sobota, 17 sierpnia 2024

"zamieszkany"


(Mt 19, 13-15)
Przynoszono do Jezusa dzieci, aby położył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: "Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie". Położył na nie ręce i poszedł stamtąd.

 

Mili Moi…
Zastanawia mnie dlaczego szorstko zabraniali dzieciom… Czyżby dzieci były tak niesforne, że pozwalały sobie na zbyt wiele i zdaniem uczniów nie licowało to z godnością Nauczyciela? A może widzieli, że Jezus jest ekstremalnie zmęczony, czego z kolei nie widziały matki chcące podsunąć swoje pociechy do błogosławieństwa? Trudno jednoznacznie stwierdzić, ale jedno jest pewne – On widział tę kwestię nieco inaczej. Pozwalał na wiele…

Przyznam szczerze, że zaledwie kilka razy w życiu zwróciłem uwagę rodzicom nadaktywnych dzieci w kościele. Były to dość ekstremalne sytuacje z przewracanymi krzesłami i wyścigami wzdłuż świątyni – przy absolutnym braku reakcji ze strony rodziców. Ale muszę wyznać, że chęć na zwrócenie uwagi miewam znacznie częściej. I nie chodzi o to, że nie lubię dzieci. Jest dokładnie przeciwnie. Bardzo je lubię i często, co dla mnie samego zaskakujące, one mi też okazują swoją sympatię. Ale są takie dni… Kiedy człek próbuje na ambonie zebrać myśli, a obecne w świątyni dzieci naprawdę mu w tym nie pomagają. Wielka to szkoła cierpliwości… Poza tym, kiedy patrzę na młodzież, która bez krępacji odbiera w kościele telefon, to ma wrażenie, że jednak ktoś wcześniej cos zaniedbał i nie zwrócił uwagi we właściwym czasie. Może więc warto jednak stawić pytanie – do czego chcemy te dzieciaki wychować? A jednocześnie w żadnym wypadku nie wolno nam wystawić ich poza nawias – bo są za małe i nie zachowują się właściwie. Zbalansowanie podejścia jest rzeczą wcale niełatwą.

Ostatnie dni były dla mnie niesłychanie pracowite. W minioną niedzielę przewodniczyłem liturgii, w której pięć młodych Franciszkanek odnowiło swoje śluby zakonne na rok. Kilka godzin później, przewodniczyłem kolejnej Mszy, podczas której dwie kolejne złożyły swoje śluby na zawsze. Dużo radości, no i pożegnanie z Ołdrzychowicami i dobrymi siostrami pewnie na długo.

Powrót do domu, to pięknie odmalowane, ale puste pokoje. Wielkie dzięki Tomkowi, który w swoim wolnym czasie przychodził skręcać mi meble. A ja dźwigałem kartony i rozpakowywałem moje „ubóstwo”. Najwięcej rzecz jasna książek i to one pożerały moją energię – tym razem fizyczną. Ale mieszkam… I jest pięknie. Czekam tylko na rolety, które mają zostać zamontowane po niedzieli, co, mam nadzieję pozwoli mi jakoś przetrwać ostatnie dni lata, bo jest w tych moich pokojach ekstremalnie gorąco. Ale jestem bardzo zadowolony z końcowego efektu i siedząc w fotelu patrzę na wszystko z dużą radością. Przestrzeni tak dużo, że żartuję sobie mówiąc – w połowie drogi do łazienki trzeba postawić krzesło, żeby nieco odpocząć podczas tej wyprawy. To obrazuje ogromną różnicę między warunkami w Gdyni, a w Ostródzie.

Doświadczam też łaski związanej z przenosinami, które człek przyjmuje otwartym sercem. Otóż – czuję się tu jakbym mieszkał już od dawna. Zarówno w domu, jak i w mieście, co bardzo mnie cieszy, bo mogę to dziś powiedzieć – uznaję Ostródę za moje nowe miejsce życia i robię to z dużym spokojem i entuzjazmem nawet.

Próbuję pilnie pracować nad rekolekcjami, które od czwartkowego wieczoru mam głosić w Obrze dla wspólnoty z Międzyrzecza. Dobrzy ludzie – chłonni, słuchający i wiem, że czekają. A ja nie chcę ich zawieść. Więc łapię chwile… Bo zadania wokół arcyciekawe… Jednego wieczoru na przykład jestem na Nabożeństwie Fatimskim w Lubajnach (bardzo ślicznym zresztą) w lokalnym sanktuarium fatimskim, a kolejnego święcę nową Castoramę w Ostródzie. Nie ma nudy i to, jak zawsze, cieszy…

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Uczta...


(Mt 14, 13-21)
Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych.A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: "Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności". Lecz Jezus im odpowiedział:"Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!" Odpowiedzieli Mu: "Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". On rzekł:"Przynieście Mi je tutaj". Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

 

Mili Moi…
Pięknie o tym cudzie rozmnożenia chleba pisze ks. Gerhard Lohfink. Dowodzi, że chodzi o coś znacznie więcej, niż nakarmienie głodnych. To obraz uczty Królestwa, wejścia Boga w ludzką rzeczywistość. Schemat tego wydarzenia, jako żywo, przypomina świąteczną ucztę żydowską. To podczas niej gospodarz, najczęściej ojciec rodziny, błogosławił Boga za chleb, dzielił go i każdemu uczestnikowi dawał kawałek. Po daniu głównym zaś zbierano okruchy większe niż oliwka. Świąteczną ucztę spożywano zwykle w pozycji półleżącej na niskich sofach, albo poduszkach, w odróżnieniu od codziennych posiłków spożywanych na siedząco. Tu trawiasta przestrzeń pozwala ludziom się rozsiąść, a może i niektórym się położyć. Pokarm przychodzi w wielkiej obfitości i każdy je do syta. Wszyscy są zaproszeni. Siedzą w grupach po pięćdziesięciu i stu. To całkiem odmienne od znanych wówczas wystawnych, rzymskich uczt dla bogaczy, gdzie gości miało być „nie mniej niż Gracji i nie więcej, niż Muz” (czyli od trzech do dziewięciu), a wszystko odbywało się w specjalnie wydzielonej do tego sali, czyli triclinium. A oto teraz nowa wspólnota, rodzina – przeciwstawiona dawnej. Tworzą ją wszyscy zaproszeni przez mesjańskiego Pasterza i doświadczają prawdy błogosławieństw – Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni (Łk 6, 21). Oto obraz nowego świata, który bardzo wolno budujemy od dwóch tysiącleci. Przyznacie, że wiele jeszcze zostało do zrobienia. I to nie tylko w kwestii usunięcia głodu na ziemi, ale w dziedzinie jedności i braterstwa, które nie może być pustym hasłem na sztandarach, ale ma się opierać na uczestnictwie w uczcie Boga samego.

W czwartek szczęśliwie udało mi się wylądować na lotnisku w Katowicach. W piątek, wraz z Maćkiem, udaliśmy się do Niepokalanowa, gdzie nagraliśmy sześć audycji jednego dnia. To nasz absolutny rekord, bo nigdy wcześniej tego nie dokonaliśmy. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że postanowiliśmy tego raczej nie powtarzać.

Od soboty zaś jestem w Ołdrzychowicach Kłodzkich, gdzie prowadzę trzecią już w tym roku serię rekolekcji dla sióstr Franciszkanek Pielęgniarek. Właściwe rekolekcje zaczynamy dziś wieczorem, a minione dni były poświęcone dwóm siostrom, które w najbliższą niedzielę złożą tu swoje śluby wieczyste. Miałem więc kilka spotkań wyłącznie dla nich.

Przyznam szczerze, że już tęsknię za domem. Wyjechałem zeń pierwszego lipca. I o ile Ostródy jeszcze nie zdążyłem polubić, wszak byłem tam zaledwie kilka dni, o tyle do klasztoru i mojej wspólnoty już chciałbym wrócić. Tym bardziej, że nie jestem jeszcze wprowadzony, co oznacza, że wszystkie moje kartony stoją wciąż na korytarzu i niestety nie wiem czy od razu po powrocie będę mógł się rozpakowywać. Nieprzewidziane trudności i znaki zapytania… A tak bardzo chciałbym już usiąść w swoim fotelu, wśród moich książek, odetchnąć i powiedzieć – jestem u siebie…

sobota, 27 lipca 2024

do lądowania...


(Mt 13, 24-30)
Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: "Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast, nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”.

 

Mili Moi…
Umiejętność czekania i cierpliwego znoszenia tego, co złe. Jedno z najtrudniejszych zadań, które Pan przed nami stawia. Niemożliwe czysto po ludzku. A jednak w Bożej optyce tak jest lepiej. Muszę przyznać, że dla mojego temperamentu jest to wielkie wyzwanie Łatwiej jest być kapelanem tych, którzy wyruszają na krucjatę odebrać grób Pana niewiernym, niż troszczyć się o znękanych i udręczonych, którzy z różnych przyczyn nie mogą zmienić swojej obecnej sytuacji. Czasem pozostaje wyłącznie towarzyszenie. A ludzkie sytuacje bywają nieraz nieprawdopodobnie skomplikowane.

A jednak Bóg mówi dziś – nie bój się, zwycięstwo dobra jest pewne. A ostateczne rozstrzygnięcie, osąd i wymierzenie kary musi pozostać w Bożych rękach, ponieważ my nie potrafimy tego zrobić właściwie. Zawsze brakuje nam pełnego oglądu rzeczywistości. My mamy zwyczajnie odróżniać dobro od zła, nazywać rzeczy po imieniu i zawierzać je Jezusowi. W przestrzeni międzyludzkich relacji wolno nam również dyskutować, napominać, przekonywać. Ale nie wolno chwytać za sierp (miecz, nóż, karabin czy cokolwiek innego, co zwiastuje ostateczne rozwiązanie problemu zła). To bowiem jest wyłącznie sposób na jego pomnożenie, a nie na wyplenienie.

Mój pobyt w USA powoli dobiega końca. Usiłuję odpoczywać, ale, jak to wielokrotnie już pisałem, pracoholikom nie jest z tym łatwo. Ale pozwalam sobie, mając za sobą nawet polecenie mojego Prowincjała, który każe mi próbować. No więc próbuję. Ale muszę przyznać, że tęsknota za krajem i za moją zwyczajną, codzienną posługą pożera mnie w sposób niezwykły. Jak to dobrze, że tuż po powrocie wpadam w wir zajęć. Tuż po wylądowaniu jedziemy wraz z Maciejem na nasze radiowe nagrania. A po nich właściwie natychmiast rozpoczynam rekolekcje dla sióstr Franciszkanek w Ołdrzychowicach Kłodzkich – ostatnia, trzecia seria. I dopiero jedenastego sierpnia trafię pod dach własnego, nowego domu. Wówczas może wreszcie uda mi się wprowadzić do mojego pokoju i naprawdę zamieszkać.

W minioną środę przeżyliśmy tu w Bridgeport, piękny wieczór ze świętym Charbelem. W jego liturgiczne wspomnienie po Eucharystii prowadziliśmy wraz z proboszczem modlitwę o uzdrowienie za jego przyczyną. Potem błogosławieństwo jego relikwiami i namaszczenie olejem. Ludzi było bardzo dużo. A to, co szczególnie mnie uderzyło, to wielki spokój, który towarzyszył temu spotkaniu, wręcz atmosfera wyciszenia wewnętrznego. I może ten pokój był pierwszym owocem naszej modlitwy. Byłem oczarowany łagodnym duchowym klimatem tego wieczoru. W świecie, który nieustannie goni za nowościami, co przekłada się niestety również na duchowość, nagle znaleźliśmy się w samym sercu Kościoła, wobec doświadczeń i zjawisk, które od zawsze w nim są – kult świętych, wiara w ich wstawiennictwo, wspólnotowa modlitwa, pełna ufności i wewnętrznego skupienia, proste znaki oddziałujące na zmysły, na które wskazywał sam Jezus w Ewangeliach. Posługa kapłanów przy ołtarzu i w konfesjonale. Na koniec oddanie chwały Bogu, który działa w tajemniczy sposób w ludzkich ciałach i duszach. Wezwanie opieki Niepokalanej (bardzo wiele osób w minionych dniach przyjęło tu Jej szkaplerz). Do dziś doświadczenie tego wieczoru mnie duchowo niesie.

wtorek, 16 lipca 2024

miasta...


(Mt 11,20-24)
Jezus począł czynić wyrzuty miastom, w których najwięcej Jego cudów się dokonało, że się nie nawróciły. Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądu niż wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego. Toteż powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie.

 

Mili Moi…
Miasta grzechu. Miasta łaski. Miasta wybrane przez Pana. Miasta, które lubił. Miasta, które mijał po drodze. Miasta, za które modlił się do swojego Ojca. Jego ukochane Kafarnaum. Miasto – symbol - Sodoma. Miasta pogan – Tyr i Sydon. Wszędzie tam są ludzie. Skupiska ludzi, którzy w lepszy czy gorszy sposób próbują przeżywać swoją codzienność, odnajdywać się w tym świecie, budować swoją teraźniejszość i przyszłość. Ocierają się o Pana – widzą Go, słyszą, jedzą z Jego ręki, widzą wskrzeszenia i uzdrowienia. I co? No właśnie nic… Albo niewiele…

Te nasze złudzenia – gdybym ja widział, słyszał, dotknął Jezusa, to już na pewno… Im dłużej żyję, tym częściej myślę sobie, że jeśli człek utknie w emocjonującym świecie znaków, poruszeń, cudów i doświadczeń, to bardzo trudno iść mu w kierunku pogłębionej formacji, w kierunku krzyża i zmartwychwstania. Potupać, poklaskać, łzę uronić… I tak co tydzień, bo musi być stały dopływ paliwa emocjonalnego…

I chcę być dobrze zrozumianym – nie krytykuję ruchów czy stylów duchowości, ile raczej ślepe uliczki, które w każdym z nich mają swoje miejsce. Te emocjonalne są chyba szczególnie niebezpieczne, bo po pierwsze oznaczają uzależniającą przyjemność, a po drugie mamią przekonaniem, że jest się wówczas szczególnie blisko Boga. Gdy tymczasem może być dokładnie odwrotnie. A bliskość buduje się nie z Bogiem, ale z samym sobą – potrzebami, pragnieniami, duchowymi impulsami. Żeby przeczytać książkę, trzeba się zgodzić na przerzucanie stron. Wiara to droga – zbawieni mają zostać ci, którzy po niej idą, a nie ci, którzy próbują na niej mieszkać. Doświadczenie to jeszcze nie wiara. Wiara to decyzja, której krytykowanym przez Jezusa „miastowym” wciąż brakowało – choć doświadczeń mieli w bród. 

W sobotę o poranku opuściłem Rzym. Dziewięć godzin później przywitałem się ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Ostatnia faza mojego urlopu. Dwa tygodnie relaksu w gronie dobrych, wypróbowanych przyjaciół. Z braćmi. Wśród dobrych, duchowych rozmów. Planując zimowe aktywności. Oczywiście nie o narty w Aspen idzie, ale o rekolekcje dla polskich sióstr benedyktynek, które mam tu wygłosić w styczniu. A jak się okazuje, przy tej okazji chyba uda się zorganizować weekend dla kobiet w Clifton i dzień skupienia dla małżeństw w Bridgeport. Kilka pieczeni na jednym ogniu – a dla mnie radość – bo nie tylko okazja do głoszenia wonnych słów mojego Pana, ale dodatkowo do własnego rozwoju – wszak trzeba będzie się jakoś do tego wszystkiego przygotować…

Na razie jednak… Książka, klimatyzowany pokój, zimny napój i radość z każdego spotkania… Przypominam pierwszą zasadę urlopową – nigdzie się nie spieszymy.

niedziela, 7 lipca 2024

Rzym...


(Mk 6, 1-6)
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: "Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?" I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: "Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony". I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

 

Mili Moi…
Dwutorowo idzie dziś moja medytacja nad Słowem… Po pierwsze moi prorocy. Jakie mam wewnętrzne kryteria, które dopuszczają innych do głosu? Kto dla mnie jest prorokiem? I oczywiście – zasadnicze to posłuszeństwo Ewangelii, Kościołowi, przyjazny styl… Ale często również kompetencje. Pytam więc – co ów człowiek może wiedzieć na ten temat, jakie ma przygotowanie. I oczywiście bywa to przydatne, ale czasem być może nie pozwala dostrzec prorockiego głosu w słowach półpoganina, przez którego Bóg przecież również może przemawiać. Może więc trzeba bardziej skupić się na tym, co jest mówione, a mniej na tym, kto to mówi? Więcej pokory – powtarzam to sobie co rano…

Ale drugi kierunek to moje własne prorokowanie. Oczywiście chodzi o ten biblijny rys proroctwa, czyli przemawianie w imieniu Boga. Jakie ono jest? Czy oparte na miłości Boga i człowieka czy raczej na sobie samym? Czy w centrum jest Słowo Boga czy mój „kunszt” w jego przekazywaniu? Czy jestem przyjacielem człowieka czy może raczej biczem smagającym? No i czy rzeczywiście chodzi mi o Pana??? Henri Nouwen w swoim Dzienniku z klasztoru trapistów pisze tak – W ubiegłych latach coraz wyraźniej zdawałem sobie sprawę, z niebezpieczeństwa uczynienia ze Słowa Bożego sensacji. Tak jak ludzie z zapartym tchem obserwują artystę cyrkowego, który w fosforyzującym kostiumie wykonuje wysoko w górze akrobatyczne sztuki, tak samo będą słuchać kaznodziei, który posługuje się Słowem Bożym, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ale goniący za sensacją kaznodzieja, działa na zmysły i zostawia nietkniętą dziedzinę ducha. Zamiast być drogą prowadząca do Boga, przez swoją „odmienność” schodzi na manowce.

Gotowość na cierpienie dla Słowa – to też niezwykle ważny wektor wiarygodności. Mnie możecie fizycznie uciszyć, ale Prawdy nie…

Spędzam ostatnie chwile w gościnnym klasztorze księży Werbistów w Bytomiu. To był bardzo dobry, pierwszy tydzień mojego urlopu. Upłynął pod hasłem „książka i poduszka”. Pochłonąłem „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa i wyspałem się za wszystkie czasy. Teraz drugi etap przede mną. Za kilka godzin mam postawić nogę w Rzymie. A tam tydzień słuchania. Moje wakacyjno-rekolekcyjne wędrówki z książką „O naśladowaniu Chrystusa”. Zainspirowany niedawną wizytą przy grobie Tomasza Kempisa postanowiłem wrócić do tego dzieła. A trudno o lepsze miejsce niż przeniknięte świętością Wieczne Miasto…

poniedziałek, 24 czerwca 2024

nad kołyską...


(Łk 1,57-66.80)
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Mili Moi…
Kimże będzie to dziecię? Zawsze, wobec takich fragmentów biblijnych, zastanawiam się, czy nad moją kołyską ktoś stawiał sobie takie pytania? Jeśli nawet pytano, to sądzę, że nie przewidywano zbyt wiele… Wyszedłem z domu bardzo prostego i na różny sposób ubogiego. Nikt nigdy nie podejrzewał, że Pan weźmie mnie dla siebie i poprowadzi w taki sposób i tak daleko, o czym zapewnia mnie czasem siostra mojej mamy. Dla mnie samego to źródło nieustannego zdumienia – że Bóg zechciał mnie uczynić jednym ze swoich głosów, że pozwala mi mówić w Jego imię, że namaścił mnie i wyposażył w to, co dla tego dzieła niezbędne. Nie oparłem się, nie cofnąłem, ale… No właśnie, wciąż widzę ogrom swojej niedoskonałości – nade wszystko związanej z całkowitym oddaniem się misji. Wciąż w niej zbyt dużo myślenia o sobie, o własnych doznaniach, przeżyciach, oczekiwaniach. Wciąż za wiele egoizmu. I o ile zwykle uznawałem, że najbliżej mi chyba do świętego Piotra, spośród różnych, ewangelicznych bohaterów, tak dziś myślę, że i Jan Chrzciciel musi stać się dla mnie ważnym punktem odniesienia. Pytam sam siebie – na ile moje życie jest zgodne z planem, który Bóg chciał z moim udziałem zrealizować? Czy Mu nie przeszkadzam? Czy ma ze mnie rzeczywisty pożytek? No i czy ja sam uznaję ten plan za jedyny wart realizacji czy może tworzę sobie swoje własne, niezależne plany. Innymi słowy – czy jestem księdzem, franciszkaninem, głosicielem, czy może raczej „również” księdzem, franciszkaninem i głosicielem? Czy to moja jedyna tożsamość czy wciąż „obijam się” o różne inne? Być wyłącznie dla Pana – oto cel. A Jan to mój niezwykły motywator.

Po tygodniu w Ostródzie mogę powiedzieć, że czuję się jak w domu. Choć nadal mieszkam w pokoju gościnnym, na walizkach i kartonach i niezbyt prędko się to zmieni, to wracałem tu wczoraj jak na skrzydłach. Jedna z istotnych różnic wobec Gdyni jest taka, że tu wszystko dzieje się nieco wolniej. W Gdyni każde wyjście z pokoju wiązało się ze spotkaniem kogoś, kto się gdzieś spieszył – a to do konfesjonału, a to do szkoły, a to do kancelarii. Tu spieszących się braci nie ma… Dużo spokoju. Taki drobiazg choćby, jak wspólna kolacja – w Gdyni nie było na nią szans, bo wszyscy w biegu, zwłaszcza wieczorem. Tu, jak w rodzinie, siedzimy, jemy, rozmawiamy. Podobnie modlitwy – odmawiane bez pośpiechu przy pełnej obecności. W Gdyni to było nieosiągalne – i nie dlatego, że ktoś miał złą wolę, ale wyłącznie z nadmiaru duszpasterskich zobowiązań. A zatem na razie – cudownie.

Wczoraj zakończyłem trzydniowe rekolekcje dla Rycerzy Niepokalanej. Ponad trzydzieści osób wzięło w nich udział. Jak co roku korzystaliśmy z gościnności sióstr Służebniczek w Gdyni Oksywiu. Zajmowaliśmy się życiem świętego Maksymiliana. Zawsze, ilekroć sięgam po jego postać, doznaję podobnego otrzeźwienia, jak w kontakcie choćby z Janem Chrzcicielem. Wówczas mówię sobie – naprawdę nie dasz rady? Naprawdę nie masz czasu? Naprawdę to niemożliwe? Maksymilian nie znał tego słowa. I choć nie wszystkie pomysły zrealizował, to wiele z nich zainicjował i sam zachowując wobec nich wolność, pozwolił je realizować następcom.

Teraz kilka dni ostródzkich. Uczenie się miasta i parafii. A wkrótce już znikam z mapy radarów i ruszam na wakacje. A tam tylko spacery i książeczka. Skądinąd pochłonął mnie w ostatnich dniach całkowicie „Idiota” Dostojewskiego. To taki mały plan – sięgnąć do klasyki literatury. Z ciekawości, ale i z przekory… Jeśli dzieciaki w szkołach mają zostać pozbawione klasyków, to ktoś musi po nich sięgać, do nich wracać, czytać, słuchać, myśleć…

sobota, 15 czerwca 2024

Ostróda


(Mt 5, 33-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi”. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie – ani na niebo, bo jest tronem Boga; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nawet jednego włosa nie możesz uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi".

 

Mili Moi…
Jakie to w gruncie rzeczy proste – tak, tak; nie, nie… Czyli odzieramy naszą mowę z wszystkiego, co zbędne. A zostawiamy to, co istotne. I nagle okazuje się, że na dwadzieścia cztery godziny na dobę, mówimy raptem… dwie. Czy to, co istotne nie dałoby się zmieścić w takim właśnie czasie? No, ale powie ktoś, przecież mówienie jest kulturotwórcze, buduje relacje, kształtuje świadomość. To wszystko prawda. Ale czy te wszystkie wartości płyną z samego faktu mówienia, czy jednak z tego, co się mówi? I znów wracamy do istoty. Ale, powie ktoś, życie byłoby nudne bez ploteczek, kłamstewek, obmów, krytyk… Błogosławiona nudo – nadejdź wreszcie! Obyś właśnie tam brała początek – w mądrym i wyważonym słowie. Bo jeśli zaczniemy mówić do siebie w ten sposób, to nagle okaże się, że nuda jest tylko pozorna, bo otworzą się przed nami światy o takiej głębi, której powierzchowność języka, jego nieczystość i banał nigdy nie pozna. A gdyby tak spróbować.

Zakończyłem w środę rekolekcje przed Jubileuszem naszej parafii w Gdyni. Frekwencyjnie słabiutko. Mam jedynie nadzieję, że ci, którzy zdecydowali się przyjść, skorzystali. A w piątek „zdobyliśmy” Ostródę. Nasze rzeczy przybyły wraz z nami. Nie, nie zacząłem nagle mówić o sobie w liczbie mnogiej. Po prostu z Gdyni do Ostródy przenosimy się we dwóch, z o. Franciszkiem. Więc razem przeżyliśmy przeprowadzkę.

Muszę przyznać, że znów doświadczyłem łaski odchodzenia… Zawsze łatwo było mi się przenosić. Nawet wówczas, kiedy łączyły mnie z ludźmi głębokie więzi duszpasterskie. Zaburzyła mi to wszystko Ameryka, z której chyba jeszcze całkiem nie odszedłem😊 Ale Gdynia pożegnała mnie tak jak należy – raczej obojętnie. Choć muszę dodać, że żadnego oficjalnego pożegnania nie było, więc tylko ci najbliżsi, którzy wiedzieli, że to już, uśmiechnęli się na pożegnanie. Ale ja pożegnałem Gdynię… No właśnie – tak jak dawniej. Z dużym spokojem i bez oglądania się za siebie. Zostawiłem klucz w drzwiach, powiedziałem „a Dios” i odjechałem w siną dal. Ten etap zakończony. Z dużą wdzięcznością rzecz jasna, bo jak to powiedziałem na koniec rekolekcji – mam najlepsze wspomnienia z Gdyni, z początków kapłaństwa. A teraz mi ich po prostu przybyło. Same dobre.

A w Ostródzie? Poczułem się od razu jak w domu. Choć poza braćmi nie spotkałem jeszcze nikogo. Choć na razie muszę pomieszkać kilka tygodni w pokoju gościnnym. Choć, żeby znaleźć dziś przedłużacz musiałem dwadzieścia minut grzebać w kartonach. Wokół cisza i spokój. A jutro już pierwsze obowiązki duszpasterskie. Nowe nadchodzi.

Właśnie wróciłem z festynu sióstr karmelitanek w Sopocie, gdzie sprawowałem Eucharystię, już dawno umówioną. A w minionych dniach zostałem zaproszony do polskich sióstr benedyktynek do Huntington, NY z rekolekcjami w styczniu i przyjąłem kolejne misje parafialne – tym razem na 2026 rok w Radziejowie. Nuda więc nie zamieszka tu ze mną…