poniedziałek, 27 kwietnia 2026

powrócon...


(J 10, 11-18)
Jezus powiedział: "Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca".

 

Mili Moi…
Życie moje oddaję za owce… Rozmyślam dziś o tych słowach Jezusa. Bo, po pierwsze, czy ja mam jakieś „swoje” owce? Zwykliśmy owczarnią nazywać parafię, czyli ludzi, którym bezpośrednio służymy jako duszpasterze, za których czujemy się odpowiedzialni. Moja parafia to… cały świat. Kiedy kilka dni temu, w święto świętego Marka czytaliśmy to polecenie – idźcie na cały świat… to miałem takie poczucie, że w jakiś sposób je realizuję. W czwartek wróciłem z USA, za kilka dni ruszam do Holandii. W tym roku jeszcze Wielka Brytania, Dania i znów Holandia… A przecież i w Polsce tych destynacji jest całe mnóstwo. Tylko ten mój związek z owcami właśnie poprzez tę mobilność, jest dość kruchy. Czuję się odpowiedzialny za to, co mówię, co po sobie zostawiam. Ale w takim kluczu o umieraniu dla nich trudno mówić. Może gdyby w ten sposób pojmować podejmowany wysiłek. Ale też nie przesadzajmy… Czasem słyszę głosy, które się nade mną rozczulają. Z pewnością są na tym świecie ludzie, którzy pracują ciężej ode mnie. I choć specyfika moich działań jest dość wymagająca, to przecież kocham to, co robię i mam z tego ogromnie dużo frajdy. Ale dosłownie umrzeć dla? Być dla – tak wiele lat temu zatytułowałem mojego bloga i tak to do dziś widzę. Ale przestać żyć… Dla… Na dziś wydaje mi się to niesłychanie trudne. Może trzeba mi jeszcze długo dojrzewać, żeby choć trochę gotowość w sobie odnaleźć. Bo chętnie myślałbym o sobie lepiej niż jest w rzeczywistości, ale jaki w tym sens? Z tym umieraniem wciąż nie najlepiej…

Wybaczcie, że długo mnie tu nie było… Postaram się poprawić. Ale spędziłem niemal trzy tygodnie w USA, gdzie było intensywnie. Mnóstwo spotkań i trochę pracy. Ale nade wszystko schodziło trochę ze mnie wielkopostne napięcie. Nie mogę powiedzieć, że wypocząłem. Ale miałem wstręt do wszelkiego tworzenia, do jakiegokolwiek łączenia myśli, do pisania. Więc odciąłem wszystko, co nie było absolutnie niezbędne. I choć nadal czuję się zmęczony, to jednak ten tydzień i następny dają mi szansę na złapanie oddechu.

W USA najpierw tydzień z siostrami zakonnymi. Piękne miejsce, dobry czas i słuchaczki uczciwie podchodzące do szansy, którą stanowią rekolekcje zakonne. Kilka dni później wybraliśmy się już z Bridgeport (bo rekolekcje dla sióstr były w Cherry Hill w stanie New Jersey) do Chicago (samolotem) a ostatecznie do stanu Wisconsin (autem), do urokliwego ośrodka Camp Vista, gdzie prowadziłem rekolekcje weekendowe dla Wojowników Maryi. Niemal 6o mężczyzn i znakomita atmosfera gorliwości i zasłuchania. Jedyny mankament z mojej strony to… sam ośrodek. Urokliwy, a jakże, ale wiecie co lubię ja… Na pewno nie campingi!!! Więc powiedziałem chłopakom nieco anegdotycznie, kiedy chwalili wybór miejsca, że dla mnie najwspanialszym momentem całej tej wyprawy było… lotnisko w Chicago 😊

W tak zwanym międzyczasie poprowadziłem jeszcze skupienie dla małżeństw w Bridgeport poświęcone zagadnieniu miłości ofiarnej, no i w miniony czwartek wylądowałem na lotnisku w Warszawie.

Lot zakończył się o godzinie 13.05, a o godzinie 16.15 rozpoczęliśmy nagrania w Radio Niepokalanów. Sił wystarczyło w czwartek na dwie audycje. Resztę dograliśmy przed południem w piątek. A po południu… rozpocząłem w Niepokalanowie rekolekcje maryjne, na które zgłosiło się niemal dwadzieścia osób. W dobrym towarzystwie spędziłem więc weekend, ale, przyznam, dość pracowicie. Wczoraj w południe zakończyliśmy. A wieczorem… miałem jeszcze konferencję w Poznaniu na temat przeszkód w dobrej medytacji nad Słowem Bożym. Słuchaczy było… ośmioro.

A dziś już odpoczywam… Tylko Eucharystia, Różaniec z ludźmi, dwie godziny dyżuru w konfesjonale i skręcanie pozostałych mebli i zakładanie rolet zewnętrznych na okna (nie mój pomysł – szerszy projekt wieloletniego remontu naszego klasztoru). Także powiem wam… Jest radość z powrotu do domu, cisza, spokój. Nic tylko zasiąść w fotelu i oddać się lekturze 😊 Może nieco ironicznie o tym piszę, ale bez pretensji. Kocham moją robotę i nie zastąpiłbym jej żadną inną. Wciąż mam trochę sił, więc… Do boju!

1 komentarz: