niedziela, 27 listopada 2022

adwentowy wieniec...


(Mt 24,37-44)
Jezus powiedział do swoich uczniów: ”Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, że przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.

 

Mili Moi…
W czwartek wróciłem na Ojczyzny łono… Leciałem z Eindhoven w Holandii. Bardzo sympatyczne lotnisko i nad wyraz miła obsługa w samolocie. Pan Grzegorz, steward, na powitanie powiedział „Szczęść Boże”, co już było niezwykle miłe, a potem mieliśmy okazje chwilę pogawędzić. Lądowanie w zimnym Krakowie i spanko u gościnnych Werbistów w Bytomiu. Potem pół dnia jazdy i Gdynia. Na chwilę. Tyle tylko, żeby przepakować walizkę, nanieść małe poprawki na treści rekolekcyjne, przespać się i… W sobotni poranek kurs do Ostródy. I tu najpierw dzień skupienia dla miejscowej wspólnoty klasztornej, a wieczorem rozpoczęcie rekolekcji adwentowych – maryjnych, z okazją do zawierzenia się Niepokalanej.

Przyznam szczerze, że z niedowierzaniem sięgałem do kąta, gdzie w moim pokoju stoi gitara. Używam jej właściwie tylko w Adwencie i Wielkim Poście, podczas rekolekcji parafialnych. Poza tym na niej nie gram, bo po prostu nie mam na to czasu. Ona też zatem jest swoistym zegarem, który odmierza „sezony” w moim życiu. A zatem kolejny Adwent. Chyba trochę tęskniłem za tym mocnym okresem. Potrzebowałem jakiegoś bodźca do zdyscyplinowania samego siebie. Czy mi się uda? Nie wiem… Ale kiedy myślałem o jakimś sensownym postanowieniu, które mogłoby ze mną zostać również po zakończeniu Adwentu, to właśnie dyscyplina przyszła mi do głowy jako pierwsza. W wielu dziedzinach życia jest ona dla mnie niesłychanie trudna do zachowania. Głównie z racji tempa i mobilności, która mi towarzyszy. Czasem mam wręcz wrażenie utraty kontroli nad tym rozpędzonym pociągiem mojego życia. Każda więc okazja, żeby trochę wyhamować, popatrzeć na siebie z dystansem, a jednocześnie przykręcić sobie przysłowiową śrubę tam, gdzie trzeba, jest dobra.

Dziś w Słowie odnajduję przestrogę dla samego siebie. Łatwo bowiem w pędzie codzienności utracić wrażliwość na znaki Boże. Mieliśmy dziś w porze poobiedniej kawy interesującą dyskusję z braćmi na temat Bożego działania, na które nieco zamykamy oczy. Świat jest pełen znaków, tylko nasza wrażliwość mocno stępiona. Przyczyn pewnie całe mnóstwo. Środek zaradczy jeden – spokojny namysł nad rzeczywistością i zwolnienie tempa, tudzież wspomniana dyscyplina, która właściwie ustawi priorytety. Myślę tu przede wszystkim o czasie spędzanym z Bogiem. To On zdejmuje bielmo z moich oczu, to On pozwala widzieć wyraźniej, to On przywraca wrażliwość sercu.

Kiedy myślę o mojej Arce, w której znajduje schronienie, nieodmiennie przychodzi mi do głowy Adoracja Najświętszego Sakramentu. „Budowę” tej Arki również w ostatnim czasie zaniedbałem. A tam czuję się bezpiecznie. Tam mam pewność ocalenia. A tak trudno mi te wszystkie cudowne i wartościowe rzeczy zmieścić w ramach jednego dnia. Słabość „brata osła” (tak święty Franciszek nazywał nasze, ludzkie ciało) sprawia, że padam na pyszczek wieczorem i ostatnia myślą jest „może jutro się uda…” Przekuwanie tęsknoty w fakty na drodze dyscypliny – oto moje małe zadanie na Adwent. Życzę Wam z serca realizacji Waszych małych i większych adwentowych zadań. Niech narodzi się coś nowego w nas. I niech to będzie zapowiedź narodzin Najwyższego.

wtorek, 22 listopada 2022

o tym, co pewne...


(Łk 21,5-11)
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”. Zapytali Go: „Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?” Jezus odpowiedział: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: "Ja jestem" oraz: "nadszedł czas". Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec”. Wtedy mówił do nich: „Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie”.

 

Mili Moi…
Po krótkiej wizycie w Bytomiu, u mojego przyjaciela Macieja, w niedzielę przyleciałem do Kolonii, aby od poniedziałku rozpocząć skupienie dla Księży Chrystusowców w Bochum. Leciałem z Katowic, bo miałem w miniony weekend poprowadzić rekolekcje gdzieś pod Wrocławiem. Rekolekcje się odwołały, a bilet został. Wracam w czwartek, tym razem do Krakowa, odbieram auto z Bytomia i ruszam na Północ, żeby już w sobotę rozpocząć rekolekcje adwentowe w Ostródzie.

Na lotnisku w Kolonii dość zabawna sytuacja. Kiedy już wyszedłem na zewnątrz, przywitałem się z Sebastianem, który po mnie przyjechał, podeszła do mnie młoda dziewczyna i mówi – widziałam, że pan leciał z nami z Polski, chciałam zapytać, czy pan nie wie, gdzie tu się odbiera bagaż? A my już prawie na parkingu! Mowę – wie pani, mijaliśmy takie taśmy po drodze… A ona na to – no tak, ale tam nie było żadnego bagażu… Uhm… Nie było, bo bagaż nie jest tak szybki jak pasażerowie i nie chodzi na własnych nogach – niech więc pani spróbuje tam wrócić… Czy jej się udało? Nie wiem… Wniosek – lepiej pytać prędzej niż później…

A my przeżyliśmy tu wczoraj święto patronalne Chrystusowców i sióstr Misjonarek, które tu posługują. Chrystusa Króla Wszechświata. Zjechali się wszyscy, którzy mogli. Wesołe grono i radosne świętowanie. Przy okazji rzecz jasna skupienie – dwie konferencje, Eucharystia. Czuję się wśród nich dobrze, bo poniekąd rozumiem o czym mówią. Moje lata spędzone za granicą dały mi doświadczenie, które teraz owocuje. Po raz kolejny przekonuję się, że znacznie lepiej czuje się w tym, zagranicznym kontekście niż w Polsce. I bynajmniej nie chodzi mi o jakąkolwiek krytykę naszej Ojczyzny. Chodzi raczej o pewną obiektywną obserwacje, która być może jest jednak wskazówką dotyczącą przyszłości.

Dziś zaczynamy dwudniowe spotkanie, w którym bierze udział znacznie mniejsza grupa. To swoiste uzupełnienie rekolekcji zakonnych. Jak wiecie, każdy z nas musi odprawić coroczne rekolekcje. Każde zgromadzenie ma swoje zwyczaje co do ich długości. U Chrystusowców jest to sześć dni. Posługa w weekendy i niemożność znalezienia zastępstwa sprawia jednak, że wspólnie mogą odprawić cztery dni, a dwa kolejne uzupełniają w innym czasie w mniejszych grupach. No i właśnie takie uzupełnienie dla nich tym razem prowadzę. Kończymy jutro wieczorem, a ja będę miał jeszcze szanse spotkać się z Mariuszem, moim rocznikowym współbratem i przyjacielem, który pracuje w pobliżu. Nasz klasztor znajduje się bowiem sześć kilometrów od miejsca, w którym ja się znajduję.

Dziś Słowo kieruje moją myśl w stronę ludzkich zabezpieczeń. Świątynia w Jerozolimie była przecież bardzo stabilnym punktem odniesienia dla podziwiających jej piękno. Cóż mogłoby jej zagrozić? Kto mógłby okazać się takim barbarzyńcą i przeprowadzić na nią zamach? Komu cos takiego w ogóle mogłoby przyjść do głowy? Nie, świątynia jest nienaruszalnym punktem, jest piękna, jest mieszkaniem Boga, jest przez Niego chroniona, nic się jej stać nie może…

Tymczasem Jezus zaburza to przekonanie twierdząc, że kamień na kamieniu nie zostanie… Ale jak to? Kiedy? W jaki sposób? Jakie myśli kiełkują w głowach słuchaczy? Zdaje się, że ich kierunek jest przygnębiający – jeśli nie ma już żadnych świętości, jeśli nie możemy ufać ludzkim pewnikom, to co nam pozostaje? Czy nie stajemy się marionetkami w rękach jakichś potężnych i niezrozumiałych sił? Czy wobec tego jest dla nas jakaś nadzieja?

Dramatyzowanie to nasze hobby… Pan ustawia to wszystko we właściwych proporcjach. Zdaje się mówić – nie pokładajcie nadziei w tym, co ulotne i przemijające, ale nie ulegajcie również panice. W ręku Boga jesteście, nie w rękach bliżej nieokreślonych mocy. To ważne, bo niedawna pandemia pokazała nam, ile warte są nasze, ludzkie pewniki. W mgnieniu oka zmieniło się wszystko, a świat, który znaliśmy, który był przewidywalny i jakoś „ogarnięty” nagle przestał być zrozumiały. Tak nietrwała, ulotna, zmienna rzeczywistość nas otacza. Dlatego nie można pomylić środowiska życia z jego celem i sensem. Nie można nabudowywać najważniejszych spraw na chwiejnych fundamentach. Dlatego tylko Bóg, wieczny i trwały fundament, może nam zapewnić bezpieczeństwo. Tylko nie dajcie się zwieść, bo gra idzie o najwyższą stawkę – o wieczne zbawienie. Dużo spokoju zatem i jak najmniej pochopnych decyzji. Zwłaszcza na słowo niezweryfikowanych proroków, którzy mówią – oto tu, czy oto tam… A tych w żadnej epoce nie brakuje…

wtorek, 15 listopada 2022

ślepa ulica...


(Łk 19,1-10)
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.

 

Mili Moi…
Po bezpiecznej i całkiem przyjemnej podróży, znalazłem się znów w Ojczyźnie naszej. Bycie „słusznych rozmiarów” ma jedną, dobrą stronę… Czy to polityka linii lotniczych, czy litościwe oko stewardess sprawiają, że często pada propozycja – a może chciałby się pan przesiąść, mamy tam jakieś wolne miejsca, będzie panu wygodnie… W ten sposób leciałem z NY bez pasażera siedzącego na siedzeniu obok mnie. Nie przypuszczam, żeby to współczucie było kierowane wobec mnie, raczej wobec tego, który „wylosował” siedzenie ze mną. Ale pasem się jeszcze przypiąłem i nie potrzebowałem „przedłużki” dla matek z niemowlętami…

W sobotę przeżyliśmy Zjazd Rycerstwa Niepokalanej Polski Północnej w Gdyni. Przybyło ponad sto osób reprezentujących różne wspólnoty. Muszę z duma i radością powiedzieć, że moja miejscowa wspólnota Rycerzy stanęła na wysokości zadania i przygotowała wszystko lepiej niż ja zrobiłbym to sam. To trzeba mocno podkreślić, bo większość osób to już niemłodzi ludzie, więc był to dla nich spory wysiłek. Ale wszystko udało się znakomicie. A ja po południu w sobotę dotarłem do Słupska, gdzie głoszę rekolekcje dla ponad dwudziestu sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji. Siostry, co wielokrotnie już podkreślałem, to bardzo wdzięczne słuchaczki, więc to duża przyjemność dla nich głosić. Plan jest z jednej strony śliczny, ale z drugiej… Wszystkie moje zajęcia z nimi kończą się około godziny 14.00. A potem? Trochę spaceru i odpoczynku. A nawet nudy. Z prostej przyczyny – miewam okresowo „wstręt do słowa drukowanego" i nie jestem wówczas w stanie sięgnąć po żadną lekturę. I mam tak właśnie w te dni. Ale to minie…

Wracam w czwartek wieczorem, w piątek załatwiam sprawy z samochodem – kilka drobnych napraw, wymiana opon, a w sobotę ruszam już do Bytomia, żeby w niedzielę polecieć do Bochum, gdzie przez kilka dni będę przemawiał do księży Chrystusowców. Nie ma nudy…

Dziś nad Ewangelia myślałem o tym, jak silne musiało być w Zacheuszu pragnienie jakiejś zmiany. Jak bardzo chciał wyrwać się ze ślepej ulicy swojego życia, w której chyba utknął. A dokonała się w jego życiu prawdziwa rewolucja. Prawdopodobnie była to jedna z ostatnich uczt z jego udziałem. Z takimi nawróceniami zwykle wiąże się również zmiana środowiska. Bo nagle jakoś tak trudno znaleźć wspólne tematy, znika z horyzontu to wszystko, co dotąd nas łączyło. Co więcej – Zacheusz prawdopodobnie przestał być również atrakcyjny pod względem materialnym. Stracił dzięki Jezusowi bardzo dużo, być może w różnych aspektach życia stał się przysłowiowym biedakiem. Myślałem jednak dziś nad tym, co zyskał. I wydaje mi się, że przede wszystkim wolność. Od różnorakich zależności, koterii, układów sił, która zmuszała go do rozlicznych zafałszowań. Bo przecież w układach trzeba nieustannie obmyślać metody, plan działania, przewidywać, wybiegać myślą w przyszłość, żeby nie wypaść z obiegu. Tymczasem Jezus przywrócił temu człowiekowi spokojny sen. Bo lepszy jest suchy kęs chleba w spokoju niż dom pełen biesiad kłótliwych. Prz 17, 1.

I z tym pragnieniem zmiany w Jezusie kończę mój dzień. Bo ślepe ulice i w moim życiu się pojawiają. I w żadnej z nich nie jest mi dobrze… A wyprowadzić z nich może tylko On… Co niech się stanie. Amen.

wtorek, 8 listopada 2022

o dawaniu i braniu...


(Łk 17,7-10)
Jezus powiedział do swoich apostołów: „Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: "Pójdź i siądź do stołu"? Czy nie powie mu raczej: "Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił"? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: "Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać".

 

Mili Moi…
Nieuchronnie zbliża się chwila mojego powrotu „na Ojczyzny łono”. Niestety przywiozę „trochę więcej obywatela” niż wywoziłem z kraju. Jest to efekt niezwykłej życzliwości moich dawnych parafian i przyjaciół, którzy chcieli mnie ugościć. A wiemy jak wyglądają „gościny po polsku”. Znów czeka mnie ciężka praca po powrocie do domu. Ale to też przyczynek do kolejnej obserwacji na temat słabości mojej woli i płaszczyzn, na których winna ona zostać wzmocniona. Moja „człowiecza glina” jest dokładnie taka sama jak wszystkich innych ludzi na ziemi i te same niebezpieczeństwa na mnie czyhają.

Wracam z mieszaniną uczuć… Dobrze mi tu i wiem, że za chwilę będę tęsknił. Ale w głowie już są konkretne działania, które zaraz po powrocie na mnie czekają – takie moje proste życie… Sprawy, którym oddaję się na co dzień, a o których Jezus zdaje się mówić dziś w Ewangelii… Idealnie byłoby zrobić swoje i odejść – zająć się kolejnym zadaniem, a poprzednie zostawić po prostu Jezusowi. Ale niestety wciąż odnajduję w sobie dużo czysto ziemskiego sposobu myślenia. Nie mówię już nawet o materialnych dowodach wdzięczności, bo te mnie chyba nigdy jakoś szczególnie nie ekscytowały. Ale emocjonalna zapłata… Podziw, wdzięczność, poczucie satysfakcji… I powie ktoś – no przecież w tym nie ma nic złego, człowiek musi mieć jakieś motywatory do działania. Ale gdzieś pod skórą czuję to, o czym innym chętnie w rekolekcjach mówię, zwłaszcza osobom konsekrowanym – co dają mi inni ludzie, czego nie mógłby dać mi Jezus? Czy On sam nie powinien być dla mnie wystarczającym motywatorem – Jego chwała, wzrost Jego Królestwa, miłość, dla której warto zdobywać ten świat?

Być sługą nieużytecznym, to niesłychanie franciszkańska postawa. Nasz Święty Ojciec mówi o tym wielokrotnie. Uniżenie Chrystusa Sługi było dla Franciszka i jego braci fascynującym ideałem, który pociągał ich do swoistych wysiłków, aby prześcigać się wzajemnie w osiąganiu podobieństwa do Niego… Ja sam czuje, że jestem w tych szlachetnych zawodach daleko z tyłu…

Są z pewnością miejsca na ziemi, gdzie ideał ubóstwa wewnętrznego – zarówno materialnego, jak i emocjonalnego, osiągnąć łatwiej. Ameryka z pewnością do nich nie należy. Przypomniałem sobie jak bardzo ceni się tu kapłanów – i to nie tylko w polskich środowiskach. Nie ma ich tu zbyt wielu, a dodatkowo gorliwcy wśród nich stanowią jeszcze mniejszą grupę. Dowodów serdecznej wdzięczności więc mi nie zabrakło. Wyjeżdżam „napasiony” emocjonalnie. I jak tu na lotnisku powiedzieć – słudzy nieużyteczni jesteśmy, tylko to, co nam zlecono wykonaliśmy? A jednak to właśnie chcę powiedzieć wszystkim tu i tam – robię tylko to, do czego zaprosił mnie Pan i staram się robić to najlepiej jak potrafię. Niech z Jego ręki otrzymam nagrodę we właściwym czasie. A te ziemskie niech zawisną na zawiasie Jego miłości i niech przyczyniają się do otwarcia drzwi do zbawienia tym wszystkim, do których Pan jeszcze mnie pośle…

wtorek, 1 listopada 2022

świętymi bądźcie...





(Mt 5,1-12a)
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: "Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie".

 

Mili Moi…
Od ponad tygodnia zażywam „amerykańskiego raju”. Przyznam szczerze, że każdy przyjazd tu jest inny. Kiedy byłem tu po raz ostatni, to już drugiego dnia chciałem wracać do Polski. Tym razem tak nie jest. Czuję się tu jak przysłowiowa ryba w wodzie… Pogoda jest piękna, dużo słońca i bardzo ciepło. Sporo ludzi wielkiej życzliwości. Właściwie każdego dnia składam jakieś wizyty przyjaciołom, z którymi wciąż jest o czym gadać. Wszyscy wiedzą, że bardzo lubię steki, więc praktycznie niczego innego nie jadam (uszami mi już powoli wychodzą). Ale towarzyszy temu wszystkiemu bardzo dużo radości.

Ona właściwie jest ze mną od chwili przekroczenia drzwi lotniska w Gdańsku. Świadomość, że znów lecę, że dotknę tych wszystkich miejsc, że spotkam dawno niewidzianych przyjaciół przyniosła mi dość euforyczne doświadczenia. I jest mi tu tak dobrze, że jeszcze nie zdążyłem wybrać się do Nowego Jorku, choć wciąż mam nadzieję, że zdążę to zrobić.

W minioną niedzielę udaliśmy się zwyczajem naszej tutejszej parafii na cmentarz – procesja i modlitwa za zmarłych. Było ponad pięćdziesiąt osób. Macie to na zdjęciu. Na drugim zaś – obrazek cmentarnego Halloween. Przeżyłem je po raz kolejny w tym kraju. W sobotę miałem okazje głosić mały dzień skupienia w Bostonie i w zasadzie pierwszy raz spędziłem „weekend Halloween” w wielkim mieście. Co tam się działo… Wielka feta. Tysiące przebranych ludzi. Muzyka. Zjawisko kulturowe o zgoła niebezpiecznych konsekwencjach duchowych. Ile modlitwy tu potrzeba.

Dziś też pojechałem na cmentarz. Jeden z tak wielu. Cicho i spokojnie, nie licząc kilku osób palących marihuanę w aucie (tego smrodu nie sposób z niczym pomylić). Chodząc pośród grobów, mówiłem do Pana – tak ich tu wielu… Jak wielu świętych spoczywa na tym cmentarzu? Jak przeżyć życie, żeby go nie zmarnować? Jaki jest mój własny model świętości? Czy głosić i być w konsekwencji na swego rodzaju „świeczniku” czy też raczej zniknąć, ukryć się i „dać się zapomnieć”? Dziś najmocniej przemawiają do mnie słowa o ubogich w duchu i cichych… Nie wiem czy w jakikolwiek sposób są one obecne w mojej codzienności, czy ja je w jakimś, najogólniejszym choćby sensie realizuję… Pojąłem jakby na nowo, że świętość to nie jest łatwa sprawa, że ona nie „robi się sama” i że odkładanie tematu na później lub kwitowanie go słowami „jakoś to będzie” jest niepoważne. A przecież to cel… Czuję się czasami taki bezradny w perspektywie rozeznawania drogi, po której mam iść. I choć w naszym, zakonnym przypadku, niewątpliwą pomocą służą nam przełożeni, to jednak inicjatywa własna wydaje się być niemniej ważna. A ja, za świętą Tereską, chcę być wszędzie i robić wszystko… Tylko miłością, tak jak ona, być nie potrafię… Stąd wiele jeszcze do zrobienia.

A w tym naszym pierwszolistopadowym dniu zadumy i refleksji życzę Wam wszystkim zapału i gorliwej tęsknoty za świętością, która ma się stać „normalnym” stanem naszego życia…

sobota, 22 października 2022

o figowcach z sensem...


(Łk 13, 1-9)
W tym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: "Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie". I opowiedział im następującą przypowieść: "Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”.

 

Mili Moi…
Niemal od tygodnia jestem w Ołdrzychowicach Kłodzkich… I zgodnie z przewidywaniami – umieram tu. To maleńka wioseczka na końcu świata. Strasznie się męczę w takich miejscach. No tak jestem skonstruowany. Odliczam więc godziny do wyjazdu, który ma nastąpić jutro przed południem. Przejadę znów cała Polskę. A już w poniedziałek rano, jeśli Pan pozwoli, wsiądę w samolot, żeby po południu zanurzyć się w gwar Nowego Jorku. To dla mnie chyba najbardziej fascynujące w lataniu i podróżowaniu w ogóle – że w krótkim czasie można znaleźć się zupełnie gdzie indziej, w innym klimacie, „pod innym niebem”. Czekam na tę podróż jak na największe święto w roku. Mam nadzieje, że wszystko odbędzie się bez większych trudności.

Rekolekcje idą nam dobrze. Słucha mnie tu czternaście sióstr. Wszystkie, powiedziałbym, w dojrzałym wieku. Innymi słowy – nie jedno już w życiu słyszały. A dzielą się w prywatnych rozmowach, że te treści, które dla nich przygotowałem, są dla nich odkrywcze. To mnie bardzo cieszy, bo temu też służy rekolekcyjny czas. Re – czyli ponownie; collectio – czyli zbierać – takie jest znaczenie słowa rekolekcje. A zatem na nowo przyjrzeć się temu, co już przecież wiemy, ale zdarza nam się o tym zapominać. Człowieczeństwo w całym jego bogactwie, o którym tutaj mówię, jest fundamentalnym wymiarem naszego życia i jako taki chyba jest traktowane w sposób zbyt oczywisty. Tymczasem to fascynująca tajemnica, warta zgłębiania. A im człowiek starszy, tym chyba bardziej potrzebuje zrozumienia. Samego siebie.

Dziś Słowo o owocowaniu. Przyszła mi na medytacji do głowy ta znana sentencja, że człowiek może przeżyć bez wody trzy dni, bez jedzenia trzy tygodnie, a bez sensu – całe życie. To zadziwiające, ale czy niespotykane? Tak jak nieowocujący figowiec. To budziło zdziwienie i zainteresowanie słuchaczy. To drzewo owocowało zwykle dwa razy w roku – w czerwcu i sierpniu. Można było z jednego zbioru uzyskać nawet sto kilogramów owoców. Owszem, bywały słabsze lata, ale w zasadzie nie zdarzało się, żeby to drzewo nie miało nic do zaoferowania poza liśćmi. A ten, wspominany przez Jezusa, nie owocuje już od trzech lat. Czy można więc było mieć nadzieję na jego przebudzenie? Na jakiej podstawie spodziewać się owocu po czymś, co konsekwentnie niczego wartościowego nie rodzi?

A jednak Ogrodnik nie traci nadziei… Im dłużej żyję, tym więcej spotykam osób, które jakoś „zacięły” się w swoim życiu i ich owoc jest mizerny. Nie moja to ocena, bo przecież nie mam dostępu do ich życia w pełni. Ale oni sami o tym mówią – czasem z rozpaczą, czasem pełni goryczy i rozczarowania, czasem ze złością. Wraz z upływającym czasem takie obserwacje niepokoją coraz bardziej – bo człek jest świadom, że ma coraz mniej czasu. Dlatego, przyznam szczerze, że kiedy słyszę słowa „inwestujmy w młodych, bo młodzi nadzieją Kościoła”, to jakoś wewnętrznie się nie zgadzam. Człowiek jest nadzieją Kościoła. Człowiek, który przynosi owoc. Niezależnie od wieku. Podkreśla to papież Franciszek w Evangelii gaudium pisząc o doświadczeniu, które niesie ze sobą wiek dojrzały.  Czasem sobie myślę, że większym zadaniem jest pomóc owocować dojrzałym, bo na tym skorzystają również młodzi. Pomóc zwłaszcza tym, którzy owocować przestali, a znów chcą zacząć. Czy nie po to posłał mnie Chrystus? Aby wzbudzać nadzieję, samemu jej nie tracąc? Aby „okładać te drzewa nawozem”, dołożyć wszelkich starań, żeby zaczęły rodzić smaczne owoce. Modlę się tylko o to, żeby i mną ktoś w taki sposób się zajął. Bo i ja nawożenia i przypominania o potencjach we mnie złożonych potrzebuję… Niech zatem owoc w nas będzie obfity. I niech trwa, według woli Chrystusa. Pomagajmy sobie wzajemnie. Wszyscy jesteśmy posłani…

sobota, 15 października 2022

... albo giń...


(Łk 12, 8-12)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych; a kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych. Każdemu, kto powie jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie odpuszczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie odpuszczone. Kiedy was ciągać będą po synagogach, urzędach i władzach, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty pouczy was w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć".

 

Mili Moi…
Kilka godzin temu wróciłem do domu z rekolekcji, które odprawiałem w Krynicy Morskiej. Muszę przyznać, że bardzo trudny był to dla mnie czas. Prawdopodobnie etap, na którym znajduję się właśnie w moim życiu, bardzo utrudnił mi usłyszenie Boga w treściach, które były głoszone. Te rekolekcje były niesłychanie „ludzkie”. O człowieczeństwie i relacjach, o potrzebach i uczuciach. Dużo prowokacji, dużo psychologii – cel jeden – żeby zobaczyć siebie w relacji do Boga, żeby „odzyskać siebie” (bo żeby coś ofiarować, trzeba to najpierw posiadać), żeby siebie poznawać. Moje duchowe radary chyba były nastawione na coś innego i odkrywałem w sobie potrzebę zupełnie innych treści. Starałem się wyłowić, co się dało, ale zmęczyłem się okrutnie. Nawet urokliwe krajobrazy i piękna pogoda nie zmniejszyły napięcia, które odczuwałem.

Przepakowuje się, doprowadzam do porządku i jutro znów ruszam. Tym razem Ołdrzychowice Kłodzkie i rekolekcje dla Sióstr Boromeuszek. To też nie będzie łatwe doświadczenie… To przysłowiowy „koniec świata” niewielka wioska, a dobrze wiecie jak na mnie działają takie miejsca. Odpoczywam w miastach. W takich maleńkich miejscach usycham. No ale dobra, nie marudzę… Za tydzień, jeśli Pan pozwoli, zanurzę się znów w Wielkim Jabłku – w gwarze, kolorach, zapachach… Po prostu Nowy Jork… Zabawne, że w domu Księży Werbistów w Krynicy, każdy pokój nosi nazwę jakiegoś miasta. Ja oczywiście zupełnym przypadkiem otrzymałem pokój nazwany jak? Oczywiście – Nowy Jork…

Dziś nad Słowem natomiast odprawiłem „studium słabości”. Natknąłem się na historię Krzysztofa Ferreiry, jezuity, który wysłany do Japonii dla wzmocnienia prześladowanego Kościoła, czyni to, ale w wyniku schwytania i tortur zapiera się wiary, a wręcz staje się współpracownikiem systemu opresji i staje po stronie prześladowców. Wstrząsnęła mną ta historia nie dlatego, żebym chciał bawić się w sędziego Ferreiry, ile raczej w kontekście ludzkiej słabości. Nikt z nas nie wie do czego jest zdolny, zanim nie stanie w sytuacji zagrożenia. Im jestem starszy, tym rzadziej wyobrażam sobie siebie samego w sytuacji konfrontacji z drogą męczeństwa. Zadziwia mnie moja własna słabość, bo jak się okazuje, nie potrzebuję wcale realnego zagrożenia – wystarczy choćby napór trudnych uczuć, które ciężko mi dźwigać, czy jakaś porażka, z którą niełatwo mi się uporać, a ja jęczę przed Panem i wołam o pomoc. Pewnie – każdy z nas ma inną wytrzymałość, wrażliwość, próg bólu. Ale mimo wszystko – czuję się głęboko zawstydzony, zwłaszcza kiedy czytam o wspomnianym Kościele japońskim i jego anonimowych bohaterach, których poddawano choćby testowi „fumie”. Fumie był to drewniany lub żeliwny „obrazek do deptania” z wizerunkiem Jezusa lub Maryi, który nakazywano podeptać testowanemu. Jeśli tego nie uczynił, zdradzał się jako katolik i ginął. Test ten stosowano od 1629 roku. Test „podeptaj albo giń”… To takie proste i tak boleśnie obnażające słabość. I lęk…

I ustawiczne wołanie Jezusa – nie bójcie się ich… Nie bójcie się, bo jesteście ważniejsi niż wiele wróbli… Nie bójcie się o to, co macie mówić… Nie bójcie się…