prawdziwym, realnym dało mu siłę do realizacji złożonych obietnic. To doświadczenie Bożej obecności w jego domu, choć już nie fizyczne, ale nadal aktualne motywowało go do działania. Ten blask prawdy, który go oświetlił pokazując mu bylejakość jego dotychczasowego życia i obdarzając go nową jakością codzienności, pozwalały mu zmierzyć się z nieufnością świata.

I wierzę, że tak jest, tak będzie również w życiu M. Tak jest i może być w życiu każdego z nas, w moim życiu. Kiedy te silne doświadczenia Bożej obecności przechodzą w sferę wspomnień, trzeba je nieustannie przywoływać i przypominać sobie o ich realności. To się naprawdę wydarzyło. Niczego sobie nie zmyśliłem. Spotkałem i doświadczyłem obecności Pana. I nawet jeśli ona dziś nie jest tak samo silna (nie może być, bo nasz świat emocji mógłby tego nie dźwignąć), to ta obecność Jezusa jest dokładnie tak samo prawdziwa. Nawet jeśli nie mam wokół siebie ludzi, którzy mogliby mi pomóc trwać w tym przekonaniu, nawet jeśli okoliczności zewnętrzne mi przeszkadzają, nawet jeśli otacza mnie nieufność najbliższych, to Bóg jest! Jest blisko mnie! I nigdy nie zapomina... Nigdy!

Odwagi M, mój drogi, młody przyjacielu!!! Odwagi... Nie jesteś sam. Jest nas co najmniej dwóch :) I On jest!

niedziela, 17 listopada 2013

światło pośród ciemności...


zdj:flickr/DrJohnBullas/Lic CC
Mili Moi...
Tak sobie myślę, że Słowo dzisiejsze chce być pomocą dla naszego przygotowania na czasy ostateczne. A jak mawiają niektórzy komentatorzy - one trwają nieustannie od przyjścia Pana. Jak więc umiejętnie przeżywać te chwile, które dane jest nam spędzić na ziemi?

Otóż pierwsza myśl, która się we mnie rodzi, to zdolność i gotowość do konfrontacji. Oczywiście nie ma ona nic wspólnego z wrogością, czy zwalczaniem kogokolwiek. Chodzi raczej o świadomość mojej tożsamości i starania, aby żyć według niej. Czy to widać, że jestem chrześcijaninem? Czy chcę, żeby to było widać? Czy świat potrzebuje mnie jako kogoś innego, niż chrześcijanin? Dramatycznie byłoby, gdyby obojętność, tudzież wrogość świata zneutralizowała moje chrześcijaństwo, gdybym dla świętego spokoju przestał zadawać sobie trud świadectwa. Po co wówczas miałbym żyć? Co mogłoby mieć sens dla chrześcijanina, który zapomniał o swojej tożsamości?

Wiele razy pisałem już, że bywam zawstydzany gotowością do świadczenia przez moich świeckich braci. Niejednokrotnie mając wiele pozareligijnych obowiązków, doświadczając codziennych walk o byt, są w stanie dawać świadectwo i to w tak skuteczny i dynamiczny sposób, że mnie, zakonnika i księdza zostawiają daleko w tyle. Dobrze. Tak może być. Św. Maksymilian pisał o tych szlachetnych zawodach. Oby celem była tylko chwała Boża, coraz większa i większa...

Po drugie (a wiąże się to mocno z powyższym) Słowo stawia przed moimi oczami temat nienawiści świata. Nawet jeśli rozumiemy, że to hiperbola semicka, że to słowo może mieć wydźwięk nieco słabszy - niechęć, czy brak sympatii, to pytanie pozostaje otwarte. Czy są wokół mnie ludzie, którzy są pełni niechęci do mnie ze względu na imię Jezusa? Ze względu na to imię (bo przyczyny mogą być przecież inne)! Czy moja tożsamość jest tak wyraźna, że budzi jakiekolwiek reakcje wśród ludzi? Poza aplauzem współwyznawców, który zawsze bardzo łatwo przychodzi przyjąć. To ważne pytanie, bo Ewangelia jest bardzo w "poprzek świata" i jeśli się nią żyje, to wrogowie pojawiają się niemal automatycznie, a czasem, jak wspomina Ewangelia, rekrutują się nawet spośród najbliższych.

Wreszcie, trzecie światło. Wolność wobec dzieła swoich rąk. Nie bez przyczyny ta refleksja Jezusa następuje tuż po scenie, w której uboga wdowa składa na ofiarę dwa pieniążki. Maleńkie dzieło wobec wielkości i przepychu świątyni. Ale dla Boga dzieło wielkie, bo połączone z wielkim zaufaniem do Niego i wielką wolnością wobec swojego życia (dała wszystko, co miała na swoje utrzymanie). Te zachwyty i aplauz wobec piękna świątyni są mało ważne, bo jak każde ludzkie dzieło może ona zniknąć z powierzchni ziemi nader szybko. I tak w istocie się stało - zburzono ją zaledwie kilka lat po ostatecznym ukończeniu budowy. Ludzka tendencja do gloryfikowania swoich dzieł, do czynienia z nich "pępka świata" jest szczególnie szkodliwa dla głoszenia Ewangelii, bo zatrzymuje w drodze. Zamiast iść i głosić, człek stoi i się zachwyca. Często wracają do mnie słowa św. Maksymiliana - aby Bóg co prędzej zburzył dzieło, które Maksymilian zbudował, jeśli tylko sprzeciwia się ono w jakikolwiek sposób Jego woli, czy odciąga braci od zbawienia...

Co zatem? Usiąść i czekać na nadejście Pana? Nie... Paweł mówi jasno - niech każdy pracuje jedząc ze spokojem swój własny chleb. Spokój i równowaga. Czujna refleksja. Korekta i konsekwentne zmierzanie do ostatecznego celu. A zacząć można już w tę dzisiejszą niedzielę :)

sobota, 16 listopada 2013

poszła zakonnica na kebaba...


zdj:flickr/xinem/Lic CC
Mili Moi...
Czy znajdzie Pan wiarę na ziemi, kiedy powróci? A gdzie będzie jej szukać? Dziś naszła mnie taka refleksja obiadowa... Mianowicie, jak niemal codziennie, udałem się do jednego z lokali gastronomicznych Lublina na obiad. Taki bowiem mamy domowy system, że żywimy się "na mieście". Los padł na kebaba... Kiedy sobie spokojnie zajadałem przyniesioną mi potrawę w lokalu wypełnionym ludźmi, nagle do środka weszły... dwie zakonnice. Jedna śmiało, dziarskim krokiem zaczęła podążać do wolnego stolika, druga, bardziej powściągliwa, jakby z delikatną obawą postępowała w myśl zasady - "dwa kroki do przodu, krok do tyłu". Lud zamarł... Muzyka dobywająca się z głośników stała się jakby głośniejsza. Rozmowy prowadzone przy stolikach przycichły. Świat się na chwilę zatrzymał... Pasjonistki (bo tę wspólnotę reprezentowały owe wielebne naczynia konsekrowane) zasiadły przy stoliku. Po tej pełnej chwili napięcia szczęśliwie wszystko wróciło do normy - dalej, jak za dni Noego: żenili się i za mąż wychodziły, kupowali i sprzedawali, budowali i burzyli... Burzyli...

 No właśnie... Zaburzyły wspomniane siostry sielankową atmosferę sobotniego popołudnia w lubelskiej kebabowni. Ich głód sprawił, że znalazły się w miejscu, w którym nabożny katolik (bo zakładam, może na wyrost, że tę denominację reprezentowało wielu konsumentów) nie spodziewał się ich zobaczyć. A dlaczego się nie spodziewał? I tu dochodzę do stwierdzenia tyleż smutnego, co dość oczywistego dziś. Wiara ma miejsce... w sferze prywatnej. Sfera publiczna ma być czysta, nijaka, obojętna, neutralna... W sferze publicznej manifestowanie swojej wiary jest raczej passe. A ci, którzy to czynią (choćby poprzez strój, który nie dopuszcza wątpliwości), spotykają się z wielorakim zdumieniem, pojawiając się w miejscach publicznych takich, jak choćby restauracja... Czego zakonnica może szukać w restauracji? A może jest głodna... A to nie może sobie zjeść w domu?

 Smutna jest ta przepaść, która zaczyna oddzielać świat od wiary i jej manifestowania. Nie mam wątpliwości, że przyczyny są złożone i jako duchowni mamy w tym nielichy udział. Sami wtapiając się w tłum, odzwyczailiśmy ludzi od widoku księdza w wielu miejscach. Nie dziwią mnie już pytania dzieci, które stawiają konspiracyjnym szeptem swoim rodzicom mijając mnie na ulicy - mamo, a kto to byyyyył? Przywykłem już do zdziwionych spojrzeń, kiedy wchodzę w habicie do "Biedronki" czy do którejś z lubelskich galerii handlowych. Ale wciąż nie mogę pojąć tempa w jakim to wszystko nastąpiło. Budynek kościoła to miejsce dla wierzących. A sklep, tramwaj, plac budowy? Tam są, czy mają być "ludzie uniwersalni"? Wszyscy, którzy nie mieszczą się w tej kategorii budzą konsternację i ciche chichoty, niczym zakonnice przekraczające próg restauracji...

Wracam do pytania - gdzie Pan będzie szukał wiary, gdy przyjdzie? W kościele? A co jeśli nie trafi akurat na czas nabożeństwa? To może w sferze prywatnej... Tylko gdzie to jest???

środa, 13 listopada 2013

zwolnij...


zdj:flickr/Cinzia A. Rizzo/fataetoile/Lic CC
Mili Moi...
Dziś na mieście akcja z cyklu "ulubione". Podchodzi młode dziewczę popołudniową godziną i pyta mnie gdzie idę? Ja na to zgodnie z prawdą, że na uczelnię... Na co ona, że pewnie nie będę miał chwili, żeby ją wyspowiadać... Na co ja, że po to mnie święcili, żebym takie chwile miał... Zawsze. Ile mam radości, kiedy ludzie okazują się tak odważni i wiedząc do czego służy ksiądz, nie wahają się go prosić o posługę wszędzie i zawsze. Nie ma znaczenia czas i miejsce. Znaczenie ma tylko łaska, którą Chrystus chce okazywać nieustannie, każdemu. A jeśli mogę w tym wydarzeniu uczestniczyć, to jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy. Po kilku chwilach więc dziewczę rozgrzeszone poszło dalej, a ja radość z tego faktu celebruję do tej chwili. Jestem Panu Bogu wdzięczny...

A wdzięczność trochę jednak spowalnia w życiu. Może to nie bez znaczenia w naszych pędzących czasach. Wdzięczność spowalnia... Kiedy dziś patrzę na tego jedynego z dziesięciu trędowatych, który wraca i dziękuję, to myślę sobie, że pozostali już zaczęli żyć pełnią życia. Mieli prawo... Przecież tak długo na to czekali. Tyle spraw do zobaczenia, doświadczenia, przeżycia. Nie można czekać ani chwili. Może to zrozumieć pewnie tylko ktoś, kto doświadczył odrzucenia, całkowitego wystawienia poza społeczny nawias. Kiedy nadarza się okazja powrotu, nie można tracić ani chwili, bo taka okazja może się nie powtórzyć. Więc idą w życie ci, którzy jeszcze przed chwilą zanurzeni byli w śmierć. Nic się nie liczy, nic nie jest ważniejsze w tej chwili od życia, do którego zostali przywróceni. A jeden uznał, że jednak jest coś ważniejszego - uznać Autora, oddać chwałę Bogu. Nic nie znaczyło, że to Samarytanin, nie ważne było, że dla niego rozumienie Boga było trochę inne, niż dla pobożnego Żyda. On wiedział komu zawdzięcza życie. I zanim poszedł je smakować, przyszedł najpierw podziękować. Został o krok w tyle, nie rozpoczął tak dynamicznie jak pozostałych dziewięciu. Wdzięczność spowalnia... Ale Samarytanin nic na tym nie stracił. Co więcej - zyskał. Co takiego? Zrozumienie... On zrozumiał dlaczego stało się to, co się stało. Twoja wiara cię uzdrowiła. On już wie jak sobie radzić w innych, trudnych sytuacjach swojego życia, on już wie, gdzie zawsze znajdzie lekarstwo. Pozostałych dziewięciu w swoim pośpiechu tego już nie usłyszało... Może więc warto zwolnić... Z wdzięczności...