Dla postu nigdy nie ma „dobrych czasów”. Kiedy panuje bieda (taka prawdziwa, w której nie ma co jeść, a nie taka, w której tegoroczny wylot na Dominikanę trzeba będzie nieco odłożyć) pości się trudno, a odmawianie sobie czegoś w takiej sytuacji wydaje się nieludzkie. Kiedy mamy czas obfitości (a może wręcz nadobfitości, o czym świadczą całe bochenki chleba na śmietniku) pościć wcale nie jest łatwiej. Bo tak łatwo sięgnąć po coś smakowitego – nie z potrzeby, ale dla przyjemności. Ona wszędzie i zawsze wysuwa się przed szereg. Domaga się bardzo solidnej dyscypliny. I to też miłość. Wyrzekanie się bożka przyjemności dla prawdziwego szczęścia z Bogiem…
Wielki Post się rozpoczął… Dla mnie w Poznaniu. Zakończyłem w Środę
Popielcową rekolekcje w naszym, franciszkańskim kościele. W tym roku przewodzi
mi Apokalipsa i bardzo mi te rekolekcje „leżą”. To znaczy, czuję się z tymi
treściami bardzo swojsko – są moje – przyjęte, przemyślane, spójne. Takiej
oceny można dokonać tylko po wygłoszeniu rekolekcji po raz pierwszy, bo to, co
wydaje się wyglądać dobrze na papierze, nie zawsze dobrze komponuje się z
amboną i żywym głoszeniem.
Czwartek i piątek to dni poświęcone siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi,
również w Poznaniu. Głoszę tu formacyjne katechezy młodzieży zakonnej (siostrom
juniorystkom). Dziś w nocy przemieszczam się do Ostródy, bo jutro konferencja dla
sióstr Terezjanek o poranku, a w południe dla Żywego Różańca z okazji ich dnia
skupienia. A po południu ruszam już do Strzebielina pod Lęborkiem, na
wielkopostne ćwiczenia. To będzie wymagający tydzień…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz